Lista nieznanego esesmana

Co my robimy tą bazą? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

– Dzisiejszy dzień jest historyczny, ponieważ to jest dopiero początek – tą bazą rozpoczynamy realizację dużego projektu. Zaczynamy od KL Auschwitz, ale w dalszych planach mamy rozwinięcie tej bazy również o inne niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne – nie posiadał się ponad 4 lata temu z dumy prezes IPN Jarosław Szarek.
Baza, o której mówił to spis esesmanów, odbywających służbę w obozie Auschwitz-Birkenau. IPN chwali się, że to pierwsze i jedyne tego typu opracowanie na świecie. Ale najprawdopodobniej nie ostatnie.
– Mając bazę danych członków załogi KL Auschwitz będzie nam łatwiej rozmawiać z przedstawicielami różnych instytucji za granicą, które widząc rezultaty naszych działań, chętniej udostępnią nam swoje materiały – piał z radości IPN-owski prokurator Łukasz Gramza.

Różne instytucje za granicą na pewno zainteresuje esesman Adamczyk Joachim. Dzięki bazie IPN światowy dorobek intelektualny znacząco pójdzie w górę. Szczególnie dzięki kompletowi informacji dotyczących Adamczyka Joachima. Data urodzenia – brak danych. Miejsce urodzenia – brak danych. Obywatelstwo – brak danych. Wykształcenie – brak danych. Zawód – brak danych. Jakiekolwiek inne informacje – brak danych. Z jednym wyjątkiem. Adamczyk Joachim był SS-Schütze, znaczy szeregowym w dniu 21.09.1944.

– Opracowana baza jest dużym postępem – wyjaśniał prokurator Gramza na konferencji prasowej, dodając, że lista w znacznym stopniu pomaga w ustaleniu okoliczności hitlerowskich zbrodni.
Bo spis esesmanów jest tylko jednym z etapów śledztwa oświęcimskiego. Tego, które rozpoczęło się w 2011 roku i dotyczy zbrodni popełnionych przez Niemców na terenie obozu. Co prawda wcześniej też prowadzono śledztwo, ale rozpoczęło się po II wojnie światowej i trwało do 1954 r. kiedy rozwiązano Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Zaś kolejne tego rodzaju instytucje nie miały uprawnień oskarżających. A IPN ma. I jak widać, nie waha się z nich korzystać.
– Na użytek śledztwa IPN chce zdobyć jak największą wiedzę. Chce również, by społeczeństwo było świadome historii – twierdził prok. Waldemar Szwiec, naczelnik Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Krakowie.

Społeczna świadomość historii wzrośnie na pewno. I na dodatek będzie łatwa do zapamiętania. Tak jak wszystko co można wyczytać z IPN-owskiej listy o esesmanie zapisanym jako Abert. Wiele go łączy z Adamczykiem (Data urodzenia – brak danych. Miejsce urodzenia – brak danych. Obywatelstwo – brak danych. Wykształcenie – brak danych. Zawód – brak danych. Przynależność do NSDAP – brak danych. Przynależność do Allgemeine SS – brak danych. Numer w organizacji SS – brak danych. Zawodowa lub rezerwowa służba w SS – brak danych. Służba w SS-Verfügungstruppen, Totenkopfverbände, Waffen-SS – brak danych. Przynależność do innych organizacji – brak danych. Służba w wojsku do 1920 – brak danych. Służba w armiach innych państw – brak danych. Służba w Reichswerze, Wehrmachcie – brak danych. Ordery odznaczenia i medale – brak danych.), jednak tym co go wyróżnia jest brak imienia.

– Ta baza jest odpowiedzią na mówienie o „polskich obozach koncentracyjnych”. Proszę bardzo, pokazujemy załogę, kim była ta załoga funkcjonariuszy SS. Co więcej, pokazujemy to w internecie, w takiej skali, w jakiej nikt wcześniej tego nie zrobił – nie mógł się nachełpić prezes Szarek.
Lista powstała dzięki pracy prof. Aleksandra Lasika, historyka i socjologa z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Lasik miał te dane od 1982 roku, bo gromadził je do napisania doktoratu. A ponieważ w 2014 r. krakowski IPN powołał naukowca na biegłego w śledztwie dotyczącym zbrodni popełnionych w KL Auschwitz-Birkenau to Lesik wsiąkł na dobre w struktury Instytutu. Zaś jego dokonania naukowe przeszły najśmielsze oczekiwania. Teraz ma już dane ponad 25 tys. osób stanowiących załogi różnych obozów koncentracyjnych.

