Lewica przeciw dyskryminacji

– Ostrzegaliśmy, że to łamanie praw człowieka i dyskryminacja. Posłowie Lewicy wyślą do samorządów projekt uchwały podkreślającej wagę poszanowania praw człowieka i niedyskryminacji – powiedzieli posłowie Lewicy Hanna Gill-Piątek i Krzysztof Śmiszek po tym, gdy okazało się, że gminy, które ustanowiły u siebie „strefy wolne od LGBT” naprawdę stracą z tego powodu unijne pieniądze.

Przewodnicząca parlamentarnego zespołu miast oraz przewodniczący zespołu ds. równouprawnienia LGBT zapowiedzieli, że będą apelować do gmin, który przyjęły takie uchwały, o wycofanie się z nich. Chodzi tu nie tylko o uchwały dosłownie atakujące mniejszości seksualne, ale i te, gdzie nietolerancję zakryto płaszczykiem „dbałości o prawa rodziny”. Posłowie zamierzają również kontaktować się z tymi samorządami lokalnymi, które sprawę dopiero rozważają. Być może smutny przykład gmin wykluczonych z programu miast partnerskich wywoła jakieś wrażenie.

– Będziemy apelować do samorządów, które uchwały już podjęły, żeby je uchyliły, a tam, gdzie są dopiero planowane, będziemy im przeciwdziałać. Nie może być tak, że mieszkańcy ponoszą konsekwencje poglądów kilku radnych, którzy uważają, że osoby LGBT nie zasługują na szacunek – komentuje sprawę Hanna Gill-Piątek.

Krzysztof Śmiszek akcentował, że Unia Europejska to prawa i obowiązki, szansa na dodatkowe pieniądze, ale też zobowiązanie do przestrzegania określonych zasad. – Jedną z nich jest niedyskryminacja – powiedział.
– Śmiszek wskazał drogę do względnie honorowego wyjścia z sytuacji. Jest nim gotowy projekt nowej uchwały, kasującej wykluczające strefy i podkreślającej ideę praw człowieka. Prześle go samorządom Lewica.
Samorządy to jednak nie wszystko. Wszak w ostatniej kampanii wyborczej nagonkę na osoby LGBT włączył do arsenału środków mobilizowania elektoratu sam prezydent Andrzej Duda.

– Prezydent Duda podpisał przecież w czasie kampanii Kartę Rodziny dla całej Polski. Dziś dostajemy sygnał od Komisji Europejskiej, że tego typu deklaracje dyskryminujące dużą część Polek i Polaków również będą spotykać się z konsekwencjami – zauważyła Hanna Gill-Piątek.

Lewica: to nie był dobry budżet

Parlamentarna Lewica nie szczędziła gorzkich słów rządowi podczas debaty nad wykonaniem budżetu za ubiegły rok.

W rządowym sprawozdaniu wszystko wyglądało pięknie. Zanotowano wzrost PKB na poziomie 4,1 proc., dochody budżetu państwa przekraczające 400 mld złotych, deficyt budżetowy wyniósł 13,7 mld zł. Rząd pochwalił się również wyższymi wpływami z podatków, co w jego ocenie jest efektem skuteczniejszego działania administracji skarbowej.
I gdyby nie obecność w Sejmie socjaldemokratów, to zapewne nikt nie powiedziałby tak stanowczo: ogólne wskaźniki to nie wszystko, bo cyfry na papierze to jedno, a realia życia Polaków – często zupełnie co innego. A rząd, który mieni się prospołecznym i zatroskanym o zwykłego człowieka powinien brać to pod uwagę w szczególności.

Ani jednego osiedla

– W 2019 roku 38 proc. z nas mieszkało na zbyt małej powierzchni. Gorzej jest tylko w Bułgarii, na Łotwie i w Rumunii. Dumnie ogłaszacie, że Polacy mają wracać do kraju, choć nawet córka Pana Prezydenta pracuje w Londynie. Tylko tutaj połowa 30-latków nadal mieszka z rodzicami! Dokąd oni mają wracać, do łazienki czy do kuchni? – grzmiała posłanka Hanna Gill-Piątek. Przypomniała, że pieniądze na mieszkalnictwo zostały jak najbardziej wstępnie zarezerwowane. A potem… 90 proc. z nich poszło na inne cele.

– Zamiast wybudować choć jedno osiedle dla dziesięciu tysięcy rodzin, Wy woleliście w zeszłym roku znowu wydać 2,5 miliarda na kościół i katechetów – podsumowała parlamentarzystka Lewicy. – I jeszcze dołożyliście do Funduszu Kościelnego dodatkowe 30 milionów! Zgoła inną twarz rząd pokazuje organizacjom wspierającym ofiary przemocy domowej. Łódzkie Centrum Praw Kobiet zwolniło pracowników, bo rząd dla maltretowanych matek woli zapewnić spowiedź niż obdukcję!

Gill-Piątek przypomniała również o Funduszu Przejazdów Autobusowych, który, dobrze zagospodarowany, mógłby dawać milionom mieszkańców mniejszych ośrodków szansę na dojazdy do miast w podstawowych sprawach życiowych. Jednak z 300 mln złotych przeznaczonych na ten cel rząd znalazł zastosowanie dla 18 mln.

Więcej, niż autobusy kosztowała m.in. nowa, luksusowa siedziba Komisji Nadzoru Finansowego, za wynajem której zapłacono 23 mln złotych. Stara siedziba jak najbardziej nadawała się przy tym do dalszego użytkowania.

