Dezubekizacja przed sądem

Przypominanie tego staje się nużące zarówno dla piszącego jak i zapewne dla czytelników, ale prawda historyczna ma swoje wymagania – oto mijają już 3 lata i 9 miesięcy nieustannego rozpoznawania przez Trybunał Konstytucyjny pani mgr Julii Przyłębskiej tzw. ustawy „dezubekizacyjnej” z grudnia 2016 r.

Co prawda pani prezes już ponad rok temu oficjalnie ogłosiła, że zakończyła procedowanie i pozostało jedynie ogłoszenie wyroku, ale oczywiście okazało się to zwykłą „ściemą”. Temat po prostu zniknął z wokandy i nie widać szansy, aby w jakimkolwiek przewidywalnym terminie została wydana jakakolwiek decyzja. Gdyby ktoś nie był pewien, to można dodać, że powyższe dzieje się w „demokratycznym państwie prawa”, zaś partia, która desygnowała panią magister na jej zaszczytne stanowisko, nosi równie chwalebną nazwę – Prawo i Sprawiedliwość. Natomiast bardziej bulwersujące jest tu nie samo kompromitowanie się upartyjnionego Trybunału, ale fakt, że nie robi to już żadnego wrażenia na obserwatorach i komentatorach życia publicznego – po prostu „grupa trzymająca władzę” tyle razy demonstrowała swój żałosny poziom moralny, że jeden blamaż więcej niczego nie zmienia.

Gdy sobie uzmysłowimy dzisiejszy stan polskiego wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza poziom zarządzającego nim ministra/prokuratora generalnego i wspomagającej go ekipy, a także jakość Trybunału pani Przyłębskiej oraz stopień upolitycznienia Krajowej Rady Sądownictwa, to musimy wyrazić słowa najwyższego uznania ogromnej większości polskich sędziów, którzy w tych warunkach zachowują godność i realizują misję ostatnich strażników prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości w naszym kraju. Z podziwem można odnotować nie tylko, że w absolutnie przeważającej liczbie spraw „dezubekizacyjnych” wydają po prostu uczciwe wyroki, ale zdarzyły się także przypadki, gdy w czasie rozpraw przepraszali za państwo, które tak podle skrzywdziło ludzi całymi latami służących mu z narażeniem życia. Jednocześnie sytuacja w jakiej sędziowie ci muszą wydawać wyroki jest niezwykle trudna także z innych powodów.

Ustawa „dezubekizacyjna”, efekt haniebnej operacji propagandowej PiS-u, w sposób oczywisty nie zachowuje podstawowych standardów prawnych, ale jest aktem formalnie obowiązującym. Spróbowała go „ucywilizować” uchwała Sądu Najwyższego z września 2020, przypominająca o zakazie stosowania odpowiedzialności zbiorowej oraz o konieczności osądzania wyłącznie konkretnych czynów poszczególnych osób. Kierując się tym wskazaniem wielu sędziów stara się ustalić, czy stojący przed nimi rzeczywiście dopuścili się jakichś przestępstw, łamania prawa lub chociaż niecnych czynów. W zasadzie głównymi oskarżycielami lub chociaż świadkami oskarżenia powinni być ludzie poszkodowani ich działalnością w czasach PRL, ale problem jest w tym, że nikt taki się nie zgłasza, a nieliczne osoby, które ucierpiały niegdyś z powodów politycznych, złożyły skargi ponad ćwierć wieku temu i z reguły otrzymały satysfakcję oraz stosowne odszkodowania. Drugim dostarczycielem dowodów powinien być IPN, który ma całość materiałów dotyczących wszelkich służb przed 1989 r., ale jak się okazuje, tam również nie ma niczego faktycznie obciążającego represjonowanych i stanowisko Instytutu sprowadza się do formalnego wskazania miejsca służby oraz jakichś propagandowych ogólników o „służeniu państwu totalitarnemu”.

Wobec takich „mocnych” materiałów jedynym źródłem przydatnej wiedzy dla sądu pozostają sami represjonowani. To oni muszą szczegółowo opowiadać o swej pracy w poprzednim ustroju, a stoją nierzadko przed stosunkowo młodymi sędziami, znającymi PRL i jego realia tylko z uprawianej od trzydziestu lat czarnej propagandy tamtego systemu. Najmniejsza więc wzmianka, że ktoś uczestniczył w jakichkolwiek działaniach wobec t. zw. „demokratycznej opozycji”, czy też, nie daj Boże, wobec kościoła, może być uznana za pogrążający dowód. Znaczy to, że każdy kto wówczas próbował przeciwdziałać np. pedofilii wśród księży katolickich, lub też zapobiegał aktom terroru, jakie rzadko, ale jednak czasami próbowali stosować skrajni antykomuniści (np. bomby w Opolu i Nowej Hucie, materiały wybuchowe Solidarności Walczącej, zabójstwo sierżanta Karosa, itp.), okazuje się zbrodniarzem zasługującym na potępienie i ukaranie. Wobec tego warto, aby sądy spojrzały na dzisiaj rządzącą ekipę, chociażby na kłamstwa Morawieckiego, smoleńskie gry Macierewicza czy cynizm Kaczyńskiego i oceniły czy dawna opozycja demokratyczna była tak kryształowa, jak się dzisiaj ją przedstawia i czy przypadkiem również wtedy kłamstwa i prowokacje nie były sposobem działania przynajmniej niektórych jej działaczy. Przykładem ilustrującym złożoność problematyki mogą być okoliczności niedawnego wprowadzenia na ekrany filmu „Żeby nie było śladów” o śmierci Grzegorza Przemyka w 1983 r. Zmarł on w wyniku pobicia w warszawskim komisariacie, przy czym jest oczywiste, że milicjanci, którzy w tym uczestniczyli, nie mieli zielonego pojęcia, iż jest on synem znanej poetki – opozycjonistki. Tragiczna ironia losu sprawiła, że w okresie premiery filmu w Polsce odnotowano co najmniej trzy (nie licząc wcześniejszych) przypadki śmierci osób zatrzymanych przez funkcjonariuszy policji. Oczywiście policja państwowa próbuje teraz różnymi sposobami zrzucić z siebie odpowiedzialność, ale czyni to całkiem podobnie i równie mało skutecznie jak milicja obywatelska w 1983 r. Mało jest jednak prawdopodobne, aby te zabójstwa zostały potraktowane za godne sfilmowania dowody na brutalność i dyktatorskie zapędy dzisiejszej władzy – co zbrodnia komuny, to zbrodnia komuny, a nie jakieś tam fatalne przypadki w demokratycznym państwie prawa.
Tak czy inaczej okazuje się, że jedyną drogą zdobycia materiałów obciążających stojących przed sądami represjonowanych, jest ich samooskarżenie się. Sędziowie oczywiście wiedzą, że samooskarżenie, o ile nie jest poparte innymi dowodami, nie powinno być wystarczające dla wydania negatywnych wyroków (reguła wywodząca się jeszcze z rzymskiego prawa), ale czy ktoś w dzisiejszym Ministerstwie Sprawiedliwości jest w stanie pojąć takie subtelności?

Zdarzają się natomiast, na szczęście bardzo rzadko, również tacy sędziowie, którym nawet samooskarżenie nie jest potrzebne. Dla kariery, nagród i apanaży i tak zawsze wydają oni wyroki w pełni zgodne z oczekiwaniem dzisiejszej władzy. Represjonowani, którzy nigdy w życiu nie popełnili przestępstwa, ale mieli wyjątkowego pecha trafić na takich reprezentantów prawa i sprawiedliwości aż w dwóch instancjach sądowych, nadal nie powinni się poddawać. Mogą składać kasację do Sądu Najwyższego lub skargi do Trybunałów Europejskich (wartościowe wskazówki na stronie internetowej Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych), ale nie tylko – istnieje jeszcze droga powództwa cywilnego.