Jak choćby Adolfa Aloisa z Birkenbrück, o którym wiadomo, że od 11.10.1942 do 15.01.1943 miał stopień SS-Oberscharführera, a od 04.12.1943 do listopada 1944 SS-Hauptscharführera. No i jeszcze to, że ponieważ urodził się 15-01-1894, to najprawdopodobniej już nie żyje.
Ale fakt nieżycia przez esesmana Adolfa nie zwalnia śledczych z IPN od prowadzenia przeciw niemu śledztwa. Wszak zgodnie z ustawą o IPN – śmierć sprawcy nie tamuje biegu postępowania.
Lista liczy 8502 wpisy. Spośród wymienionych w niej osób, żyje może kilkadziesiąt. Najmłodszy esesman na liście, którego datę urodzin dało się znaleźć urodził się w 1928 r.
Baza pod tytułem „Załoga SS KL Auschwitz” powstała na potrzeby śledztwa i pierwotnie miała nie być publikowana. IPN-owska prokuratura uznała jednak, że ma być upubliczniona, „ponieważ daje możliwość lepszego poznania historii, służy celom edukacyjnym, wskazuje sprawców, ale pomaga też śledczym dotrzeć do ofiar i świadków”. A co najważniejsze, dane esesmanów przyspieszą to, na czym śledztwo w Auschwitz się koncentruje – „zlokalizowaniu wszystkich miejsc, w których wokół obozu i na jego terenie złożono popioły pomordowanych”.
Z całą pewnością pomoże w tym to, co widnieje w bazie i dotyczy esesmana o nazwie Adam. A w jego przypadku można mieć tylko niezachwianą pewność wynikającą z wiary w kompetencje IPN, że był esesmanem. Bo nie wiadomo o nim dokładnie nic. Nawet tego – czy Adam to imię, czy nazwisko.

Gdy IPN opublikował listę, sądzić można było, że brakujące dane będą wpisane jak najszybciej. Po czterech miesiącach nic się nie zmieniło. Równie dobrze baza mogłaby zatem liczyć kilkadziesiąt tysięcy imion, nazwisk, albo pseudonimów wziętych z kosmosu.
Teoria falsyfikacji Karla Poppera mówi, że aby obalić twierdzenie naukowe należy znaleźć choćby jeden przykład taki koncept obalający. Lista z Auschwitz takich przykładów na brak naukowej rzetelności IPN daje dziesiątki.

IPN uchodzi za wyrocznię w decydowaniu na podstawie resztek archiwów o przyszłości, teraźniejszości albo tylko dobrym imieniu tysięcy zmuszanych do lustracji osób – do których teraz doszła armia pracowników skarbówki – i można iść o każdy zakład, że polska policja historyczna w wyrokowaniu o esbeckości, jest tak samo rzetelna jak w przypadku esesmanów z Oświęcimia.

Za chwilę prezesa Szarka nie będzie, ale baza zostanie. I ko kres dni będzie świadczyć o tym, że Instytut Pamięci Narodowej, jest wszystkim potrzebny jak woda, powietrze, a nawet chleb. A, zeby było jeszcze śmieszniej, baza przez cztery lata się nie zmieniła. Nie doszedł do niej nikt z innego obozu. Widać esesman z Auschwitz-Birkenau zrobił swoje.

Wyzwolili, nie wyzwolili?!

Prezes IPN, Jarosław Szarek, kilka dni temu udzielił jedynie słusznej reprymendy ambasadzie Rosji w Polsce, która, na Twitterze, ośmieliła się stwierdzić, że: ” Armia Czerwona w styczniu 1945 roku wyzwalała Polskę od hitlerowców”.

