Spłoniemy w imię zysku

Pożary w Amazonii to tylko wierzchołek góry lodowej. Płonąca Afryka, wycięte lasy na Madagaskarze i w Indonezji, uparte trwanie przy spalaniu ropy naftowej – to wszystko część jednego problemu.

Żeby zrozumieć, dlaczego grozi nam klimatyczna zagłada, musimy wpierw pojąć, czym jest globalny kapitalizm i dlaczego system ten sprzyja unicestwieniu zarówno przyrody, jak i całej ludzkości. To, czego jesteśmy świadkami nie jest żadnym „wypadkiem przy pracy” i przejściowym sezonem na pożary, lecz stanowi nieunikniony rezultat założeń, które stoją za globalnym systemem kapitalistycznym. Podstawą funkcjonowaniu gospodarki kapitalistycznej jest dogmat zysku. Zysk i pieniądz rządzą dziś praktycznie wszystkim, a rywalizacji, konkurowania i zdobywania pieniędzy jako naczelnej wartości i głównego życiowego zadania uczy się w szkołach dzieci i młodzież. Zysk i pomnażanie kapitału są wręcz religijną regułą, która stać ma za każdą działalnością człowieka w świecie. W pewnym momencie po prostu przyznano rację najbogatszym i uznano, że ich kapitał to główny i zasadniczy cel naszego istnienia. Narzucana wszystkim ideologia homo oeconomicusa – człowieka rynkowego i egoistycznego – wprost zachęca więc do działania celem osiągnięcia konkretnego, mierzalnego zysku. Jest to idea wprost perwersyjna, która wmawia nam, że egoizm w warunkach rynkowego działania przynosi ostatecznie większe dobro, ponieważ rzekomo pozostaje „racjonalny”. Homo oeconomicus jest w związku z tym egoistą i graczem rynkowo-giełdowym, który działa tylko we własnym interesie i bynajmniej nie zastanawia się nad tym, co będzie jutro, za pięć lub dziesięć lat.
W taki oto sposób „racjonalne” – w imię bieżącego zysku – stało się palenie i wycinanie lasów pod nowe uprawy. W tych warunkach „racjonalne” jest też nieustanne produkowanie broni, a dla lobby naftowego korumpowanie „ekspertów” i „polityków”, byle dalej sprzedawać ropę i czerpać z niej zyski, utrzymując swój stan posiadania. „Racjonalnym” pozostaje więc samo zdobycie pieniądza, metody i środki są zaś praktycznie dowolne.
Większa konsumpcja, większa produkcja i finalnie – sam zysk to reguły, które przyświecają każdej działalności człowieka w kapitalizmie. Krótkoterminowy profit, krótkoterminowa korzyść i chwilowy wzrost słupków oraz akcji na giełdzie wyczerpują w zasadzie definicję pojęcia „sukces”. Nikt przecież nie zapłaci, ani nie nagrodzi cię za to, że będziesz kierował się większym dobrem i pomyślisz o tych, którzy urodzą się za dekadę lub dwie. Panuje reguła „po nas choćby potop”. Wymierający właśnie gatunek nosorożca białego północnego ma po prostu wyjątkowo niewiele środków na koncie i z perspektywy rynku jego egzystencja nie ma żadnego znaczenia. Z perspektywy rynku i właścicieli funduszy, akcji i korporatokratów nawet życie 6 miliardów ludzi nie stanowi większej wartości, jeśli przy okazji nie prowadzi do osiągnięcia zysku i nie daje konkretnych profitów! Dlatego też do przetrwania zagłady w schronach szykują się dziś głównie ludzie najbogatsi…
Ideologia uznająca egoizm za pozytywny czynnik rozwoju powinna być oceniana w tych samych kategoriach moralnych, co nazizm. To ona stoi za katastrofą ekologiczną i klimatyczną.