Państwo Polskie przez kilkadziesiąt lat trzymało dziesiątki tysięcy ludzi w fałszywym przekonaniu, że służąc mu wypracowują sobie godziwe emerytury lub renty. Gdyby nie to, każdy z represjonowanych, kontynuujący służbę po 1989 r. mógł całkiem inaczej pokierować swym życiem i pracą zawodową. Teraz okazuje się, że władza użyła cynicznego oszustwa (nawet ustawowo gwarantując w 1994 r stosowne świadczenia), którego celem było wykorzystanie dla swoich potrzeb wieloletniej ciężkiej pracy i zaangażowania dużej grupy ludzi, ich wiedzy, doświadczenia, a także zdrowia fizycznego i psychicznego, za które obecnie nie ma zamiaru wynagradzać. W ocenie dobrej klasy prawników takie skargi cywilne z żądaniem znacznych odszkodowań za to oszustwo, chociaż skomplikowane i długotrwałe, w każdym kraju z niezależnym systemem sądownictwa, byłyby z pewnością wygrane. W PiS-owskiej Polsce nie ma całkowitej gwarancji, ale szanse są poważne. Ponadto ta droga również umożliwia odwołanie się do sądów europejskich (o ile „dobra zmiana” nie wyprowadzi nas z Unii). Co ciekawe, koronnymi dowodami w takich sprawach, w sposób oczywisty potwierdzającymi zasadność skarg, byłyby właśnie negatywne wyroki wydane na podstawie takiego bubla prawnego, jakim jest ustawa dezubekizacyjna.

Skarga Kobiet na wyrok „trybunału” Przyłębskiej

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny podjęła inicjatywę, zmierzającą do zaskarżenia w Europejskim Trybunale Praw Człowieka wyroku tzw. Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2022 roku. W tym celu zbierają podpisy-pod deklaracjami indywidualnymi, które znajdą się pod skargą która zostanie do ETPCz. Swoją inicjatywę Federa uzasadnia tak:

„Wspólnie z zaangażowanymi społecznie prawniczkami rozpoczynamy dziś akcję pod nazwą Skarga Kobiet. W ramach akcji opracowałyśmy wzór skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (ETPCz). Jest to skarga o naruszenie praw gwarantowanych przez Europejską Konwencję Praw Człowieka, która obowiązuje w Polsce. Każda osoba w wieku produkcyjnym, która może zajść w ciążę jest potencjalną ofiarą „wyroku TK” z 22 października 2020 roku.

Po 22 października 2020 r. zgłaszały się do nas głównie osoby, których prawo do przerwania ciąży w związku z „wyrokiem TK” było łamane. Mimo braku publikacji „wyroku TK”, w wielu miejscach w Polsce był on traktowany jako obowiązujący. Dzięki interwencjom prawniczek Federy w większości udawało się nam przełamywać obawy szpitali i lekarzy. W tym samym czasie zgłosiły się do nas trzy kobiety, które w związku z „wyrokiem TK” zmieniły swoje plany życiowe. Mając świadomość fikcji tzw. kompromisu aborcyjnego w Polsce i nadchodzącego zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, zdecydowały, że rezygnują z macierzyństwa. Brak realnego dostępu do aborcji i brak prawa do przerwania ciąży ze względu na wady płodu stanowią ryzyko dla ich zdrowia i życia oraz życia rodzinnego. Było to ryzyko, którego te trzy kobiety nie chciały podejmować. I mimo że żadna z tych kobiet nie potrzebowała w tamtym momencie aborcji, to wszystkie są potencjalnie poszkodowane w związku z „wyrokiem TK”.

Takich osób, jak te trzy kobiety, może być w Polsce więcej. Dlatego zdecydowałyśmy się wesprzeć wszystkie Polki w wieku produkcyjnym, które mogą zajść w ciążę a „wyrok TK” zagraża ich prawom przewidzianym w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. „Wyrok TK” stanowi w naszej opinii naruszenie zasady poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Z kolei zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży w sytuacji wad płodu, postrzegamy jako naruszenie zakazu tortur. Polska jest stroną Konwencji, dlatego chcemy, aby naszą sytuację ocenił ETPCz.

Jeśli jesteś w wieku produkcyjnym i mogłabyś zajść w ciążę, złóż swoją skargę to ETPCz. Wejdź na stronę Skarga Kobiet, gdzie zamieściłyśmy gotowy wzór i instrukcję wypełniania skargi”.

Konferencje prasowe stały się źródłem prawa

– Nikt nie lekceważył w taki spektakularny, rażący sposób orzeczeń TSUE. Na pewno w korytarzach unijnych politycy z obozu rządzącego wypowiadają się znacznie łagodniej, a to, co słyszymy z zwłaszcza z ust polityków Solidarnej Polski w kraju, jest bardziej na użytek pewnej grupy wyborców – mówi prof. Jerzy Zajadło, filozof prawa, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Premier zapowiedział złożenie wniosku w sprawie orzeczenia TSUE do Trybunału Konstytucyjnego. Mgr Przyłębska już w rozmowie z PAP stwierdziła, że „zawarte w orzeczeniu TSUE sugestie dotyczące działania sądów powszechnych w Polsce stanowią oczywiste naruszenie ładu konstytucyjnego RP i wykraczają rażąco poza ustalenia traktatowe”. Zgadza się pan z panią Przyłębską?

JERZY ZAJADŁO: Po pierwsze szefowi Trybunału, bez względu na jego status, pozycję itd., nie wypada się wypowiadać na forum publicznym w tego typu sprawach, ponieważ będzie ona przedmiotem rozstrzygnięcia TK. Pani prezes stawia się w bardzo niewygodnej sytuacji i zdaje się, że już pojawił się wniosek o wyłączenie jej ze składu orzekającego, skoro takie sensacje produkuje publicznie.

Po drugie kompletnie nie zgadzam się z tym, co powiedziała pani Przyłębska, bo jest kompletnie odwrotnie. Ład konstytucyjny został naruszony przepisami, które były przedmiotem oceny TSUE. To regulacja dot. KRS i zmiany w SN naruszają konstytucję.

Oczywiście jesteśmy świadkami pewnej politycznej retoryki, że to naruszenie konstytucji, która ma przewagę nad prawem europejskim. Oczywiście to prawda i nikt tego nie kwestionuje, a pytanie brzmi, co jest sprzeczne z konstytucją; czy przepisy, które wprowadzono – niestety tego nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo decyduje o tym Trybunał, który ma wątpliwą reputację. Czy też rację ma TSUE, który próbuje uznać, że te wartości, które są wyrażone w traktacie UE, są tożsame z tymi, które wyraża Polska konstytucja.

Pani Przyłębska nie ma racji, ale podobnie wypowiadali się też inni przedstawiciele rządzącej większości, zwłaszcza Solidarnej Polski: min. Wójcik czy Kaleta, którzy jeszcze ostrzej wypowiadają się w tej sprawie, oczywiście włącznie z min. Ziobrą. Ci panowie twierdzą, że może by w ogóle pominąć to orzeczenie TSUE, ponieważ ono, ich zdaniem, nie wywołuje żadnych skutków prawnych wobec sprzeczności z konstytucją.

Zresztą TSUE jest konsekwentny w tej sprawie, ponieważ tak samo orzekł w orzeczeniu z 19 listopada 2019 roku, które skutkowało tą słynna uchwałą trzech Izb SN. Dotyczyło wprawdzie innej sprawy, ale argumentacja Trybunału jest podobna; nie możecie robić wszystkiego, co chcecie, z wymiarem sprawiedliwości, ponieważ są pewne zasady obowiązujące w UE, w traktacie o UE, jak np. rządy prawa.

Nie sam akt nominacji przez prezydenta, ale procedura powoływania sędziów przez KRS powinna podlegać kontroli.

O to szedł spór, że osoby, które powiedzmy „nie załapały się” w tej procedurze, powinny mieć możliwość zaskarżenia decyzji KRS.

Oczywiście są wyjątki od tej zasady, ale generalnie wszelkie postępowania, gdzie toczy się jakaś procedura zarówno na gruncie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i na gruncie przepisów Prawa Europejskiego, są to postępowania dwuinstancyjne. Jest decyzja i prawo do odwołania się od niej. Tu sędziów pozbawiono tego prawa.

Politycy Solidarnej Polski mówią, że to atak na naszą suwerenność.

Wszystko zależy od tego, jak pojmujemy suwerenność. Czy to całkowita niezależność od świata zewnętrznego i prawo do decydowania o wszystkim i o wszystkich, także własnych obywatelach, tak jak sobie władza wymyśli, czy są pewne imponderabilia, które wynikają z tego, że jesteśmy członkiem społeczności międzynarodowej i wspólnoty europejskiej.

Przystępując do tej wspólnoty zgodziliśmy się na pewne ograniczenie suwerenności. Polska konstytucja to przewiduje i dlatego też było referendum, bo jeżeli przystąpienie do organizacji międzynarodowej wiąże się z przekazaniem na jej rzecz pewnej części suwerenności, to wymaga to referendum. Dodam też, że suwerenność współcześnie jest trochę inaczej pojmowana. Dziś państwu, w odróżnieniu do przeszłości, nie można wszystkiego na swoim terytorium.