Chodzi o to, że wedle IPN-u, o żadnym wyzwoleniu nie może być mowy, gdyż było to .. zniewolenie Polski i Polaków. Pan prezes, pospołu z tym swoim pożal się boże instytutem, głosi, że Rosja (ZSRR) nie wyzwalała nas w latach 1944 – 1945 od hitlerowców, za to: „ponownie niewoliła”. I zwłaszcza to „ponownie” dowodzi osobliwego przypadku amnezji nie od dzisiaj p. Szarka i mu podobnych. Wypada tu zapytać prezesa Szarka, i całej rzeszy podzielających jego opinie o ruskim zniewoleniu po II wojnie, gdzie i na jakich tajnych kompletach – skoro była ruskie zniewolenie, więc okupacja – zdawali matury, kończyli studia i robili doktoraty ? Warto tu dodać, że poczucie zniewolenia przez Ruskich nie należało w tamtym czasie pośród Polonusów – o ile mi wiadomo – do powszechnych; wpisanych w myślenie ogółu, czy też większości Polaków okrutnie doświadczonych i zmęczonych wojną.

Nie da się zakwestionować przywoływanych przez profesora Szarka powszechnie znanych faktów, obciążających stalinowskie władze za określone zbrodnie i występki popełnione na Polakach w finale wojny oraz po niej. Rzecz w tym, że nie sposób ich w pełni i racjonalnie objaśnić i komentować – w żadnym razie usprawiedliwiać – ignorując historycznie mocarne pogmatwania dziejowe, na które mieliśmy wpływ zerowy. Scenariusze powojennych zmian systemowych i granicznych kreśliły w Europie militarne realia przebiegu frontów II wojny oraz postępujące za nimi rozstrzygnięcia zwycięskich mocarstw. Sfanatyzowani nacjonalistycznie historycy, piszący od nowa polską historię, umocowani teraz przy głosie, czynią ten głos urzędowo obowiązującym w polityce i w nauczaniu młodzieży. Wygarniając powojennym władzom w Polsce terror komunistyczny, w wyniku którego śmierć poniosło 50 tys. osób, p. Szarek zapomniał dodać, że ponad połowa tej liczby to ofiary „chłopców z lasu”, w dużej części niewinni cywile, w tym kobiety a nawet dzieci. No, ale myślenie jest tutaj proste jak ruska pepesza: gdyby nie komuna, to tej krwawej nawalanki polsko – polskiej by przecież nie doszło, co, wg IPN, czyni w całości winnymi za to komunistów. Jest swoistą ciekawostką, że tzw. powojenne podziemie zabiło znacznie więcej Polaków, niźli to polskie i antyhitlerowskie Niemców w okresie sześciu lat okupacji. Jakież to wyniosłe i patriotyczne, chciałoby się rzec.

Wszystko po to, aby przypodobać się niedouczonym prostakom i napinać przed Rosją wątłe muskuły, oraz wiecznie popędzać do historycznego kąta „komuchów”. I to niestety działa. Polska prawica kompletnie zatraciła zdolność szerszego rozumienie, czym była II wojna, zwłaszcza dla Polski i Polaków, przy tym nie potrafi (nie chce) ogarnąć, co było zasadniczym celem wojny, po stronie Hitlera, potem antyhitlerowskich aliantów. Kultywujemy wąskie, nacjonalistyczne do bólu podejście do tematu. Wyzwolenie? Tak, byle nie ruskie, przy tym, przy zachowaniu przedwojennej geografii, co akurat da się emocjonalnie zrozumieć. Może wreszcie ci z IPN, i ich polityczni poganiacze i nadzorcy zrozumieją, że głównym celem koalicji sił anglo-amerykańskich i radzieckich było pokonanie Hitlera. Możliwie szybko i za każdą cenę, bez oglądania się na koszty ludzkie i materialne.

W obrębie takiego priorytetu – innego nie było i być nie mogło – tzw. sprawa polska kolebała się na marginesie celów wojennych mocarstw; nie ważyła prawie nic. Przestańmy się wiecznie obrażać z tego powodu i wypinać na rolę dożywotniej ruskiej ofiary II wojny, a dla co niektórych – o głupoto – kto wie, czy nie większej od tej hitlerowskiej. Spróbujmy w końcu pojąć, że w przypadku naszej sponiewieranej ojczyzny, zagrożonej wdrożeniem przez okupanta okrutnego planu wynarodowienia i fizycznej eksterminacji Słowian (Generalplan Ost), stanowiącego swoistym wariant „Endlosung” – tym razem nakierowanego nie na Żydów, lecz na nierasowych Polaków, Rosjan i Ukraińców – wyzwolenie było dla nas kwestią kluczową i naglącą, bez oglądania się na to, z której strony nadejdzie. Polakom było w większości obce kombinowanie, jak wywinąć się od ruskiego wyzwalania; czekać na nadejścia Andresa i Amerykanów. Jasne, że byli i są nadal tacy, którym ruskie oswobodzenie nie pasowało. Ci, i ich współcześni naśladowcy, mogą dziś liczyć na szczodrość wydawniczo – wspomnieniową IPN-u. Takich wydawnictw pojawia całkiem sporo. Należą w demokracji do uprawnionych.

