Religia jako spoiwo polskiej sceny politycznej

W apelu Kongresu Świeckości z początku 2017 roku skierowanym do wszystkich współobywateli, środowisk opiniotwórczych, organizacji społecznych i politycznych o zdecydowany sprzeciw wobec postępującej klerykalizacji kraju zawarte zostało następujące sformułowanie:

„Uważamy, że państwo nie powinno angażować się w zaspokajanie roszczeń Kościoła do wyłączności w kształtowaniu wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa. Konfesyjnie zdefiniowany system wartości nie może być narzucany zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu, ponieważ oceny moralne dokonywane z tak jednowymiarowej perspektywy są krzywdzące dla wszystkich, którzy podstawy etyczne swojego życia opierają na równie mocnych, choć innych niż wyznaniowe podstawach.”

Odnosząc się wprost do rządzącego podówczas jak i obecnie układu politycznego wyraziliśmy oburzenie działaniami hierarchów Kościoła katolickiego przyjmującego „…rolę politycznego gracza – sojusznika i faktycznego, choć nieformalnego koalicjanta rządzącej formacji politycznej, za wspieranie której uzyskuje ogromne korzyści materialne pochodzące ze środków publicznych oraz uregulowania prawne pozwalające na dalsze nieskrępowane poszerzanie wpływu” zmierzającego do podporządkowania wszystkich sfer działalności państwa i aktywności jego obywateli regułom i rytuałom wyznania katolickiego.

Patrząc z perspektywy już ponad trzyletniego okresu systematycznego umacniania narodowo-katolickiej władzy i propagowanego przez nią wzorca tożsamościowego jaki powinien obowiązywać członka narodowej wspólnoty nie sposób nie zauważyć, że sytuacja polityczna w Polsce jak i stosunku społeczne uległy dalszemu dramatycznemu pogorszeniu. Dewastujący wpływ upolitycznionego religijnego fundamentalizmu na państwo i stosunki społeczne, utożsamianie polskości z wyznaniem katolickim i towarzysząca temu niechęć, a nawet jawna wrogość wobec osób LGBTQ+, ateistów czy innowierców spowodował wykluczenie tych grup społecznych z uczestnictwa w życiu publicznym. Wzrastają antagonizmy już nie tylko pomiędzy zwolennikami głównych sił politycznych, ale i pomiędzy różnymi środowiskami w ramach zróżnicowanych sił społecznych i politycznych. W sposób oczywisty tworzy to zagrożenie dla spójności państwa. Coraz częściej na ulicach miast manifestowany jest sprzeciw wobec różnych form nienawiści skierowanych obecnie głównie wobec środowisk LGBTQ+ przebiegający w konfrontacji z organami porządku publicznego, których działania cechuje narastająca skala agresji i przemocy. Wzniecanej przez obóz rządzący wobec przeciwników politycznych wrogości towarzyszy bogoojczyźniana narracja wywiedziona z doktryny religijnej w jej archaicznym, dosłownym przekazie wspieranym licznymi wystąpieniami hierarchii Kościoła katolickiego. Wszystko to razem prowadzi do smutnego wniosku, że kraj położony w środku Europy, niedawno aspirujący do uczestnictwa w rozwiniętej cywilizacji i kulturze zachodnioeuropejskiej stał się poligonem cywilizacyjnej „cofki” zafundowanej przez ultrakonserwatystów i katolickich nacjonalistów.

Jak to było możliwe i dlaczego Kościół katolicki postanowił zablokować rozwój cywilizacyjny kraju?

Religia była i jest w dalszym ciągu w Polsce podstawową forma świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa treści i form życia duchowego, a religijna wizja świata pomimo systematycznej utraty atrakcyjności dla części społeczeństwa w dalszym ciągu jest uporczywie propagowana zarówno w systemie edukacji publicznej jak i funkcjonowaniu instytucji publicznych jak chociażby szpitale nie skrępowane konstytucyjnym obowiązkiem przestrzegania bezstronności w sprawach religijnych. Wprowadzenie religii do sfery publicznej w 1989 roku było konsekwencją życzenia Kościoła katolickiego odejścia od laickiego modelu państwa. Kościół w pełni świadomy swojej silnej pozycji w społeczeństwie i państwie, wspomagany przez autorytet papieża, dyskontujący często przesadnie wyolbrzymiane zasługi walki z komunizmem zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będzie musiał zderzyć się ze skutkami społecznymi demokratycznego systemu rządzenia i nieuchronnym procesem laicyzacji. Samo panowanie w sferze światopoglądowej w zderzeniu ze współczesnością mogło nie wytrzymać próby czasu. W tej sytuacji przeciwdziałanie procesom osłabiającym jego pozycję i wpływy mogło wynikać jedynie z prawnego ich zagwarantowania i siły ekonomicznej jaką dawało pozyskanie majątku nieruchomego oraz stałych przysporzeń finansowych. Jak słusznie ktoś zauważył wprowadzenie religii do sfery publicznej miało nadać jej przymiot obiektywnej samo-oczywistości i konieczności funkcjonowania z nią w społeczeństwie i państwie przez wszystkich obywateli w tym niewierzących nawet w czasie wolnym i bez względu na osobisty wybór przekonań religijnych, światopoglądowych czy filozoficznych. W ten sposób każdy obywatel jest zmuszony odnosić się do religii w każdym aspekcie swojej aktywności, nawet jeżeli nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek wyznaniem. Praktycznie, żyjąc w Polsce, zmuszony jest konfrontować się z religią i jej reprezentantami zarówno w szkole własnych dzieci, w urzędzie i w szpitalu nie tylko z symboliką religijna ale i funkcjonariuszem Kościoła, a często też we własnym miejscu pracy unikając natarczywego towarzystwa katechety na wyższych uczelniach i w wielu innych sytuacjach .W sposób oczywisty narusza to podstawowe prawa do wolności człowieka, a mianowicie wolności od religii jak i nieujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Uzasadnieniem wprowadzania religii do sfery publicznej, a przede wszystkim szkolnictwa była rzekomo dążenie państwa do realizacji zasady pluralizmu światopoglądowego, poszerzania przestrzeni wolności m.in. poprzez równouprawnienie wyznań religijnych i umacnianie postaw tolerancji, otwartości i poszanowania różnorodności. Takie właśnie cele miała realizować m.in. szkoła publiczna, do której wprowadzona została katecheza. W efekcie wprowadzenia lekcji religii do planu zajęć szkolnych, jako przedmiotu nieobowiązkowego, osiągnięty został rezultat zupełnie odmienny od założonego. W pokoleniu wykształconym w systemie edukacji publicznej w ostatnich trzydziestu latach, poza ogólnym spadkiem poziomu nauczania wynikającym także z różnych innych niż katecheza czynników, nastąpił radykalny wzrost postaw ksenofobicznych, rasistowskich, przejawów nietolerancji i religijnego fanatyzmu. Uzewnętrzniane ich następuje w manifestacjach politycznych, imprezach partyjnych, ceremoniach religijnych towarzyszących wydarzeniom organizowanym przez partie i ruchy polityczne odwołujące się wprost do tradycji nacjonalistycznej i religijnej. Okazuje się, że w XXI wieku skutecznie przywoływane są i wyciągane z lamusa historii wzorce organizacji patriarchalnego społeczeństwa, autorytarnych rządów, religijnego porządku społecznego, symboliki rycerskiej czy zakonnej i są one atrakcyjne dla młodszej i starszej klienteli ugrupowań politycznych zbijających na nich swój kapitał polityczny. Oznacza to, że skuteczne wdrukowanie symboliki religijnej, terminologii, celebry, a w końcu całej religijnej wizji świata w proces wychowania i edukacji przynosi wymierne rezultaty polityczne. Operowanie terminologią wywiedzioną z przekazu religijnego do opisu świata i zachodzących w nim zjawisk, odwoływanie się do mitów i stereotypowych przekonań, wykorzystywanie wartościujących ocen i odniesień do różnych środowisk ludzkich i podane ich w możliwie radykalnej formie zawiera wystarczający ładunek energetyczny by przyciągnąć rzesze zwolenników.