Miliony na nagrody

– W roku, w którym za oknami Sejmu strajkowali nauczyciele, a na korytarzach, po których chodziliście, siedzieli opiekunowie osób z niepełnosprawnością, Wy wypłaciliście sobie 419 milionów na nagrody i premie! Bo to Wasze bardzo opiekuńcze państwo kończy się tam, gdzie można oszczędzić kosztem najsłabszych – podsumowała Hanna Gill-Piątek.
W ostatecznym rozrachunku Sejm podjął uchwałę w sprawie przyjęcia sprawozdania z wykonania budżetu państwa oraz udzielił absolutorium Radzie Ministrów za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2019 r.

Dzień wcześniej w Sejmie dyskutowano o wynikach szczytu europejskiego i pomocy unijnej, którą otrzyma Polska w związku z pandemią koronawirusa. Tu również Lewica zadała istotne pytania.

– Kiedy spojrzymy na wydatki na modernizację, kiedy spojrzymy na wydatki na klimat, na cyfryzację, na badania zdrowotne, to w porównaniu z pierwotnym kształtem, te wydatki zostały ścięte – mówił Adrian Zandberg o efektach negocjacji. – Inne kraje pracują teraz nad tym, jak dosypać pieniądze do tych działek z budżetu krajowego. Czy macie państwo gotowy program, jak zrównoważyć negatywne efekty szczytu?

Poselska pomoc

Posłowie Lewicy Hanna Gill-Piątek i Andrzej Szejna interweniowali dziś w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w sprawie Wojciecha Ilkiewicza, marynarza z Łodzi, przebywającego w chińskim szpitalu bez pomocy ubezpieczyciela.

Wojciech Ilkiewicz jest marynarzem, który przebywał w Chinach, kiedy rozpoczęła się epidemia koronawirusa, a loty do kraju zostały wstrzymane. Kiedy udało się wykupić lot na 23 czerwca – tydzień przed datą wylotu trafił do szpitala z zapaleniem trzustki. 9 lipca przeszedł operację i od tej pory jest w stanie śpiączki farmakologicznej. Rodzina Wojciecha zbiera pieniądze na jego leczenie w ramach zbiórki na siepomaga.pl, jednak każdy dzień hospitalizacji w chińskim szpitalu to koszt kilkunastu tysięcy złotych. Ubezpieczyciel odmówił pomocy, a jak informuje rodzina, transport medyczny to koszt przynajmniej 130 tysięcy euro. W sprawę zaangażowana jest Ambasada RP, która pomaga w przekazywaniu płatności za szpital. Posłowie Lewicy interweniują, ponieważ teraz ważny jest każdy dzień, by jak najszybciej wrócił do Polski.

– Koszt transportu medycznego przewyższa nie tylko możliwości rodziny pana Wojciecha, ale też wartość pomocy zwyczajowo udzielanej obywatelom RP, których trzeba ściągnąć do Polski. Mamy jednak nadzieję, że uda się znaleźć sposób, by ściągnąć pana Wojciecha do domu, bo wiem od rodziny, że sytuacja się pogarsza – koszty rosną, a on dostał też zapalenia płuc – mówi łódzka posłanka Hanna Gill-Piątek po rozmowie z wiceministrem spraw zagranicznych, Piotrem Wawrzykiem – Minister Wawrzyk zdaje się rozumieć powagę sytuacji i mam nadzieję, że uda się nam znaleźć jakieś rozwiązanie. To nie jest sprawa polityczna, tylko sprawa życia i zdrowia polskiego obywatela, w której trzeba działać szybko.
Zbiórka na pokrycie kosztów pobytu w szpitalu Wojciecha Ilkiewicza jest nadal aktywna pod adresem:

https://www.siepomaga.pl/wojciech-ilkiewicz

Nie ma reprywatyzacji dobrej i złej

Sprawa reprywatyzacji i jej ustawowego uregulowania mignęła w kampanii wyborczej – i od razu została przesłonięta przez bardziej „chodliwe” tematy. Całkowicie niesłusznie.

– Żeby rzetelnie zmierzyć się z tym problemem, musielibyśmy wyłączyć neoliberalne myślenie, według którego własność prywatna zawsze jest wartością wyższą niż jakiekolwiek względy społeczne – mówi Beata Siemieniako, adwokatka i badaczka polskiej reprywatyzacji.

Siemieniako klientów ma z całej Polski. Historie lokatorów, którym zamknięto na kłódkę bramę do własnego domu, odcięto w mieszkaniach prąd, słyszy w czasie teraźniejszym. Dla ludzi przychodzących do niej po pomoc to są sprawy absolutnie bieżące, nie skandale z przeszłości. Dekady działalności stowarzyszeń lokatorskich, ujawnienie dziesiątków bulwersujących spraw przez społeczników i aktywistów ciągle nie wystarczyły, by doprowadzić do uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej, kończącej temat i uwzględniającej interes społeczny. Jako że ustawy nie ma – w sprawach dotyczących nieruchomości muszą orzekać sądy.

– Jak zwracała uwagę profesor Ewa Łętowska, linia orzecznicza, jaka się ukształtowała, jest bardzo niekorzystna dla lokatorów – mówi mi posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek, jedna z najsilniej zaangażowanych w sprawę ustawy reprywatyzacyjnej parlamentarzystek swojego klubu. – Reprywatyzacja w Polsce była bardzo mocno ukierunkowana na interes osób, które „odzyskiwały” mienie i zwykłych handlarzy roszczeń. Wobec bezsilności państwa i przy sądach, które orzekały, zdecydowanie stawiając na pierwszym miejscu prywatną własność, lobbyści mieli fantastyczne warunki do działania, a mafia reprywatyzacyjna – znakomite warunki do rozwoju. A chodzi tutaj o ogromne pieniądze.