Są ograniczenia w postać Praw Człowieka, zasad demokratycznego państwa prawa i szereg innych ograniczeń, które powodują, że bez pozbywania się suwerenności musimy wykonywać ją w taki sposób, aby się w tej wspólnocie zmieścić.

To, co od 5 lat próbuje się zrobić w Polsce, to archaiczne pojmowanie suwerenności, jakbyśmy byli całkowicie niezależni od świata zewnętrznego. Tak nie jest i nikt na świecie nie pojmuje dziś tak suwerenności.

Co się stanie, jeśli pseudo-TK orzeknie tak jak teraz mówi pani Przyłębska? Czy to nie będzie oznaczało wyjścia Polski z europejskiego prawodawstwa, czyli de facto z UE?

Takich orzeczeń TK, które by sugerowały, że już wychodzimy z UE, już parę było. To bardziej wygląda jak przeciąganie liny z Unią, ale oczywiście gdzieś jest masa krytyczna, za którą coś złego się stanie. Z drugiej strony procedura UE nie przewiduje wykluczenia członkostwa, ale w samej Unii będzie nam coraz trudniej. Wygląda na to, że środki finansowe będą uzależnione od kwestii praworządności, zatem tu widzę konsekwencje.

Były zresztą podobne orzeczenia Trybunałów w innych państwach, np. Niemiec, gdzie Trybunał orzekał o wyższości ustawy zasadniczej Niemiec nad prawem europejskim. Dotyczyło to wprawdzie innych spraw, nikt jednak nie działał w tej kwestii tak radykalnie jak obecnie Polska. Nikt nie lekceważył w taki spektakularny, rażący sposób orzeczeń TSUE. Na pewno w korytarzach unijnych politycy z obozu rządzącego wypowiadają się znacznie łagodniej, a to, co słyszymy z zwłaszcza z ust polityków Solidarnej Polski w kraju, jest bardziej na użytek pewnej grupy wyborców. Przyznam, że zastanawiam się czasem, czy ci, którzy są prawnikami, wierzą w to, co mówią, i przyznam, że mam wątpliwości.

Jakie konsekwencje grożą panu prezydentowi, doktorowi prawa UJ, za mianowanie sędziów na podstawie przepisów, co do których ma teraz wątpliwości TSUE, ale wcześniej przecież alarmowali także eksperci prawa?

Prezydent, kiedy dostaje wniosek, nie musi specjalnie w niego wnikać, chociaż prezydent Kaczyński to robił.

To prerogatywa prezydencka, on dostaje wniosek o mianowanie sędziego i tyle. Nie zgadzam się natomiast ze stwierdzeniem, które prezydent Duda sam kiedyś popełnił, że podpis prezydenta uzdrawia wszelkie niedoskonałości proceduralne. Nawet jeśli KRS jest niekonstytucyjny, to on swoim majestatem urzędu wszystko uzdrawia i ten podpis jest decydujący. To tak nie wygląda, a jego podpis to tylko akt nominacji i nie jest bez znaczenia, jak przebiegała sama procedura.

To teraz zadanie dla NSA, który nie jest związany żadnym terminem. Wszyscy zadają sobie pytanie, jak dalece pójdzie prezes NSA, prof. Marek Zirk-Sadowski. Być może w tej sprawie orzeknie normalny skład NSA; 3 sędziów, ale może się też tak zdarzyć, jak w SN, że orzekł wszystkie Izby NSA i podejmą jakąś uchwałę.

Kiedy i jak, trudno przewidzieć, na pewno wyrok TSUE wskazuje im drogę, którą powinni pójść, choć oczywiście być może NSA pójdzie drogą pani Przyłębskiej czy pana ministra Wójcika.

Politycy rządzącej większości regularnie orzekają, które wyroki sądu uznają, a które nie, które publikują, a które nie. Jakie to rodzi konsekwencje?

Jesteśmy oczywiście w stanie pewnego chaosu prawnego, który władza wywołała. Wydaliśmy ostatnio z prof. Łętowską książkę pt. „Wygaszanie państwa prawa” i pytanie, które sobie przy okazji postawiliśmy, brzmiało: czy to wygaszanie państwa prawa, które jest widzialnym procesem i dotyka coraz to nowych sfer, jest zaplanowanym procesem?

Doszliśmy do wniosku, że raczej nie, a jest to działanie od przypadku do przypadku. To próba badania poziomu oporu samego systemu i wrażliwości społecznej. To działania ad hoc, jak daleko jeszcze można się posunąć, co ograniczyć, gdzie zaingerować. Tezą, że to nie jest konkretny plan, który narodził się w głowie wiadomo kogo, jest fakt, że nie wiemy, co ma być na końcu. Nikt nie przedstawił nam żadnej wizji, bo jeżeli nie demokratyczne państwo prawa, to co?

Co ma być alternatywą dla wolności mediów, dla przestrzegania państwa prawa, dla demokracji, bo ona też podlega naruszeniom?

Podobnie jest z pandemią, gdzie nie wiemy, co nas jutro czeka, bo nie ma pewności prawa w postaci ustawy, tylko mamy rozporządzenia wydawane ad hoc przez premiera, ministra zdrowia, Radę Ministrów, właściwie konferencje prasowe stały się w Polsce źródłem prawa.

À propos szczepionki, to jestem w czarnej dziurze, ponieważ jestem między 65. a 70. rokiem życia, w związku z tym nie jestem zaszczepiony. Któregoś dnia dowiedziałem się, że będę w grupie X, w południe byłem już w grupie Y, a wieczorem już nie byłem w żadnej. Dziś dowiedziałem się, że zostanę zaczepiony, ale tylko dlatego, że szczepionkę Astrazeneca rozszerzono na moje roczniki, ale kiedy – nie wiadomo.

Sąd Apelacyjny orzekł, że sędzia Tuleya może orzekać, bo nadal jest sędzią. To kolejny kamyk do tego chaosu prawnego, tylko że ten niesie za sobą nadzieję, że są jeszcze sprawiedliwi sędziowie?

Jest w tej sprawie pewne pozytywne zjawisko, polegające na tym, że sędziowie jakby odzyskali poczucie bycia trzecią władzą.

Kiedyś sędzia jak zdejmował togę, odkładał młotek i wychodził z sali, to nie czuł się już sędzią, ani trzecią władzą. Dziś to się zmieniło.

Taką świadomość i tożsamość sędziowie odzyskali przez ten atak ze strony rządzących, bo nic innego im nie pozostało. To jest dość liczna grupa, bo mamy ok. 10 tys. sędziów w Polsce. Część z nich zachowuje się niezbyt godnie, część jest bierna, nazwijmy to postawą konformistyczną, ale jest grupa 3-4 tys. sędziów, czyli ok. 40 proc., którzy są bardzo zaangażowani i w działalność w stowarzyszeniach Themis i Iustitia. Myślę, że w grupie biernych sędziów nie ma tak spektakularnych działań, ale są wśród nich ci, którzy robią swoje i mają świadomość, że coś niedobrego dzieje się wokół.

10 marca TK Przyłębskiej zajmie się sprawą RPO i wiele wskazuje na to, że to będzie koniec prof. Bodnara na tym stanowisku. Powołany zostanie ktoś pełniący obowiązki, być może nawet pan Wawrzyk, który nie dostał zgody Senatu na to stanowisko. Runie wtedy ostatni instytucjonalny bastion obrony praworządności?

Tak się niestety wydaje. Sam wniosek w tej sprawie jest z mojego punktu widzenia kompletnie nieracjonalny, ponieważ to, że są kłopoty z wyborem RPO, to jedno, jednak nikt nigdy nie kwestionował zapisu, że zarówno RPO, jak i szef NIK-u sprawuje swój urząd do momentu wyboru nowego. Nie można obciążać tego urzędu odpowiedzialnością za to, że z powodu takiego układu politycznego nie można wybrać rzecznika.

Rozumiem, że wniosek zmierza do tego, aby wybrać na RPO komisarza, ale ani p.o. rzecznika, ani instytucji jakiegoś komisarza konstytucja ani ustawa nie przewiduje.

Oczywiście domyślam się, jakie będzie orzeczenie TK w tej sprawie, i przyznam, że to jest najgorsze w tym wszystkim, że my jesteśmy w stanie antycypować, jakie będzie orzeczenie tego TK. Kiedyś orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego to było wydarzenie, na które się czekało, i nikt nie wiedział, jakie ono będzie. Teraz niestety wiemy, jakie będzie, i to powoduje, że ta kontrola konstytucyjności jest iluzoryczna. To fasada, szukanie listka figowego dla działań władzy. Smutne to bardzo.