Zarówno klerykalizm jak i autorytaryzm są skierowane przeciwko demokracji, niszczą jej instytucje i osłabiają pozycje organizacji politycznych i obywatelskich. Godzą w klasę polityczną odbierając jej pozycję i apanaże, a więc cieszą się sympatią dużej części rozczarowanych demokracja obywateli. Łatwość z jaką klerykalizm i autorytaryzm zdobyły akceptacje przeważającej części społeczeństwa ujawnił całą słabość demokracji parlamentarnej, ale i uzależnienie mentalne polityków od podporządkowania panującej świadomości społecznej i zależności od Kościoła jako najsilniejszej instytucji w Polsce. Dlatego właśnie klerykalizm polityczny stał się najbardziej popularną, dominująca formą politycznej ekspresji. Jako narzędzie proste w użyciu, nie wymagające intelektualnych wygibasów i przechodzenia twórczej męki tworzenia nowych koncepcji z nadzieją na zdobycie poparcia, a skutek daje pewny bo mieszczący się w siatce pojęciowej większości ludności w kraju, jest bezpieczne bo akceptowane w głównym nurcie obecnie obowiązujących politycznych standardów, a co więcej daje możliwość bezpiecznej konkurencji w ramach tego nurtu i nawet ewentualnego zdobycia przychylności Kościoła katolickiego jako głównego zwornika, stabilizatora i gwaranta rządów narodowo-katolickiej prawicy. Nawet pozycja w ramach rządzącej koalicji, jak się można przypuszczać, uzależniona jest od akceptacji Kościoła, gdyż trudno byłoby inaczej wytłumaczyć arcykatolickie harce na środowiska LGBTQ+ wyczyniane z inspiracji kierownictwa partii, która koalicję tą współtworzy .

Klerykalizm polityczny w Polsce

Od początku lat dziewięćdziesiątych relacje Kościoła katolickiego z państwem kształtowane są w przekonaniu o jednorodnej tj. narodowo-wyznaniowej tożsamości Polaków. Przeważająca liczba wyznawców katolicyzmu w połączeniu z rolą jaką Kościół katolicki odegrał w procesie zmian ustrojowych oraz rola papieża Jana Pawła II w świecie i jego wpływ na stosunki społeczne w kraju tworzyły silne podstawy do utrwalenia wpływów i pozycji Kościoła w Polsce niezależnie od postępujące zróżnicowania światopoglądowego i kulturowego społeczeństwa.

Szczególna pozycja prawna Kościoła została ujęta już w ustawach wyznaniowych z maja 1989 r..Ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania zawierająca równościowe postanowienia, gwarantujące wszystkim kościołom i związkom wyznaniowym wolność prowadzenia działalności w konfrontacji z faktyczną monopolizacją sfery religijnej przez Kościół katolicki tworzyła po prostu znacznie dogodniejsze dla niego warunki do wzrostu znaczenia i możliwości prowadzenia nieskrepowanej działalności przy wykorzystaniu finansowania ze środków publicznych. Przyjecie w ustawie konstrukcji prawnej współdziałania państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi „…w zachowaniu pokoju, kształtowaniu warunków rozwoju kraju oraz zwalczaniu patologii społecznych „ oraz możliwość tworzenia stałych form współdziałania miały tworzyć podstawę tzw. „przyjaznego rozdziału” wzorowaną na funkcjonującej w Niemczech relacji państwa ze związkami wyznaniowymi określanej jako separacja skoordynowana. Istotna różnica w rzeczywistej możliwości równoprawnego współdziałania jednego i drugiego państwa ze wspólnotami wyznaniowymi polega na zmonopolizowaniu przez Kościół katolicki w Polsce, pozbawiony jakiegokolwiek znaczniejszego konkurenta, całej sfery religijnej. Natomiast Niemcy są natomiast krajem o dominacji równorzędnych dwóch kościołów chrześcijańskich i faktycznym pluralizmie religijnym wynikającym z wielokulturowości społeczeństwa. Ponadto sytuację w Polsce komplikuje w znacznej mierze ożywiona po latach hibernacji w okresie komunizmu endecka koncepcja wyznaniowej tożsamości Polaka, która przetrwała w świadomości społecznej, a obecnie jest coraz bardziej uporczywie forsowana.

Z faktu, że religia była w Polsce i w dalszym ciągu pozostaje podstawową formą świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa polskiego treści i form życia duchowego oraz że są one kształtowane w praktyce wyłącznie przez jedna instytucje religijną, autorzy ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 1989 r. nie wyciągnęli żadnych wniosków, chociaż nietrudno było przewidzieć negatywne dla państwa skutki jakie wyniknęły z przyjętych w ustawie relacji państwa z Kościołem.

