O pożytkach z istnienia Georgetty Mosbacher

Aktywność ambasadorki USA w Polsce, Georgette Mosbacher, naprawdę imponuje. „Jestem dumna, że mogę służyć jemu [Donaldowi Trumpowi – przyp. red.] oraz Amerykanom tutaj, w Polsce” powiedziała Mosbacher w wywiadzie dla swojej ulubionej amerykańskiej telewizji TVN. Bardzo chciałbym podzielać tę dumę, ale nie potrafię, ponieważ wiele wskazuje na to, że służba ta przynosi dość słabe efekty.

Jest zadaniem ambasadora dowolnego państwa zapewnienie jak najlepszych relacji z państwem gospodarzem w zastanej sytuacji. Zapewne mieści się w tej misji dbanie o dobre warunki rozwoju firm z kraju ambasadora. Czym innym jest jednak poruszanie się po polu dyplomacji z wdziękiem, dyskrecją i skutecznością, a czym innym takie zachowanie wobec kraju gospodarza, przy którym walenie młotkiem w kolano to szczyt subtelności. Mosbacher wybiera jednak tę drugą metodę, z ogromną skutecznością osiągając kilka celów naraz: okrywając się śmiesznością, kompromitując swój urząd, budząc irytację zwykłych ludzi i zażenowane zakłopotanie nawet wśród najzagorzalszych lokajów amerykańskich wpływów w Polsce, a tych mamy wśród polskich elit pokaźny regiment.
Już list do premiera Morawieckiego, z błędami w nazwiskach polskich polityków i odręcznym dopiskiem, który można było odczytać jako groźbę wobec niepodporządkowania się jej poleceniom był niezłym wejściem, tym bardziej, że stał się publicznie dostępny. Potem doszła również publiczna i niezgrabna próba obrony amerykańskiego medium TVN przed z pewnością chamską krytyką ze strony mediów publicznych, która jednak nie oznacza, że amerykańska ambasadorka powinna zająć się podmiataniem gówien na rynku medialnym w Polsce. Następnie znów wcieliła się w role protektora i adwokata TVN-u. Potem, bez konsultacji z nikim, wyrywając się przede szereg, zaprosiła amerykańskich żołnierzy z Niemiec do Polski, tworząc kolejne ognisko napięcia międzynarodowego. A teraz, podczas szczytu Unii Europejskiej, raczyła z dyskredytującą ją gorliwością wziąć Polskę w obronę twierdząc, że „wiele z ataków wobec Polski dotyczących wartości demokratycznych jest przesadzonych”. Abstrahując od tego, że wzięła się z pouczanie Unii Europejskiej wtedy, kiedy relacje między UE a USA są dość chłodne, to na dodatek dała wyraźny sygnał, że niewiele rozumie z tego, co się dzieje w kraju, w którym przyszło jej sprawować swe namiestnikostwo. Jeżeli Mosbacher uważa, że ataki dotyczące naruszania wartości demokratycznych są „przesadzone”, to można domniemywać, że zaczęłaby się nimi przejmować dopiero wtedy, gdy po ulicach maszerowałyby bojówki ze swastykami na rękawach.
Dobrze, że jest Mosbacher. Dzięki temu widać jak na dłoni twarz USA – prymitywnego stójkowego, któremu wydaje się, że walenie pałą jest jedynym sposobem na uprawianie polityki.
Skrajnie prawicowa Konfederacja zażądała, by Mosbacher uznać za persona non grata. Nic jej to nie kosztuje, nie przyniesie żadnego skutku dyplomatycznego poza jednym – nabije Konfederacji kolejne punkty u wszystkich tych, którzy czują się, że ambasadorka USA już dawno przekroczyła granice dobrych obyczajów dyplomatycznych i zwykłego dobrego wychowania, traktując Polskę jak podporządkowany Stanom Zjednoczonym bantustan. Szkoda, że żadna partia opozycyjna nie wpadła na ten pomysł. Widocznie służalczy proamerykanizm jest tak zakorzeniony w ich duszach, że blokuje pracę mózgu.

PiS broni interesów Niemiec

A jednocześnie, ekipa rządząca obecnie Polską, skutecznie podejmuje działania, leżące także i w interesie rosyjskim.

Prawo i Sprawiedliwość bardzo aktywnie zabiegało o to, by przedstawiciel Niemiec objął kierownictwo Komisji Europejskiej.
Premier Mateusz Morawiecki osobiście zaangażował się w działania, zmierzające do uczynienia Ursuli von der Leyen, partyjnej koleżanki Angeli Merkel, szefową Komisji Europejskiej.
Szef polskiego rządu odbywał w tej sprawie zakulisowe spotkania – i w głównej mierze to on doprowadził do tego, że najważniejszym kandydatem do kierowania Komisją Europejską został nie Holender lecz reprezentantka Niemiec.
Działania przedstawicieli PiS-owskiego obozu rządzącego jednocześnie przyczyniły się do sytuacji, w której Polsce przypadło tylko jedno stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, zamiast dwóch, jak było w poprzedniej kadencji europarlamentu. To także leży w interesie Niemiec – i osłabia pozycję naszego kraju na arenie międzynarodowej.

