Globalizacja na rozdrożu

Jak dotąd wwehikuł ekonomicznej globalizacji zawsze podążał naprzód, niezależnie od tego, czy był ciągniony przez zwierzęta, napędzany silnikami spalinowymi, sterowany algorytmami czy komputerami. Nie oznacza to, że zawsze była to podróż łątwa – na swojej drodze globalizacja napotykała bowiem wiele zakrętów i zwrotów.

Dziewięćdziesiąt lat temu Herbeert Hoover wygrał w Stanach Zjednoczonych wybory prezydenckie obiecując wyższe taryfy celne, aby chronić amerykańskich farmerów przed konkurencją ze strony wspieranych przez proteksjonistyczne praktyki rywali. Nie minęło dziesięć miesięcy i nastąpił Wielkio Kryzys. Podpisana w następnym roku przez Hoovera ustawa Smoota-Hawleya pogłębiła jeszcze protekcjonizm i doprowadziła do wykładniczego spadku światowego handlu. Globalizacja ekonomiczna doznała mocnego ciosu. Dziewięć dekad później globalizacja doszła do rozdroża, ekonomiści ostrzegają przed kolejną recesją, jeśli nawet nie wręcz powtórką z kryzysu 1929 roku.

Na takim tle rozpoczęło się we wtorek Światowe Forum Ekonomiczne 2019, którego hasłem jest „Globalizacja 4.0: Kształtowanie globalnej architektury w wieku Czwartej Rewolucji Industrialnej”. Temat ten jasno wskazuje, czym zajmują się tytani biznesu i politycy z całego świata, którzy zebrali się w śnieżnym szwajcarskim kurorcie.

Gdy prezydent XI Jinping wystąpił w Davos dwa lata temu, mówił o „świecie sprzeczności” i ostrzegał przed protekcjonizmem i wojnami handlowymi. W ciągu ostatnich dwu lat protekcjonizm, nacjonalizm ekonomiczny i populizm podniosły głowy. Oparty na zasadach wielostronny system gospodarczy Światowej Organizacji Handlu stał się obiektem bezprecedensowego ataku. Globalizacja zdaje się tracić parę.

Naczelnym pytaniem tej epoki jest, dlaczego tak wielu, szczególnie na Zachodzie poczuło się zdradzonych przez elity rządzące swoich własnych krajów. Kluczowym powodem jest, że choć światowy handel generuje ogromne bogactwa, wiele krajów Zachodu zawiodło w roli jego redystrybutora i nie trafia ono do obywateli. W rezultacie ekonomiczna polaryzacja powiększa się z roku na rok. To dlatego „żółte kamizelki” we Francji domagają się na uli9cach Paryża niższych podatków, wyższych dochodów i lepszych służb publicznych. A to tylko szczyt tej góry lodowej niezadowolenia.

Rosnąca rola mediów społecznościowych umożliwia ludziom ze wszelkich grup wyrażać swoje żale i tworzyć nowe tożsamości grupowe. Wzrost poczucia tożsamości opartej na identyfikacji religijnej czy narodowej jeszcze bardziej wzmogło populistyczne nastawienie, podzieliło społeczeństwa, utrudniając politykom Zachodu przeprowadzenie niezbędnych reform społecznych.

Aby wygrać wybory, politycy schlebiają populistycznej demagogii i wskazują na zagranicę jako na źródło problemu, na wzrost znaczenia krajów rozwijających się i przesunięcie środka ciężkości globalnego handlu. Wschodzące gospodarki od czasu zakończenia zimnej wojny przyjmowały zasady pochodzące ze świata Zachodu i integrowały się ze światowym systemem ekonomicznym.

Chiny miały wątpliwości w sprawie globalizacji, ale dokonały historycznego wyboru aby wejść na tę falę i otworzyć się na świat pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Po czterdziestu latach reform i postępującego otwierania się stały się drugą co do wielkości gospodarką świata, której bilans handlowy eksportu i importu przekracza 3 tryliony dolarów. „Zachłystywaliśmy są wodą, napotykaliśmy na wiry i mielizny, ale w konsekwencji nauczyliśmy się pływać” – powiedział prezydent Xi dwa lata temu w Davos.