Ustawa o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej zawierała postanowienia tworzące już jawnie uprzywilejowaną pozycję Kościoła katolickiego i jego organizacji chociażby w zakresie restytucji mienia i przysporzeń majątkowych np. na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Podpisanie umowy ze Stolica Apostolską (konkordatu) przez rząd Hanny Suchockiej umacniającej szczególna pozycję Kościoła i przeniesienie zawartych w nim postanowień do obowiązującej Konstytucji RP, sukcesywne zwiększanie przywilejów ekonomicznych dotyczących m.in. podatków czy finansowania instytucji kościelnych jak np. szkoły wyższe, wynagrodzeń katechetów w systemie edukacji publicznej, kapelanów w wojsku, policji, administracji skarbowej połączone z tworzeniem prawa z inspiracji doktryny wyznaniowej nigdy nie spotkało się z większymi protestami społecznymi. Było to widoczne nawet w okresach rządów lewicy (1993-1997 i 2001-2005), kiedy to posłowie lewicy mieli możliwość okiełznania zmian kulturowych i postępującej klerykalizacji i podejmowali nawet próby ich przeprowadzenia ( np. złagodzenie ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży). Brak determinacji w dokonywaniu zmian wynikający prawdopodobnie również z deficytu wyraźnie wyrażonego poparcia społecznego dla tych prób jak i aktywizacja działalności kolejnych ugrupowań katolickich fundamentalistów i narodowców definitywnie zakończyły możliwość ustanowienia świeckich rozwiązań prawnych w funkcjonowaniu państwa. Państwo zaczęło uznawać w coraz większym stopniu walor elementów religijnych co w połączeniu z nadgorliwością instytucji państwowych i samorządowych w spełnianiu różnych aspiracji kościoła instytucjonalnego w zakresie panowania światopoglądowego jak i roszczeń majątkowych doprowadziły do nadania Polsce faktycznego charakteru państwa wyznaniowego.

W efekcie już nie tylko wśród polityków panuje przekonanie, że nie warto narażać się Kościołowi i władzy, a jakakolwiek krytyka obecności Kościoła w sferze publicznej, tworzenie prawa z inspiracji religijnej, podobnie jak krytyka religii musi zakończyć się porażką dla wszystkich występujących w powyższych kwestiach. Wymiar praktyczny przekonania o panowaniu światopoglądowym katolicyzmu to nie tylko całkowity brak jakiegokolwiek wsparcia finansowego ze strony państwa dla organizacji obywatelskich skupiających członków o nie fideistycznym światopoglądzie lecz także zmarginalizowanie ich znaczenia i blokowanie możliwości rozpowszechniania zgłaszanych postulatów. W sposób szczególny dotyczy to takich organizacji, których celem jest propagowanie świeckości albo światopoglądu racjonalistycznego w przeciwieństwie do szczodrze korzystających z mediów i ze wsparcia finansowego różnych stowarzyszeń, organizacji i instytucji około kościelnych.

Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszelkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania, jakie władze czyniły w chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec różnych formacji politycznych sprawujących władzę zostały przykryte zasłoną milczenia. Tak stało się np. z niechlubną działalnością Komisji Majątkowej, która hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielała Kościołowi majątek państwowy i samorządowy. Dzisiaj tylko głosy lewicy wyrażają sprzeciw chociażby wobec uzyskanego przez Kościół przywileju obrotu ziemią rolną, przysporzeń majątkowych udzielanych przez władze pod dowolnymi tytułami, religijnych opraw dla politycznych imprez partii rządzącej czy też narzucania zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości. Nienormalne, bo sprzeczne z regulacją obowiązującej Konstytucji RP stosunki pomiędzy państwem i Kościołem uzasadniają w pełni tezę sformułowaną przez organizatorów Kongresu Świeckości, który odbył się w Warszawie w dniach 21-22 października 2017 r. o przyjęciu przez Kościół katolicki w Polsce roli politycznego ogniwa będącego nieformalnym koalicjantem rządzącej obecnie partii politycznej. Jest to wynikiem przyjęcia w art. 25 ust.3 Konstytucji koncepcji współdziałania państwa z Kościołem we wszystkich sprawach państwowych ( dla dobra człowieka i dobra wspólnego), a więc nie tylko w kwestiach pomyślności organizmu państwowego, ale i w sprawach zachowania dziedzictwa narodowego czy środowiska naturalnego.

Aktywność Kościoła znalazła dzisiaj swój najszerszy wyraz w politycznym współdziałaniu z partią rządzącą, forsowaniu interesów Kościoła w zamian za organizowanie poparcia społecznego dla tej partii przez przeważającą część księży parafialnych, Episkopat i organizacje około kościelne.
Postępująca klerykalizacja podporządkowująca wielu sfer działalności państwa i życia obywateli regułom i rytuałom jednego wyznania przy postępującym zaniku ekumenizmu i braku publicznego sprzeciwu innych wyznań i środowisk bezwyznaniowych powoduje, że klerykalizm polityczny stał się dominującą formą politycznej ekspresji, narzędziem łatwym do użycia i gwarantującym mobilizację poważnych części elektoratu. Pomimo niepowodzeń pierwszych ugrupowań politycznych tworzonych na bazie ideologii katolickiej (ZchN, AWS, a także PiS w pierwszym okresie koalicyjnych rządów 2005-2007) wynikających przede wszystkim z powściągliwego stanowiska kościoła instytucjonalnego ,to obecnie po całkowitym, jawnym poparciu dla narodowo-katolickiej partii rządzącej oraz goszczeniu w świątyniach jej konkurentów w postaci ruchów i organizacji nacjonalistycznych, a nawet faszystowskich i udzielaniu oprawy religijnej ich imprezom Kościół katolicki nie może powrócić nawet do pozorów neutralnej postawy wobec polskiej polityki. Skazany jestalbo na przyjecie rezultatów politycznych wyborów systemu demokratycznego, co w perspektywie może się okazać dla kościoła instytucjonalnego ciężkim doświadczeniem albo też konsekwentne poparcie autorytarnej władzy ( obecnej lub przyszłej) i związanej z nią narastającej przemocy, a co za tym idzie pogłębiającego się konfliktu społecznego.