O mafii, handlarzach roszczeń i kuratorach dla 120-latków, za sprawą walki aktywistów lokatorskich i podchwycenia tematu przez polityków, usłyszała już cała Polska. Znacznie słabiej przebijała się refleksja ogólniejsza: że nie byłoby nieprzychylnej lokatorom linii orzeczniczej, gdyby nie ogólny triumf myśli antyspołecznej w latach 90.

– Problem leży w całym neoliberalnym podejściu do reprywatyzacji i do własności. W latach 90. powtarzano nam, że własność prywatna jest święta i że jest własnością nadrzędną w stosunku do jakichkolwiek względów społecznych. Zakładano, bez dyskusji i głębszej refleksji, że potomkom dawnych właścicieli po prostu należy się zwrot znacjonalizowanych niegdyś dóbr, bo to właśnie dawni właściciele „na nie pracowali”. Neoliberalizm zamyka oczy na fakt, kto faktycznie wytworzył to bogactwo – mówi Beata Siemieniako.

Kilkanaście podstaw prawnych

Ustawa reprywatyzacyjna pisana przez Lewicę sformułowana będzie tak, by sprawę zamknąć. Zakłada całkowite wygaśnięcie roszczeń oraz rozszerzenie możliwości zasiedzenia przez samorządy lub przejęcia przez Skarb Państwa opuszczonych nieruchomości, których status jest skomplikowany. Wszystkie sprawy nieruchomości będą rozwiązywane pod bacznym okiem strony społecznej. Znikną też zwroty w naturze – zastąpi je 10-procentowe odszkodowanie, i to obliczane na podstawie wartości nieruchomości w momencie znacjonalizowania.

W czerwcu socjaldemokraci pokazali tylko te ogólne założenia ustawy. Całościowy projekt ciągle nie jest gotowy, jeszcze pracują nad nim eksperci, społecznicy, także samorządowcy, którzy, jak podkreśla Gill-Piątek, okazali się w tej sprawie sojusznikami Lewicy.

Bo reprywatyzacja to nie tylko Warszawa, nie tylko większe ośrodki i nawet nie tylko miasta. Wyjątkiem są może tylko Ziemie Odzyskane. Ile różnego rodzaju nieruchomości w Polsce zostało powtórnie oddanych w prywatne ręce? Ile w tej chwili stanowi przedmiot roszczeń lub jest roszczeniami zagrożonych? Nikt nie podjął się ich skatalogowania. Jeśli PiS twierdzi, że chce nadrobić zaniedbania poprzedników i zająć się reprywatyzacją na poważnie, chyba powinien zacząć od oszacowania, o jakim majątku w ogóle mówimy – zauważa Siemieniako. Wyliczeń nie ma, za to jest kilkanaście podstaw prawnych, na jakie powołują się wnoszący roszczenia. Próbuje się podważać wszystkie decyzje nacjonalizacyjne wydane po II wojnie światowej, łącznie z reformą rolną. Zawsze z tym samym refrenem w tle: własność prywatna jest najważniejsza! Pomija się nie tylko faktyczne okoliczności „wypracowywania majątku” przez ziemian, ale też to, że świętość wielkiej własności ziemskiej nie zawsze była oczywista. Przecież reformy rolne przeprowadzały w Europie także rządy niekomunistyczne, czując, że dla stabilności i spokoju w społeczeństwie lepiej jest przyznać chłopom kawałek ziemi. Podział ziemi planowano nawet w Polsce międzywojennej.

Na przykładach historii ze wsi można doskonale zobaczyć, co jest nie tak z reprywatyzacją, w której wszystko z prawnego punktu widzenia jest w porządku. W Łopusznie (woj. świętokrzyskie) spadkobierca ziemiańskiej rodziny zgłosił się po znacjonalizowany po wojnie pałac. Nieruchomość na drodze sądowej odzyskał. Zespół szkół z internatem, który mieścił się w budynku, musiał go ostatecznie opuścić. W tym konkretnym wypadku powiat, dzięki unijnej dotacji, mógł sobie pozwolić na wybudowanie nowej szkoły. Ile jednak było miejsc, gdzie milionów na nowy budynek szkoły w samorządowej kasie zwyczajnie brakowało? Czy (konstytucyjne!) prawo mieszkańców do nauki nie ma żadnego znaczenia?

Najwyższe stadium rozwoju kamienicy

Nawet w mniej drastycznych przypadkach, gdy reprywatyzacja nie pozbawiała danej społeczności budynku o podobnym znaczeniu, wypłacanie odszkodowań stanowiło ogromne obciążenie dla samorządów. Miasta chciałyby też uporać się z problemem pustostanów. Niszczejące, pozbawione opieki kamienice przeszkadzają inwestować, przeprowadzać estetyzację centrów miast, ratować zabytki, co z kolei przekłada się na przyciąganie gości i inne korzyści. A przyczyną, dla której budynki niszczeją, są nader często właśnie sprawy związane z reprywatyzacją. – W Łodzi, jeśli budynek stoi porzucony, to albo jest czyszczony z lokatorów i celowo degradowany, albo nie ma jednego z kilku właścicieli, co uniemożliwia podjęcie jakichkolwiek działań, albo jego właścicielem został zagraniczny fundusz i wykorzystuje nieruchomość, by przepływały przez nią jakieś finanse – często sprowadza się to do prania pieniędzy – opowiada parlamentarzystka.

Łodzianie ukuli nawet pojęcie „dziadoparkingu, najwyższego stadium rozwoju kamienicy”. – Są tacy właściciele, którzy pozwalają budynkowi popadać w ruinę, czekając, aż miasto doinwestuje najbliższa okolicę i wartość nieruchomości wzrośnie. W międzyczasie zarabiają, oferując na posesji „parking strzeżony”… wśród ruin i gruzów – tłumaczy posłanka, która mieszka w centrum Łodzi, gdzie takie obrazki nie należą wcale do absolutnej rzadkości.