Sędziowie dezubekizacji

Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej już od dawna wyglądał bardzo mizernie, ale jego dzisiejszy obraz jest wręcz żałosny. Przyczyniła się do tego zwłaszcza haniebna decyzja o całkowitym zakazie aborcji, która obnażyła go jako potulnego wykonawcę biskupich poleceń, dyktowanych mu za pośrednictwem prezesa PiS. Jednak odebranie kobietom resztek wolności i potraktowanie ich jak żywe inkubatory, to tylko jedna sprawa.

Bardziej uważni obserwatorzy poczynań TK widzą również inny doskwierający mu problem. Otóż od ponad trzech lat(!) instytucja ta przeżywa prawdziwą mękę twórczą, gdyż nie jest w stanie wydać jakiegokolwiek orzeczenia o tzw ustawie dezubekizacyjnej. Rozprawy na ten temat były już wielokrotnie zawieszane, przesuwane, przekładane, odwoływane, kończone i znów zaczynane – obraz wręcz koszmarnej niemocy i bezradności. W tej sytuacji naturalnym odruchem jest współczucie i chęć wspomożenia prezes Trybunału, która, bądź co bądź, także jest kobietą. Należy więc podpowiedzieć pani Przyłębskiej, że może już dać sobie spokój i więcej nie zadręczać się problemem dezubekizacji, gdyż wyrok w tej sprawie zapadł dawno temu i obowiązuje od ponad 11 lat.

Po pierwszej, tzw „Tuskowej” ustawie represyjnej z 2008 r. Trybunał Konstytucyjny R P zajmował się tym samym tematem i w dniu 24.02.2010 r wydał orzeczenie. Uznano w nim, używając dosyć mętnych argumentów i bardzo mocno naciągając prawo, że obniżenie świadczeń za lata pracy w PRL było jednak dopuszczalne (mimo, że ustawa sejmu III RP z 1994 r. potwierdzała je i zapewniała). Natomiast całkowicie jednoznacznie i bez niedomówień Trybunał wypowiedział się w kwestii osób pozytywnie zweryfikowanych i kontynuujących pracę w polskich służbach po 1990 r. Oto dwa stosowne cytaty z wyroku:

Str 82, punkt 10.4.2 … Każdy funkcjonariusz organów bezpieczeństwa Polski Ludowej, który został zatrudniony w nowo tworzonych służbach policji bezpieczeństwa, ma w pełni gwarantowane, równe prawa z powołanymi do tych służb po raz pierwszy od połowy 1990 r., w tym równe prawa do korzystania z uprzywilejowanych zasad zaopatrzenia emerytalnego. …

Str 87, punkt 11.4. … Służba w organach suwerennej Polski po roku 1990 także traktowana jest jednakowo, bez względu na to, czy dany funkcjonariusz uprzednio pełnił służbę w organach bezpieczeństwa Polski Ludowej, czy też nie. …

Dzisiejsze zgryzoty pani prezes wynikają prawdopodobnie z faktu, że po prostu nie zna wcześniejszych orzeczeń organu, którym kieruje, ale też nie wymagajmy od niej za wiele. Należy tu jednak zaznaczyć, że nieznajomość prawa nie usprawiedliwia, oraz że decyzje Trybunału Konstytucyjnego nie podlegają apelacjom, a jedynym organem, który może je ewentualnie uchylić jest Trybunał Sprawiedliwości UE. Zgodnie z tymi zasadami we wszystkich procesach osób represjonowanych polskie sądy powinny kierować się powyższym orzeczeniem i rozstrzygać je bez zbędnej zwłoki. Jak można wobec tego zrozumieć, że od prawie 3,5 roku w sądach zalega ponad 25 tys. spraw dotyczących w ogromnej większości funkcjonariuszy, którzy w 1990 r. przeszli pozytywną weryfikację, a ich wina polega wyłącznie na tym, że byli bardzo naiwni, uwierzyli gwarancjom władz III RP i zgodzili się kontynuować pracę w jej służbach.

Wstydliwe dla polskiego sądownictwa wieloletnie przeciąganie procesów dotyczących z reguły ludzi starych, schorowanych i zniedołężniałych jest związane z faktem, że także sędziowie wykazali się naiwnością i bardzo długo wierzyli, że pani prezes Przyłębska wypowie się o ustawie zgodnie z zasadami prawa i w przyzwoitym terminie. Dopiero niedawno większość z nich zorientowała się jaki poziom jurysdykcji prezentuje dzisiejszy Trybunał Konstytucyjny i rozpoczęła samodzielne procedowanie spraw. Dzięki temu zapadło już kilkaset rzetelnych wyroków, zgodnych z Konstytucją RP i prawem międzynarodowym oraz orzeczeniem Sądu Najwyższego, iż karać (odbierać świadczenia) można tylko za indywidualne czyny przestępcze. Wydawałoby się, że taka zwykła przyzwoitość powinna być oczywistą normą w państwie UE, ale niestety nie jest. Dyktatorskie zapędy PiS-u powodują, że w dzisiejszej Polsce wydanie uczciwego wyroku wymaga odwagi cywilnej i wysokiego poczucia sędziowskiej etyki. Nie jest to wcale łatwe, gdy całym wymiarem sprawiedliwości rządzi wyjątkowo amoralna ekipa ministra Ziobry, która zrobi wszystko, aby nie dopuścić do obnażenia przed sądami podłości i niesprawiedliwości ustawy dezubekizacyjnej. Sędziom, którzy w tych okolicznościach zdołali ocalić godność swego zawodu, należą się słowa najwyższego szacunku i uznania.

Nie wszystkim bowiem to się udało. Brutalne naciski ministra i represje wobec niezależnych prawników oraz przywileje i nagrody spotykające wyłącznie uległych sobie „miękiszonów”, sprawiły, że pojawiła się też grupka sędziów, których poziom moralny zbliża się do poziomu ministerialnego. To oni są dzisiaj awansowani na kierownicze stanowiska, jakich nigdy by nie osiągnęli w normalnych warunkach. Teraz więc z całych sił okazują wdzięczność panom z Polskiej Zjednoczonej Prawicy i wydają wyroki zgodnie z ich politycznym zapotrzebowaniem. Niektórzy z nich, z resztkami przyzwoitości, po prostu nadal przedłużają wieloletnie zawieszenia spraw, uzasadniając to żenującym już oczekiwaniem na wyrok pani Przyłębskiej. Są jednak też tacy, którzy nie mają nawet takich zahamowań i orzekają, że III RP słusznie postąpiła oszukując, kłamiąc, nie dotrzymując umów i nie płacąc za służbę oraz poświęcenie zdrowia i życia dla jej dobra. Znany jest przypadek, gdy jedna z takich sędzin jako dowód służenia totalitarnemu państwu uznała fakt, iż represjonowany (do czego sam się przyznał) należał niegdyś do PZPR. Przynależność partyjna jest jedynie wyrazem czyichś poglądów politycznych, i jest wręcz haniebne, że właśnie za poglądy, a nie za przestępcze czyny, są dzisiaj karani niewinni ludzie. Zdarzyły się także negatywne wyroki uzasadniane argumentami, ze ktoś przeszedł szkolenie w zakresie pracy operacyjnej, że pobierał za nią dodatek, albo że był wyróżniany i premiowany, że awansował … – wydaje się wręcz nieprawdopodobne, ale dla PiS-owskich sędziów są to dzisiaj dowody rzekomej zbrodniczej działalności w czasach PRL.

Jednym z najbardziej znanych symboli sądowych zbrodni stalinowskich jest osoba Stefana Michnika, który w latach pięćdziesiątych wydawał wyroki śmierci na członków antykomunistycznego podziemia. On sam przyznał później, że kierował się nie regułami prawa, ale zapotrzebowaniem politycznym rządzącej wówczas partii. Za swe czyny jest nadal, po ponad pół wieku, ścigany przez państwo polskie, które m. in. wydało na niego międzynarodowy nakaz aresztowania. Wydawałoby się, że przykład ten powinien być wystarczającym memento dla całego świata prawniczego, ale jak widać przyziemne korzyści okazują się czasami ważniejsze niż przyzwoitość i nauki historii. Koleżanki i koledzy sędziego Stefana Michnika, którzy dzisiaj wiernie go naśladują i kierują się w orzekaniu dokładnie takimi samymi przesłankami jak on, muszą tylko mieć świadomość, że ich nazwisk także nikt nie zapomni, nawet po upływie kolejnego półwiecza.

Zolla wielka wina

Przeczytaliście tytuł i zadajecie sobie pytanie, czego autor chce od prof. Andrzeja Zolla? Już wyjaśniam.

