Katyń – refleksje z dystansu

Zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię.

gen. Wojciech Jaruzelski

13 i 14 kwietnia 1990 r. – ważne dni w kalendarzu pamięci o Katyniu – choć od wielu lat, skazane na historyczne, polityczne zapomnienie. Okazjonalnie pojawiają się żądania przeproszenia Polaków za tę zbrodnię.
Kto popełnił tam mord, wiedziano już w latach 1943-1944, z nagłośnienia niemieckiej propagandy. Znane były wyniki badań Komisji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz relacje naocznych świadków, w tym uratowanych Polaków. Materiały i informacje z lat 70.i 80 kolportowane w tzw. drugim obiegu, wskazywały na stronę radziecką, choć „oficjalna wiedza” była inna.
Komisja Historyków
Szansa ujawnienia prawdy pojawiła się w kwietniu 1985 r. Kilka tygodni po objęciu funkcji sekretarza generalnego KC KPZR, Michaił Gorbaczow przyjechał do Warszawy na posiedzenie Politycznego Komitetu Doradczego Państw Układu Warszawskiego. Wtedy gen. Wojciech Jaruzelski odbył pierwszą, długą rozmowę. Omawiając stosunki polsko-radzieckie, w kontekście tzw. białych plam, o zbrodni katyńskiej Generał wypowiedział pamiętne słowa: „zatajona przeszłość, ciąży na teraźniejszości, podczas gdy ujawniona ma wpływ już tylko na historię”. Tu uwaga – przeczytajcie Państwo raz jeszcze tę myśl Generała, zastanówcie się i odpowiedzcie sobie na pytanie – czy po 35 latach (1985-2020)„zatajona przeszłość” nadal nie „ciąży” na stosunkach polsko-rosyjskich, kto za ten stan ponosi odpowiedzialność?
Generał zaproponował powołanie wspólnej, polsko-radzieckiej „Komisji Historyków”. Michaił Gorbaczow przyjął propozycję. Robocze ustalenia trwały blisko dwa lata. Polacy podnosili kwestie doboru zespołu naukowców, zakres badań archiwalnych – mieli na uwadze nie tylko „Katyń” główny cel poszukiwań dokumentów, inne tzw. białe plamy – wysiedlenia Polaków z Ukrainy, deportacje do Kazachstanu, zesłania na Sybir, pakt Ribbentrop – Mołotow. W kwietniu 1987 r. na Kremlu podpisano Deklarację o współpracy w sprawie wyjaśnienia „białych plam” bez sprecyzowania tematów, wcześniej „wydyskutowanych”. Powołano Komisję – z Polski przewodniczył prof. Jarema Maciszewski. Jej członkowie: M. Leczyk, Cz. Łuczak M. Madajczyk, R. Nazarewicz, E. Kozłowski, W.T. Kowalski, B. Syzdek, M. Tanty, M. Kuczyński, T. Walichnowski, M. Wojciechowski. Był to pierwszy impuls.
Cała istota, „filozofia” pracy tej Komisji polegała na skłonieniu strony radzieckiej do odszukania dokumentów, przechowywanych w swoich archiwach. Ujawnienie ich przez radzieckich historyków, z merytoryczną pomocą i udziałem naszych historyków, służyć miało pokazaniu radzieckiemu społeczeństwu i władzom, „ich dokumentów”. Że to „ich organy bezpieczeństwa” dopuściły się zbrodni. Było oczywiste, że praca historyków otworzy dyskusję wokół „sprawy katyńskiej”. Pozwoli przekazać „nową wiedzę” radzieckiemu społeczeństwu, spowoduje „inne spojrzenie” na niedaleką przeszłość i podjąć merytoryczną krytykę uzasadnień, na jakich opierało się oficjalne stanowisko radzieckie. Pamiętajmy – społeczeństwo radzieckie od wojny było przekonywane o niemieckim autorstwie zbrodni. O niuansach, perypetiach i efektach pracy tej Komisji, pisze prof. Jarema Maciszewski w książce pt. „Wydrzeć prawdę” (Wyd. BGW, 1993). Na szczególną uwagę zasługują też książki pt.: „Zbrodnia chroniona tajemnicą państwową” autorzy: Innessa Jaźborowska, Anatolij Jabłokow, Jurij Zoria (Wyd. „Książka i Wiedza”, 1998); „Katinskij sindrom – w polsko-rosyjskich i rosyjsko-polskich otnoszeniach” (Wyd. Politiczeskaja Encikłopedija” 2000); oraz „Katyń-dokumenty” (Wyd. Mieżdunarodnij Front – Demokratija – 1997. Wydana też w Polsce w 4 tomach, w latach 1995-2005).
Powołanie Komisji okazało się nie tylko trafne, ale przede wszystkim skuteczne, gdyż pozwoliło krok po kroku „wydzierać” przyznanie prawdy. Zaś zebrane przez nią dokumenty i materiały archiwalne okazały się kluczem do ustalenia, kto był sprawcą zbrodni, przesądzały o odpowiedzialności NKWD.
Społeczna dyskusja
Dotychczasowe publikacje, wciąż pojawiające się w tzw. drugim obiegu uzyskały prawo „wyjścia na światło dzienne”, także na łamach prasy i podczas środowiskowych dyskusji. Profesor Jarema Maciszewski w książce zamieszcza takie wyznanie – „Dla ogromnej większości ludzi ideowo związanych z socjalizmem, milczenie wokół tej tragedii (Katynia – moje, GZ) było jednym z najcięższych serwitutów, wręcz garbów, które musieli dźwigać na sobie ponad 40 lat”. Przypomnijcie sobie Państwo atmosferę tych rozmów i wspomnień.
Sprawę Katynia dyskutowali członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Sugerowano Generałowi by „oczywiste fakty” przedstawić publicznie, nie oglądając się na stronę radziecką. Generał tak wspomina: „Rozumiałem powodujące motywy. Zdawałem sobie przy tym sprawę z tego, że wewnątrz kraju taki krok uzyskałby gorącą aprobatę, umacniając tym samym pozycje władzy w społeczeństwie. Tak postąpić jednak nie mogłem… Nie mogliśmy – byłem i jestem co do tego całkowicie przekonany – wytwarzać w imię historycznych sądów napięcia w aktualnych stosunkach z ZSRR. A nasze jednostronne enuncjacje, takie napięcie wywołałyby niewątpliwie. Mogłyby tym samym negatywnie zaważyć i na dotarciu do prawdy i na innych dziedzinach naszej współpracy. Co więcej – nie moglibyśmy wówczas liczyć nawet na zrozumienie ze strony rządów zachodnich. Gorbaczow cieszył się w świecie jak najlepszą opinią, i to zasłużenie”. Zwróćcie Państwo uwagę – Generał liczył się z opinią Zachodu o Gorbaczowie! „Poświęcił” tym szanse na „umacnianie pozycji władzy”, podkreślę „swojej władzy” – jeśli ktoś nie dostrzegł tego niuansu. Nie zrezygnował z myśli o dotarciu do historycznej prawdy! Mądrze wspomniał o niej 11 lipca 1988 w Sejmie, witając Gorbaczowa, słowami – „Lata 1939-1941 to trudny, tragiczny rozdział. Pozostawiły po sobie na radzieckiej ziemi znane i nie znane polskie mogiły. Wiemy, że nie tylko polskie. Są one … miejscem wspólnej żałoby naszych narodów (w Katyniu rozstrzelano też wieku ludzi radzieckich-moje, GZ)…Ci, którzy po klęsce wrześniowej znaleźli się na terytorium Związku Radzieckiego, przeżyli wiele. Wraz z setkami tysięcy moich rodaków i ja przeszedłem tę drogę…Oczywiście, każda zbrodnia, każde ludzkie cierpienie ma wymiar moralny. Przekreślić ich się nie da, przemilczać – nie wolno. Trwają wspólne prace historyków polskich i radzieckich. Liczymy, że pozwolą one lepiej poznać tło, przebieg i charakter różnych, dramatycznych wydarzeń”. Nadal szukano właściwych metod – bez chwilowego rozgłosu i efektownego poklasku. Oto mądrość Generała i uczonych w wyborze drogi do celu!
Premier Tadeusz Mazowiecki, 24 listopada 1989 r. ok. 2 godz. rozmawiał z Michaiłem Gorbaczowem w Moskwie, od którego usłyszał zapewnienie – „Uznajemy prawo każdego narodu do samodzielnego decydowania o własnym losie…Nasz dobry stosunek do Polski, bynajmniej nie jest manewrem politycznym. Polska jest w jakimś sensie naszym losem”. Premier zapewnił o woli utrzymania dobrych stosunków z ZSRR, przestrzeganiu zobowiązań w ramach UW i RWPG, a także włączenia PZPR do szerokiej koalicji rządzącej. O wynikach pracy Komisji Historyków nie było mowy. Dwa dni później złożył wieniec w Katyniu.
13 kwietnia w Moskwie