Patrząc na swoje miasto socjaldemokratka i tak podkreśla, że wiele zmieniło się na lepsze. Za prezydenta Kropiwnickiego w zasadzie rozdawano kamienice, zakładając, że wolny rynek wszystko ureguluje. Efekt? Zniszczone zabytki, dramaty mieszkańców. Inną formą „regulowania” było pojawienie się specyficznego „segmentu rynku”: ofert wynajmu przeznaczonych wprost dla lokatorów, którzy opuścili zreprywatyzowane kamienice. W zamian za szybką wyprowadzkę dostawali 10-15 tys. złotych. Te pieniądze w nowym miejscu wpłacają jako kaucję, potem płacą za mieszkanie z bardzo podstawowymi wygodami czynsz bliski komunalnemu. Za rządów Hanny Zdanowskiej wiele się jednak poprawiło. – Krytykuję ją za pewne działania, ale akurat w tej kwestii muszę pochwalić – mówi o swojej imienniczce parlamentarzystka Lewicy.

Władze Łodzi zapewniły m.in. lokale dla mieszkańców kamienicy przy Targowej 47, niedaleko słynnej Filmówki i gdzie prywatny właściciel sięgnął po typowy arsenał drastycznych metod pozbywania się lokatorów, a sąd ukarał ich grzywną za to, że zawiesili na budynku transparent protestacyjny, którego właściciel sobie nie życzył. Mieszkania otrzymali również ostatni mieszkańcy kamienicy przy Kilińskiego 69, po tym, gdy podpalili ją tzw. nieznani sprawcy.

– Policja przyjęła, że byli to bezdomni, ale musieliby być to bardzo zdolni bezdomni, skoro zapalił się cały dach ogromnego domu – wspomina Gill-Piątek, która do dziś żałuje, że nie zdołała zrobić zdjęcia parkującego przed kamienicą samochodu z obcą rejestracją i pięciu dobrze zbudowanych mężczyzn, którzy z niego wysiedli, po czym skierowali się do budynku. Pożar był jedynie ostatnim aktem dramatu: na schodach budynku porzucano odchody, odcięto wodę, jeden z ostatnich lokatorów nosił ją w wiadrach z sąsiedniego podwórka. Drugie mieszkanie, które pozostawało zajęte do ostatniego dnia, zamieszkiwała para starszych, schorowanych ludzi. – Pamiętam do dziś, jak stali przed płonącą kamienicą i płakali – mówi posłanka Lewicy.

Łódź próbuje stawiać tamę nieprawidłowościom poprzez specjalną komórkę w urzędzie miasta, która bada sprawy reprywatyzacyjne, także podważając na drodze sądowej zwroty już przeprowadzone. Powstał zespół prawników pod kierunkiem młodego, progresywnie myślącego Marcina Górskiego, który w swoich wnioskach sięgał, gdy było to potrzebne, nawet po Kodeks Napoleona (z powodzeniem!). To jednak wyjątek. – Nie słyszałam o podobnych rozwiązaniach gdzie indziej w Polsce – przyznaje Gill-Piątek. Ilu lokatorów z całej Polski nie miało tej odrobiny szczęścia w nieszczęściu, co łodzianie? Znowu – tak jak w przypadku budynków, nikt tego nie policzył.

Dopóki nie ma ustawy, i polityka miast, i decyzje sądów pozostają w sferze uznaniowości. Nowelizacja ustawy o gospodarce nieruchomościami, którą proponuje – i zapewne przegłosuje – PiS, nawet nie aspiruje do całościowego rozwiązania problemu. Jej celem jest zagwarantowanie lokatorom z warszawskich kamienic, których sprawy przeprowadziła do końca komisja reprywatyzacyjna, wypłaty przyznanych odszkodowań. Tylko im. Co z mieszkańcami budynków, co do których sprawy są dalekie od finału? Co z wiecznie zapominanymi lokatorami spoza Warszawy?
W 2017 r. Beata Siemieniako przewidywała, że komisja Jakiego zaledwie dotknie tematu reprywatyzacji, nawet jeśli zawęzić sprawę do warszawskiej perspektywy. Z perspektywy trzech lat jest już pewna: niestety, nie myliła się. – Pierwszą kamienicą, którą zajęła się komisja, była Poznańska 14. Było rozstrzygnięcie, szum medialny i… do dzisiaj nie wiadomo, czyj tak naprawdę ten budynek jest. Większość mieszkań stoi pusta, remont kamienicy został przerwany w połowie. Lokatorzy płacą czynsz do gminy, ale boją się, że któregoś dnia upomni się o niego spółka Fenix, dalej wpisana do księgi wieczystej – podsumowuje prawniczka.
Hanna Gill-Piątek jest przekonana, że w PiS swojego czasu istniał projekt, jak zakończyć sprawę reprywatyzacji, a przy okazji pozyskać fundusze na flagowy program mieszkalnictwa, który potencjalnie mógł przynieść mocny wzrost poparcia. Posłanka zastrzega: nikt tego planu nigdy od A do Z publicznie nie wyłożył, jednak śledzenie różnych rządowych doniesień pozwala połączyć kropki i uzyskać interesujący obraz. – Całe mienie zagrożone reprywatyzacją – w całej Polsce, nie tylko w Warszawie – miało być zgromadzone w jednej państwowej spółce. Jak wyglądałoby przejęcie go od samorządów – to było niejasne, przecież przy każdej takiej transakcji trzeba byłoby zapłacić VAT itd. Z drugiej strony, PiS miał w ręku całą władzę, mógł uchwalić takie prawo, które stworzyłoby ramy dla całej inicjatywy. Można sobie wyobrazić, jaki majątek zgromadziłaby taka spółka – tłumaczy socjaldemokratka. – Dalszy pomysł był taki: wypłacać odszkodowania w wysokości 20 proc. wartości nieruchomości, a mienie spółki systematycznie prywatyzować. Oznaczałoby to wyprzedaż całych kwartałów zabudowy miejskiej… ale rząd zyskałby w ten sposób pieniądze na sfinansowanie Mieszkania+. Chętnych by nie brakowało – przecież PiS wprowadził również lex developer, zwolnienie z CIT-u dla funduszy inwestycyjnych, które mają zdywersyfikowaną własność i inwestują na lokalnym rynku mieszkaniowym, ustawę o dopłatach do wynajmu.
Dlaczego projekt upadł? Gill-Piątek skłania się ku przekonaniu, że znowu zwyciężyli lobbyści, podmioty, które tylko korzystają na obecnym stanie rzeczy. Również odsunięcie na dalszy plan premier Beaty Szydło i całej ekipy polityków, którzy chcieli rozszerzać transfery i projekty socjalne, w tym budować mieszkania, nie sprzyjało realizacji pomysłu. Zostały rozwiązania cząstkowe, szczątkowe, za to efektowne i pozwalające zbijać maksimum politycznego kapitału. Wypadają efektownie zwłaszcza na tle marnego dorobku poprzedników PiS, których krzywda lokatorów kompletnie nie interesowała. Ale gdy komisja weryfikacyjna patrzy w przeszłość, sądy rozpatrują kolejne sprawy reprywatyzacyjne. Dochodzą kolejne rozstrzygnięcia: może niektóre z nich też kiedyś zostaną zakwalifikowane do weryfikacji? – Komisja mieli swoim młynem, reprywatyzacja swoim, władza na to pozwala. Błędne koło za przyzwoleniem władz – podsumowuje Beata Siemieniako.