Andrzej Zoll wypłyną w mej pamięci przy okazji zadekretowanego przez trybunał mgr Przyłębskiej praktycznego zakazu terminacji ciąży w Polsce. Tego aktu nie byłoby bez orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z maja 1997 r. Wtedy przewodniczącym Trybunału i jednocześnie sprawozdawcą orzeczenia był prof. Andrzej Zoll.

Trybunał mgr Przyłębskiej do wprowadzenia zakazu posłużył się interpretacją art. 38 Konstytucji RP. Uznał użyte tam stwierdzenie, iż Rzeczpospolita zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia za potwierdzenie faktu, iż człowiek zaczyna się od poczęcia. Nie wchodząc w szczegóły tej interpretacji jedno nie ulega wątpliwości – zastąpiono logikę prawa logiką „ideologii”. Celowo użyłem słowo „ideologia”, bo z wiarą lub jej brakiem nie ma to nic wspólnego. Ta konstrukcja pseudoprawna jest, łagodnie rzecz ujmując, intelektualnym nadużyciem, a mówiąc wprost to zwykłe kłamstwo. Gdyby twórcy Konstytucji RP chcieli, aby Rzeczpospolita chroniła życie od poczęcia to by to zapisali, a nie zapisali.

Zresztą sami członkowie trybunału mgr Przyłębskiej, którzy popierają to kłamstwo interpretacyjne nie traktują go zbyt poważnie. Gdyby było inaczej minister Ziobro już nakazałby prokuratorom badanie pod kątem podejrzenia morderstwa każdego przypadku poronienia. Natomiast ci dowcipnisie, którzy w oparciu o orzeczenie trybunału mgr Przyłębskiej żądają ponownego przeliczenia swoich emerytur, licząc od poczęcia, musieliby zostać potraktowani poważnie. Życie jest jednak bardziej skomplikowane i dlatego członkowie trybunału mgr Przyłębskiej udają, iż nie rozumieją, co uchwali.

A teraz wróćmy do winy prof. Zolla. Koncept kłamliwej interpretacji zapisu art. 38 Konstytucji RP powstał w 1997 r., gdy prof. Zoll, jako sprawozdawca wspomnianego na początku orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, wprowadził do obiegu to właśnie nadużycie interpretacyjne. Więcej, wykonał znacznie większego łamańca intelektualnego niż pozornie się wydaje. Bo co prawda brzmienie nowej Konstytucji RP było już znane, ale weszła ona w życie kilka miesięcy po ogłoszeniu orzeczenia. Znając, zatem nowe zapisy prof. Zoll wykoncypował ochronę życia od poczęcia w oparciu nie o art. 38 ale o obowiązujące jeszcze przepisy Konstytucji PRL z 1952 r. mówiące o równości wszystkich obywateli i ochronie podstawowej komórki społecznej, czyli rodziny. Jeśli ktoś poświęci trochę czasu na przeczytanie zollowego uzasadnienia z 1997 r. to zauważy, że mimo użytej prawniczej terminologii jest to bardziej traktat pseudofilozoficzny niż prawny.

Andrzej Zoll jest świetnym i doświadczonym krakowskim prawnikiem. Muszę to uczciwie przyznać, choć politycznie rzecz ujmując koncepcja państwa, której hołduje prof. Zoll kompletnie mi nie odpowiada i czasami delikatnie rozmija się z podstawowymi zasadami demokracji. Niestety w 1997 r. Andrzej Zoll z przyczyn „ideologicznych”, bez związku z logiką, która powinna kierować interpretacją przepisów prawa, postanowił wywrócić legalne zapisy ustawowe przyjęte z inicjatywy SLD, które wprowadzały możliwość terminacji ciąży z przyczyn społecznych. Z nadużyciem interpretacyjnym prof. Zolla świetnie rozprawił się wtedy, w zdaniu odrębnym, jeden z członków Trybunału Konstytucyjnego prof. Lech Gardocki. Jeśli kiedykolwiek skusicie się do lektury uzasadnienia orzeczenia z maja 1997 r., przeczytajcie koniecznie także tekst prof. Gardockiego. To znakomita odtrutka na jad nadużycia sączony przez prof. Zolla. Ta wymiana argumentów między profesorami mimo tego, że formalnie dotyczyła przepisów odchodzącej wtedy Konstytucji PRL tak naprawdę odnosiła się również, jeśli nie przed wszystkim, do art. 38 Konstytucji RP.

Nie podejrzewam, że w 1997 r. tworząc uzasadnienie do orzeczenia Trybunału prof. Zoll chciał doprowadzić do praktycznego zakazu terminacji ciąży. Dlatego w ustawie o planowaniu rodziny pozostały zapisy, które obowiązywały do początku roku 2021. Może rzeczywiście prof. Zoll sądził, że jego łamaniec intelektualny ubrany w prawniczą terminologię będzie owocował rzeczywistym kompromisem aborcyjnym? Tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Niestety profesor zgrzeszył pychą, arogancją i brakiem wyobraźni. Nie przewidział, że jego intelektualne cwaniactwo zacznie żyć własnym życiem, a mgr Przyłębska będzie wywijać nim jak kijem bejsbolowym. To właśnie Zolla wina! Mgr Przyłębska sama by na to nie wpadła.

Prof. Andrzej Zoll nie przejdzie do historii, jako świetny prawnik, który uczciwie i kompetentnie sprawował funkcje Rzecznika Praw Obywatelskich i Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Przyjdzie czas, że będzie pamiętany, przede wszystkim, jako twórca konstytucyjnego nadużycia.

Czekając na wyrok

Ogłoszenie wyroku w sprawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej zostało przełożone po raz kolejny. Spektakl „sprawiedliwości według PiS” robi się coraz bardziej niesmaczny, bo tej jesieni to już trzecie przeniesienie terminu, a media coraz głośniej komentują, że nie o sprawy merytoryczne tu chodzi.

Julia Przyłębska najwyraźniej nie ma po prostu pewności, czy inni sędziowie, w tym tacy z tytułami naukowymi, przyklepią „konstytucyjność” ustawy wprowadzającej odpowiedzialność zbiorową, zwłaszcza po tym, gdy Sąd Najwyższy jasno stwierdził, że takie stawianie sprawy jest niedopuszczalne. Według przecieków publikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nawet zastępca Przyłębskiej Mariusz Muszyński jest w tej sprawie przeciwko niej. Chciałby podobno złagodzić przepisy…

Inni sędziowie, którzy nie zamierzają udawać, że z dezubekizacją jest wszystko w porządku, to według przecieków Jarosław Wyrembak, Piotr Pszczółkowski i Leon Kieres.

Mundurowi bez złudzeń

– Widać że prezes TK nie ma pewności, czy inni sędziowie zagłosują tak jak ona, stąd decyzja o odwołaniu orzeczenia. Boimy się, że kolejne terminy, o ile je wyznaczy, też będzie odwoływać. Tak więc w najbliższej przyszłości orzeczenia się nie doczekamy. A dopóki nie zakończy się krajowe postępowanie sądowe, nie możemy skierować sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i tam domagać się sprawiedliwości – skomentował całą sytuację w rozmowie z „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego czeka 40 tys. „zdezubekizowanych”, w tym 8 tys. sierot i wdów po funkcjonariuszach.

Co szykuje PiS?

Jako że postawy sędziów TK wobec ustawy raczej się nie zmienią, a wyrok Sądu Najwyższego, nakazujący indywidualnie badać sprawę każdego człowieka pozbawianego emerytury ma już pierwsze konsekwencje, spekuluje się o tym, że partia rządząca znowelizuje ustawę dezubekizacyjną.

Z „aktu dziejowej sprawiedliwości”, jak cynicznie PiS nazwał swoje „dzieło”, miałyby zostać wykreślone słowa o „służbie totalitarnemu państwu”. Wtedy wyrok Sądu Najwyższego straci swoje oparcie, PiS triumfalnie ogłosi, że obronił swoją dekomunizacyjną inicjatywę, a skarb państwa zaoszczędzi niebagatelne pieniądze. „Akt dziejowej sprawiedliwości” pozwolił zachować w kasie ok. 300 mln zł.

Dezubekizacja w wymiarze międzynarodowym

Zgodnie z lipcową zapowiedzią w dniu 18.08 br Trybunał Konstytucyjny kolejny raz zabrał się do debatowania nad konstytucyjnością ustawy z 16 grudnia 2016 r., określanej najczęściej jako „dezubekizacyjna”.