W tej sytuacji oferta obecnego koalicyjnego ugrupowania łączącego skrajne narodowe, wyznaniowe i faszystowskie organizacje hałaśliwie i śmiało sięgające po coraz to większą część elektoratu i posługującego się klerykalizmem politycznym na wzór zaczerpnięty z drogi przebytej przez partie rządzącą może stać się dla Kościoła atrakcyjną alternatywą wobec obecnej władzy. Zastosowanie praktyczne religii w organizacji ruchów konserwatywnych przejawiające się w dyscyplinowaniu na jej bazie członków, oprawa religijna masowych imprez, a także poparcie z ambon przez kler parafialny stwarzają możliwość wykorzystania znacznie większego zaangażowania członków i sympatyków niż w innych, opartych na nie fideistycznych światopoglądach organizacjach politycznych. Zdumienie budzić może fakt żywotności i potencjału zawartego w klerykalizmie politycznym używanym być może i instrumentalnie, ale stale organizującym poparcie milionów ludzi. To zjawisko we współczesnej Europie musi napawać niepokojem. Nie od dziś wiadomo, że chętnie korzystają z niego ruchy faszystowskie, szczególnie tam gdzie świadomość społeczna jest budowana na bazie jednej religii. Umiejętnie odnajdują i wskazują wroga jako przeciwnika religii i kierują na niego przemoc coraz bardziej niezbędną dla umacniania swojej pozycji politycznej, aż do zdobycia i utrwalenia władzy. Po jej zdobyciu łatwo okazać się może, że zbytnie przywiązanie do religii staje się obciążeniem w realizacji celów władzy, która może nie tylko ją porzucić, a nawet zaatakować gdyby zbyt silny Kościół nie był skłonny udzielać dalszego poparcia.

W pierwszej turze wyborów prezydenckich silne poparcie zdobył katolicki publicysta Szymon Hołownia otrzymując 14% głosów co stanowi ponad 2 mln.600 tys. Bardzo aktywny w mediach społecznościowych i sprawny intelektualnie i językowo kandydat swój przekaz zbudował na religijnej wizji świata i często odwoływał się do treści religijnych reprezentując katolicyzm w wersji posoborowej. Niezależnie od tego czy możemy propozycję polityczną Hołowni, zamierzającego stworzyć własne ugrupowanie polityczne, uznać za bardziej cywilizowana formę klerykalizmu politycznego czy nie, to jest faktem że jego zdolność mobilizacyjna elektoratu wykorzystywała także religię i Kościół mający funkcjonować jednakże w oddzieleniu od państwa.

Pewne zdziwienie budzi fakt, że pomimo przeważającego na scenie politycznej klerykalizmu w takiej czy innej postaci żadna z sił politycznych pretendująca do reprezentacji świeckiej części społeczeństwa, a przede wszystkim lewica nie jest w stanie zbudować i zaoferować konkurencyjnej, świeckiej koncepcji funkcjonowania państwa. Jak to się dzieje, że część społeczeństwa pogrążona w ubóstwie, gotowa do zaangażowania się w działalność społeczną pro-równościową stanowi dzisiaj klientelę narodowo-katolickich społeczności, a część socjalno-liberalna, progresywna i świecka pęta się po ruchach konserwatywno-liberalnych ? Z jakim poparciem społecznym, jakich środowisk, w jaki sposób i jakimi środkami lewica taka lub inna zamierza przeciwstawić się autorytarnemu klerykalizmowi i przeciwstawić wszechobecnej aktywności Kościoła w sprawowaniu władzy.

Myślenie ma wielką przeszłość

„Jeżeli chcemy, aby nam w Polsce było dobrze, aby się nikomu krzywda nie działa, aby Polska była mocna i szczęśliwa, mamy dołożyć wszelkich starań, żeby Polska, jak długa i szeroka była Chrystusowa.”
biskup Łosiński w 1931 roku
.