Kapitalizm podobnie jak nazistowska eugenika prowadzi eksterminację wszystkiego, co nie poddaje się jego kryteriom i nie służy do pomnażania kapitału. Na drodze do wyzysku stoją zwierzęta, stoi przyroda, ale stoją też całe rzesze nieprzydatnych z perspektywy kapitału ludzi. Jeśli więc spalenie połowy puszczy w Amazonii przyniesie chwilowy wzrost zysków określonej liczbie spółek – oznacza to, że jest to działalność opłacalna, rentowna, a więc i po prostu „obiektywnie-bo-rynkowo” korzystna i racjonalna. To rynek decyduje o wszystkim, a pieniądz jest ostatecznym kryterium sukcesu i prawdy. Założenia, które stoją za ideologią neoliberalną, ale także i za całym systemem kapitalistycznym to prosty przepis na zagładę ludzkości, ponieważ zasoby pochodzące z przyrody, od innych ludzi (czyt. „kapitał ludzki”), a także zasadniczo całą teraźniejszość kapitalizm traktuje tylko i wyłącznie jako zasób, który można wyzyskać do bieżącego celu, jakim jest zarabianie jeszcze większych pieniędzy.
Pomysł, żeby globalnym życiem zarządzała ideologia zysku i procentowe wskaźniki zysków na giełdzie jest nie tylko absurdalny i irracjonalny, ale zagraża też całej naszej egzystencji. Żyjemy w kapitalistycznym przedłużeniu wieków ciemnych, gdzie akumulacja i indywidualistyczny kult wzbogacenia się zastąpiły wszelkie inne miary postępu i rozwoju. Jeśli się nad tym zastanowić to kapitalizm jest też systemem „totalitarnym”, tzn. kontroluje zarówno produkcję, jak i samych odbiorców tejże produkcji.
Siła sterowanej algorytmami reklamy jest taka, że większość społeczeństwa zupełnie nieświadomie działa na rzecz nowej zagłady. Wystarczy jednocześnie oglądać np. reklamę „Doritos” i już samym późniejszym aktem zakupu produktu wspiera się koncerny w ich produkcji oleju palmowego, co przyczynia się do zagłady przyrody… Nawet o tym nie wiedząc. Świadomość fałszywa ma zresztą to samo źródło, co potęga koncernów reklamowych – obie pochodzą od kapitału.
Cele społeczne, ekologiczne i inne nie mają siły przebicia, ani możliwości rywalizacji z ideologią „racjonalnego” kapitału, ponieważ to pieniądz reguluje też dostęp do środków masowego przekazu.
Tą drogą zdobywa zarówno głosy, konsumentów, jak i decyduje o codziennych wyborach. Pieniądz w postaci kapitału otrzymują zresztą tylko ci, którzy powiększają zysk dla już potężnych korporacji, bogatych firm i bogatych ludzi. Żaden program eliminacji bezrobocia, likwidacji bezdomności, czy głodu nie zyska więc w kapitalizmie większej aprobaty i jest – z perspektywy kapitału – zwyczajnie nieopłacalny.
Utrzymanie bezpieczeństwa socjalnego, mieszkanie dla każdego, zapewnienie wszystkim dzieciom dobrej i pełnowartościowej edukacji… Praktycznie wszystkie te cele nie mają żadnego usprawiedliwienia w świecie, gdzie o racji lub błędzie decyduje tylko to, czy masz pieniądze. Dlatego też większość postępowych projektów społecznych pozostaje niezrealizowana i to pomimo tego, że jako globalna wspólnota posiadamy już środki, które z powodzeniem i to w przeciągu kilku zaledwie lat mogłyby wyeliminować np. problem skrajnego ubóstwa, czy głodu.