Co z ustawą Lewicy? Parlamentarzyści są realistami. Wiedzą, że w obecnym Sejmie nie będzie zgody na 10-procentowe odszkodowania i zamknięcie sprawy roszczeń. Na dzień dzisiejszy maksymalnym sukcesem lewicy byłoby wrzucenie do debaty publicznej kilku niewygodnych pytań. – Dlaczego po ponad 30 latach od upadku PRL ciągle mówi się o odszkodowaniach za znacjonalizowane nieruchomości? – pyta Beata Siemieniako. – Już prawo rzymskie znało instytucję zasiedzenia w złej wierze: w wielu porządkach prawnych właśnie po 30 latach nieruchomość przechodzi w ręce tego, kto faktycznie nią włada, niezależnie od tego, kto był dawnym właścicielem. Dlaczego choćby w oparciu o tę zasadę nie postawić tamy roszczeniom, skoro minęło już tyle czasu?

Policyjny pokaz siły

Działaczka LGBT podejrzana o uszkodzenie furgonetki antyaborcyjnej fundacji została wyciągnięta z domu bez butów. Policjanci nie powiedzieli, dokąd ją zabierają. Czy to ostrzeżenie dla wszystkich niezadowolonych z wyniku wyborów prezydenckich, w sam raz na start nowej fazy rządów PiS?

Małgorzata „Margot” Szutowicz, transpłciowa aktywistka LGBT, działaczka kolektywu Stop Bzdurom i uczestniczka protestów antyrządowych, została zatrzymana i przewieziona na komisariat 14 lipca. Chodzi o sytuację z 27 czerwca, gdy grupa aktywistów LGBT zniszczyła samochód Fundacji Pro Prawo do Życia, który wcześniej krążył po Warszawie, obwieszony homofobicznymi i nienawistnymi plakatami. Przebicie opon, zniszczenie banerów z homofobiczną treścią, oderwanie tablicy rejestracyjnej i lusterek fundacja wyceniła na ponad 6 tys. zł.

Bez butów

Sprawa zniszczonego samochodu z pewnością trafi do sądu, Szutowicz usłyszała już zarzuty. Środowiska opozycyjne i demokratyczne oburzyły jednak okoliczności, w jakich została przewieziona na policję i do prokuratury. Funkcjonariusze, poproszeni o okazanie legitymacji i podanie przyczyny pojawienia się w mieszkaniu, gdzie znajdowała się Szutowicz, rzucili zatrzymywaną na ziemię i zakuli w kajdanki. Następnie śmiali się, że ze skrępowanymi rękami nie jest w stanie założyć skarpet i butów. Osoby, które również przebywały w mieszkaniu, nie dowiedziały się, dokąd – nieoznakowanym samochodem – jest zabierana aktywistka.

15 lipca Małgorzata Szutowicz (oficjalnie, według danych z dowodu osobistego, mężczyzna – Michał Sz.) usłyszała zarzuty. Zarzuca się jej czyn z art. 254 par. 1 Kodeksu karnego – czynny udział w zbiegowisku (do trzech lat pozbawienia wolności), czyn z art. 288 par. 1 Kodeksu karnego (uszkodzenie mienia), zagrożony karą do 5 lat pozbawienia wolności, czyn z art. 157 par. 2 Kodeksu karnego (spowodowanie rozstroju zdrowia na czas poniżej 7 dni) jest zagrożony karą do 2 lat pozbawienia wolności, czyn z art. 191 par. 1 Kodeksu karnego (zmuszanie do określonego zachowania przy użyciu przemocy) jest zagrożony karą do 3 lat pozbawienia wolności, oraz czyn o charakterze chuligańskim (art. 57 a par. 1 Kodeksu karnego), za który sąd wymierza karę w wysokości nie niższej od dolnej granicy ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę.

Prokuratura wnioskowała o umieszczenie podejrzanego w areszcie na trzy miesiące. Sąd jednak nie przychylił się do tego wniosku.