„Państwo jest dla obywateli, a nie obywatele dla Państwa. Nie można z prawem przyrodzonym pogodzić pewnych współczesnych dążeń do zupełnego podporządkowania obywateli celom państwowym, do wyznaczenia obywatelom jakiejś służebnej roli i do rozciągnięcia zwierzchnictwa państwowego na wszystkie dziedziny życia. Poglądu, aby młode pokolenia należały do Państwa całkowicie i bez wyjątku, od pierwszych lat aż do ostatnich, katolik nie może pogodzić z przyrodzonym prawem rodziny”. Taką opinię o Państwie głosi najwyższy zwierzchnik Kościoła w Polsce.
Gdzie Państwo jest silne, a społeczeństwo odporne na wpływy klerykalne, tam i kler redukuje do minimum swe żądania, stara się być dziwnie mało wymagającym, uległym nawet, jedynie powoli, najczęściej bocznymi drogami, stara się rozszerzyć i gruntować na przyszłość swe wpływy.
Inaczej jest na terenach, opanowanych przez czynniki klerykalne. Tam roszczenia kleru nie znają granic, rosną jak lawina z dniem każdym, duszą bezwzględnie każdą myśl niezależną i prowadzą Państwo i społeczeństwo do nieuchronnej zguby.
Kler rzymsko-katolicki wmawia uporczywie w bezkrytyczne masy społeczeństwa, że „semper fidelis” Polska cieszy się specjalnymi względami Stolicy Apostolskiej. Gdyby nie było szeregu faktów historycznych, przeczących temu twierdzeniu, gdyby całe postępowanie kleru nie świadczyło o jego obojętności, a nawet nieżyczliwości dla spraw żywotnych Państwa, sam konkordat już mógłby stanowić zupełnie wystarczający przykład owych „specjalnych” względów.
Jest to właściwie zbiór przywilejów, jakie, wyzyskując dogodną dla siebie sytuację, zagwarantował sobie kler w Państwie Polskim. Czegóż tam niema? – Państwo zapewnia Kościołowi pełną wolność, swobodne wykonywanie władzy duchownej, jurysdykcji, swobodną administrację majątkami, swobodne i niczym niekrępowane – nawet względami państwowymi – znoszenie się Stolicy Apostolskiej i biskupów z duchowieństwem i wiernymi. Mało tego: Państwo zobowiązuje się do udzielania swej, pomocy przy wykonywaniu postanowień i dekretów kościelnych, przyrzeka duchownym szeroko pojętą opiekę prawną, zwalnia ich w znacznej części od podatków, zapewnia duchownym sute uposażenie materjalne itd., itd.
I cóż w zamian za to Państwo otrzymuje? Oto to, że w niedzielę i w dzień święta państwowego Trzeciego Maja księża odprawiać będą modlitwę liturgiczną za pomyślność Rzplitej i jej Prezydenta, że biskupi składać będą przysięgę wierności dla Państwa i kilka podobnych „ustępstw”.
Drogą tworzenia wzruszających legend, które mają stanowić dla mas szerokich namiastkę historii polskiej, stara się kler urobić odpowiednie nastroje w społeczeństwie. Każdy z nas od wczesnego dzieciństwa wie najdokładniej o tym, że kopalnie soli zawdzięczamy świętej Kindze, która je przywiozła dla nas w posagu z Węgier, że jedynie dzięki księdzu Kordeckiemu i jego procesjom na murach Częstochowy zostali Szwedzi z Polski wyparci. Wprawdzie od czasu do czasu niedyskretni historycy wyciągną z pyłu zapomnienia dokument jakiś, np. odnośnie św. Stanisława Szczepanowskiego, czy ks. Kordeckiego, który to dokument nieco inaczej naświetli fakt jeden czy drugi, ale słabiutki głos naukowców ginie rychło bez echa, budząc co najwyżej oburzenie, że ktoś śmie się targać na te „narodowe” świętości. W ostatnich czasach do owej legendarnej historii przybyła jeszcze jedna piękna kartka: „Cud nad Wisłą”.
Oddzielną, wielką dziedzinę wyzysku Polski przez duchowieństwo stanowią sprawy materialne. Już konkordat przyznaje w tym kierunku Kościołowi katolickiemu ogromne przywileje. Dowodem tego jest art. 24 konkordatu, w którym „Rzeczpospo1ita Polska uznaje prawo osób prawnych kościelnych i zakonnych do wszystkich majątków ruchomych i nieruchomych, kapitałów, dochodów oraz innych praw, które te osoby prawne posiadają obecnie na obszarze Państwa Polskiego” i to nawet w tym wypadku, gdyby prawo własności, tych majątków nie było dotychczas wpisane do ksiąg hipotecznych.
Nie do samych jednak uprawnień konkordatowych ograniczają się dochody, jakie kler czerpie z terenu Państwa Polskiego. Pieniądze polskie płyną całym, olbrzymim systemem rzecznym z najrozmaitszych źródeł do kas kościelnych, przewyższając wielokrotnie te dotacje, jakie zagwarantowane są Kościołowi postanowieniami konkordatu.
Udział kleru w życiu politycznym kraju jest bardzo duży. Byłaby to nawet rzecz godna pochwały, gdyby udział ten ograniczał się do wyzyskania w pełni praw obywatelskich, jakie każdemu obywatelowi, a więc i księdzu gwarantuje Konstytucja. Kler jednak na ziemiach polskich uzurpuje sobie prawo daleko większe, w czym przychodzi mu z dzielną pomocą konkordat, który w art. 2-gim powiada:
W wykonywaniu swych funkcji biskupi swobodnie i bezpośrednio znosić się będą ze swym duchowieństwem i swymi wiernymi oraz ogłaszać swe zlecenia, nakazy i listy pasterskie.
Na czas wyborów więc ambony w poważnej swej większości zamieniają się w trybuny wiecowe, które grozą straszliwych kar ziemskich i niebieskich napędzają bezkrytycznych słuchaczy w sieci wszelkiego wstecznictwa.
W akcji, zmierzającej do podporządkowania klerykalnym celom życia społecznego kraju, doniosłą rolę odgrywają te organizacje, które w mniejszym lub większym stopniu cieszą się poparciem i opieką duchowieństwa. Organizacji tych jest ogromnie wiele, o najrozmaitszym charakterze, od bractw ściśle kościelnych począwszy, kończąc na zupełnie świeckich organizacjach zawodowych czy politycznych.
Innym potężnym narzędziem w rękach kleru jest prasa tzw. katolicka. Obejmuje ona olbrzymią ilość książek, broszur, pism i pisemek, które w dziesiątkach i setkach tysięcy egzemplarzy rozchodzą się po całym kraju i docierają do najodleglejszych miejscowości. Czytając tę prasę odnosi się wrażenie, że dwa są główne jej zadania: wyłudzanie pieniędzy z kieszeni naiwnych i urabianie w społeczeństwie odpowiedniego nastroju dla celów klerykalnych.
W dzisiejszych ciężkich czasach, kryzysu ekonomicznego, kiedy Państwo zmuszone jest redukować głodowe pensje swym pracownikom, kiedy pensje robotników zeszły już dawno niżej minimum egzystencji, przykrym zgrzytem uwydatnia się fakt, że uposażenia dobrze sytuowanego kleru, oparte na postanowieniach konkordatowych, okazują się prawie nietykalne. Nic dziwnego, że w tych warunkach w latach kryzysowych na wszystkich wycieczkach zagranicznych, we wszystkich bogatszych zdrojowiskach i kąpielach kler jest najliczniej reprezentowany. Konkordat daje Kościołowi duże uprawnienia. Kościół uprawnienia te stale rozszerza, czego dowodem chociażby ustawa o podatkach kościelnych.
Współżycie kleru z nauczycielstwem nigdy nie było idealne, jednak w wielu okolicach starano się przynajmniej zachować pozory form, by wzajemnie nie zatruwać sobie życia.
W ostatnich czasach nastąpiła zasadnicza zmiana: kler staje się niesłychanie agresywny i napastliwy, nauczycielstwo zostało otoczone szpiegami, denuncjacje do władz przybrały charakter epidemiczny, konfesjonał i kazalnica wystąpiły jako narzędzie walki, rozliczne zaś pisma klerykalne i towarzystwa kościelne stale podkopują powagę szkoły i nauczyciela. Kler dzisiaj nie waha się w walce z nauczycielstwem używać nawet wyzwisk”.*
W tym wszystkim co powyżej, najbardziej zaskakujące jest, że opisuje stan w jakim Polska była równo 80 lat temu. Tyle, że w 1934 roku Związek Nauczycielstwa Polskiego stać było mentalnie i organizacyjnie na wydanie książki Janiny Baryckiej „Stosunek kleru do państwa i oświaty”. Osiem i pół dekady później nauczyciele pogrążeni w lekturze Pudelka i Faktu, zaprzątają sobie głowę rozprowadzaniem dzieci na rekolekcje, przygotowywaniem ich do komunii i bierzmowania, oraz pracami nad Deklaracją Wiary Nauczycieli. A nie jakimiś intelektualnymi pierdołami.