Na szczodrość wydawniczą, nawet marginalną, nie mogą za to liczyć ci z I i II Armii Wojska Polskiego, co tyko dowodzi prawoskrętnej amnezji i tradycyjnej głupoty akuszerów takiej wybiórczości. Polityka „dwóch wrogów”, uprawiana przez polskie podziemie, stała się w jakimś momencie irracjonalnym rojeniem, niebezpiecznym bujaniem w obłokach. Urzędowo obowiązujący, modny w co niektórych kręgach pogląd, głoszący o ponownym zniewoleniu Polski i Polaków – zastąpienie niemieckiej okupacji przez ruską, więc uczynienia obu presji równoważnymi – jest niepoważny i obraźliwy nie tylko dla Rosjan, lecz przede wszystkim dla rozumu. Ci potępiacze ruskiego wyzwolenia są zaślepieni do tego stopnia, że mają za nic wszystko to, co pozytywnego wydarzyło się w Polsce po przegonieniu okupanta niemieckiego. Brną w myślenie, że było to wyłącznie jedno pasmo nieszczęść sprokurowanych przez Ruskich i ich polskich pomagierów – czyt. komunistów. I taką optykę wciskają niedouczonym. Nie zauważają, że po okrutnym, sześciomilionowym upuście polskiej krwi objawiły się takie „drobiazgi” jak: wygaszenie kominów krematoriów oraz to, że wrócił polski język, polskie szkoły, polskie uczelnie i polskie urzędy. Były też inne inne mnogie i niebanalne zyski, przy tym oczywiste, doraźne i perspektywiczne straty związane z oderwaniem od wzorców zachodnich. Ale rzecz należy ważyć całościowo i widzieć ją w twardych realiach epoki.

Mając na uwadze geopolityczne, dziejowe pogmatwania tamtego czasu, wypadałoby zauważyć, że owo ówczesne „per saldo” wcale nie należało do najgorszych. Jasne, że mogło być lepiej, ale dyskutowanie na ten temat, i niekończące się wypominanie przy tym win ruskich i tych polskich, ma siedemdziesiąt lat po wojnie wyłącznie akademicki charakter, jest więc – poza przydatnością do politycznej nawalanki – bez większej wartości dla praktyki. Przy tym historycznie szkodliwe. Do tego, ruscy sprawcy tamtych nieszczęść – Stalin, Beria i cała reszta – dawno smażą się w piekle. Nie uchodzi młodemu pokoleniu Rosjan wbijać ich nieustająco do głowy, bo ich wina w tym żadna. Zresztą i tak nas nie zrozumieją, i nie łudźmy się, że pod naciskiem polskiej prawicy zmienią zdania o kluczowej roli Armii Czerwonej w wyzwalaniu od hitlerowskiego nieszczęścia Europy, w tym Polski.

Nie ma takiej sprawy w kwestiach ocen historycznych, w której nie można by się wspólnie dogadywać. Ale to my, nie kto inny, przystępując do hurtowej demolki materialnych znaków pamięci – pomników – po radzieckich wyzwolicielach, czyniąc to w sposób opity chorą demagogią, z wykasowaniem wyobrażenia politycznych następstw takiej głupoty, odcięliśmy sobie drogę do dialogu. A w każdym razie uczyniliśmy ją bardzo trudną. Zresztą wszystko to wpisuje się w rusofobicznego hopla Polaków, nieustannie podsycanego przez prawicową propagandę. Kreml zapewne też nie pozostaje bez winy, wszak podaliśmy mu na talerzu twarde, pomnikowe argumenty dla wzmożenia swojej propagandy. Czasami wygląda do tak, jakby ta pasowała obu stronom. Jakkolwiek jest, nie wolno dać się ogłupiać. Przez IPN zwłaszcza.