Zmagając się z problemami globalizacji Chiny nie przestały zwracać uwagi na swoje sprawy wewnętrzne. Pekin zdaje sobie sprawę, że jak nie istotne by były problemy o skali światowej, tym bardzie ważne jest dokonywanie reform wewnętrznych i zapewnienie uczciwej redystrybucji bogactwa. Z tego powodu Chiny z taką determinacją zaangażowały się w sprawę redukcji ubóstwa. W kwietniu ubiegłego roku prezydent XI ogłosił na Forum Azjatyckim w Boao w prowincji Hainan cały pakiet reform, w tym obniżenie ceł, poszerzanie dostępu do rynków, tworzenie środowiska przyjaznego dla inwestycji, ochronę własności intelektualnej i wspomaganie eksportu.

Organizując pierwsze w Chinach EXPO w Szanghaju w ubiegłym roku i pozwalając zagranicznym formom na posiadanie swoich gałęzi w większej liczbie sektorów gospodarki, Chiny udowodniły, że dotrzymują swoich obietnic.

W tym krytycznym dla światowej gospodarki momencie wybór kierunku, w którym potoczy sie dalej proces globalizacji będzie miał decydujące znaczenie dla przyszłości świata. Jak powiedział to prezydent Xi w Davos: Czy się to nam podoba, czy nie, światowa gospodarka jest jak ocean i nie uciekniemy z niej”.

Globalizacji nigdy nie będzie doskonałą. Będzie niszczyć i w tym samym czasie budować nowe. Globalizacja 4.0 nie jest więc tu wyjątkiem. jedyne pytanie to to, czy narody świata zdecydują działać w kaki sposób, aby ten proces okiełznać, aby służył dla ich pożytku. Bo drogi wstecz nie ma.

Chińskie zbawienie

Grzegorz Kołodko jest bezsprzecznie myślicielem oryginalnym. Osobiście podejrzewam, że posiadanie opinii odrębnej sprawia mu co najmniej tyle radości, co posiadanie racji – czego łączenie jest o tyle nietrudne, że opinie polskich komentatorów i ekspertów z zasady mieszczą się w spektrum politycznej poprawności, niekoniecznie wyznaczanej rozumem. Tak jest niewątpliwie w przypadku Chin.

 

O Chinach w Polsce wolno mieć dwie opinie. Pierwsza: to brutalna komunistyczna dyktatura i moralnym obowiązkiem każdego człowieka Zachodu jest pouczanie jej w zakresie łamania praw człowieka. Tym aspektem Kołodko, z właściwą sobie dezynwolturą wobec oczekiwań elit, nie zajmuje się w ogóle. I druga: że Chiny są niebezpieczne, dążą do dominacji nad światem i za wszelką cenę należy stawić im odpór. Polemice z tym dogmatem poświęcona jest najnowsza książka prof. Kołodki, zatytułowana prowokacyjnie „Czy Chiny zbawią świat?”. W ramach spoilera wyjawię, że odpowiedź jest w zasadzie pozytywna.

Jako amerykanofoba najbardziej raduje mnie, gdy Kołodko zestawia międzynarodową aktywność Chin i Stanów Zjednoczonych, wykazując nie tylko praktyczną, ale także moralną przewagę tych pierwszych. Podczas swej wizyty w Afryce były już dziś sekretarz stanu USA, Rex Tillerson, oskarżał Chiny o to, że „uzależniają, stosują skorumpowane umowy i zagrażają zasobom naturalnym” państw afrykańskich. „Jakże mało przekonujące są te zarzuty, gdy ktoś konfrontuje skromne pół miliarda dolarów, które przy okazji wizyty Tillersona Stany Zjednoczone przeznaczają na dodatkową pomoc dla Afryki, z dziesiątkami miliardów dolarów, które inwestują tam Chińczycy, mając ponadto w żywej pamięci fakt, że prezydent Trump zaledwie kilka tygodni wcześniej określił biedne państwa afrykańskie w mianem »shithole countries«” – zauważa Kołodko, gdzie indziej dodając nie bez złośliwości, że „najbogatszy kraj świata, Stany Zjednoczone, zamiast w trosce o współtworzenie ekonomicznych przesłanek pokojowego rozwoju zwiększać swoje wydatki pomocowe, obcina je po to, aby mieć więcej środków na zbrojenia”.