Podczas przygotowywania oficjalnej wizyty w Związku Radzieckim, wiosną 1990 roku, Generał postawił kategoryczny warunek, iż złoży ją, jeśli zostaną ujawnieni sprawcy zbrodni katyńskiej. Drogą dyplomatyczną strona polska otrzymała potwierdzenie spełnienia tego warunku. Ówczesny Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow, w obecności delegacji polskiej na czele z Prezydentem RP, m.in. w składzie: premier Zbigniew Messner, Szef MON, Janusz Onyszkiewicz, prof. Jarema Maciszewski, gen. Franciszek Puchała, Ambasador Polski w ZSRR Stanisław Ciosek – 13 kwietnia przyznał publicznie, że zbrodnię popełniło NKWD. Wyraził ubolewanie narodowi polskiemu za to morderstwo. Generałowi przekazał 2 teczki z nazwiskami blisko 10 tys. zamordowanych oraz inne dokumenty. Rodzina Katyńska uzyskała bezpośredni dostęp do list osób bliskich – ofiar zbrodni. Opublikowano stosowny komunikat agencji TASS. Generał w krótkiej wypowiedzi, m.in. wskazał – „To był punkt przełomowy. Wszelkie przemilczenia od tego momentu i uniki w radzieckim społeczeństwie, a także na forum międzynarodowym, straciły grunt. Szczególnie ważne i moralnie cenne dla naszego narodu jest to oświadczenie strony radzieckiej. Otworzyło ono drogę do poznania prawdy o tragicznym losie polskich oficerów i funkcjonariuszy, internowanych w 1939 r. To była niezwykle bolesna dla nas sprawa. Jednakże żaden rozumny Polak nie powinien obciążać narodów radzieckich, które stały się przecież pierwszą ofiarą stalinowskich represji – odpowiedzialnością za Katyń i Kuropaty, za Łubiankę i Kołymę”.
14 kwietnia w Katyniu
Prezydent RP 14 kwietnia przybył do lasu katyńskiego. Dziekan Generalny WP ks. płk Florian Klewiado z duchownymi innych wyznań, w obecności rodzin pomordowanych i Kompanii Honorowej Wojska Polskiego odmówił modlitwę za zmarłych. Generał złożył hołd pomordowanym. Profesor Jarema Maciszewski, który w Katyniu stracił dwie bliskie osoby, tak opisuje tę żałobną uroczystość i panujący tam nastrój. Że śpiewały ptaki, wiosenny las szumiał wokół małego cmentarza; tak samo musiało to wyglądać pół wieku temu, w kwietniu 1940 roku, kiedy w tym samym miejscu padały z rąk oprawców NKWD strzały w tył głowy ludzi, których jedyną „winą” było, że należeli do „polskiej warstwy przywódczej”. „Generał oddał honory wojskowe ofiarom kaźni – a sposób, w jaki to uczynił, był zgodny z przedwojennym regulaminem, który właśnie przywrócił w naszym Wojsku. Pochylił głowę, a kiedy trębacz, w polskim mundurze wykonał >sygnał Wojska Polskiego<, uklęknął przed mogiłami. W tym geście, w Osobie Prezydenta RP uklęknęła Polska, pochyliła czoło nad tragizmem, nad majestatem męczeńskiej śmierci”. Jarema Maciszewski pisze, że celowo zapomina się o tej, wzruszającej ceremonii. „Dziwnym trafem” zaginęły zdjęcia i kasety z taśmami dokumentującymi tę uroczystość. Trudno pojąć, kto i dlaczego ocenzurował te zdjęcia. Profesor w swej książce pisze: „telewizja Polska nie pokazała n a r o d o w i wstrząsającego Apelu Poległych przy mogiłach katyńskich… z wydarzeń dnia 14 kwietnia 1990 roku przedstawiła tylko migawki… po dziś dzień za to okrojenie czy ocenzurowanie reportażu z Lasu Katyńskiego mam wielki żal do ludzi, którzy takie decyzje podejmowali. Cóż, bieżące rozgrywki polityczne okazały się ważniejsze niż wielki, o ogromnej sile moralnej niepowtarzalny akt historyczny. A szło im wszystkim przecież o to, by nie eksponować Wojciecha Jaruzelskiego i decydującej roli, jaką odegrał on w doprowadzeniu do ogłoszenia przez ZSRR prawdy o dokonanej przed 50 laty przez organa tego państwa zbrodni”. Mimo takiego „wytłumaczenia”, trudno oprzeć się pytaniu – w imię jakiej prawdy i jakich celów czyni się to nadal. Ale z ujawnienia przez Borysa Jelcyna w 1993 r. decyzji Stalina, tego potwornego dokumentu, niektórzy politycy i historycy czynią klucz do „tajemnicy zbrodni”. Oczywiste, że zbrodnia mogła być dokonana za zgodą najwyższych władz! Przy tym świadomie tworzy się wrażenie z jednej strony – jakoby ten dokument był celowo ukrywany przez prezydenta Gorbaczowa. Z drugiej zaś, że Jelcyn „wspaniałomyślnie odkrył” go przed Wałęsą. A przecież odnalezienie tej decyzji było „dalszym ciągiem” archiwalnych poszukiwań historyków, skutkiem inicjatywy Generała. Co przeszkadza by o tym uczciwie, rzetelnie pisać? Dla nas powinno mieć szczególne znaczenie, że o prawdę katyńską rozsądnie, mądrze zabiegał z gronem polskich historyków i osiągnął zamierzony cel ówczesny Prezydent RP Zwierzchnik Sił Zbrojnych. Uczynił to w imieniu i dla dobrego imienia wszystkich Polaków, żołnierzy wszystkich pokoleń. Czyżby miało to „obniżać zasługi” Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna ? Podczas wizyty w Polsce (1993 r.), będąc w „Dolince katyńskiej” na Powązkach, zwrócił się do obecnych tu przedstawicieli władz państwowych, członków Rodziny Katyńskiej i zaproszonych osób ze słowami „Prastitie kak możetie” – wybaczcie, jeśli możecie. Sam Borys Jelcyn w liście do Generała (fotokopia w książce pt. „Katyń wydrzeć prawdę”) m.in. napisał: „Wiem dobrze, że i Pan, Panie Jaruzelski uczynił wiele dla ukazania całej prawdy o Katyniu, ustawicznie wysuwając tę problematykę wobec byłych przywódców radzieckich”. Przypomnę, że w latach 70.Generał, jako Minister Obrony Narodowej zwrócił się do władz radzieckicho możliwość składania wiązanki kwiatów w lasku katyńskim przez naszego attache wojskowego w Moskwie. Taką zgodę uzyskał na dzień Wojska Polskiego, tj. 12 października. Był to właściwy krok. Odtąd regularnie składano już hołd pamięci pomordowanym polskim oficerom, funkcjonariuszom i obywatelom. Wspomnianą książkę Profesora, uzupełniono, w 70. rocznicę, zbrodni wydała w 2010 Akademia Humanistyczna w Pułtusku. Profesor Adam Koseski, Rektor AH, w posłowiu m.in. napisał – „Katyń jest miejscem kaźni polskich jeńców, lecz również grobem tysięcy ofiar bolszewickich represji, terroru i czystek, w tym żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej. Spoczywają tutaj także w zbiorowych mogiłach wzięci do niewoli i rozstrzelani przez Niemców czerwonoarmiści. Groby ofiar stalinizmu i hitleryzmu: Polaków, Rosjan, Ukraińców, Żydów, mogą i powinny od dawna łączyć, a nie dzielić. Pamiętając o przeszłości, trzeba myśleć o teraźniejszości i przyszłości”. Kiedy – Panie Profesorze, ta światła myśl zdobędzie w Polsce trwałe obywatelstwo – chciałoby się zapytać. Dziękuję za mądre słowa. Odrażający fałsz Niektórzy „uczeni” i politycy w swej „polityce historycznej” głoszą karkołomną tezę, iż zbrodnia katyńska jest „kłamstwem założycielskim PRL”. Odrażający fałsz historyczny, adresowany jest głównie do młodzieży, manipuluje prawdą. Obchody „katyńskiej rocznicy” po 1990 r. są okazją do utrwalania „białych plam”. Pamięta się o radzieckim oświadczeniu Agencji TASS, dlaczego – aż tylko tyle. Kto z Państwa objaśni to logicznie naszej młodzieży? Co media powiedzą w 2020 r., proszę Czytelników o uwagę. Dotąd zapomina się, że: – Michaił Gorbaczow: W książce „Sam ze wspomnieniami” (Wyd. Świat książki, Warszawa 2014) pisze – „13 kwietnia 1990 roku podczas wizyty prezydenta Polski Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie, publicznie poinformowałem o znalezionych przez radzieckich historyków wykazach oraz innych materiałach archiwalnych Głównego Zarządu NKWD ds. Jeńców Wojennych i Internowanych, w których znajdowały się nazwiska polskich obywateli przetrzymywanych w łagrach NKWD w latach 1939-1940 w Kozielsku, Ostaszkowie, Starobielsku. W oficjalnym komunikacie TASS z 13 kwietnia 1990 roku strona radziecka, wyrażając głęboki żal z powodu tragedii katyńskiej, oświadczyła, że > tragedia katyńska jest jedną z najcięższych zbrodni stalinizmu<. Wówczas również została wszczęta sprawa karna, którą Główna Prokuratura Wojskowa przyjęła do rozpatrzenia pod numerem 159”. Z jego inicjatywy na cmentarzu w Bijsku stanęły dwa pomniki – jeden dla Ojca Generała, drugi z taką inskrypcją-„Pamięci Polaków – zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju”. Generał odwiedził Bijsk i cmentarz w 2005 roku, w 60. rocznicę zwycięstwa nad hitleryzmem. Spotkał się z miejscowymi Sybirakami, proboszczem polskiej parafii, księdzem Andrzejem Obuchowskim, opiekującym się potomkami polskich zesłańców. Z ich inicjatywy sfinansował uzupełnienie tej tablicy o słowa – „Gdzie są ich prochy Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej i Bóg wie na niebie”.