Kiedy w XIX wieku Karol Marks i Fryderyk Engels opisywali problemy związane z rozwojem wczesnego kapitalizmu sporo uwagi poświęcili też skażeniu, jakie niósł ze sobą rozwój przemysłu w Anglii i krajach młodego wówczas kapitalizmu. Prawdopodobnie nie spodziewali się jednak, że globalny i w pełni rozwinięty kapitalizm zagrozi klimatowi i życiu również globalnie. To, że kapitalizm koliduje z ideą zrównoważonej gospodarki i zdrowiem ludzkim wiedzieli jednak już wtedy – dlatego sam Marks zwracał już uwagę na to, że kapitał traktuje wszystkie zasoby pochodzące ze środowiska przyrodniczego jako „gratis”. Podobnie dziś – zwierzęta, lasy, morza i oceany są ofiarą produkcji w imię zysku o którą nikt się nie martwi: wszystko to, co samo i głośno nie domaga się pensji uważa się za prezent na rzecz świętego zdobywania pieniądza. Wyspa śmieci to po prostu efekt uboczny i nikt konkretny też za nią nie odpowiada – bo przyroda nie dysponuje kapitałem, a więc i nie ma prawa głosu. Nie jest „racjonalna”, bo nie gra na giełdzie.
Globalny świat pracy jest dziś potencjalnie jedynym sojusznikiem przyrody, który może upomnieć się o wszystko to, co tracimy na ołtarzu pieniądza.
Rozwiązania, których potrzebujemy globalnie nie są rozwiązaniami, które może dać nam współczesny system kapitalistyczny. Ekonomizm, rynkowa ocena zapotrzebowania na pracę, na ludzi, na przyrodę… To intelektualny i moralny skansen, którego współczesne stosowanie prowadzi nas ku wielkiemu wymieraniu gatunków: w tym i ostatecznie naszego – zwłaszcza w jego solidarnej, zorganizowanej formie. Fetysz zysku i fetysz wzrostu jest częścią kapitalistycznego fetyszyzmu towarowego, który narzucany jest nam przez najbogatszych i najpotężniejsze korporacje. Jako całe społeczeństwo mamy ciągle drżeć ze strachu w oczekiwaniu na nowe wskaźniki wzrostu gospodarczego – tak jakby to, czy korporacje i banki powiększają swój kapitał miało wpływ na to, czy mamy co włożyć do naszego garnka i za co ogrzać swój dom na zimę.
Stopa zysku to wskaźnik zysku chciwych ludzi, prowadzących rabunkową politykę koncernów i klimatycznych kryminalistów oraz banksterów.
Ciągłe wykazywanie się zyskiem ma sens tylko z perspektywy zawłaszczycieli i tych, którzy wciąż pragną mieć jeszcze więcej: konkretniej – z perspektywy udziałowców, właścicieli firm i posiadaczy aktywów finansowych. Dla człowieka pracy istotne są konkretne dobra: mieszkanie, zdrowe pożywienie, miejsce do spania, godne miejsce pracy, dostęp do dóbr kultury… Zapotrzebowanie na sam kapitał jest zapotrzebowaniem, które wykazuje kilka procent najbogatszych, który mają do niego dostęp.
A jednak to oni mają dziś monopol na mierzenie przydatność wszystkich innych, są panami życia i śmierci dla środowiska.
Prawdziwym wyzwaniem współczesności jest nie samo wytwarzanie, lecz sprawiedliwy podział i sprawiedliwe udostępnianie dóbr. Zasadniczej zmianie muszą ulec zasady i cele przyświecające wytwarzaniu i produkowaniu. Zbrodniczą ideologię zysku musimy zastąpić imperatywem interesu społecznego i kryterium użyteczności z perspektywy rzeczywistych, sprawiedliwie osiągalnych potrzeb całej ludzkości. Jeśli globalny kapitał ma problem z tym, że chcemy zlikwidować głód na świecie, ochronić i ocalić lasy oraz puszcze, czy zapewnić każdemu dostęp do dobrej opieki medycznej to tylko oczywisty dowód na to, że jego użyteczność dobiegła już końca. Najwyższy czas, by zniknął!