Obóz prawicy wspiera Niemcy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości nie od dziś prowadzą politykę proniemiecką, reprezentującą interes naszego wielkiego sąsiada.
Przykładem może być rezygnacja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z działań mogących doprowadzić do wstrzymania budowy gazociągu Nord Stream 2, prowadzącego z Rosji do Niemiec na dnie Bałtyku. Władze Niemiec bardzo skutecznie, przy przyzwoleniu polskiego rządu, forsują zbudowanie tego gazociągu, który jest korzystny dla niemieckiej gospodarki ale stanowi zagrożenie dla interesów Polski.
Inny przykład to wyciszenie tematu polskich reparacji wojennych od Niemiec. Przedstawiciele rządu PiS unikają podejmowania kwestii reparacji w jakichkolwiek rozmowach z reprezentantami strony niemieckiej. Liderzy PiS także i na gruncie krajowym nie chcą podnosić, że Polsce należą się jakiekolwiek reparacje od Niemiec.

Polska na rzecz Rosji

PiS skutecznie łączy prowadzenie polityki proniemieckiej z jednoczesnym podejmowaniem działań korzystnych dla Rosji. Państwu rosyjskiemu także bardzo zależy na dokończeniu budowy gazociągu Nord Stream 2 – a władze Polski nie przeciwstawiają się temu ani na forum międzynarodowym, ani w jakichkolwiek rozmowach dwustronnych.
Polska zwiększa import rosyjskich surowców. W naszych zakupach dominuje ropa naftowa i gaz ziemny. Władze Polski unikają jednak podawania ubiegłorocznej wielkości importu tych produktów z Rosji. W tej sytuacji najbardziej konkretny charakter ma informacja Narodowego Banku Polskiego, stwierdzająca „W III kwartale 2018 r. wartość importu ropy naftowej do Polski wyrażona w złotych zwiększyła się o prawie 60 proc.”.
Sprowadzamy także coraz więcej rosyjskiego węgla kamiennego, co szkodzi polskiemu przemysłowi wydobywczemu, ale jest oczywiście dobre dla gospodarki Rosji.
Import z Rosji miał bardzo duży wpływ na to, że w ubiegłym roku Polska zanotowała ujemny bilans w całym swoim handlu zagranicznym. Łączny import do naszego kraju aż o około 5 miliardów euro przekroczył eksport.
Deficyt w naszej wymianie gospodarczej jest zjawiskiem dość nowym. W 2015 r, ostatnim roku w którym jeszcze nie rządziło Prawo i Sprawiedliwość, Polska zanotowała przewagę eksportu nad importem.

PiS pomaga wielkim sąsiadom

Warto zauważyć, że w ubiegłym roku nasz kraj najbardziej zwiększył swój import właśnie z Rosji. Jak podało Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, wartość importu Polski z Rosji w 2018 r. wyniosła 16,6 miliarda euro i wzrosła aż o 26,9 proc. w porównaniu z 2017 r. To największy skok wśród naszych wszystkich partnerów gospodarczych.
Tak gigantyczny wzrost importu Polski z Rosji w znaczącym stopniu przyczynił się do ratowania rosyjskiego bilansu handlowego.
W ubiegłym roku Polska oczywiście zwiększyła też import z Niemiec – ale tylko o 6,1 proc.
Sam handel zagraniczny to nie wszystko. Za sprawą PiS współpraca z naszym wielkim wschodnim sąsiadem rozwija się coraz lepiej na wielu polach.
Bardzo dobrze funkcjonuje rządowy program Polska – Rosja. Jak stwierdziło nasze Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, „Program Współpracy Transgranicznej Polska-Rosja wspiera rozwój w sferze społecznej, środowiskowej, gospodarczej i instytucjonalnej”.
Ważne dla dobra relacji polsko-rosyjskich są też i inne działania – jak choćby brak skutecznego przeciwdziałania wobec pełnoprawnego powrotu Rosji do decydowania w Radzie Europy. A także nie podejmowanie skutecznych kroków w celu sprowadzenia do Polski wraku tupolewa rozbitego pod Smoleńskiem (poza rytualnym powtarzaniem w kraju, zwykle w kwietniu, że Polska oczekuje jego zwrotu).
Łatwo zauważyć, że to, co PiS-owska propaganda mówi na temat obrony naszych interesów w kontaktach z Rosją i Niemcami, diametralnie różni się od rzeczywistego charakteru obecnych relacji Polski z tymi krajami.
Zapewne nieprędko – jeśli w ogóle – dowiemy się, co kierowało liderami PiS, że w swych poczynaniach przykładali tak wielką wagę do dobra interesów Rosji i Niemiec.