Przypomnijmy tylko, że aktem tym PiS obniżył do głodowego minimum emerytury i renty ok. 55 tysiącom byłych funkcjonariuszy, urzędników i pracowników oraz ich rodzinom tylko z tego powodu, że swe kariery zawodowe zaczęli jeszcze w PRL, w resortach określanych jako siłowe. W absolutnie przeważającej większości nikt z tak represjonowanych nigdy nie popełnił przestępstwa, nie złamał prawa, ani nawet nie dokonał żadnego czynu nagannego moralnie czy etycznie, ale fakt ten dla partii, która nazwała się cynicznie „Prawo i Sprawiedliwość”, nie miał najmniejszego znaczenie – liczył się tylko efekt polityczny.

Podobnie jak przy rozprawie lipcowej również tym razem przewodnicząca Trybunału mgr Przyłębska (która na swe pierwsze stanowisko sędziego została powołana w 1987 r. decyzją Rady Państwa PRL) nie odważyła się zaprosić nikogo, kto reprezentowałby tak wielką rzeszę ciężko skrzywdzonych ludzi – sytuacja w cywilizowanym świecie wręcz niewyobrażalna, ale całkowicie normalną w państwach totalitarnych. Wydaje się jednak, że tym razem niektórzy z sędziów TK sami dostrzegli szokującą niestosowność takiego procedowania. W efekcie kilku z nich zaczęło zadawanie grupie oskarżycieli (reprezentujących PiS-owski Sejm, PiS-owskie Ministerstwo Sprawiedliwości i PiS-owską Prokuraturę Krajową) szeregu niewygodnych dla nich pytań. Wielu represjonowanych, którzy mogli obserwować przebieg rozprawy w przekazie internetowym, zostało mocno zaskoczonych, że sędziowie ci dostrzegają przynajmniej niektóre rażące aspekty tak niewiarygodnego bubla prawnego, jakim jest wspomniana ustawa.

Postawiona kilka razy w niewygodnej sytuacji silna liczebnie reprezentacja oskarżycieli sięgnęła po argumenty całkowicie kłamliwe i obłudne (chyba taki jest już PiS-owski standard). Otóż stwierdzili oni, że ustawa wreszcie pozbawiła przywilejów emerytalnych objętych nią ludzi – niewiarygodne, że zmniejszenie obowiązującego od 2009 r. minimalnego przelicznika 0.7% za rok służby do absolutnego zera, oni nazywają odebraniem przywilejów! Innym kilkukrotnie powtarzanym argumentem było zdanie, że ustawa rzekomo wymierza sprawiedliwość dziejową. Okazało się więc, że w Rzeczpospolitej Polskiej, określonej jako konstytucyjne, demokratyczne państwo prawa, nie sądy, nie sędziowie, nie podczas uczciwych procesów, w których musi być sformułowany akt oskarżenia, a oskarżony ma prawo do obrony, lecz cyniczni politycy uznali się za uprawnionych do wymierzania sprawiedliwości wedle swego „widzi mi się”.

Niezbyt korzystny dla PiS-owskiej strony przebieg rozprawy spróbowała pod koniec poprawić mgr Przyłębska, gdy stwierdziła, że przecież przedmiotowych emerytur i rent wcale nie zabrano, a jedynie obniżono. Trzeba przyznać, że tak traktowana sprawiedliwość ma w państwach totalitarnych długie i ugruntowane tradycje – „mogliśmy zabrać wam wszystko, więc się cieszcie, że zostawiamy jakieś nędzne resztki”. Sugestia pani przewodniczącej wskazuje w jakim kierunku będzie zmierzała linia orzecznicza i dowodzi, że represjonowani, którzy chcieliby w ostatniej rozprawie dostrzec chociażby niewielką nadzieję na sprawiedliwość, powinni pozbyć się złudzeń. Sprawa jest bowiem ważna dla PiS nie tylko z uwagi na politykę krajową, ale niespodziewanie zyskała także istotny wymiar międzynarodowy.

Chodzi o to, że osobą, która z zapartym tchem śledzi losy „dezubekizacji” w Polsce i z całych sił trzyma kciuki za PiS, jest Aleksander Łukaszenka, sfałszowany prezydent Białorusi.

Sytuacja w tym kraju to najbardziej gorący temat ostatnich dni. Białoruś jako samodzielne państwo istnieje zaledwie od 30 lat, a jego społeczeństwo miało bardzo niewiele doświadczeń z autentyczną demokracją. Mimo to ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich przelało czarę goryczy ludzi, znanych z tego, że od wieków cierpliwie znosili rządy różnych despotów. Po prostu społeczeństwo powiedziało „dosyć” i wyszło na ulicę. Wydarzenia toczą się bardzo dynamicznie i żadne rozwiązanie nie jest przesądzone, ale tak wielkiej szansy na autentyczną wolność i demokrację Białorusini jeszcze nie mieli.

Narzędzia do rozwikłania niezwykle skomplikowanej sytuacji naszego wschodniego sąsiada znajdują się w Brukseli i w Waszyngtonie, a przede wszystkim w Moskwie, ale najważniejsze posiada Mińsk, a dokładniej mają je resorty zmilitaryzowane – milicja, wojsko, służby specjalne. Tylko na tych siłach reżym Łukaszenki opiera swe istnienie i dba wyłącznie o ich poparcie. Natomiast łatwo dostrzec, że zachowania poszczególnych formacji mundurowych są bardzo różne – od brutalnych pacyfikacji protestów, aż do bratania się z ludźmi manifestującymi na ulicach. Przyszłość Białorusi zależy dzisiaj od tego, jakie postawy wśród nich przeważą. Dobrze wiedzą o tym rozproszeni przywódcy demokratyczni i pojawiło się już sporo ich apeli, w których deklarują, że nikt z funkcjonariuszy i urzędników, kto nie popełnił przestępstwa, nie musi niczego się obawiać w przyszłej demokratycznej Białorusi, nowe państwo z pewnością potraktuje ich uczciwie, sprawiedliwie, życzliwie, nawet wybaczy …

Czy myśmy swego czasu nie słyszeli czegoś podobnego?

W niezwykle trudnej sytuacji Aleksandra Łukaszenki rządzący Polską politycy, którzy niedawno określali go jako „sympatycznego, ciepłego faceta”, wyciągają do niego swą przyjacielską dłoń. Polska „dezubekizacja” jest najlepszym prezentem, jaki mógł on sobie wymarzyć. To dzięki bratniej pomocy PiS-u „batiuszka” będzie mógł swym funkcjonariuszom, milicjantom, oficerom, żołnierzom, urzędnikom, przedstawić argumentację nie do odparcia: „Chcecie uwierzyć tym demokratom, no to popatrzcie sobie na Polskę i przyjrzyjcie się jak za kilkanaście, może trochę więcej lat, będziecie potraktowani. I nie ważne, czy popełniliście przestępstwo, czy zrobiliście cokolwiek złego – i tak zrobią z was nędzarzy”

Trudno w tej chwili przewidzieć, jak Łukaszenka odwdzięczy się kierownictwu PiS za poratowanie, ale kwiaty pani Przyłębskiej z pewnością się od niego należą.

Bigos tygodniowy

Pod hasłem „Miej w opiece naród cały” i rysunkiem pięści owiniętej różańcem jak kastetem przewalił się przez Warszawę tzw. „Marsz Niepodległości”. Dymu, huku i nienawiści było w bród. Brany za Marszałka Seniora Macierewicz Antoni wygłosił w Sejmie buńczuczne przemówienie kleronacjonalistyczne w stylu iście ONR-owskim z 1934 roku. Słodko za to, jak gołąbek pokoju pitolił Duda Andrzej, Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej, który podobno chce wszystkich godzić, od prawa do lewa. Dzień wcześniej Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej cytował piosenkę „Ja to mam szczęście, że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą”. Szkoda że nikt Pierwszemu Ministrantowi nie podpowiedział, że wymowa tej piosenki była ironiczna. Poza tym, nie przesadzajmy, nie bądźmy dziećmi, bo czy to takie nadzwyczajne szczęście żyć w tym smogu i smrodzie kleronacjonalistycznym, pośród kierowców-zabójców szalejących na pasach dla pieszych i z tymi notorycznie spóźniającymi się pociągami, że wymienię tylko niektóre z plag polskich? Znam kilka bardziej rozkosznych miejsc do życia. Jednak Pierwszy Ministrant RP tą atrapą prezydentury naprawdę euforycznie się cieszy, i dlatego spogląda na świat przez różowe okulary.