– Rodzina Katyńska też nie pamięta o przekazanych dokumentach, z których poznała cząstkę losów swoich bliskich! Czy na pytanie-dlaczego, by nie eksponować Wojciecha Jaruzelskiego, przecież Sybiraka! Skąd więc taki ostracyzm, tego nie mogę zrozumieć, w tym przypadku szczególnie! Uzyskane wtedy i później dokumenty, pozwoliły ustalić służbowe przydziały osób. Aktualnie dysponuję takim zestawieniem liczby zamordowanych:
– Katyń: 4411 oficerów;
– Starobielsk: 3820 oficerów;
– Ostaszków: 6311 oficerów i funkcjonariuszy Policji i Straży Granicznej (KOP).
Łącznie 14 542 zamordowanych, z ogólnej liczby 21857 osób. Wśród nich jest:
-12 generałów WP: gen. Bronisław Bohaterewicz (Bohatyrewicz), Leon Billewicz, Stanisław Haller, Władysław Jędrzejewski, Aleksander Kowalewski, Kazimierz Orlik – Łukoski, Henryk Minkiewicz – Odrowąż, Konstanty Plisowski, Franciszek Sikorski, Leonard Skierski, Piotr Skuratowicz, Mieczysław Smorawiński;
– jedna kobieta pilot Janina, córka gen. Józefa Dowbora – Muśnickiego, Dowódcy 1 Korpusu Polskiego w Rosji, współorganizatora i Naczelnego Dowódcy Armii Wielkopolskiej (1919) wspierającej Powstanie Wielkopolskie. Pierwsza kobieta, która na spadochronie skoczyła z wys. 5 tys. m. Wyszła za mąż za pilota Lewandowskiego z Krakowa. Zginęła w kwietniu 1940 w Katyniu, lat 32;
– ok. 2500 oficerów pochodzenia żydowskiego;
– 31 duchownych. Wśród nich: 25 katolickich; 3 prawosławnych; 2 ewangelickich, 1 rabin. Nadal poszukiwane jest miejsce spoczynku 3870 Polaków z tzw. listy białoruskiej (na podstawie Książki Patryka Pleskota, „Księża z Katynia”, Wyd. Znak 2020).
Godzi się z szacunkiem i wdzięcznością przypomnieć i zachęcić do zobaczenia tzw. ściany katyńskiej w Katedrze Polowej WP. Chwała kapelanom wojskowym.
-władze ZSRR już w 1943 r. powołały specjalną komisję pod kierunkiem akademika Burdenki, w której skład wchodzili m.in. metropolita Mikołaj i pisarz Aleksy Tołstoj, co miało wskazywać na wiarygodność badań. Oni przynajmniej nie musieli kłamać. We wstępie do cytowanej książki, Generał pisze: „przeświadczenie o winie niemieckiej za mord katyński przeważało wówczas w naszej świadomości nad wątpliwościami. Do tego dochodziła taka okoliczność, że nie wszyscy polscy oficerowie internowani czy też aresztowani w ZSRR zginęli. Żyli przecież tak znani dowódcy jak Władysław Anders, Mieczysław Boruta Spiechowicz czy Michał Karaszewicz – Tokarzewski i inni. Wielu z nich opuściło ZSRR, a niektórzy, jak Zygmunt Berling, pozostali. Jeśli więc miałaby to być zbrodnia radziecka to – jak podpowiadała logika – zginęliby ci najważniejsi, ci dla ZSRR najbardziej niebezpieczni”. Wśród 448 wyselekcjonowanych i uratowanych oficerów, którzy przeszli przez obóz w Pawliszczewym Borze i Griazowcu, te nazwiska widnieją. Na stacji kolejowej w Griazowcu został późniejszy prof. Jan Swianiewicz, nie zapędzony do „dołów śmierci”. Przeżył też prof. Remigiusz Bierzanek (jest na niemieckiej liście zamordowanych-moje, GZ). Czy o tym nie wiedzą naukowcy prawicy? Wiedzą, cóż szkodzi „emocjonalnie kłamać”, antyrosyjskie nastroje podsycać, za które ponoszą odpowiedzialność inni;
– Zachód, gdy dowiedział się o zbrodni z doniesień goebbelsowskiej propagandy, nie potępił ZSRR np. w Teheranie (1943), przemilczał ten fakt. Niektórzy historycy piszą wprost o „naiwnej wierze” Roosvelta w dowody ZSRR. Dla niego ważniejsze było zwycięstwo nad hitleryzmem z decydującym udziałem ZSRR. Na tym froncie, statystycznie na 10 Niemców, 8 straciło życie. Nagłaśnianie zbrodni, być może nie zerwałoby porozumienia Wielkiej Trójki, a Stalinowi dałoby do myślenia. Na Zachodzie, głównie w USA, istniała obawa, że Stalin z tego powodu mógłby zerwać układ i zawrzeć pokój z Niemcami (swoisty powrót do paktu Ribbentrop – Mołotow). Czy przeciw Zachodowi, czy tylko pozostawienia mu samodzielnego prowadzenia wojny z Niemcami – tej hipotezy nie podobna zweryfikować. Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”. Na procesie norymberskim, radzieccy próbowali „sprawę Katynia” włączyć do aktu oskarżenia. Ale ten fakt pominięto w sentencji wyroku. Gdy „powstawała” PRL (1944 – 1945), Zachód nic jeszcze nie mówił o zbrodni. Inaczej mówiąc-ważyła polityka. Inną sprawą jest zachowanie podczas „zimnej wojny”. Wtedy na odwrót-wszystko, co mogło szkodzić stosunkom ZSRR z Polską, było wiele razy nagłaśniane. W USA eksponowano działalność tzw. komisji katyńskiej Kongresu, nawet postawiono pomnik pomordowanym, ale dopiero w 1952 r. Chciałoby się wierzyć, że teraz tylko szczere, szlachetne, ludzkie intencje przyświecały;
– III RP w stosunkach z Rosją „gra historyczną kartą”. Profesor Bronisław Łagowski (Przegląd, nr 16 z 2015) pisze: „Obóz rządzący Polską prowadzi wojnę propagandową z Rosją, od początku swojego panowania…Katyń, to jest sztandar i godło tej wojny”, czym emocjonuje polskie społeczeństwo. Stąd mamy np. dotkliwy spadek, perturbacje w wymianie handlowej. Niemcy w czasie ostatniej wojny zadali Rosjanom ogromne straty w ludziach (ok. 27 milionów), dopuścili się niezliczonych bestialstw, okrucieństw i zbrodni. Od kilkunastu lat rozwijają dobre stosunki-nie tylko gospodarcze – ponad głowami Polaków. Rosja i Niemcy zbudowały Gazociąg Północny pod dnem Bałtyku, czym „ominęły” Polskę. Władminir Putin 6 września 2011r., podczas jego otwarcia m.in. mówił: „Stopniowo wychodzimy spod dyktatu państw tranzytowych”. Temu służy budowa szerokotorowej linii kolejowej z Dalekiego Wchodu do państw Zachodu, UE, „omijająca” Polskę. Zapomnieliśmy, że „życie nie stoi w miejscu”. Czym innym jest wieczna cześć i pamięć o zamordowanych, a czym innym – dla Polski wyjątkowo, skrajnie niekorzystnym – przenoszenie tamtej tragedii na obecne czasy.
Wspólne upamiętnienie
Na początku lutego 2010 r., ówczesny premier Rosji Władminir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska do Katynia na wspólne upamiętnienie 70. rocznicy stalinowskiej zbrodni. Tragedia lotnicza pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010, zapisała najczarniejszą kartę w pamięci Polaków – bez względu na polityczne przekonania i wyznawane wartości, także religijne. Generał wysłał list kondolencyjny do brata tragicznie zmarłego Prezydenta RP. 20 kwietnia na dziedzińcu MON oddał hołd wszystkim 96 tragicznie zmarłym osobom, na ręce Szefa Gabinetu MON, gen. Artura Kłosowskiego złożył kondolencje rodzinom. Do księgi kondolencyjnej wpisał słowa – „Siły Zbrojne RP dotknął bolesny cios, dzielę żołnierski smutek i żal. Ufam, iż pamięć o poległych Towarzyszach Broni będzie wyrażała się w dalszym rozwoju Wojska i obronności Polski”.
Na koniec, pod rozwagę, nie tylko uczonym – „historia jest cenna nie tyle przez swe pamiątki, co przez doświadczenia i nauki”, mówił Generał.