W policji nie jest dobrze

Sprawę aktywistki skomentowała na Facebooku posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek.

– Nie znam Margot, nawet nigdy się pewnie nie widziałyśmy. Nie będę też bronić jej czynów, jeśli sąd udowodni jej winę. Ale niezależnie od zarzutów, kiedy dochodzi celowego upokorzenia i poniżania osoby podczas zatrzymania, a potem wywozi się ją w nieznane na kilka godzin, to po prostu trzeba działać – powiedziała parlamentarzystka z Łodzi.

Gill-Piątek zauważyła, że nie jest to pierwszy raz, gdy opozycja ma podstawy podejrzewać, że nadzwyczaj agresywne potraktowanie działaczki LGBT miało polityczne podłoże.

– Czasy terroru i czarnej wołgi nie powinny wracać, a ostatnio mamy bardzo niepokojące tego sygnały. Funkcjonariusze, za którymi zawsze stajemy, kiedy chodzi o ich prawa pracownicze czy emerytury, są coraz częściej używani są do politycznych zleceń – podsumowała posłanka.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka na podstawie art. 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który mówi o zakazie tortur, a także standardy dotyczące prawa zatrzymanego do obrony, a więc możliwości skorzystania z pomocy adwokata, podejmie działania w sprawie Małgorzaty Szutowicz.

Dość już reprywatyzacji

To będzie jedna z ważniejszych legislacyjnych inicjatyw klubu Lewicy w tej kadencji. Projekt ustawy reprywatyzacyjnej, który będzie jeszcze przedmiotem konsultacji z ekspertami, ma zakończyć zwroty w naturze, zablokować handel roszczeniami i ukrócić wypłacanie horrendalnie wysokich odszkodowań. Lokatorom zaś przywrócić wiarę w sprawiedliwość.

Na konferencji prasowej 15 czerwca Robert Biedroń, jedyny lewicowy kandydat na prezydenta Polski, oraz posłanki Lewicy między innymi Hanna Gill-Piątek, przedstawili w Sejmie założenia do projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Do prac nad projektem zapraszają szerokie środowiska społeczne i polityczne, by w końcu położyć kres krzywdzie lokatorów i bezkarności mafii handlarzy roszczeniami. Szczegółowe zapisy ustawy wypracują razem z lewicowymi parlamentarzystami działacze broniący praw lokatorów, samorządowcy, prawnicy.

Wiadomo jednak, jakie będą podstawowe filary projektu. W pierwszej kolejności Lewica chce, by reprywatyzacyjne roszczenia wygasły. Ci, którym niegdyś odebrano nieruchomości oraz ich spadkobiercy mieli dość czasu, by zgłosić swoje roszczenia. Roszczenia i prawo do rekompensaty nie będą też mogły być sprzedawane osobom trzecim. Lewica chce również ułatwień w procedurze zasiedzenia własności nieruchomości przez jednostki samorządu terytorialnego. Proces wygasania roszczeń reprywatyzacyjnych miałby również zostać poddany pod kontrolę społeczną.

Czas na sprawiedliwość

– Przez ostatnie 31 lat państwo w sprawie reprywatyzacji było silne wobec słabych i słabe wobec silnych. W tym okresie państwo pozwalało na bezkarne funkcjonowanie tzw. czyścicieli kamienic. Lokatorzy byli często w brutalny sposób przejmowani razem z kamienicami i wyrzucani na bruk – przypomniał Robert Biedroń. Oznajmił, że mieszkańcy polskich miast od dawna czekają, by zatriumfowała sprawiedliwość.

Dla wielu ludzi wyrzuconych z mieszkań, w których przeżyli całe życie, nękanych przez „czyścicieli” czy odważnie upominających się o prawa lokatorów sprawiedliwość przyjdzie – jeśli ustawa zostanie w ogóle przyjęta – za późno. Robert Biedroń przypomniał Jolantę Brzeską, działaczkę lokatorską z kamienicy przy ul. Nabielaka na warszawskim Mokotowie, której okrutna śmierć do dziś nie została całkowicie wytłumaczona.
– Przez 31 lat złożono ponad 20 projektów ustaw i żaden z tych projektów dotyczących reprywatyzacji nie został przyjęty – przypomniał Biedroń. Zaniechania i udawanie, że problemu nie ma, dotyczą zarówno obecnie rządzącej Zjednoczonej Prawicy, jak i ich poprzedników z Platformy Obywatelskiej. Jedni i drudzy tylko obiecywali pomóc lokatorom i definitywnie przeciąć patologie.

Nie tylko Warszawa

W praktyce temat reprywatyzacji eksploatowany był przed wyborami, a potem odkładany. Tymczasem, jak przypomniały posłanki Hanna Gill-Piątek i Karolina Pawliczak, sprawa dotyczy kilkudziesięciu tysięcy poszkodowanych z całego kraju. Nie tylko lokatorów warszawskich, o których, za sprawą komisji weryfikacyjnej, było stosunkowo najgłośniej.
– Skala dramatów pozostawionych samym sobie mieszkańców jest ogromna. Czas zakończyć wreszcie ten legislacyjny i administracyjny chaos. Dość dramatów lokatorów! – apelowała posłanka Pawliczak, w latach 2014-2018 wiceprezydent Kalisza. – Chcemy jasnego, przejrzystego i skutecznego prawa, które rozwiąże problemy mieszkańców i raz na zawsze zakończy patologię dzikiej reprywatyzacji w Polsce.

Słowo „patologia” nie jest w najmniejszym stopniu przesadzone. O tym, do czego doprowadził brak ustawy reprywatyzacyjnej, mówiła, na przykładach z rodzinnej Łodzi, Hanna Gill-Piątek.