Narodowcy z IPN są bezkarni

Na początku grudnia ubiegłego roku Wojciech Muszyński, historyk i pracownik IPN, publicznie żałował, że członków partii Razem nie można zamordować tak, jak lewicowców w Chile Pinocheta. Poseł Lewicy Maciej Konieczny napisał w tej sprawie list do szefa Instytutu dra Jarosława Szarka. Kilka dni temu dostał odpowiedź.

Swoje wynurzenia Muszyński zawarł w komentarzach na Facebooku, pod wywiadem, jakiego Konieczny udzielił „Rzeczypospolitej”. Obok ludzi, którzy zwracali mu uwagę, że w Chile Pinocheta na szczęście nie żyjemy, znalazł grono myślących podobnie.

Nie było natomiast żadnej reakcji – ani natychmiast, ani w następnych dniach – ze strony kierownictwa IPN. Poseł Konieczny postanowił je zaalarmować. I…

– Trochę opadła mi szczęka – tymi słowami Konieczny podsumowuje swoją reakcję na doręczone mu pismo dra Jarosława Szarka, kierownika instytucji kreującej polską pamięć historyczną na prawicowe zamówienie.

Na urlopie można sobie pisać

Jak bowiem Szarek odniósł się do sytuacji, w której jego podwładny marzy o mordowaniu przeciwników politycznych? Główne przesłanie listu polega na tym, że poseł Lewicy nie powinien się przejmować, bo Muszyński pisał komentarze, nie będąc w pracy. Nie są to więc poważne deklaracje całej instytucji.

– Prezes IPN pisze, że komentarze Wojciecha Muszyńskiego miały charakter prywatny, a w czasie ich publikacji Muszyński przebywał na urlopie bezpłatnym (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie). Jednocześnie szef IPN zapewnia, że te komentarze nie są wyrazem oficjalnego stanowiska Instytutu w przedmiotowej sprawie – ujawnił Maciej Konieczny na Facebooku.

– Bardzo mnie to cieszy, gdyby się okazało, że IPN popiera mordowanie polskich parlamentarzystów sytuacja byłaby, delikatnie mówiąc, niezręczna – dodał.

Konieczny nie bez racji zauważył również, że gdyby historyk zatrudniony w IPN pozwolił sobie, nawet na urlopie bezpłatnym, na urąganie w podobny sposób weteranom Armii Krajowej czy atakowanie członków PiS, to jego kariera w instytucie błyskawicznie by się skończyła.

Piewca narodowców

Wojciech Muszyński w swojej działalności naukowej zajmuje się przede wszystkim polskimi nacjonalistami: przedwojennymi, Narodowymi Siłami Zbrojnymi, „żołnierzami wyklętymi” o przekonaniach narodowych. Jest redaktorem naczelnym pisma historycznego Glaukopis, które służy raczej wybielaniu i gloryfikowaniu nacjonalistów czy frankistowskiej Hiszpanii, niż rzetelnym badaniom. Pracuje wreszcie jako główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie, chociaż swojego czasu jego posada wisiała na włosku, gdyż udostępnił na swoim facebookowym profilu obrazek z powieszonym Barackiem Obamą.

Nie jest jedynym w IPN miłośnikiem polskich nacjonalistów oraz prawicowych dyktatur. Karierę w IPN robi Tomasz Greniuch, współtwórca struktur Obozu Narodowo-Radykalnego w Opolu. Z kolei pracownik Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przy IPN, dr Rafał Dobrowolski, został niedawno zdemaskowany jako autor internetowych komentarzy, w których wysyłał „lewackich degeneratów, lgbtowców, podludzi” do obory, kanału lub na wysypisko śmieci. Dobrowolski regularnie występuje w mediach prawicowych, był też kandydatem w wyborach samorządowych z ramienia Ruchu Narodowego.

Głos prawicy

Gdzie ten zakaz aborcji?