Z tego też względu sam gwarantowany dochód podstawowy i dzielenie pieniędzy wytworzonych przez kapitalizm, czy miejscowe pudrowanie systemu i drobne reformy nie są w stanie zmienić położenia naszej planety. Postęp musi polegać na całościowej zmianie zasad wynagradzania i oceny przydatności społecznej. Cierpiący na ekonomizm finansiści często postulują i domagają się zmian w dzieleniu dóbr i dochodów: praktycznie nigdy jednak nie kwestionują zasadniczej i najbardziej chorobotwórczej zasady: kryterium kapitalistycznego zysku, jako jedynego wyznacznika skuteczności, efektywności i wydajności gospodarczej. Gospodarka przyszłości, w której nie dusimy się z braku czystego powietrza i nie walczymy o dostęp do wody, to gospodarka planowa i realizująca cele społeczne, a nie kolejna mutacja systemu rynkowego, gdzie świętością są akcje, obligacje i procenty na korporacyjnych kontach.
Albo osiągniemy erę postwyzysku i ekologicznego socjalizmu, albo dalej będziemy grali w grę na zasadach narzucanych nam przez ideologię „racjonalnego” egoizmu, który sprzyja tylko najbogatszym i najpotężniejszym. Późny kapitalizm domaga się od nas ofiar niczym w horrorze, a jedyną nagrodą za wycinkę lasów, skażenie mórz i kolejne ofiary pod postacią całych gatunków jest przetrwanie zasad, które bynajmniej nie służą ogółowi i wcale nie zbliżają nas do bardziej równego, sprawiedliwego, pokojowego i ekologicznego świata. Kompromitacja i kres przydatności kapitalizmu mają swoje źródło właśnie tutaj: system ten nie zapewnia już warunków odpowiednich dla przetrwania ludzkości, czy nawet życia jako takiego.
Sprzeczność zachodząca pomiędzy reprodukcją zdrowego społeczeństwa, harmonijnym istnieniem ludzkości w świecie niezmasakrowanej przyrody, a interesem najbogatszych i realizowaniem interesów koncernów to zasadnicza i główna sprzeczność. Jej rozwiązanie przyniesie nam albo przetrwanie, albo zagładę i dezintegrację zorganizowanego społeczeństwa. Jak zwraca uwagę m.in. Noam Chomsky to ostatnie może bowiem istnieć tylko w warunkach, kiedy każdy posiada zapewnione dla siebie konieczne minimum egzystencji, a reprodukcja może odbywać się w warunkach pokoju i współpracy. W świecie rodem z filmów postapokaliptycznych, gdzie walka o czystą wodę to główny cel walczących na śmierć i życie grupek dogorywającej ludzkości, taka organizacja nie będzie już osiągalna.
Krytyka kapitalizmu i antykapitalizm nie są projektami do wyciągnięcia z szafy za 100 lat – to zadania na dziś. Nie ma już czasu na oczekiwanie, aż kapitalizm sam kiedyś doceni życie i uzna zrównoważone, niezniszczone środowisko naturalne za opłacalne, istotne i warte ocalenia. Potrzebujemy zbiorowej interwencji państw i masowej aktywności społecznej praktycznie na całym świecie. Tu i teraz.

5 miliardów Facebooka

– czyli śmiech na sali

Kiedy powiedziałem koledze, że Facebook będzie musiał zapłacić rekordową karę pięciu miliardów dolarów, zareagował radosną satysfakcją, gdyż, jak wielu internautów, padł ofiarą jego algorytmicznej cenzury i wie, jaką rolę odgrywa ta platforma w systemach policyjnych, również tych „demokratycznych”. Śpieszę więc wyjaśnić, że naszą satysfakcję lepiej powściągnąć. Na wieść o gigantycznej karze rozległ się zresztą głośny śmiech na sali nowojorskiej giełdy, gdzie satysfakcja była pełna i uzasadniona: akcje FB znów poszły w górę, zwiększając kapitalizację firmy o kolejne miliardy.