Zgoda – Chiny prowadzą międzynarodową ekspansję, ale nie jest to „walka o dominację nad światem”, tyko działanie obliczone na realizację celów wewnętrznych, jakim jest stały rozwój gospodarczy. Chiny z powodzeniem szukają rynków zbytu na całym świecie, także w USA – ale, po pierwsze, fatalny bilans handlowy Stanów w tej relacji „jest w pierwszej kolejności funkcją ich słabej, niedostatecznie konkurencyjnej oferty eksportowej, a nie – jak chcą Donald Trump i inni ulegający sinofobii – nieuczciwej chińskiej konkurencji”. A pod drugie, i zapewne ważniejsze, przy okazji Chiny, swoimi inwestycjami, transferem technologii, tanimi i umarzalnymi kredytami, przyczyniają się do rozwoju ubogich krajów, w których inwestują. Do „przezwyciężenia zacofania niejednokrotnie będącego skutkiem wcześniejszego kapitalistycznego wyzysku” – jak z wdziękiem ujmuje to prof. Kołodko. Na niespotykaną dotychczas skalę efekt ten zrealizować może inicjatywa zwana oficjalnie „Belt and Road Initiative” (BRI), a publicystycznie „Nowym Jedwabnym Szlakiem”. To wielki projekt, przede wszystkim infrastrukturalny, obejmujący 65 państw na 3 kontynentach. Skądinąd Chiny bez żadnych wcześniejszych uzgodnień poinformowały potencjalnych parterów o swojej jednostronnej decyzji włączenia ich w BRI, przeciwko czemu żaden z tych krajów nie zaprotestował – także Polska.

Jeśli nawet – pisze Kołodko nie bez złośliwości – rozwój potęgi Chin „rzeczywiście zagraża równowadze wpływów, to miast bezproduktywnie krytykować chińską ekspansję, lepiej zwiększyć własną pomoc bogatego Zachodu”.

Autor z pewnym rozbawieniem odnosi się też do niekończących się dyskusji o tym, czy w Chinach panuje socjalizm, czy kapitalizm – proponując w zamian termin „chinizm”. Ów chinizm –unikalną chińską drogę przemian gospodarczych – Kołodko opisuje w sposób, w którym, przynajmniej dla człowieka lewicy, przeważają pozytywy. Największy brzmi: „Chiny stały się potęgą gospodarczą, nie pozwalając kapitałowi na zdobycie władzy”.

O ile dziś już każdy, z wyjątkiem Leszka Balcerowicza, rozumie, że świat, w którym 8 facetów ma tyle samo majątku, co uboższa połowa ludzkości, jest popieprzony – o tyle zrozumienie przyczyn tej sytuacji zależy od światopoglądu. Entuzjaści wolnorynkowej utopii składają ją na karb postępu technicznego, albo „fazy globalizacji” – w duszy lewaka nie ma natomiast wątpliwości co do tego, że dzieje się tak, ponieważ władzę nad światem z rąk polityków przejęli kapitaliści. Którzy, z definicji, działają we własnym, a nie społecznym, interesie. A ich skuteczność jest efektem ukochanej przez liberałów „deregulacji”, czyli wycofywania się państwa z ustalania standardów: pracowniczych, płacowych, ekologicznych, konsumenckich i jakichkolwiek innych, a także z kontrolowania rynków finansowych – czyli wszystkich tych ograniczeń, które stoją kapitalistom na drodze do maksymalizacji zysku, bez oglądania się na koszty społeczne.

Chiny – dowodzi Kołodko – uniknęły tej pułapki. Tamtejsza liberalizacja ekonomiczna, odejście od gospodarki planowej, nie oznaczało przyjęcia neoliberalnej doktryny, iż państwo nie ma nic do powiedzenia w gospodarce – wręcz przeciwnie, władze Chin postawiły na silny interwencjonizm. Prowadzą aktywną politykę przemysłową, zachowały kontrolę nad systemem bankowym i strategicznymi gałęziami przemysłu, przyjmują i realizują długofalowe plany rozwojowe. Po trosze wynika to z chińskiej filozofii. Chińczycy mają nad ludźmi Zachodu tę przewagę – sugeruje Kołodko – że w chińskiej kulturze jest oczywistym, że rezygnacja z długofalowego myślenia i planowania na rzecz biernego poddania się działaniu niewidzialnej ręki rynku jest przejawem zbrodniczej krótkowzroczności; my tymczasem musimy się tego boleśnie uczyć na własnych błędach.