Głos lewicy

W polityce nie ma miłości

 

– Nie jestem zwolennikiem przechodzenia z partii do partii, czy z klubu do klubu, do mojej partii też przechodzili posłowie z Ruchu Palikota, ale to się źle kończy, jest mało wiarygodne. Jeżeli chodzi o mnie, to szybciej bym odszedł z polityki niż zrobił coś takiego. Zawsze zmienia się partie z mniej na lepiej notowaną, nie dzieje się to przypadkiem – powiedział Włodzimierz Czarzasty w Polskim Radiu 24.
Przewodniczący SLD zaznaczył, że w kontekście wyborów do parlamentu Europejskiego rozważana jest współpraca zarówno z PSL, Nowoczesną czy Platformą Obywatelską, które uznaje za siły proeuropejskie i demokratyczne, przyznał jednak, że działania Platformy Obywatelskiej związane z Nowoczesną nie budują wiarygodności, co bardziej skłania SLD do rozmów z ruchami lewicowymi, partią Razem, partią Zielonych czy ruchem Biedronia. – Chciałbym, żeby taki blok powstał, jeżeli tak się nie stanie to będziemy rozmawiali w szerszy kręgu. Trzeba jednak uporządkować różne sprawy, m.in. relacje pomiędzy PO a Nowoczesną, trzymam za koleżanki i kolegów kciuki.
– W polityce nie ma miłości, są interesy i o te interesy trzeba dbać – podkreślił Czarzasty.

Info z sld.org.pl

 

Ciąg dalszy nastąpi

Niestety na sprawiedliwość muszę poczekać do 5 marca 2019 r. – napisał na swoim profilu Marek Jopp i opublikował zawiadomienie o zmianie terminu rozprawy.
Przypomnijmy, iż Marek Jopp zapisał się na studia podyplomowe na kierunku polityka ochrony środowiska – ekologia i zarządzanie. Kierunek ten nie ma nic wspólnego z religią i przede wszystkim jest dofinansowywany przez państwo, które poprzez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska wyłożyło na ten cel 285 000 zł.
Uczelnia Rydzyka – Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu – przyjęła pana Marka, jednakże nie dopuściła go do zajęć,. Jako przyczynę odmowy WSKSiM wskazała brak zaświadczenia od proboszcza dla niedoszłego studenta. W odpowiedzi niedoszły student złożył pozew o odszkodowanie za naruszenie zasady równego traktowania na podstawie przepisów Unii Europejskiej.
Podstawą pozwu jest ustawa o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej, która w art. 4 stanowi ona, że stosuje się ją m.in. w zakresie dokształcania. – Każdy, wobec kogo zasada równego traktowania została naruszona, ma prawo do odszkodowania.

Info z sld.org.pl

 

Nieobecny mit

Dlaczego skoro mitem założycielskim obu zwalczających się sił na scenie politycznej była „Solidarność”, tak mało się o niej mówi i pisze. O jej programie, aspiracjach? Bo podmiotem tamtego ruchu była wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. A o robotnikach współczesne elity nie chcą myśleć, ani pamiętać – zastanawia się na swoim profilu na Facebooku Piotr Ikonowicz.

 

Dwie prawdy

„Precz z komuną” i poniżej napis „Śląsk Wrocław”. Ten klub został założony w 1947 roku i komuna maczała w tym swoje palce jak najbardziej. Aż dziw bierze, że IPN nie zdekomunizował tej nazwy i klubu zarazem. Teraz jest ona (nazwa klubu) symbolem walki z komuną. Oto oksymoron w wydaniu niedouczonej prawicy. Przy plakacie stało kilku – pewnie wyznawców – tego bełkotu. Grypa zagorzałych kibiców waliła w bębny w skandowała. Gdyby nie oni atmosfera na stadionie byłaby jak w rodzinnym grobowcu. Inne hasło i symbol czaszki zinterpretujcie sobie sami.
Jako radny Wrocławia jestem zadziwiony tolerancją władz klubu i stadionu. Jako radny i członek Komisji Sportu będę walczył z takimi formami „kibicowania”, które, miedzy innymi, zaprowadziły klub na skraj upadku i wyludniły stadion z kibiców. Bo kibice chcą przychodzić na mecze, a nie oglądanie takich plakatów – komentuje na Facebooku Czesław Cyrul.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.