– Targowa 47 – grzywna za lokatorów za transparent w obronie praw lokatorskich na kamienicy po odcięciu im instalacje. Kilińskiego 89 – kamienica, którą podpalili tzw. nieznani sprawy z lokatorami w środku, po tym jak wcześniej odcięto im wodę, czy w ostatnich miesiącach. Tuwima 48 – właściciel odciął lokatorów od ich mienia, po prostu zamykając im bramę. Tak wygląda dziś rzeczywistość lokatorów w reprywatyzowanych kamienicach w Łodzi – powiedziała posłanka. Zaznaczyła przy tym, że jej miasto i tak w szczególny sposób zaangażowało się w obronę przed nieuczciwymi roszczeniami.

– W Łodzi w 2012 roku Hanna Zdanowska powołała specjalną komórkę, prowadzoną przez mecenasa Marcina Górskiego, zajmującą się reprywatyzacją. To jedyne takie biuro w polskim samorządzie, które wniosło ponad 100 spraw przeciwko mafii reprywatyzacyjnej i walczy o zwrot ponad 300 kamienic – powiedziała Gill-Piątek. – Jeśli jakiś cwaniak grzebie w starych aktach własności, w Łodzi wiemy o tym, zanim wyjdzie z archiwum. Jednak przez brak porządnej ustawy sprawy ciągną się bardzo długo, a miasto musi odwoływać się nawet do kodeksu Napoleona.

Gdyby politycy prawicy traktowali lokatorów z minimalnym szacunkiem, odpowiednia ustawa dawno zostałaby napisana. Obiecywano ją jeszcze w 2017 r.

Mieszkanie prawem, nie towarem

Jednak tylko Lewicy zależało na społecznej sprawiedliwości. Posłanka Magdalena Biejat przypomniała, że aktywiści lewicowi zawsze występowali w obronie lokatorów, razem z nimi demonstrowali, blokowali bezprawne eksmisje, domagali się ustawy, która zakończy ludzkie dramaty.

– Lewica jako jedyna dąży do tego, aby zakończyć czarny okres w historii polskiego prawodawstwa. Nie może być tak, że lokatorzy obawiają się, że kilkukrotnie lub kilkunastokrotnie podniesie się im czynsz, a zarządcy kamienic wynajmują zbirów do szykanowania mieszkańców, że po klatkach płyną ścieki i dozorcy doprowadzają budynki do ruiny, żeby wykurzyć lokatorów – mówiła parlamentarzystka z Warszawy. – Mieszkanie powinno być bezpiecznym miejscem i lokatorzy na to zasługują.

Biejat odniosła się również do projektu ustawy, który w ubiegły piątek przedstawili Sebastian Kaleta i Paweł Lisiecki, prawicowcy, członkowie komisji weryfikacyjnej. Nie jest to projekt kompleksowy, jak propozycja socjaldemokratów. W swojej istocie odnosi się tylko do Warszawy i do kwestii odszkodowań, jakie komisja przyznała poszkodowanym lokatorom. Miasto odwołało się w 210 takich sprawach do sądów, nie zapłaciło. Dla prawicy to okazja, by uderzyć w Rafała Trzaskowskiego i zarzucić mu wspieranie mafii reprywatyzacyjnej. Postawa prezydenta Warszawy budzi wśród obrońców praw lokatorów uzasadnione i zasadnicze zastrzeżenia, ale trudno nie zauważyć, że działacze Solidarnej Polski znowu instrumentalnie i w związku z kampanią „wyciągnęli” zapomnianą wcześniej sprawę lokatorską.

Lewica ustami posłanki Biejat zadeklarowała jednak, że poprze nawet taki niekompletny projekt. – To krok w dobrym kierunku – powiedziała warszawska działaczka Lewicy Razem. Zdaniem socjaldemokratki prawa lokatorów tak długo cierpiały, że należy poprzeć każdy ruch, który choć trochę je zabezpiecza.

Kwestie historyczne

Ze stanowiskiem Lewicy w sprawie ustawy Kalety i Lisieckiego zgodzi się Komitet Obrony Praw Lokatorów. Jego działacze zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt regulowania spraw reprywatyzacyjnych: ustanowienie zakazu zwracania budynków razem z lokatorami i zapobieżenie jego omijaniu.

– Sama deklaracja zakazu zwrotu kamienic z lokatorami nie jest wystarczająca. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której budynki wielorodzinne są wysiedlane, mieszkania należące do zasobów Miasta ulegają likwidacji, a budynki są zwracane w naturze – tłumaczy Komitet w opublikowanym na Facebooku stanowisku. – Nigdy nie powinna mieć miejsce sytuacja, w której następuje uszczuplenie zasobu mieszkaniowego Miasta, a zamieszkujący w nich lokatorzy tracą przez reprywatyzację miejsce swojego wieloletniego zamieszkiwania i możliwość korzystania z czynszu regulowanego

Klub Lewicy zgłosi jeszcze jedną istotną poprawkę. Ma ona ukrócić wypłacanie horrendalnie wysokich odszkodowań, nieuwzględniających stanu budynków w momencie ich przejęcia przez Skarb Państwa (w Warszawie często były to po prostu ruiny).

– Nowelizacja ma też znacząco ograniczyć wysokość odszkodowań, jakie miasto musi płacić za odmowę zwrotów, uwzględniając uwarunkowania historyczne – powiedziała posłanka Biejat. Stwierdziła, że rekompensaty powinny kształtować się na poziomie 10 proc. wartości nieruchomości w momencie nacjonalizacji.