  • Janina Barycka; „Stosunek kleru do państwa i oświaty. Fakty i dokumenty”; Skład główny: „Nasza Księgarnia”, SP. AKC. Związku Nauczycielstwa Polskiego, Warszawa, 1934.

Życie w Polsce przepełnia obłuda

Z LESZKIEM JAŻDŻEWSKIM, redaktorem naczelnym „Liberté”, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Nie milkną echa Pana wystąpienia, słynnego „supportu” z 3 maja w sali Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego. Co będzie dalej?
Uczestniczyłem w promocji książki Piotra Augustyniaka „Burzenie polskiego Kościoła”. Nawiązał podczas niej do klasycznego już eseju „Kapłan i błazen” Leszka Kołakowskiego, analizującego zjawisko dwóch ról społecznych: kapłana, który pilnuje spoistości wspólnoty i tradycji oraz błazna, który jest wobec tych wartości przekorny, krytyczny, nieraz szyderczy i który broni „człowieka poszczególnego” przed presją zbiorowości. Problem Polski polega na tym, że kapłani przejęli wszystko i dla błaznów nie ma nawet skrawka miejsca w przestrzeni oficjalnej. Dowiedziałem się, że ja też jestem błaznem, choć bez charakterystycznej czapeczki i dzwonków.
I jak Pan się czuje w tej roli?
To całkiem uczciwy, a przy tym interesujący zawód. Dzisiaj bardzo dużo mówi się o Polsce, ale co to znaczy być Polakiem? Bez odpowiedzi na to pytanie progres w Polsce nie będzie możliwy. Ja na przykład nie jestem niewrażliwy na pewne symboliczne atrybuty polskości. 1 sierpnia, kiedy o godzinie 17, o godzinie „W”, przez minutę wyją syreny i ludzie zatrzymują się na ulicach polskich miast, ja też się zatrzymuję i nie jestem wolny od pewnego wzruszenia. Mamy to po prostu jakby we krwi, a związane to jest m.in. z dziedzictwem romantyzmu, z poezją wieszczów. Jednak to nie znaczy, że nie są uprawnione pytania o sens tamtego zrywu i o to, jaki ma dziś dla nas sens spuścizna romantyczna, powstańcza w warunkach współczesnego społeczeństwa. To pytanie stało się szczególnie palące po 10 kwietnia 2010. Okazało się, że diagnoza Marii Janion o końcu romantycznego, mesjanistycznego paradygmatu okazała się przedwczesna i objawił się on na nowo, w zwyrodniałej formie „religii smoleńskiej”. Dlatego po 10 kwietnia Polska potrzebuje terapii psychologicznej „na kozetce”. Kościół katolicki odgrywa tu negatywną rolę, mimo swoich zasług w przeszłości, gdy przez pewien czas był przestrzenią wolności dla innych. Dziś Kościół konserwuje stare, anachroniczne, zadawnione polskie odruchy wyrosłe na klęskach narodowych, choć one są już nieaktualne, bo Polska jest dziś zupełnie inna, istnieje w innych warunkach, a młode pokolenie wolne jest od traumy klęsk narodowych. Jest to wykorzystywane przez tych, którzy czerpią z tego konserwowania korzyści polityczne dające im władzę. Obok Kościoła taką rolę spełnia też w dużym stopniu szkoła, krzewiąca „wartości” anachroniczne, zasklepiona w nich, stroniąca od tego, co niesie współczesny świat, o ile jest to sprzeczne lub co najmniej nie współgrające z narodowo-katolickim paradygmatem. Nic więc dziwnego, że polska szkoła, szkoła w wolnej Polsce, wychowała, pospołu z katechezą, pokolenie nacjonalistów. Trzeba więc po gombrowiczowsku spojrzeć krytycznie na naszą tradycję, zredefiniować bycie Polakiem w nowej epoce. Nie po to, żeby tradycję burzyć, ale żeby nie była jedyna, dominująca, by prawo do współistnienia obok niej i konkurowania z nią miały inne, nowe formy myślenia o kształcie współczesnej Polski. Trzeba krytycznie spojrzeć na polskie „kościoły” bo nie chodzi tylko o religię, o Kościół katolicki, ale o „kościoły” w sensie świeckim, jako zakonserwowane anachronizmy w myśleniu i działaniu. Musimy też stworzyć nowy język, język społeczeństwa posttraumatycznego. Wtedy władza czarnoksiężników, o której mówiłem, skończy się.
Prawicowe media i ośrodki w reakcji na Pana wystąpienie „zagotowały się” z oburzenia i nadal powtarzają znane fragmenty Pana wypowiedzi o „czarnoksiężnikach”, o „zapasach ze świnią w błocie”. Nietrudno jednak zauważyć, że także część strony opozycyjnej, liberalnej, przyjęła Pana wypowiedź sceptycznie, a nawet krytycznie.
Tak, media prawicowe przestraszyły się i próbowały mnie zapędzić do kąta, ale reakcja z „naszej strony” także była generalnie mało przychylna. Mówiono, że powiedziałem za mocno, niestosownie, w niewłaściwym momencie. Życie w Polsce przepełnia obłuda, poprawność, dlatego tak wielu było oburzonych, że powiedziałem coś prosto w twarz, bez ogródek. Panuje przekonanie, że nie można mówić zbyt ostro, otwarcie, bo to, po pierwsze, „nie uchodzi”, a po drugie, sprowokuje drugą stronę do kontrataku. Często też słyszę, że nie wolno działać zbyt szybko, że trzeba poczekać. Ale nie można całe życie czekać, więc proces wyzwalania się postępuje. Nie uważam, że „kapłanów” trzeba wyrzucić do lamusa, ale wolałbym żyć w Polsce, w której „błaznów” będzie więcej niż „kapłanów”, a co najmniej będzie między nimi równowaga. Pamiętajmy, że kapłanami byli faryzeusze, którzy ukrzyżowali Jezusa.
Dlaczego ten proces laicyzacji społeczeństwa tak długo trwa? Po 1989 roku wielu wierzyło, że nastąpi ona w ciągu dekady, tymczasem minęło już 30 lat a nadal jesteśmy „głęboko w lesie”. Krytyka Kościoła pojawiła się już na samym początku transformacji, powstały antyklerykalne pisma, demaskowano rozmaite grzechy kleru, w tym zachłanność materialną, były różne deklaracje o „nieklękaniu przed biskupami”, ale można było odnieść wrażenie, że to rzucanie grochem w ścianę, „kopanie się z koniem”. Dopiero teraz coś się otworzyło, coś się przełamało…
Na pełny optymizm jeszcze za wcześnie, prawdziwy przełom jeszcze przed nami. Wspomniane przez pana kręgi opiniotwórcze, tytuły prasowe krytyczne wobec Kościoła, jednak wykonały pracę, która nie pozostała bez wpływu na nastroje społeczne, choć po części używany przez nie język był ukształtowany w przeszłości. To wystarczało na stworzenie poczytnego pisma, ale nie na przełożenie tego na szersze poparcie społeczne. Słowem – nie było warunków zewnętrznych, które otwierałyby drogę do jakiegoś przełomu. Duch czasu temu nie sprzyjał. Teraz jednak powstała nowa sytuacja. Otóż żaden z poprzednich rządów, nawet prawicowych, nie zblatował się, nie skleił z Kościołem w tym stopniu, co obecny rząd PiS. Kościołowi szły na rękę rządy Platformy, nawet SLD starał się nie wchodzić w konfrontację z hierarchią i klerem, ale to, czego dopuszcza się obecna władza, to już jest ostentacyjne związanie „Tronu i Ołtarza”. Gdy więc PiS zbiera cięgi, to siłą rzeczy, równocześnie, rykoszetem obrywa Kościół. Do tego doszło ujawnienie afer pedofilskich, a także przebudzenie społeczne kobiet w obronie ich praw zagrożonych przez Kościół, wyrażone w „czarnych protestach”. Wreszcie zaistniały warunki, których wcześniej nie było.
Pana głośna wypowiedź była jak fala, która wyniosła Pana do dużej popularności. Czy zamierza Pan pozostać we wspomnianej roli „błazna”, czy też można spodziewać się przejścia do nowej, także pozapublicystycznej formy aktywności?
Jeśli ma pan na myśli zorganizowaną, na przykład partyjną aktywność polityczną, to przynajmniej obecnie jestem co do tego sceptyczny. Los formacji Janusza Palikota, czy słaby, zwłaszcza wobec wygórowanych nadziei, wynik Roberta Biedronia nakazuje ostrożność. Wolę pozostać przy roli „błazna”, czy określając to inaczej, trybuna ludowego. Jednak wznoszącej się fali nie wolno lekceważyć. Niech się fala wznosi. Widać wyraźnie, że prawica bardzo się jej boi.
Dziękuję za rozmowę.