Giełda dowiedziała się o wszystkim wczoraj z „przecieku” w Wall Street Journal, który doniósł, że FTC (Federal Trade Commission – amerykański regulator rządowy) zatwierdził ugodę z FB opiewającą na owe pięć miliardów, które firma zgodziła się zapłacić, żeby nie mieć do czynienia z żadnym sądem. To kara za słynny skandal z marca zeszłego roku, kiedy okazało się, że brytyjska firma Cambridge Analityca (CA), korzystała z danych użytkowników portalu, by pracować na rzecz wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Ameryki i Brexitu. Decyzję FTC musi jeszcze zatwierdzić departament sprawiedliwości, ale to raczej formalność.
Już samo to, że sprawą zajmowała się agencja rządowa, w której zresztą większość mają Republikanie, znaczy, że sprawę załatwiono typowo „po amerykańsku”, gdzie bardzo bogate firmy współpracujące z rządem ściśle chroni się przed publicznym osądzeniem. Np. słynny bank Goldman Sachs, choć robił przekręty na niewyobrażalną skalę, nigdy nie został skazany za nie sądownie – mógł negocjować ugody z regulatorem, a ten karał firmę nawet miliardowymi karami, które robią wrażenie na publiczności, ale rzadko przekraczały sumę zysków banku, które on zarabia w ciągu dwóch tygodni. Negocjacje FTC z Facebookiem były ściśle tajne i możecie być pewni, że nic z nich nie przecieknie, oprócz ich rezultatu (będzie oficjalny komunikat) i rozkładu głosowania w pięcioosobowym łonie regulatora (było 3:2).
Dane osobowe ponad 2,7 miliardów aktywnych użytkowników FB na świecie są najcenniejszym dobrem tej platformy. Zbiera je ona i wykorzystuje, by ciągnąć olbrzymie zyski z reklam dzięki wyrafinowanemu (mniej więcej) celowaniu nimi w odpowiednie osoby, posiłkując się ich analizowanym algorytmicznie profilem. FB sukcesywnie traci zaufanie użytkowników na skutek swych „wycieków” bądź współpracy z niektórymi represyjnymi policjami i wywiadami, ale ciągle pozostaje na tyle użyteczny, że nie bardzo musi martwić się o przyszłość. Ma żelazne zdrowie ekonomiczne.
W zeszłym roku zarobił na czysto ponad 22 miliardy dolarów. Już zaraz po wybuchu afery, jak każda firma zagrożona karą, zaczął na nią odkładać w swych planach finansowych i nie musiał szukać w zyskach z lat ubiegłych. W tym roku zarabia jeszcze lepiej, więc nawet jeśli odjąć karę z zysków z jego trzech pierwszych miesięcy, firmie zostanie na czysto znakomity wynik 2,43 miliarda, którego wszyscy dalej będą zazdrościć.
Nick Clegg, który zajmuje się komunikacją w Facebooku, w czerwcu wzywał grzecznie rządy do wzmożonej regulacji gigantów internetu, obiecywał pełną współpracę i pokorę. I to się wielu rządom, w tym tym bardzo podejrzanym, podoba. Zaoferowanie złudzenia panowania nad gigantem jest teraz firmie bardzo potrzebne. Ta strategia handlowa ma zaowocować jego stabilnością i bezkarnością, wzmocnieniem nadszarpniętej pozycji. Ale my nie mamy się z czego cieszyć.
Są tacy, jak Chris Hughes, jeden z założycieli Facebooka, w akademiku Harvarda 15 lat temu, którzy krzyczą, że należy rozbić firmę. Argumentują: zrobiła się niebezpieczna dla zwykłych obywateli. Hughes uważa, że trzeba oddzielić sieć społecznościową od późniejszych nabytków Facebooka, jak WhatsApp czy Instagram, kupionych, by bezlitośnie wyeliminować konkurencję. To jednak właściwe dla dzikiego kapitalizmu, którego nikt w Ameryce nie ruszy. Nasze życie prywatne liczy się w dolarach, liczonych przez algorytmy, dla których pozostaniemy numerami.