Posłanki interweniują w sprawie danych osobowych

5 maja 2020 roku posłanki Lewicy Hanna Gill-Piątek i Monika Falej dokonały interwencji poselskiej w siedzibie Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Upomniały się o dane osobowe 30 mln Polek i Polaków, które za sprawą przygotowań do wyborów korespondecyjnych mogą wyjątkowo łatwo wpaść w niepowołane ręce. Z opłakanym skutkiem.

Dane z bazy PESEL zostały przekazane Poczcie Polskiej i jej ajentom przez Ministra Cyfryzacji w dn. 22.04.2020 r.

– Poczta Polska to podmiot komercyjny, z którym współpracują setki agencji pocztowych. Te podmioty nie muszą mieć nawet adresu, może założyć je każdy. Nasze PESEL-e mogą łatwo dostać się w niepowołane ręce. – alarmuje posłanka Hanna Gill-Piątek. Polityczka wytłumaczyła również mechanizm możliwego oszustwa.

– Jeśli PESEL, imię i nazwisko trafią do oszusta, ten może łatwo wziąć nawet kilkanaście pożyczek za pomocą “kolekcjonerskiego” dowodu osobistego, który można kupić za 700 zł w internecie – oznajmiła. – Wg raportu Krajowego Rejestru Długów w 2019 r. na fałszywe dane wyłudzono 1 mld i 700 mln zł. Teraz każdy z nas będzie mógł paść ofiarą oszustów, ponieważ rząd otwiera im furtkę do kradzieży naszej tożsamości .

Już 24 kwietnia złożyliśmy do Prezesa UODO wniosek o kontrolę zasad, na jakich doszło do przekazania i przetwarzania danych wszystkich wyborców w Polsce. Ponieważ nie było odpowiedzi, zaalarmowaliśmy też NIK. Sprawa jest jednak pilna, więc dziś przyszliśmy dokonać sami kontroli w trybie interwencji poselskiej – mówi Monika Falej, posłanka Lewicy, prawniczka – dziś zapytaliśmy, na jakiej zasadzie przetwarzane są dane z bazy PESEL i czy przekazane one zostały podmiotom zewnętrznym, czyli agencjom pocztowym. Jeśli tak, chcemy poznać sposoby ich zabezpieczenia, by nie dostały się w ręce oszustów. Te wybory mogą nas kosztować nie tylko zagrożenie zdrowia, to realne ryzyko dla bezpieczeństwa i majątku Polaków – puentuje Monika Falej.

PiS prze za wszelką cenę do wyborów korespondencyjnych i nie liczy się z konsekwencjami, nawet Europejski Inspektor Ochrony Danych Osobowych ma uzasadnione wątpliwości co do przekazania bazy PESEL, zgodności całej procedury z RODO i innymi europejskimi przepisami. Przecież spis wyborców zawiera dane nie tylko polskich obywateli, ale także innych państw Unii Europejskiej – stwierdziły posłanki Lewicy.

Dane osobowe zagrożone?

Posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek wnioskuje do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych o przeprowadzenie kontroli udostępniania i przetwarzania danych osobowych w związku z organizacją wyborów korespondencyjnych.

Do 23 kwietnia 2020 r. włodarze 2477 gmin w Polsce otrzymali żądanie udostępnienia rejestru i spisu wyborców przez Pocztę Polską S.A. na podstawie art. 99 ustawy z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Publiczny operator pocztowy otrzyma 30 mln rekordów zawierających dane osobowe wyborców (imię i nazwisko, nr PESEL, adres zamieszkania, data urodzenia). Jest to bez wątpienia jedna z największych baz danych w Polsce. Duża część autorytetów prawniczych stoi na stanowisku, iż żądania Poczty Polskiej S.A. o przekazaniu rejestru i spisy powszechnego wyborców są pozbawione podstaw.

Dane dla każdego

Kto będzie miał dostęp do jednej z największych w Polsce bazy danych? Jak się okazuje, szansę ma każdy. „Agentem pocztowym może zostać każdy przedsiębiorca – osoba fizyczna lub prawna, który zobowiązuje się w ramach umowy agencyjnej do zawierania umów na świadczeniu usług w imieniu Poczty Polskiej S.A.” – za stroną internetową Poczty Polskiej. Dlatego posłanka Lewicy zawnioskowała do prezesa UODO o przeprowadzenie pilnej kontroli.

– Już raz Poczta Polska S.A w podejrzany sposób otrzymała dane osobowe – szczególnie wrażliwe – osób będących w kwarantannie bez żadnej podstawy prawnej – przypomniała Hanna Gill-Piątek. Posłanka razem z grupą innych posłów Lewicy wystosowała w tej sprawie interpelację. – Doręczyciele i pracownicy bezpośrednio stykający się z przesyłkami, którzy jednocześnie mają wgląd do wykazu adresów osób znajdujących się w kwarantannie, mogą łatwo powiązać informacje i de facto mają w ten sposób dostęp do danych wrażliwych. W jaki sposób obywatele są zabezpieczeni przed nadużyciami związanymi z ewentualnym niewłaściwym użyciem tych danych? – czytamy w niej.

Wielki przeciek?

Teraz na cito 30 mln rekordów z danymi Polek i Polaków ma być przesyłanych w plikach tekstowych przez gminy do Poczty Polskiej. Nie wiemy kto ma mieć do nich dostęp, czy są powielane, w jaki sposób są przekazywane podwykonawcom Poczty Polskiej. Instytucje kontrolne państwa prawa abdykowały, dostęp do informacji publicznej został wstrzymany dla mediów i obywateli. Zostało jedynie kilkuset posłów opozycji. Część z nich niestety zajęta jest teraz paktowaniem z Gowinem – stwierdziła posłanka. Gill-Piątek oczekuje, że UODO sprawdzi, jak wygląda przekazywanie danych osobowych agentom pocztowym przez Pocztę Polską S.A. Chodzi wszak o setki podmiotów.