Gangsterzy i żebracy

Po 13 latach swej działalności Centralne Biuro Antykorupcyjne osiągnęło historyczny sukces. Policja aresztowała najsłynniejszego, do niedawna najlepszego agenta tej antykorupcyjnej spec służby. Słynnego „Agenta Tomka”.
Prokuratorzy najpierw zarzucili mu, że zawarł fikcyjne umowy darowizny z członkami swojej najbliższej rodziny na blisko 9 mln złotych. Wszystko po to aby upozorować legalne pochodzenie środków pieniężnych.
Potem, już w prokuraturze „Agent Tomek” usłyszał kolejne dziewięć zarzutów związanych z praniem brudnych pieniędzy. Od stycznia 2015 do października 2019 roku miał podjąć czynności w celu ukrycia środków finansowych pochodzących z przestępstw przywłaszczenia pieniędzy. Nabywał, a następnie zbywał nieruchomości, a środki uzyskane ze sprzedaży ukrywał, również poprzez wypłaty gotówkowe w bankomatach oraz bankach.Skąd miał te brudne pieniądze?
Otóż Stowarzyszenie „Helper”, w którym pełnił funkcje dyrektora, a następnie prezesa w latach 2015-2017 otrzymywało liczne państwowe i samorządowe dotacje na prowadzenia Środowiskowych Domów Samopomocy w gminach Purda, Jedwabno, Reszel oraz w Olsztynie. Pod pozorem prowadzenia takiej działalności wyłudzono kwoty 39 milionów złotych z obficie udzielanych Stowarzyszeniu dotacji. Z tego ponad 10 milionów złotych zostało przywłaszczone przez „Agenta Tomka” i inne , bliskie mu osoby działające w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Tak teraz uważa Prokuratura Regionalna w Białymstoku.
Dodatkowo z wielomilionowych dotacji finansowano koszty stałej obsługi prawnej renomowanej kancelarii. A nawet zakupy ekskluzywnych kosmetyków, odzieży znanych, światowych marek, wyposażenia domów, koszty wynajmu i użytkowania luksusowych samochodów, spłaty zobowiązań wynikających z zakupu, przebudowy i adaptacji dwóch prywatnych nieruchomości o aktualnej wartości ponad 7,5 miliona złotych będących własnością „Agenta Tomka”.
Jak to się stało, że „Agent Tomek” i bliscy mu ludzie mogli tak długo i tak bezczelnie doić państwowe i samorządowe budżety?
Pewnie dlatego, że wszyscy pamiętali, że jaśnie pan agent jest bliskim współpracownikiem obecnego wiceprezesa „Prawa i Sprawiedliwości”, szefa wszystkich służb specjalnych pana posła Mariusza Kamińskiego. Pewnie pamiętali też, że jaśnie pan „Agent Tomek” był w latach 2011- 2013 panem posłem klubu parlamentarnego „Prawa i Sprawiedliwości” kierowanym przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej, w 2009 roku otrzymał zaszczytny tytuł „Człowieka Roku” przyznawany przez wielce wpływową „Gazetę Polską”. W tym roku zaszczytu tego dostąpił pan prezes Kaczyński.
Pamiętając koneksje, znajomości pana „Agenta Tomka”, każdy rozsądny, lojalny wobec „Dobrej Zmiany” dysponent publicznych pieniędzy nie mógł odmówić wsparcia szlachetnej w założeniach działalności byłego parlamentarzysty z klubu „PiS”.
Mógł kraść, bo miał twarz prominenta PiS, a tym przecież wszystko się w IV Rzeczpospolitej należy.
Zaraz po opublikowaniu raportu Najwyższej Izby Kontroli krytykującego spec służby „Dobrej Zmiany” za opieszałość i nieskuteczność w odzyskiwaniu ukradzionych państwu polskiemu pieniędzy przez licznie mnożących się teraz aferzystów, kilkunastu funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego z nakazem przeszukania miejsc i wydania rzeczy o poranku zapukało do wszystkich mieszkań i lokali związanych z panem prezesem NIK Marianem Banasiem i jego rodziną.
Pukali oni w Krakowie i Warszawie. Nie otworzono im i dlatego spec agenci przez wiele godzin nie mogli wejść nawet do gabinetu prezesa NIK. Pan prezes Banaś odmówił im prawa rewidowania go powołując się na „konstytucyjne przesłanki” i ochronę poufnych materiałów. Żmudne pertraktacje z kierownictwem CBA zakończyły się wieczorem i agenci rozpoczęli przeszukanie.Co zdążył w tym czasie wyczyścić i usunąć z gabinetu i mieszkań pan prezes NIK Marian Banaś i jego Rodzina, pewnie szybko się nie dowiemy. Wiemy już, że postanowienie o przeszukaniu wydała 14 lutego Prokuratura Regionalna w Białymstoku.
Podstawą są niekorzystne dla Banasia wyniki kontroli CBA oraz analiza przepływów finansowych z jego rachunków, jakiej dokonał generalny inspektor informacji finansowej.
Doczekaliśmy dni, że ludzie, którzy jeszcze niedawno swymi twarzami firmowali antykorupcyjny front „Dobrej Zmiany” okazali się, wedle organów prokuratorskich, kontrolowanych przez elity PiS, zwyczajnymi złodziejami. Tuczącymi się na budżecie państwowym i budżetach samorządowych. Aferzystami okradającymi podatników, czyli nas wszystkich.
Dodatkowo okazało się, że Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrudnia ludzi, którzy bezczelnie okradają to Biuro, czyli budżet państwa, czyli nas, wynosząc kilkanaście milionów złotych z firmowych sejfów. A jego najsłynniejszy Agent jest właśnie aresztowany i oskarżony o wielomilionowe złodziejstwo.
O podobne złodziejstwa oskarżany jest pan prezes NIK, konstytucyjny, nieusuwalny organ, Marian Banaś. Niedawno określany przez pana marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z PiS jako „człowiek kryształowy”.
Warto też przypomnieć, że pan marszałek Senatu RP Karczewski też jest teraz oskarżany o bezprawne wyłudzanie pieniędzy za płatne prawdziwe i fikcyjne dyżury szpitalne. Pan marszałek tłumaczy, że ma jakieś ekspertyzy, które potwierdzają jego niewinność, ale nie pokazuje ich. A z ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora z 1996 roku wynika jednoznacznie, że takich płatnych dyżurów brać nie mógł.
Szef polskiej dyplomacji pan minister Jacek Czaputowicz nie został jeszcze oskarżony o złodziejstwo. Zapowiedział za to, że do rosyjskiego MSZ wpłynęła nota z jego prośbą o pomoc w zorganizowaniu uroczystości w Katyniu i Smoleńsku 10 kwietnia, w rocznicę mordu katyńskiego i katastrofy prezydenckiego samolotu.
Chodzi nam o to, abyśmy mogli przekroczyć granicę i uczestniczyć w uroczystości. Nie oczekujemy reprezentacji polityków rosyjskich. To sprawa ważna dla Polaków i tak to postrzegamy, podkreślił pan minister Czaputowicz.
Jeszcze niedawno wszyscy słyszeliśmy, że dopóki Rosja nie odda nam wraka prezydenckiego samolotu Tupolew rozbitego w Smoleńsku, to nie będzie żadnych rozmów z Moskwą. Bo Polska rządzona przez elity PiS właśnie „wstała z kolan”. I od teraz będzie rozmawiać z Kremlem na polskich warunkach.
Niestety mamy kampanię wyborczą i pan premier Morawiecki zechciał zapunktować u pana prezesa Kaczyńskiego. Swoją wizytą w Smoleńsku w podwójną rocznicę. Przewodzeniem tam podczas patriotycznych uroczystości.
Ta deklaracja przewodzenia wywołało irytację pana prezydenta Dudy, który chce swej reelekcji. I jemu celebracja patriotycznych uroczystości przydałaby się w kampanii wyborczej. Tak znów mamy rywalizację kto poleci do Smoleńska i tam zapunktuje.
Dziesięć lat temu podobna rywalizacja premiera i prezydenta doprowadziła do dwóch wizyt w Smoleńsku- Katyniu. Druga była zorganizowana tak partacko, że zakończyła się tragicznie.
Teraz mocarstwowe elity PiS żebrzą o pomoc rosyjskiej administracji w kampanii wyborczej pana prezydenta Dudy. A elity PiS związane z administracją państwową oskarżają się o złodziejstwo i aresztują sobie konkurentów do „Dojnej Zmiany”
Taka miała być ta IV Rzeczpospolita?