Jednak zasadnicza różnica między „chinizmem” i światem Zachodu jest taka, że w Chinach gospodarka służy polityce, a u nas jest odwrotnie. Co jest, jakby to źle nie brzmiało, pewnym dobrodziejstwem braku demokracji. Tego prof. Kołodko nie pisze wprost, ale zdaje się sugerować – na przykład wtedy, gdy wspomina o tym, że Chiny wolne są od „negatywnego wpływu cykli politycznych typowych dla zachodnich liberalnych demokracji”. A także, gdy cytuje chińskich ekonomistów, zauważających, iż ich krajowi nie grozi jego własna „arabska wiosna” – rewolty w krajach arabskich były powiem efektem nakładania się stagnacji ekonomicznej i autorytarnych reżimów. W Chinach, wysokie tempo dynamiki wzrostu gospodarczego przekłada się na wzrost dochodów ludności, co „ułatwia utrzymanie ładu społecznego” – pisze Kołodko.

Oczywiście, przed chińskimi władzami stoją niewiarygodnie trudne zadania – w tym, przede wszystkim, długofalowe (jak wszystko w Chinach) działania na rzecz redukcji nierówności majątkowych, które są ubocznym efektem obecnego sukcesu gospodarczego, ale które, w dłuższej perspektywie, grożą, krótko mówiąc, rewolucją. Jeśli Komunistyczna Partia Chin chce utrzymać władzę, musi zadbać o to, żeby chiński państwowy kapitalizm w większym stopniu realizował zasadę „podporządkowywania interesów prywatnych, kapitalistycznych, interesom ogólnospołecznym” – jak uprzejmie definiuje to prof. Kołodko. Po naszemu: wziąć kapitał za ryj i zmusić go do przyzwoitego płacenia ludziom.

Są też inne zagrożenia – a tym takie, które mogą nam się zdać zupełnie dziwacznymi. Na przykład: za mało dzieci. Serio. Brutalnie skuteczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego zapoczątkowana w latach 70. okazała się ogromnie trudna do odwrócenia. Dziś, kiedy Chińczycy zaczynają się starzeć i na horyzoncie majaczy widmo braku rąk do pracy, rząd zachęca do bardziej entuzjastycznego rozmnażania – ale większość młodej klasy średniej nie chce nawet o tym słyszeć. Nowy, bardziej nastawiony na konsumpcję styl życia, aspiracje życiowe i zawodowe kobiet, sprawiają, że w dylemacie „drugie samochód czy drugie dziecko” młodzi obywatele ChRL bez wahania stawiają na samochód. Inny fundamentalny problem to stan środowiska naturalnego – dużo już zrobiono w tym kierunku, dla przy takim poziomie zatłoczenia, nie wspominając już o uprzemysłowieniu, kolosalnie wiele pozostało do zrobienia. Jednak w kraju, gdzie decyzje gospodarcze podporządkowane są celom politycznym, taki efekt osiągnąć łatwiej niż tam, gdzie politykom decyzje dyktuje kapitał, w swoim galopie do maksymalizacji zysków doskonale obojętny na społeczne koszty swoich działań.

Oczywiście, prof. Kołodko nie sugeruje, że drogą do naprawienia schrzanionego świata jest wprowadzenie monopartyjnej dyktatury – ale niewątpliwie wzywa do wyciągnięcia wniosków z chińskiego sukcesu gospodarczego, zrodzonego z systemu będącego odwrotnością neoliberalizmu, czyli podporządkowania państwa rynkowi. Podobne rozwiązania można osiągnąć także w prawdziwie funkcjonującej demokracji – czego dowodem są państwa skandynawskie, a także np. Kanada.

A prawda jest i taka – to już nie konkluzje Kołodki, tylko moje – że nasze, polskie i generalnie zachodnie przekonanie, iż mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek pouczać innych, jak mają żyć, bo my wiemy lepiej, co jest dla nich dobre, jest przejawem kolonialnego chamstwa. Chińczyków jest prawie półtora miliarda, z czego do partii należy niespełna 90 milionów. Gdyby obywatele ChRL chcieli obalić ustrój, zrobiliby to – z wielkimi niewątpliwie ofiarami, ale bez specjalnego trudu. Chińska droga przemian – która, zgodnie z oficjalnymi dokumentami Komunistycznej Partii Chin, ma doprowadzić, w perspektywie roku 2050, do zbudowania „wielkiego nowoczesnego kraju socjalistycznego, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny” – jest dla Chin dobrą drogą, jak długo Chińczycy nie zdecydują inaczej. I nic nam do tego.