Tomasz Grodzki z Koalicji Obywatelskiej został Marszałkiem Senatu, co oznacza, że Izba Refleksji, póki co, nie wpadnie w łapy PiS. Towarzyszyły mi idiotycznie sprzeczne uczucia. Personalnie profesor Grodzki to człowiek godny szacunku, ale jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl by mi przeszło, by odczuwać satysfakcję z powodu wygranej jego partii. Jednak po czterech latach pisowskich orgii satanistycznych „ja to się cieszę się byle czym” i odczuwam jakby kamień spadł mi z serca, gdy sukces odniosła opozycja na czele z partią, na którą nigdy nie głosowałem. Po ciężkich frustracjach człowiek jednak spuszcza z tonu i redukuje ambicje. Moim zdaniem ta krucha wygrana opozycji w Senacie ma walor przede wszystkim psychologiczny, bo pokazuje, że PiS jednak nie jest całkowicie teflonowe, a poza tym może być oznaką pierwszych zarysowań na pisowskiej machinie. Nie mogę też nie odnotować radości z frustracji, jaką muszą czuć pisiory i reszta prawactwa wobec faktu, że Włodzimierz Czarzasty został wicemarszałkiem Sejmu. A zacnego profesora Grodzkiego, któremu uczciwość bije z oczu, szanowanego lekarza ze Szczecina propaganda PiS próbuje zrobić złodzieja i łapówkarza. Klasyka.

Kwestia przekroczenia trzydziestokrotności składek ZUS, zamiar przeznaczenia pieniędzy z Funduszu Solidarności przeznaczonego na potrzeby osób niepełnosprawnych, bunt fiskalny Porozumienia Gowina, a także o czym się nie mówi, narastające problemy finansowe TVPiS, wyrażające się m.in. w opóźnieniach wypłat dla pracowników tej firmy – to kompromitacja pisowskiego, kłamliwego, propagandowego hasełka o „zrównoważonym budżecie”, rozdętych, nierealnych pisowskich obietnic socjalnych i początek symptomów kryzysu finansów państwa.

Inny kłopot PiS to bunt w Trybunale Konstytucyjnym. Kolejny pisowski nominat, sędzia Wyrębak Jarosław zbuntował się przeciw sposobowi administrowania TK przez Przyłębską Julię. Szarogęsi się tam ona, arbitralnie wyznacza składy i blokuje rozpatrywanie wniosków. Co prawda zbuntowany sędzia szumi z pozycji radykalnie prawackich, przeciw blokowaniu wniosku o zakazanie aborcji eugenicznej, złożony przez ultrasów pisowskich, ale fakt jest faktem, ze to kłopot dla Przewodniczącego Mało. A miało być tak, dobrze, a mianowańcy na krótkiej smyczy, Plany planami, a życie jest brutalne pełne niebezpiecznych zasadzek.

W najgorszych chyba snach Przewodniczący Mało nie przeżył sytuacji, w której w imię pozyskania Lewicy do niektórych poparcia, PiS zdecydowało się oddać Sejmową Komisję Rodziny straszliwej lewaczce Magdalenie Biejat, zwolenniczce najbardziej szatańskich praw, w tym prawa kobiet do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Macierewicz Antoni z tego powodu stanął już dęba, jak stary koń, i żąda wyjaśnień, kto w PiS jest winien tej zbrodni.

W Krakowie małopolska kuratorka Nowak Barbara skierowała do uczniów internetową ankietę polegającą na bezczelnym nakłanianiu do personalnego donoszenia na nauczycieli. Młodzież, jak to młodzież, kablowania na ogół nie lubi, a do tego, jako młodzież dzisiejsza w internecie jest biegła od kolebki, więc ankietkę-donos zhakowała. Nowak Barbara zjeżyła się na to i chce karać to hakerstwo.

Klaudia Jachira została brutalnie i chamsko zaatakowana przez pewnego osobnika, gdy jechała pociągiem z Wrocławia do Warszawy na obrady Sejmu. Uważaj, Klaudio, budzisz straszliwą, dziką, niepohamowaną nienawiść wszelkiego prawackiego podlectwa, Osobnik, który Cię zaatakował poprzestał na słowach, ale doświadczenie nas uczy, że od czasu do czasu znajdują się wśród NICH tacy, którzy przechodzą od słów do czynów. Poeta pisał kiedyś, że „krzyż mieli na piersi a browning w kieszeni”.

Przewodniczący Mało utrudnia mi integralną niechęć do niego przez swoją sympatię do zwierząt, tym bardziej po geście jaki uczynił na prośbę posłanki Katarzyny Piekarskiej – zapisał się do poselskiego koła przyjaciół zwierząt. Miłe to, ale niestety nie dał należytego odporu legalnym mordercom zwierząt spod znaku „łowiectwa” i sadystom-hodowcom „futerek”.

Radna Warszawy Agata Diduszko-Zyglewska dawno już złożyła wniosek o pozbawienie biskupów Głodzia i Hosera tytułu Honorowego Obywatela Warszawy. Jednak Platforma Obywatelska od wielu miesięcy zwleka z rozpatrzeniem wniosku. Cała Platforma, cała ona ze swoim oportunizmem i asekuranctwem.

Poczułem się niemal geniuszem prawniczym. Sam, samiuśki, z samego brzmienia artykułu konstytucyjnego osobiście wykoncypowałem to, co, ku mej nieogarnionej dumie, swoimi autorytetami naukowymi potwierdzają profesorowie Ewa Łętowska i Tadeusz Iwiński. Otóż art.18 Konstytucji na który z uporem godnym lepszej sprawy powołuje się PiS w walce z dążeniami do wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Otóż jak oboje zgodnie stwierdzają, że zawarte w artykule sformułowanie, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”, to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze. Logika nakazuje wnioskować, że fakt iż cos jest preferowane nie oznacza zakazu praktykowania czegoś, co nie jest wprost zakazane, a więc n.p. związku partnerskiego jednopłciowego.

Tymczasem w Sejmie 361 posłów dodało do roty przysięgi poselskiej słowa „Tak mi dopomóż Bóg”, z czego wynikałoby, że blisko stu posłów nie zwracało się o pomoc do boga. Skrzętni rachmistrze policzyli, że od 1989 roku ta ostatnia liczba rośnie.

TSUE wydał w sprawie KRS wyrok, który na pierwszy rzut oka wygląda na salomonowy. Po części w obronie praworządności w Polsce, ale po części taki, by nie stawiać PiS pod ścianą. Mimo to PiS nie jest zadowolony i chce badać wyrok przed „trybunałem” Przyłębskiej.

Morawiecki Mateusz wygłosił stek buńczucznych, ideologicznych frazesów zwany exposé nowego rządu. Nie wierzę ani jednemu słowu tego notorycznego (wyroki sądowe) kłamczucha i fantasty. Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział.20

Bigos tygodniowy

Lansowaną przez władzę PiS, jej media oraz kościelnego sojusznika tezę, że zachowały się one taktownie i delikatnie w stosunku do rodziny zamordowanego Pawła Adamowicza można włożyć między bajki. Najpierw gdański abepe Głódź, największa Oliwa w polskim Episkopacie, wbrew rodzinie wziął i uparł się, by wygłosić homilię podczas nabożeństwa pogrzebowego w katedrze. I dopiął swego mimo, że rodzina prosiła o innego homilianta. I zrób coś takiemu ćwokowi, który uprze się, że nie odda płaszcza. I co mu zrobisz? Z kolei „Uchodzący za Prezydenta RP” chciał nie tylko zasiąść w na nabożeństwie żałobnym w pierwszym rzędzie, ale nawet zalecał się – za pośrednictwem Przybocznego Szczerskiego – z możliwością wygłoszenia przemówienia sprzed ołtarza, by robić tam politykę. W tej sprawie wiadoma Kancelaria nawet wydzwaniała do wdowy, ale ta nie chciała z nimi rozmawiać. Rodzina zamordowanego z oferty więc nie skorzystała, a organizatorzy pogrzebu czyli Miasto Gdańsk zdecydowanie zażądali, aby „Uchodzący za Prezydenta RP” z młodym Morawieckim i ministrem – pożal się boże – „kultury” Glińskim zasiedli z tyłu, na wyznaczonych im miejscach. A że postanowili w tej sytuacji nie przeginać, więc położyli uszy po sobie. Po nabożeństwie widać było, że „Uchodzący za Prezydenta RP” szybko uszedł z kościoła jak niepyszny, mimo że lubi po kościołach chodzić. Władza PiS jest tym co się stało, wstrząśnięta, ale nie zmieszana i wylewa krokodyle łzy. Wygląda na to że liczyli na zrewanżowanie się przez rodzinę zamordowanego prezydenta z wdzięczności za ten samolot wysłany po Jego małżonkę do Londynu. Czasem też komuś inteligentnemu inaczej, jak funk z TVPiS Klarenbach, wyrwie się fraza typu „jakie życie, taka śmierć”, odnosząca się do Pawła Adamowicza. Klarenbach później za to na wizji przepraszał, ale tak mętnie i pokrętnie, że żałość i zażenowanie dupę ściskały. Przepraszam za odrobinę „rynsztokowego” języka, ale to „rynsztokiem” sprawa.