Suplement do katyńskiego wątku

Rafał Skąpski w opublikowanym w „Trybunie” dokumentacyjnym tekście o spotkaniu Michaiła Gorbaczowa na Zamku Królewskim w Warszawie pisze także o oczekiwaniu na jasne i jednoznaczne oświadczenie gościa na temat sprawców zbrodni katyńskiej.

 

Taką nadzieję przejawiała zapewne licząca część polskiego społeczeństwa, a niewątpliwie kierownictwo Partii. W Wydziale Propagandy KC PZPR, którym w tym okresie kierowałem, sądziliśmy, że wizyta Gorbaczowa – twórcy radzieckiej pierestrojki i autora „nowego myślenia dla naszego kraju i całego świata” – będzie najlepszą i najbardziej stosowną okazją do zakończenia, trwającego prawie pięćdziesiąt lat, kłamstwa katyńskiego. Okazało się, że strona radziecka takich oczekiwań i terminu ich przedstawienia nie rozeznała, zlekceważyła je, bądź – jak się później okazało – nie była przygotowana wtedy pod żadnym względem do publicznego ujawnienia sprawców tej zbrodni.

Od pewnego czasu miał miejsce niesformalizowany zwyczaj telefonicznych wywiadów, które udzielałem Sekcji Polskiej BBC, nadawanych później na antenie tej stacji. Kolejny raz zadzwonił jej szef Eugeniusz Smolar z prośbą o komentarz w sprawie katyńskiej. Odpowiedziałem m. in., że uważam, tak jak wszyscy Polacy, kto był jej sprawcą. A więc kto – dopytywał mój rozmówca. NKWD – odpowiedziałem. Na następny dzień można było przeczytać to w specjalnym Biuletynie nasłuchów obcych radiostacji. Fakt, że dosłownie nikt z moich ówczesnych przełożonych nie zareagował negatywnie na tę wypowiedź, także na podobną wygłoszoną przez ówczesnego Rzecznika Rządu Jerzego Urbana, świadczy dowodnie o zdecydowaniu strony polskiej w kwestii katyńskiej.

Należało więc, pomimo milczenia Gorbaczowa, z determinacją uświadamiać stronie radzieckiej, że tego nie odpuścimy. Jednym z takich poczynań był mój oficjalny i demonstracyjny wyjazd 4 sierpnia 1988 roku do Katynia. Liczyłem z moim ówczesnym szefem, sekretarzem KC Mieczysławem Rakowskim, że będzie to dla strony radzieckiej kolejny sygnał polskiego dążenia do ostatecznego wskazaniu sprawców tej zbrodni. W Katyniu byłem pod wieczór, zapaliliśmy przywiezione ze sobą znicze i położyliśmy wiązanki kwiatów. Towarzyszyli nam partyjni dostojnicy ze Smoleńska. Byłem tam, poza delegacjami ambasady polskiej w Moskwie, które od pewnego czasu składały tu wieńce, pierwszym tej rangi funkcjonariuszem PZPR. Uklęknąłem przed pomnikiem pomordowanych oficerów, którzy polegli tu z innej ręki, i w innym czasie niż głoszący wtedy napis, że sprawcami zbrodni byli Niemcy. Składałem ten hołd pamięci również spoczywającemu tu mojemu krewnemu porucznikowi Waleremu Szwabowiczowi.

Wątek katyński powrócił 10 listopada 1988 roku kiedy to, z upoważnienia Wojciecha Jaruzelskiego, w rozmowie z attache prasowym ambasady ZSRR w Warszawie Koriepanowem, ostro zaprotestowałem przeciw oświadczeniu rzecznika Ministerstwa Kultury ZSRR, w myśl którego datę zbrodni katyńskiej określono na rok 1943, a jej autorami mieli być niemieccy faszyści. Charakterystyczne, że to ja, a nie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w imieniu W. Jaruzelskiego wygłaszałem ten protest.

Uznanie sprawczej roli ZSRR w zbrodni katyńskiej szło nadzwyczaj, z wielu zresztą powodów, opornie, bowiem nawet w grudniu 1988 roku opracowane przez sektor polski Wydziału Zagranicznego KC KPZR memorandum ujawniające zbrodniarzy z Katynia, po podpisaniu przez czołowych ówczesnych radzieckich reformatorów, ale przy votum separatum przewodniczącego KGB, utknęło w szufladach…do czasu wizyty prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie w kwietniu 1990 roku.

Ale jeszcze wcześniej, bo 1 lutego 1989 roku, po mojej kolejnej wypowiedzi dla BBC, stwierdzono w komentarzu: „Ze słów Sławomira Tabkowskiego, kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR wynikałoby zatem, że władze jednak poczekają na oficjalne stanowisko radzieckie, i co więcej, przewidują najwyraźniej, że władze radzieckie bliskie są przyznania się do odpowiedzialności za Katyń”.

Ponownie odnalazłem się w katyńskim wątku już w III R P, pracując w prywatnej firmie wydawniczej i drukując na jej koszt, bo inni nie mieli bądź nie chcieli dać na to środków, wkładkę z dokumentacją do raportu z badań przeprowadzonych w Katyniu.