 

Grzegorz W. Kołodko: „Czy Chiny zbawią świat?”, str. 224, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, ISBN: 978-83-8123-262-3.

Zyski idą do raju

Najnowsze badanie pokazuje, że międzynarodowy podatkowy „wyścig na dno” nic nie daje lokalnym gospodarkom. Służy tylko globalnym koncernom do wyprowadzania miejscowego bogactwa i gromadzenia do na egzotycznych kontach. Trafia tam 40 proc. zysków korporacji.

 

Trzej ekonomiści, Thomas Tørsløv i Ludvig Wier z Uniwersytetu w Kopenhadze oraz Gabriel Zucman z UC Berkeley, przeprowadzili analizę statystyczną na podstawie danych o przychodach, płacach i podatkach międzynarodowych koncernów działających w wielu krajach świata, również w tzw. rajach podatkowych. m.in. Irlandii, Puerto Rico, Szwajcarii, Luksemburgu, Singapurze i Hongkongu. Wniosek, jakim zwieńczyli swoje badanie jest jeden: mimo wielkich ulg podatkowych, przyznanych ponadnarodowym firmom przez prawie wszystkie państwa, dokonywane przez nie inwestycje są pozorne, a ich zyski wędrują do kilku wybranych krajów, gdzie nie płacą prawie one nic w ramach obciążeń podatkowych.

Naukowcy porównali zyski otrzymane przez filie międzynarodowych koncernów przed opodatkowaniem w rajach podatkowych i w pozostałych krajach. Różnice są ogromne. Ekonomiści ustalili, że w „rajach” stosunek zyski-płace w filiach zagranicznych korporacji wynosi 800 proc. dla Irlandii i aż 1675 proc. dla Puerto Rico! Tymczasem średnia dla lokalnych firm zarejestrowanych w tych krajach to 30 – 40 proc. Dla większości krajów OECD, w tym wielkich gospodarek świata jak Wielka Brytania, Niemcy, Japonia, różnice w zyskach firm rodzimych i zagranicznych są minimalne.
Analiza Tørsløva, Wiera i Zuckmana pozwoliła im stwierdzić, że zyski ponadnarodowych koncernów w rajach podatkowych pochodzą w ogromnej większości nie z produktywnej działalności, lecz z transferów kapitałowych. Według ich szacunków aż 40 proc. zysków globalnych korporacji wędruje do “rajów”, by uniknąć fiskusa.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że jest to paradoksalny rezultat neoliberalnej polityki obniżania podatków w pozostałych krajach świata. W latach 1985-2018 średnia światowa stawka podatkowa spadła z 49 proc. do 24 proc. Sam prezydent Donald Trump zdecydował się ostatnio na obniżenie opodatkowania firm w USA z 32 proc. do 21 proc. Neoliberalna doktryna, która przez dziesięciolecia służyła uzasadnianiu takie probiznesowej polityki, mówiła wyraźnie, że ma ona służyć przyciągnięciu inwestycji zagranicznych. To z kolei miało podnosić konkurencyjność wewnątrz kraju, korzystnie wpływać na produktywność, płace i poziom zatrudnienia. Nic takiego nie ma miejsca w skali globalnej. Podatkowy wyścig na dno doprawidził przede wszystkim do tego, że międzynarodowe koncerny, lokując się w licznych krajach koncentrują się na wyprowadzaniu ich bogactw i efektów pracy miejscowej ludności na konta w egzotycznych miejscach.

Autorzy wyżej opisywanego badania podkreślają związek tego zjawiska z postępującą deterioracją globalnego kapitalizmu w zakresie podstawowych wskaźników makroekonomicznych. Wzrost PKB, udział płac w PKB, bilanse handlowe, wskaźniki zatrudnienia, wydajność pracy – ich poziom systematycznie spada z dekady na dekadę, podczas gdy zyski gromadzone przez korporacje w “rajach” nieustannie rosną.

Tørsløv, Wier i Zuckman krytykują też rządy większości krajów za to, że kierując się politycznym wygodnictwem, koncentrują się bardziej na ściąganiu zysków wyprowadzanych z do pozostałych państw nie będących rajami podatkowymi, niż odzyskiwaniem ich z samych “rajów”. Faktycznie jest to nieporównanie trudniejsze prawnie i organizacyjnie. Zakładałoby poza tym skoroordynowana międzynarodową akcję polityczną.