Polskość jako nienormalność

Pociągi uporczywie spóźniające się nawet latem, nieuleczalna dewocja i klerykalizm nawet na zarobkowej emigracji, archaiczny nacjonalizm, reakcyjny lud, masochistyczna ucieczka od demokracji, wolności i Europy w kraju hasła „za wolność naszą i waszą” oraz niegdysiejszych nałogowych słuchaczy Radia Wolna Europa, samobójczy azymut na euroexit. Kraj, którego rząd jako jedyny głosuje przeciw własnemu realnemu kandydatowi na szefa Rady Europejskiej (1:27) i którego nowy „europejski i światowy”, „technokratyczny” premier-finansista z bankowym rodowodem deklaruje w pierwszych godzinach po nominacji, że chce rechrystianizować Europę i przeciwdziałać laicyzacji Polski. I w którym taki lewicowy, racjonalny, lewicowy, zdroworozsądkowy polityk jak Jerzy Szmajdziński poleciał, niczym Piłat w credo, z kleropisostwem na ich polityczną imprezę, by zginąć razem z nimi pod Smoleńskiem bezsensowną śmiercią. I to ma być normalny kraj?

Śmieszny i żałosny teatr polskości

Jednym z ulubionych motywów wykorzystywanych przez propagandę PiS przy grillowaniu Donalda Tuska jest jego głośna już dziś wypowiedź w ankiecie katolickiego miesięcznika „Znak” w 1987, dotyczącej stosunku do polskości. Nie on pierwszy dostrzegł dokuczliwą polską nienormalność, nie jego to monopol na tego rodzaju refleksję, ale skoro to akurat jego wypowiedź budzi na prawicy takie wzburzenie, zatrzymajmy się przy niej. Ponieważ to tylko jedno zdanie wyrwane z obszernego kontekstu, sięgnijmy do źródła i poznajmy w końcu tę inkryminowaną wypowiedź. Brzmiała ona w całości tak:
„Polskość jako zadany temat…Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu pustka, tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie, majaczą Dzikie Pola i Jasna Góra, dziejowe misje, polskie miesiące, zwycięstwa i klęski. Zwycięstwa?
Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg co jeszcze wie, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną. Wolność jest w nim wartością najwyższą (…) porywa się na czyny wielkie z mizernym zwykle skutkiem. Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów. Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia i prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem. Tak, polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej. Czym jest nasze życie? – pisał Andrzej Bobkowski w „Szkicach Piórkiem” (ile w nich trafnych uwag o polskości!). – Nawijaniem na kawałki tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego – do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy ciągle błocą podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie, to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?… Gdy spisuję te luźne uwagi, czuję w każdym momencie, że coś umyka, że z wielkim trudem formułuję nawet banalne myśli. Refleksja zniekształcona jest nastrojem, emocją, a i te są zmienne. Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona przecież dzianiem się, jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem. Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie – że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem”.