À propos tekstu R. Skąpskiego, nikt dziś nie chce pamiętać ani przypominać z jakim powszechnym zainteresowaniem, życzliwością, a nawet serdecznością witano Gorbaczowa, wszędzie gdzie się wtedy pojawił, pomimo tego, że nie zdobył się na oczekiwane oświadczenie. Towarzyszyłem jego pobytowi w Polsce przez cały czas: widziałem w Szczecińskiem plażowiczów pozdrawiających kolumnę wiozącą delegację, w Poroninie niekłamany entuzjazm górali, tłumy na Rynku Głównym w Krakowie. Właśnie tam pewna pani podała mi książkę Gorbaczowa z prośbą o autograf autora. To udało się bez większych kłopotów, ale później był poważny problem z odnalezieniem właścicielki książki. Ciekawy jestem czy ma ją do dziś?

Gorbaczow na Zamku

W trzydziestolecie wydarzenia.

 

W końcu stycznia, lub już w lutym 1988 roku dostałem sygnał, że przygotowywana jest wizyta sekretarza generalnego KC KPZR, a w jej programie zaplanowane jest spotkanie gościa z polskimi intelektualistami. Jeden z rozpatrywanych wariantów zakładał, że spotkanie to mogłoby odbyć się w Zamku Królewskim, w ramach organizowanych przez Narodową Radę Kultury „Spotkań Zamkowych”. Kilka razy w roku, organizowaliśmy spotkania z wybitnymi twórcami i naukowcami ze świata. Gospodarzem spotkań był prof. Bogdan Suchodolski, przewodniczący NRK. Gościem pierwszego spotkania był jugosłowiański pisarz Miodrag Bulatović, ostatniego – polski pisarz tworzący w USA Jerzy Kosiński.

 

Gdzie dwóch…

Szybko okazało się, że jest więcej chętnych nie tylko by zorganizować to spotkanie, ale też je poprowadzić. Zapamiętałem dwa nazwiska, być może było ich więcej. Pierwszy to prof. Aleksander Gieysztor, który argumentował swe oczekiwania faktem, iż jest dyrektorem miejsca, w którym spotkanie miało by się odbyć. Drugi to prof. Jan Kostrzewski, ówczesny prezes Polskiej Akademii Nauk, uzasadniał swe kompetencje faktem instytucjonalnego szefowania polskim naukowcom. O ile dobrze pamiętam my specjalnie nie zabiegaliśmy o to wyróżnienie, zadziałała najprawdopodobniej stara zasada „gdzie dwóch się bije”. Zamek był siedzibą Narodowej Rady Kultury i poza osobistą pozycją profesora Suchodolskiego miało to też swoje znaczenie. W ówczesnej kadencji Sejmu profesor był Marszałkiem Seniorem, miało to jednak mniejsze znaczenie gdyż funkcja ta faktycznie i praktycznie sprowadzała się jedynie do otwarcia pierwszego posiedzenia Parlamentu. W kolejnych dniach i miesiącach prac Sejmu, osoby które miały w danej kadencji zaszczyt uroczystego rozpoczynania obrad Sejmu stawały się szeregowymi posłami. Tak zresztą dzieje się i dziś.

Tak czy siak, od pewnego czasu było już przesądzone, że jednym z punktów pobytu Gorbaczowa w Polsce będzie spotkanie na Zamku z intelektualistami, prowadzone przez profesora Suchodolskiego, przewodniczącego NRK, a organizowane przeze mnie jako jej sekretarza.

Nie miałem oczywiście pełnej samodzielności, a nawet, powiedzmy szczerze, miałem ją w dużym stopniu ograniczoną. Gorbaczowa do Polski zapraszał przewodniczący Rady Państwa, I sekretarz KC PZPR, generał Wojciech Jaruzelski. Programem wizyty zarządzał więc aparat KC, co najmniej cztery jego wydziały (propagandy, zagraniczny, nauki i kultury), oczywiście MSZ, a szczególnie protokół dyplomatyczny. Ja byłem adresatem ich decyzji, informacji, pytań, czasem konsultacji. Możliwość inicjatywy z mojej strony i zgłaszania uwag czy pomysłów istniała, ale byłem świadomy swej roli wykonawczej i odległej pozycji w długim łańcuszku osób mających wpływ na szczegóły wizyty.

 

Pół roku przygotowań

Sławomir Tabkowski we „Wspomnieniach redaktora” (Śląsk, Katowice) datuje początek przygotowań do wizyty Gorbaczowa, w kierowanym przez siebie wydziale propagandy KC, na 11 stycznia 1988. W roku tym, wiosną, PIW opublikował książkę Gorbaczowa „Przebudowa i nowe myślenie dla naszego kraju i dla całego świata”. Była ona sensacją, może nie na miarę Ulissesa Joyce’a, ale wciąż mam w oczach kolejkę po nią, ciągnącą się od Nowego Światu przez Foksal, aż do księgarenki PIW; nakład się rozszedł i szybko zadecydowano o dodruku. Autentyczne zainteresowanie książką radzieckiego przywódcy, zmiany wprowadzane przez Gorbaczowa w ZSRR, pobudzały nadzieję na przyswojenie „pieriestrojki” w Polsce, tworzyły, obok wielu zdarzeń politycznych w kraju, dobrą atmosferę dla przyjęcie gościa. W czerwcu roku poprzedniego profesor Bogdan Suchodolski złożył na ręce prymasa Józefa Glempa propozycję rozszerzenia składu Narodowej Rady Kultury o wskazanych „katolików świeckich”. W listopadzie 1987 rozpoczął działalność urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. W styczniu 1988 roku zakończyło się wieloletnie zagłuszanie Radia Wolna Europa, 10 lutego ogłoszony został II etap reformy gospodarczej zakładającej miedzy innymi równe warunki ekonomiczne dla wszystkich sektorów własności, wsparcie małych firm prywatnych i otwarcie dla kapitału zagranicznego. W marcu zniesiono kartki na wyroby czekoladowe, w maju utworzono Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie. W lipcu rozpoczyna się sprzedaż benzyny „bezkartkowej”. Minister kultury Aleksander Krawczuk wygłosił w Sejmie zdanie o wielu wartościowych wydawnictwach „podziemnych”. W całym kraju trwały przygotowania do jubileuszu 70. lecia odzyskania Niepodległości. Ich intensywność opisał Andrzej Łapicki w niedawno opublikowanych dziennikach „Jutro będzie Zemsta” (Agora, Warszawa) notując pod datą 12 listopada: „Na Piłsudskiego już patrzeć nie można tak go wyeksploatowali.”

Ale był to jednocześnie rok najsilniejszej, po grudniu 1981, fali strajków. Pierwsze wybuchają 25 kwietnia w Bydgoszczy i Inowrocławiu, trwają do 10 maja, rozlewając się na kolejne miasta, zakłady pracy i uczelnie. 26 kwietnia w Hucie im. Lenina rozpoczyna się strajk okupacyjny, siłowo zakończony w nocy 4/5 maja. 2 maja wybucha strajk w Stoczni Gdańskiej.

