Nie tylko na zdjęciu

Z rodziną można wyjść całkiem dobrze także i w działalności gospodarczej.
Co trzecia spółka notowana na warszawskim parkiecie to firma rodzinna. Gracze giełdowi je dosyć lubią, bo dawały im w pandemii wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów. Pewnym wyzwaniem może być jednak zmiana pokoleniowa właścicieli tych spółek.
Znaczenie firm rodzinnych w polskiej gospodarce przez ostatnie dekady systematycznie rośnie. Już dawno przestały być one dla największych międzynarodowych podmiotów obecnych na polskim rynku jedynie drobnym lokalnym biznesem, z niewielkimi udziałami w rynku – lecz stały się dla nich silną konkurencją. Nic więc dziwnego, że polski prywatny, rodzinny biznes jest w coraz większym stopniu obecny na polskim rynku kapitałowym.
Na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie notowanych jest obecnie 139 spółek rodzinnych, czyli 32 proc. wszystkich podmiotów tego parkietu – pokazuje raport firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton „Firmy rodzinne na GPW”. Tylko w latach 2011-2020 na GPW zadebiutowały 64 spółki definiowane na potrzeby raportu jako rodzinne. Najwięcej firm rodzinnych na GPW ma swoje siedziby w województwie mazowieckim (41), dolnośląskim (17) i wielkopolskim (15).
– W zarządzaniu firmami rodzinnymi dostrzec można perspektywę długoterminową. Dzięki temu lepiej niż inne spółki radzą sobie one w okresach rynkowych turbulencji. Może to również wynikać z większej skłonności do kumulowania i reinwestowania kapitału, co wiąże się z mniejszą skłonnością do wypłaty dywidendy dla inwestorów. Spółki rodzinne powinny być zatem atrakcyjną alternatywą dla inwestorów poszukujących bezpiecznych długoterminowych inwestycji – komentuje Dariusz Bednarski, wiceprezes Grant Thornton.
Choć dla firm o charakterze rodzinnym ważniejszym celem niż bieżący wynik finansowy jest długoterminowy, bezpieczny rozwój, to przedsiębiorstwa te w wielu przypadkach – zwłaszcza w okresach rynkowych zawirowań takich jak pandemia – wykazują wyższą rentowność niż spółki nierodzinne. Rentowność EBITDA (czyli bez kosztu oprocentowania długu, podatku dochodowego i amortyzacji) w ciągu ostatnich zaraportowanych 12 miesięcy (od IV kwartału 2019 r. do III kwartału 2020 r.) dla spółek rodzinnych wynosiła 12,3 proc., tymczasem dla pozostałych 10,8 proc. Zysk netto w tym okresie wyniósł w spółkach rodzinnych 2,7 proc., a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5 proc. Jeszcze większe różnice widać na wskaźniku rentowności kapitału własnego, który wyniósł odpowiednio 5,1 proc i minus 2,2 proc.
O tym, że gracze giełdowi niemałym zaufaniem, zwłaszcza w trudnych czasach pandemii, obdarzają spółki zarządzane przez prywatnych właścicieli, świadczy też opracowany przez Grant Thornton indeks GT Rodzinne, pokazujący zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, według metodologii analogicznej do tworzenia indeksu WIG20. W okresie styczeń 2015 – luty 2021 indeks GT Rodzinne wzrósł o około 40 proc., natomiast spółki z indeksu WIG20 straciły w tym samym okresie na wartości ok. 16 proc. Ciekawa jest również analiza kształtowania się stopy zwrotu w zdominowanym już przez pandemię okresie luty 2020 r. – luty 2021 r. Spółki z indeksu GT Rodzinne zyskały 57 proc., a z WIG20 straciły 5 proc.
– Biznesy rodzinne odpowiadają za około dwie trzecie polskiego produktu krajowego brutto, stymulując wzrost gospodarczy i wzmacniając krajową przedsiębiorczość. W najnowszym indeksie Niemieckiej Fundacji Firm Rodzinnych, Polska plasuje się na 12. miejscu wśród 21 analizowanych krajów pod względem warunków prowadzenia działalności gospodarczej, wyprzedzając takie państwa, jak Belgia, Niemcy czy Japonia. Polscy przedsiębiorcy są emocjonalnie związani ze swoimi biznesami, które tworzyli od podstaw przez 30 lat wolnej gospodarki. Miedzy innymi dlatego biznesy rodzinne coraz chętniej wybierają drogę przez giełdę, która umożliwia pozyskiwanie kapitału na rozwój przy jednoczesnym zachowaniu kontroli właścicielskiej – podkreśla Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Nieco niepokojący z punktu widzenia potencjalnych inwestorów może być natomiast fakt, że wśród notowanych na GPW firm rodzinnych nadal niewiele jest takich, które mają uporządkowaną kwestię sukcesji pokoleniowej. Widać to na przykład po akcjonariacie części z tych przedsiębiorstw. Choć wielu twórców i głównych akcjonariuszy spółek rodzinnych zbliża się obecnie do wieku emerytalnego i z problemem sukcesji wkrótce będą musieli się zmierzyć, to tylko w przypadku 17 proc. tych spółek akcje są już w rękach przynajmniej jednego sukcesora.
Potomkowie obecnych właścicieli relatywnie rzadko są też obecni w najważniejszych organach spółek. Obecnie jedynie w co szóstej (16 proc.) spółce rodzinnej przedstawiciel pokolenia sukcesorów zasiada w zarządzie, a w co piątej (22 proc.) w radzie nadzorczej. Tymczasem aż połowa firm w zarządach i radach nadzorczych ma jedynego przedstawiciela rodziny, którym jest ich główny właściciel – nestor (odpowiednio 55 proc. i 48 proc.).
Może to świadczyć o tym, że potomkowie obecnych właścicieli firm są niezbyt często zainteresowani odziedziczeniem i osobistym prowadzeniem biznesów rodzinnych – co grozi tym, że po nieuniknionej zmianie pokoleniowej, te firmy popadną w kłopoty a nawet przestaną istnieć. Nie ma tu jednak reguły i dopiero za co najmniej kilkanaście lat, gdy ostatecznie odejdzie pierwsza generacja właścicieli, będzie się można przekonać, jak naprawdę wygląda krajobraz firm rodzinnych w Polsce.