Radio Maryja skarży się na opieszałość polityków:

Sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny po raz kolejny nie zajęła się obywatelskim projektem ustawy „Zatrzymaj aborcję”. O uzupełnienie porządku obrad o ten punkt wnioskował w poniedziałek poseł Kukiz’15 Tomasz Rzymkowski.
O szybkie procedowanie projektu, który wykreśla z polskiego prawa tzw. przesłankę eugeniczną, apelują m.in. obrońcy życia. Politycy partii rządzącej zwlekają jednak z procedowaniem ustawy, pod którą podpisało się ponad 830 tys. Polaków.
– Składam wniosek formalny o uzupełnienie dzisiejszego posiedzenia komisji o rozpatrzenie projektu ustawy, który od kilku miesięcy nie jest rozpatrywany przez komisję, mianowicie projektu ustawy o zmianie ustawy z dnia 7 stycznia 1997 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Ponadto składam wniosek formalny o to, by przeprowadzić głosowanie imienne nad tym wnioskiem – mówił Tomasz Rzymkowski.
– Zgłaszam wniosek przeciwny. Czekamy jeszcze na rozstrzygnięcie kilku spraw i opinii, które mają dotrzeć do komisji – odpowiedział z kolei przewodniczący komisji Grzegorz Matusiak.
Za głosowaniem imiennym opowiedziało się 5 posłów, 24 było przeciw, a dwóch parlamentarzystów się wstrzymało. Z kolei za uzupełnieniem porządku obrad głosowało 5 polityków, przeciw było 26, nikt nie wstrzymał się od głosu.
Działacze pro–life podkreślają, że każdego dnia w polskich szpitalach – zgodnie z polskim prawem – zabijanych jest troje dzieci. Projekt „Zatrzymaj aborcję” uchyla jedną z trzech przesłanek, na mocy której dokonywane są tzw. aborcje. Chodzi o dzieci, u których lekarz stwierdził chorobę.

 

Media ponad wszystko

W rozmowie z „Do Rzeczy” Ryszard Czarnecki opowiada o repolonizacji mediów. Pomysł wraca. Oto fragment wywiadu”:

Znów pojawiły się informacje o dekoncentracji, tudzież repolonizacji polskich mediów. Dlaczego chcecie to zrobić?

Ryszard Czarnecki: Wolę mówić o westernizacji polskich mediów, czyli zbliżeniu ich do standardów zachodnich.

A konkretnie?

W żadnym dużym kraju Europy zachodniej nie ma sytuacji, że zdecydowana większość mediów jest w rękach obcego, zewnętrznego kapitału, jak ma to miejsce w Polsce. Jest to przykład pewnej abdykacji państwa. Dlatego też państwo musi reagować. I zasadnicze pytanie polega nie na tym czy, ta westernizacja nastąpi, ale kiedy to się stanie. Myślę, że reforma objąć powinna zarówno media lokalne, jak i centralne.

Pytanie tylko, w jaki sposób ma to być zrobione. Państwo nagle zabierze zagranicznym wydawcom, na przykład należące do nich media, czy na przykład należący do niemieckiego koncernu tygodnik, czy dziennik, zostanie karnie zamknięty?

Nie chodzi o to, by zabierać komukolwiek jego własność. Ale zagraniczni wydawcy muszą dostosować się do reguł. W grę wchodzi odkupienie od tych wydawców ich mediów. Ale nie może być to po jakichś kosmicznych cenach. Przypomnę, że gazety drukowane przeżywają kryzys. To nie jest problem tylko w Polsce, ale występujący na całym świecie – ludzi po prostu przechodzą na internet. Więc wartość tych mediów spada i trzeba mieć tego świadomość.

 

Źle się dzieje w IPN

Konsekwencją nowelizacji ustawy o IPN było sparaliżowanie międzynarodowych relacji Instytutu z naukowcami zajmującymi się problematyką Holokaustu na świecie – podkreślił prezes Instytutu Pamięci Narodowej. W rozmowie z „Gościem Niedzielnym” Jarosław Szarek stwierdził, że to właśnie Instytut jest „pierwszą ofiarą” tej nowelizacji.
Zapytany, czy nowelizacja była konsultowana z Instytutem, prezes IPN przyznał, że „jedynie w początkowej fazie” i to „za jego poprzednika”. Później zaś – wskazał Szarek – nikt z IPN już nie rozmawiał, w związku z czym Instytut nie miał wpływu na jej ostateczny kształt.