 

Czas i miejsce

Wszystkie dotychczasowe Spotkania Zamkowe odbywały się w Sali Koncertowej lub Rycerskiej Zamku. W większej z nich miejsc siedzących było około 200. W tym wypadku uczestników miało być dwa razy więcej. Służyć temu miała Sala Wielka zwana też Balową. Szkopuł w tym, że wciąż jeszcze trwała jej rekonstrukcja. Zamek w swej zasadniczej części oddany był do użytku już w roku 1984 (pierwsze wnętrza zaczęły funkcjonować nawet w 1977), ale ostatnie prace trwały nadal i związane właśnie były z Salą Wielką. Kiedy po raz pierwszy do Polski przyjechała ekipa radzieckich służb (odpowiednik naszego Biura Ochrony Rządu) funkcjonariusze oglądali Zamek tylko z zewnątrz. Wiele notowali, robili zdjęcia. Uczestniczyłem w tym fragmencie ich roboczej wizyty, a oni zapewne przebyli całą planowaną trasę kilkudniowej podróży Gorbaczowa. Kiedy po niedługim czasie znów przylecieli, byli już wyposażeni w wideokamery. Było kila takich wizyt, za każdym razem ekipa była liczniejsza, wyposażona w coraz więcej różnego rodzaju aparatury, a ich inspekcja coraz dokładniejsza. Przechodziliśmy całą trasę w Zamku, od podjazdu gdzie goście wysiądą z limuzyn, korytarzami i schodami aż do sali Balowej. Kręcąc film dodawali swe komentarze, zwracali uwagę na mijane okna, drzwi, korytarze, wnęki i załomki ścian. Gdy kończyliśmy wizję lokalną w Sali Wielkiej za każdym razem z niepokojem upewniali się, czy zdążymy zakończyć wystrój sali. W Sali bowiem, nie było jeszcze posadzki, stały rusztowania, na których wysoko ponad nami, pracował z uniesionymi rękami, zmarły w ubiegłym roku, Jan Karczewski odtwarzając malunki na plafonie. Przedstawiciele Zamku zapewniali że zdążymy. Rzeczywiście zdążyli, lecz dosłownie w ostatniej chwili. Jeszcze o północy, na kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania kończono woskować parkiet, potem wnoszono i ustawiano fotele. Dopiero w tym momencie stało się wiadomym ile foteli Sala pomieści, ile osób będzie mogło na nich usiąść. Był plan, na który wcześniej naniesiono obrysy zamówionych foteli, istniało więc przypuszczenie, ale przypuszczenie nie jest pewnością, a tę posiedliśmy dopiero rankiem w dniu „zero”. Pamiętam, że potrzebowaliśmy blisko 400 miejsc i tyle z wielkim trudem, a trzeba było pozostawić konieczne przejścia pomiędzy fotelami, udało się w Sali zmieścić. Inna sprawa to całkowita niewiedza jaką akustykę będzie miała ta Sala.

 

Uczestnicy

Lista osób zaproszonych do udziału w spotkaniu z Gorbaczowem powstawała poza mną, choć minimalny wpływ na nią miałem. Otrzymywałem nazwiska, dzwoniliśmy początkiem czerwca do tych osób zapowiadając spotkanie na Zamku w połowie lipca, nie podając dokładnej daty, a uzyskaną odpowiedź notowaliśmy. Znakomita większość osób przyjmowała zaproszenie. Zapowiadaliśmy kolejny telefon za dwa tygodnie. Wówczas już data była w rozmowie podawana. 14 lipca. Gdy po raz drugi obecność zostawała potwierdzona, ostemplowane przez BOR zaproszenie było wypisywane i wysyłane pocztą. Dotyczyło to uczestników z grupy „ludzie nauki i kultury”. Mniej liczna grupa gości oficjalnych i delegacja radziecka otrzymywała zaproszenia z innego źródła. Dość długo na tej liście nie było, odsuniętego na boczny tor, wicemarszałka Sejmu Mieczysława F. Rakowskiego. Dopiero gdy w połowie czerwca został sekretarzem KC na liście pojawiło się jego nazwisko ze wskazaniem miejsca w pierwszym rzędzie. Pamiętam rozmowę telefoniczną ze Stefanem Kisielewskim, odmówił udziału tłumacząc, corocznym w tym czasie, wyjazdem nad morze do Sopotu. „Jest rocznica śmierci mego syna i też na nią do Warszawy nie przyjadę” – zakończył rozmowę. Rzeczywiście 12 lipca mijało dwa lata od tragicznej śmierci Wacława Kisielewskiego. Wiele lat później Jerzyk Kisielewski, gdy mu tę historię opowiedziałem, potwierdził, że ojciec nie przerywał swoich lipcowych urlopów w Sopocie. Gustaw Holoubek w pierwszej rozmowie zaproszenie przyjął, ale potem odmówił. Ponoć opowiadał szeroko: „jednak mnie zaprosili, ale im odmówiłem….”. Tadeusz Łomnicki prosił by wycofać zaproszenie i nie stawiać go w sytuacji konieczności rozważania przyjąć je, czy nie. Maryla Rodowicz zaproszenie przyjęła (wystosowane w ostatniej niemal chwili, zawoziłem je do niej do domu), ale w Zamku nie pojawiła się. Godzinę, lub dwie po słynnym koncercie dla Gorbaczowa na Wawelu, gdzie Andrzej Rosiewicz zaśpiewał piosenkę „Wieje wiosna od wschodu”, późnym wieczorem odebrałem telefon z dyspozycją bym dopisał Rosiewicza do listy, jak najpilniej skontaktował się z artystą i dostarczył mu zaproszenie. Zadzwoniłem do Rosiewicza do domu, telefon odebrała jego mama, mówiąc że syn nie wrócił jeszcze z Krakowa i nie ma z nim kontaktu. Nie bardzo mi pasował ten piosenkarz do zacnego zamkowego grona, więc nie zadzwoniłem powtórnie. Ale gdy zaproszenia zaczęły już dochodzić do adresatów przydarzył się także telefon od zmarłego niedawno aktora z pytaniem dlaczego on do tej pory zaproszenia nie dostał. „Emilka mi mówiła, że ma już zaproszenie, a ja nie mam….” Odpowiedziałem wymijająco, przerzucając winę na opieszałą pocztę. Zaraz jednak zadzwoniłem do osoby, która podawała mi nazwiska twórców i przekazałem oczekiwanie aktora; po niedługim czasie otrzymałem zgodę na wysłanie mu zaproszenia.

Tuż przed spotkaniem dzwoniłem jeszcze do kilku wskazanych mi osób prosząc je o zabranie głosu. Znany reżyser odmówił tłumacząc, że już sam jego udział w tym spotkaniu jest zachowaniem, z którego władza powinna być wystarczająco zadowolona, więc przemawiać nie będzie, niech to robią inni. Ale gdy Sala zaczęła się wypełniać zobaczyłem, że daje mi on z oddali jakieś znaki. Ruchem ręki zaprosiłem go do siebie. „Zobaczyłem kto jest na sali, zmieniam zdanie, chcę zabrać głos, proszę mnie dopisać do listy” – usłyszałem. Za kilkanaście minut sala była już zapełniona do ostatniego fotela, przybyli goście, a słowa powitania zaczął wygłaszać profesor Suchodolski.

 

Bez notatek, ustawki

Z wystąpieniem profesora miałem pewien problem, a w zasadzie nie tyle z wystąpieniem ile z oczekiwaniem politycznych zwierzchników bym tekst powitalnego przemówienia Profesora dostarczył ze sporym wyprzedzeniem. Nie mogli przyjąć do wiadomości, że Profesor nie pisze sobie przemówień, że nikt inny też mu ich nie pisze. „To tym razem wy mu napiszecie”. Tłumaczyłem, że profesor nawet nie czyni żadnych notatek; „Tym razem je musi zrobić i wy je nam wcześniej dostarczycie”. W końcu, po długiej wymianie argumentów, ulegli. Profesor rzeczywiście całe przemówienie powitalne, pełne głębokich myśli i refleksji, wygłosił bez pomocy notatek. Z dzisiejszego punktu widzenia może wydać się to błahe, ale wówczas w 1988 roku, wydarzeniem było to, że Profesor, wobec sekretarza generalnego KPZR i w obecności I sekretarza PZPR, zadał głośno, publicznie pytanie: „czy rzeczywiście socjalizm wymaga aż takich ofiar?”

Po wystąpieniu profesora wypowiadali się uczestnicy spotkania. 17 osób, w tym trzech Rosjan, którzy przyjechali z Gorbaczowem. Spotkanie, zaplanowane w oficjalnym protokole wizyty na nieco ponad godzinę, przeciągnęło się prawie trzykrotnie dłużej. Szef protokołu dyplomatycznego MSZ, Roman Czyżycki, kilkakrotnie podchodził do Generała Jaruzelskiego zapewne wskazując, iż opóźniają się kolejne punkty wizyty. Generał zdawał się ignorować uwagi szefa protokołu, wyraźnie chciał by wszystkim chętnym dać możliwość swobodnej wypowiedzi.