Pandemia wkroczyła na parkiety

Obecnie na giełdach obserwujemy tzw. wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż zdarzało się to w ubiegłym roku.
W marcu 2021 r. minął rok od początku pandemii COVID-19 w Polsce. Koronawirus wywarł wpływ – i wywiera go nadal – na polską gospodarkę. Jednakże pomimo tego, że 2020 r. był czasem trudnym dla całego świata oraz dla naszego kraju, nie zniechęcił graczy giełdowych do inwestycji na giełdzie.
Za nami jest rok, który upłynął nie tylko od wybuchu pandemii, ale i od miesiąca, który wszyscy gracze giełdowi zapamiętają na długie lata. To właśnie w marcu ubiegłego roku przez wszystkie światowe parkiety giełdowe przetoczyła się paniczna wyprzedaż, wywołana przez pandemię mało jeszcze wtedy znanego wirusa. – Wszyscy obawialiśmy się wówczas nie tylko o produkt krajowy brutto, wyniki poszczególnych krajów, czy zerwane łańcuchy dostaw, ale przede wszystkim obawialiśmy się o nasze życie i zdrowie. W efekcie panującego strachu, w marcu ubiegłego roku na giełdach na całym świecie obserwowaliśmy gwałtowne spadki. Inwestorzy bali się, że w związku z pandemią koronawirusa wyniki wielu spółek gwałtownie się pogorszą. Jednakże już po paru tygodniach, pod koniec marca, mogliśmy obserwować gwałtowną hossę i odbicie. Wzrosty te w zasadzie trwają na większości spółek i indeksów aż do dzisiaj – optymistycznie uważa Przemysław Gerschmann, doradca zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW”.
Ubiegłoroczne spadki na światowych giełdach były naprawdę duże. W efekcie marcowej wyprzedaży także nasze indeksy WIG i WIG20 straciły po około 40 proc. Część analityków wydarzenia te porównywała z wielkim kryzysem lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jednak wraz z końcem marca ubiegłego roku giełdy zaczęły stopniowo odbijać.
Liczba rachunków maklerskich w Polsce zwiększyła się w ciągu ubiegłego roku o 85 tys. (z uwzględnieniem wrześniowego wykreślenia z rejestru figurujących tam dotąd 60 tys. nieaktywnych kont). Liczba kont maklerskich miała również przełożenie na udział inwestorów indywidualnych w obrotach na warszawskim parkiecie. W minionym roku byli oni odpowiedzialni za jedną czwartą obrotów na głównym rynku akcji GPW. – Obecnie na giełdach obserwujemy tak zwaną wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż pod koniec marca 2020 r. Stopy procentowe na całym świecie nadal utrzymują się na rekordowo niskim poziomach. Pomimo tego, Polacy i obywatele innych krajów nie rezygnują z oszczędzania pieniędzy poprzez trzymanie ich na rachunkach bankowych. Ponadto bezpieczne aktywa, jak na przykład złoto czy obligacje nadal cieszą się dużą popularnością, Może to wskazywać, że prawdziwe wzrosty są jeszcze przed nami – dodaje Przemysław Gerschmann.
W nawiązaniu do tej oceny warto przypomnieć, że giełda jest jak wiadomo ulicą dwukierunkową. Popularność bezpiecznych ale nie przynoszących zysków aktywów równie dobrze może więc wskazywać na to, że warszawska giełda prawdziwe wzrosty ma już za sobą, przynajmniej w okresie pandemii.
Niestety, kolejna fala pandemii trwa w najlepsze i nie wiadomo, kiedy się skończy. Nieudolność rządu w jej zwalczaniu w połączeniu z inwazją nowych mutacji koronawirusa sprawiają, że także i graczy giełdowych mogą czekać trudne miesiące.