Podczas tegoż nabożeństwa żałobnego, dominikanin o. Ludwik Wiśniewski (istny Demostenes) wygłosił ostre słowo, które pisowcy wzięli do siebie, choć żadne ze zdań jego sugestywnej filipiki nie było skierowane przeciw nim expressis verbis. Czyli PiS samo siebie zadenuncjowało, niczym podpalacz, który wraca na miejsce spowodowanego przez siebie pożaru, Pojawił się też kolejny, poza Wiśniewskim i Wojciechem Lemańskim, kandydat na dysydenta w sutannie, ksiądz Stanisław Walczak, którzy ochrzanił Beatę Mazurek za mowę nienawiści. Zaraza w Grenadzie się rozprzestrzenia.

Tydzień otworzyło posiedzenie Sejmu RP. Pierwszym punktem miało być oddanie hołdu tragicznie zmarłemu prezydentowi Gdańska. Niestety, nie wszyscy zdążyli… Prezes nie dał rady: wiek, uraz kolanka etc., ale dlaczego nie dotarła na czas para w pełni zdrowia, Mazurkowa i Terlecki, tego nie wie nikt. No tak, holowali chorego.

Wspomniany wyżej Gliński został laureatem plebiscytu „Człowiek Wolności 2018” tygodnika „Sieci”. Laureatami za 2016 i 2017 zostali Prezes i jego Przyłębska. Można by rzec: wolność złapana w sieci. Można też rzec: jaka wolność, tacy laureaci. Na oficjalnym spędzie z tej okazji, z udziałem m.in. Kaczyńskiego, młodego Morawieckiego i innych ważnych pisowskich oficjeli, Bronisław Wildstein wygłosił coś w rodzaju wstępniaka na tę okazję i przy tej okazji, choć pogrzeb był ledwo kilka dni temu, wylał porcję czarnych ekskrementów na zamordowanego Pawła Adamowicza.

Ponad miliard złotych ma uchwalić PiS na utrzymywanie czołowej pisowskiej szczujni (TVP). Trudno o bardziej bezczelną prowokację i pokazanie oponentom gestu Kozakiewicza, zwłaszcza po gdańskim mordzie.

Ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną…” z doskoku, ale jawnie już współuczestniczy jako komentatorka w telewizyjce-plujce bliźniaków Karnowskich. Szczególnie boli ją walka o prawa kobiet. Konwersja z „Dziennika Telewizyjnego” w PRL do kruchty i nacjonalistycznej reakcji. Już był taki podobny jegomość po 1989 roku. Nazywał się – nomen omen – Klechta. Tylko patrzeć jak Jakubowska przyklepie ślub z Karnowskimi felietonem w wydaniu papierowym.

Jurek Owsiak wycofał się ze swojej pierwszej decyzji i nadal będzie dowodził Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Przy okazji złożył do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skargę na nienawistne „Plastusie” niejakiej Pieli, które TVPiS pokazywała. Jurku! Nie licz na obiektywizm pisowskiej KRRiT kierowanej przez pisowca Kołodziejskiego. Lepiej zrób jak Hanna Gronkiewicz-Waltz i złóż pozew do sądu.

Prezes TVPiS działając zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” i „uderz w stół, a nożyce się odezwą” zapowiada pozwy przeciwko Adamowi Bodnarowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Krzysztofowi Skibie i Wojciechowi Sadurskiemu, którzy krytykują jego firmę nakręcanie atmosfery nienawiści i szczucie na przeciwników.

A poza tym Polskę spowijał smog, gorszy niż mowa nienawiści…

Łaska pańska

We wtorek 17 lipca Julia Przyłębska wzięła do ręki tradycję 30 lat ułaskawień przez prezydentów RP i grzmotnęła nią o ścianę.
A w zasadzie to właściwie tradycję wywodzącą się z czasów trochę tylko późniejszych od momentu wynalezienia koła.
W Konstytucji 3 Maja napisano: „Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi [prawo łaski] na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status [zbrodni stanu]”.
W Konstytucji Księstwa Warszawskiego: „Ius agratiandi służy królowi: on tylko może darować lub zwolnić karę”.
Konstytucja Marcowa: „Prawo darowania i złagodzenia kary, oraz darowania skutków zasądzenia karno-sądowego w poszczególnych wypadkach — przysługuje Prezydentowi Rzeczypospolitej”.
Nawet Prezydentowi RP na uchodźstwie przysługiwało prawo łaski wobec „skazanego podczas II wojny światowej wyrokiem wojskowego sądu polowego”.
Wiecie, rozumiecie (puszczenie oka) – „skazanego”. Skazanym ludzi czyni się poprzez wydanie wyroku (dwukrotne puszczenie oka). Chyba nikt w historii naszego kraju nie słyszał jeszcze, żeby król, prezydent czy inny marszałek podjechał swoim czarnym mercem i przerwał policjantom aresztowanie groźnego bandyty mówiąc: „A przepraszam, ten pan jest ze mną”.
W Polsce zresztą prawo łaski nigdy nie było nadużywane (poza budzącym uzasadnione zaniepokojenie przypadkiem, kiedy Lech Kaczyński ułaskawił kolegę swojego zięcia, Marcina Dubienieckiego). Choć jeśli chodzi o ilość ułaskawionych to tutaj złoty medal wędruje do Aleksandra Kwaśniewskiego – 4288 uniknęło kary bądź została ona złagodzona. Odmowę od prezydenta usłyszało natomiast 2112 osób. Ale to w końcu 10 lat urzędowania. W przeliczeniu na pojedynczą kadencję Kwaśniewski ułaskawiał standardowo.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych ułaskawień dokonanych przez prezydenta z SLD było z pewnością złagodzenie kary Zbigniewowi Sobotce. Były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji był związany z tzw. aferą starachowicką. Kwaśniewski zajął się nim pod koniec swojej drugiej kadencji, w 2005. „Kwachu” darował też karę Sławomirowi Sikorze i Arturowi Brylińskiemu – zabójcom, których historię opowiedziano w filmie „Dług” Krzysztofa Krauzego.
Obaj biznesmeni dostali 25 lat za zabójstwo gangstera, który terroryzował ich i domagał się zwrotu nieistniejącego długu. W marcu 1994 r. mężczyźni zamordowali go i jego ochroniarza w lesie pod Maciejowicami. Bronili się, twierdząc, że ich desperacja sięgnęła zenitu. Procedurę ułaskawienia rozpoczął prezydent Kwaśniewski, dokończył już Komorowski. Sławomir Sikora wyszedł na wolność w2005 roku, a Artur Bryliński 5 lat później.
3454 osób ułaskawił Lech Wałęsa – między innymi Andrzeja Z., pseudonim „Słowik” – pruszkowskiego mafiosa. Który potem narobił prezydentowi niezłego pasztetu wizerunkowego. Stwierdził, że za ułaskawienie wręczył łapówkę, ukrywając się na wolności podczas przepustki, z której nie miał zamiaru wrócić.
– Wykorzystałem ludzką chciwość i akt łaski po prostu kupiłem – mówił. Ponoć Kancelaria Wałęsy miała przyjąć od niego 150 tys, dolarów. Jak podaje TVP Info, najmniej ułaskawionych osób mają na koncie Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski. Ten pierwszy 201, drugi 360. Kaczyński odmówił 913 osobom, a Komorowski 1546.
Najgłośniejszym przypadkiem, oprócz przypadku kolegi Dubienieckiego, był przypadek ułaskawienia trzech braci Winków skazanych za lincz we Włodowie. Mieli zabić lokalną zakałę – mężczyznę, który okradał i terroryzował wieś. U prezydenta „bula” natomiast nie było sensacji: kilku pijanych rowerzystów, jeden uciekinier od służby wojskowej, jeden znęcacz.
Andrzej Duda z pewnością jest tu fenomenem. Takiego ułaskawienia jak on, nie zrobił nikt w dziejach. A może by w ogóle wszystkie sądy, począwszy od pierwszej instancji a skończywszy na Najwyższym, zastąpić Andrzejem Dudą?