Zauważyłem, że siedzący w prezydium Gorbaczow, Jaruzelski i Suchodolski wymieniają się uwagami. Gorbaczow zaskoczony był przebiegiem spotkania, dyskusją, padającymi pytaniami i stwierdzeniami. Miał pretensje do swoich doradców, że nie przygotowali go ani na spotkanie z Suchodolskim, ani nie uprzedzili, że po przemówieniu profesora może nastąpić żywa, autentyczna, niczym nie skrępowana dyskusja. Marcin Król zapytał przecież o zakres suwerenności Polski i o to czy doktryna Breżniewa jest nadal stosowana względem Polski i krajów sąsiadujących. Na szybko więc uzgodniono, że gość nie odniesie się do poszczególnych wypowiedzi, a przyśle odpowiedź na piśmie i cała dyskusja oraz jego list będą opublikowane. Gorbaczow jednak głos zabrał, ale nie odpowiedział na żadne pytanie wprost czy bezpośrednio, przemówił dość ogólnie, a swą pisemną wypowiedź przysłał kilka tygodni później.

 

Pytania zadane i dosłane

Plon spotkania opublikowało wydawnictwo Książka i Wiedza. Do wydania tej publikacji aspirował jeszcze, nieskutecznie, Państwowy Instytut Wydawniczy (wydawca książki Gorbaczowa o pierestrojce) oraz Wydawnictwo Interpress. W książce zamieszczono też siedem głosów złożonych pisemnie po spotkaniu. Już po wydaniu książki jeszcze ośmiu uczestników spotkania nadesłało swe wypowiedzi. Znalazły się one w szybko opublikowanym drugim wydaniu wraz z kilkoma zdjęciami ze spotkania. Jedna tylko nadesłana wypowiedź nie uzyskała aprobaty wydawnictwa i cenzury. To list prof. dr. hab. inż. Romana Ciesielskiego, członka rzeczywistego PAN, b. rektora Politechniki Krakowskiej, a po 1989 roku senatora I kadencji. Pismo zawierało pytania o suwerenność gospodarczą Polski i funkcjonowanie w życiu społeczno politycznym osób, których nie rozliczono z odpowiedzialności za ich aktywną działalność w czasach stalinowskich. Profesor Ciesielski, ale także i prof. Suchodolski, odwoływał się od tych decyzji. Zachowałem ksero odpowiedzi jaką prof. Ciesielski otrzymał od wydawnictwa. Dyrektor KiW wyjaśnia iż: „tekstu nie można niestety upowszechnić z uwagi na zaprezentowaną w nim interpretację suwerenności PRL.” List nosi datę 25 stycznia 1989. Dwa dni później Lech Wałęsa i Czesław Kiszczak odbyli ostatnie spotkanie przygotowujące obrady Okrągłego Stołu ustalając procedurę i zakres obrad oraz dzień ich rozpoczęcia – 6 lutego.

 

Wątek katyński

Wracając do spotkania z Gorbaczowem, oczekiwaliśmy wówczas z Profesorem, że właśnie tu, na Zamku Królewskim w Warszawie przywódca ZSRR powie prawdę o Katyniu. Stało się to jednak dopiero dwa lata później, 14 kwietnia 1990 w Moskwie. Podczas wizyty Prezydenta RP Wojciecha Jaruzelskiego, Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow wyraził głębokie ubolewanie w związku z tragedią katyńską nazywając ją „jedną z cięższych zbrodni stalinizmu”.

Kilka razy, w naszych wcześniejszych rozmowach, profesor Suchodolski wspominał sprawę Katynia w kontekście redagowanej przez siebie w końcu lat 50. Małej Encyklopedii PWN (pierwsze wydanie 1959). Hasła Katyń tam nie było, w niektórych kręgach spotykał się Profesor w związku z tym z krytycznymi uwagami. Ale, jak tłumaczył mi: „Miałem wówczas tylko dwie możliwości, albo napisać zgodnie z obowiązującą wówczas wykładnią, że Katyń to sprawa Niemców, albo pominąć to hasło. Wybrałem drugie rozwiązanie, wolałem przemilczeć niż kłamać”. Co prawda – zwraca na to uwagę w przywołanych wcześniej wspomnieniach Sławomir Tabkowski – w 1957 w książce „Kolumbowie rocznik 20” (PIW, Warszawa) Roman Bratny napisał o zwale trupów „poległych z sowieckiej ręki”. Ale co innego proza, literatura piękna, co innego Encyklopedia. Rok 1959 już też różnił się od „odwilżowego” 1957.

Podobne oczekiwanie, iż podczas wizyty Gorbaczowa w Polsce padną słowa prawdy o Katyniu, mieli członkowie najwyższych polskich władz politycznych. Pisze we wspomnianej książce S. Tabkowski, iż powołanie w 1987 polsko-radzieckiej komisji do zbadania tzw. białych plam rozbudziło nie tylko w nim (przypominam, był kierownikiem wydziału w KC) nadzieję na oficjalne przyznanie się strony radzieckiej do zbrodni.

Prace komisji nie przyniosły jednak efektów, strona radziecka nie była przygotowana do ujawnienia prawdy. Na posiedzeniu komisji w marcu 1988 przewodniczący strony polskiej prof. Jarema Maciszewski ogłosił ekspertyzę, w której stwierdzono, iż „brak nowych dokumentów radzieckich nie pozwala na osłabienie argumentacji przemawiającej za winą NKWD”. Także w marcu grupa blisko 60 ludzi kultury i nauki wystosowała list otwarty wzywający ZSRR do ujawnienia prawdy o Katyniu. Pisze dalej S. Tabkowski: „Pomimo nacisków Wojciecha Jaruzelskiego i pytań, które padły podczas spotkania z przedstawicielami środowisk polskiej nauki i kultury na Zamku Królewskim w Warszawie, Gorbaczow nie zdecydował się powiedzieć prawdy.”

 

Poza protokołem

Mimo to, witano Gorbaczowa w Warszawie, Krakowie czy Szczecinie niezwykle serdecznie, spontanicznie otaczały go życzliwe tłumy, a on chętnie rozdawał autografy, na co pozwalała niezbyt rygorystyczna ochrona. Po zakończeniu spotkania na Zamku do stolika prezydialnego podeszło kilka osób. Jerzy Duda Gracz zapytał mnie, wyciągając ukryte zawiniątko, czy może wręczyć Gorbaczowowi mały obrazek. Podeszliśmy razem, obok Gorbaczowa stała już Beata Tyszkiewicz. Generał przedstawiał: „eto samaja wydajuszczajasia zwiezda naszewo kino” na co błyskawicznie z uśmiechem odpowiedział Gorbaczow: „a my szczitajem szto naszewo”. Duda Gracz wręczył malunek, a ja otrzymałem, na specjalnie przygotowanym kartoniku, podpis Gorbaczowa.

Następnego dnia, gdy Gorbaczow brał udział w szczycie Układ Warszawskiego, w Nieborowie profesor wydał obiad na cześć jego małżonki Raisy, założycielki radzieckiego Funduszu Kultury. By przywitać gościa, do Nieborowa przyjechali I sekretarz KW PZPR w Skierniewicach Leszek Miller i wojewoda skierniewicki Kazimierz Boczyk. Po powitaniu odjechali, w obiedzie udziału nie wzięli. Podczas tego spotkania Raisa Gorbaczowa interesowała się bardzo działalnością Towarzystwa im. Fryderyka Chopina (w obiedzie uczestniczył dyrektor generalny Towarzystwa Bogumił Pałasz) i zbliżającym się Konkursem chopinowskim (w 1990). Rozmawiano także o możliwości postawienia pomnika Chopina w Moskwie. O sprawie tej Raisa Gorbaczowa nie zapomniała. Jak wspomina Grzegorz Wiśniewski, gdy nieoczekiwanie zjawiła się w 1989 roku w polskiej Ambasadzie na recitalu Haliny Czerny – Stefańskiej, w rozmowie z kierownictwem Ambasady i Instytutu, zadeklarowała swe wsparcie dla idei pomnika. Jednak niedługo później pani Raisa straciła możliwości skutecznych działań nie tylko w tej sprawie. A pomnika Chopina w Moskwie jak nie ma, tak nie ma.

 

W czasie opisywanych wydarzeń Autor był sekretarzem Narodowej Rady Kultury.