PiS oburza się na „myślozbrodnię”

Tymczasem, zamiast cieszyć się z wyjątkowości i nienormalności pozycji Polski, o którą tak walczy gdzie tylko może, PiS oburza się na słowa Tuska i robi z nich pałkę na niego i jego rzekome „wynarodowienie”. A przecież nie da się w tej wypowiedzi znaleźć najmniejszego akcentu wrogości do własnego kraju, lecz tylko gorycz. Jak na przypisany mu lekceważący wizerunek mało skomplikowanego chłopaka z gdańskiego podwórka i „haratacza w gałę”, Tusk jawi się w tej wypowiedzi jako człowiek nie pozbawiony skłonności do głębszej refleksji i do namysłu nad sprawami fundamentalnymi, a nazwisk myślicieli krytycznych w stosunku do polskości, Brzozowskiego, Gombrowicza i Bobkowskiego też mu wtedy przecież nie przygotował premierowski asystent od researchu. Zamiast więc podpisać się w imię mesjanistycznej pychy pod tuskowymi wynurzeniami, PiS traktuje tę wypowiedź jak dowód jego „myślozbrodni”.

Trafna diagnoza

„Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia i prowadzi w krainę mitu” – napisał Tusk w zacytowanej wypowiedzi ankietowej. A czyż nie ma racji? Przecież tej Polsce to właśnie PiS podsunął wyborcom, niczym dealer narkotyków, stary, mesjanistyczny krzepiący mit o wspaniałej Polsce, której misją jest naprawienie niemoralnej Europy.
Spóźniające się pociągi i inne rozkosze życia w Polsce
A przecież wystarczy krótkie zebranie myśli, by sobie uświadomić jak nienormalna jest ta Polska, której chwałę pompuje PiS w swojej propagandzie. Ot choćby pierwszy z brzegu fenomen: niepokonywalny przez nikogo problem masowo spóźniających się pociągów. Czy wokół mroźna i śnieżna zima, czy ciepła wiosna i lato lub pogodna jesień, pociągi w Polsce spóźniają się tak samo często i nie są to bynajmniej spóźnienia pięciominutowe, lecz na ogół sięgają kilkudziesięciu minut, godziny czy kilku godzin. I nie chodzi o to, że „sorry, taki mamy klimat”, jak stwierdziła kiedyś PO-wska minister Bieńkowska, odnosząc się do pamiętnych spóźnień kolejowych podczas ataku zimy. W każdym kraju może się zdarzyć w sytuacji ekstremalnej, ale przecież ileż razy każdy z nas doświadczył ponadgodzinnych, a bywało że i wielogodzinnych spóźnień pociągów w łagodnej temperaturze powyżej 20 stopni, gdy mróz nie skręcał szyn, słoneczko uśmiechało się z nieba i nawet najmniejszy powiew wietrzyku nie mógł zdmuchnąć lokomotywy z toru. I czy kraj, który od niepamiętnych czasów nie może rozwiązać tego problemu, można nazwać normalnym?

Nacjonalizm i polexit

W czasach gdy w cywilizowanej Europie tradycyjny ideologiczny, generujący konflikty i wojny nacjonalizm dawno już został przeniesiony do lamusa historii i gdy zdawało się, że i Polska dołączyła do tego nurtu, doszła u nas do władzy formacja, która rozpętała szowinistyczny paroksyzm na skalę nieznaną od lat trzydziestych XX wieku. Kraj będący częścią Unii Europejskiej i czerpiący z tego członkostwa profity, z jakich Polska nie korzystała nigdy w swojej tysiącletniej historii, odnosi się dziś do swoich europejskich partnerów z Berlina, Brukseli czy Paryża jak do śmiertelnych wrogów, a do przyjaźnie do Polski odnoszących się Niemiec tak, jak Józef Beck do hitlerowskich Niemiec w buńczucznej mowie z 5 maja 1939. Czy kraj, którego rząd atakuje i odnosi się z pogardą do Unii, dzięki której tak bardzo dźwignął się cywilizacyjnie w ciągu minionych kilkunastu lat, jest normalny? Czy kraj, którego rząd uprawnione skargi polskich eurodeputowanych na jego represyjne praktyki nazywa „zdradą”, „Targowicą” i „donoszeniem” jest normalny? Czy jest normalny kraj, którego rząd dokonuje faktycznego polexitu, choć tylko silna i ścisła obecność w strukturach Europy może uchronić Polskę od geopolitycznej, śmiertelnie niebezpiecznej samotności?

Klerykalizm i religianctwo

Cywilizowana Europa już dawno, wzorem Francji, rozstała się religijnością typu fanatycznego, średniowiecznego, prozelickiego, upatrując w niej i w klerykalizmie źródeł nieustannej infekcji społecznej, postaw antydemokratycznych i wstecznictwa obyczajowo-kulturowego. Kościoły, w tym katolicki, działają w tych krajach swobodnie, ale w skali odpowiadającej normom państwa prawa, wolności i demokracji.
W Polsce Kościół katolicki jest superpaństwem w państwie, hegemonem korzystającym z ponadnormatywnych przywilejów z finansowymi na czele, wpływającym na politykę i szarogęszącym się ponad wszelkie reguły elementarnej przyzwoitości. Tymczasem popiera go tak wielu polskich obywateli nie tylko tu, nad Wisłą, ale i ci, którzy żyją na zarobkowej emigracji. Wydawałoby się, że wyjechawszy za granicę, uzyskali okazję, by korzystać z wolności od oddziaływania męczącego Kościoła kat. i jego proboszczów. Ale gdzie tam! I na „obczyźnie” wielu Polaków dobrowolnie poddaje się tej religijnej presji i nacjonalistycznym nastrojom. Na ulicach laickiego Paryża już nieraz można było zobaczyć groteskowo tam wyglądające proklerykalne i nacjonalistyczne demonstracje emigracyjnych „Klubów Gazety Polskiej”, a polskie parafie emigracyjne żyją jak pączki w maśle. Niezliczone przecherstwa, finansowe, polityczne i akty pedofilskie kleru nie wzbudziły w wielu Polakach postawy na tyle krytycznej, by „kichnąć na tę przeklętą budę”, jak mówił w „Potopie” pan Kuklinowski. Czy normalny jest kraj, w którym Polak-katolik jest nieuleczalny bez względu na wszystko, a lekcja Gombrowicza została zmarnowana?

Łagodny socjalizm i brak lewicy w parlamencie

Polska to kraj, w którym nawet rządy PRL-owskiej lewicy – na ogół, choć były okresy pod tym względem wyjątkowe – zamiast nade wszystko zabiegać o realizację idei socjalistycznych – w pierwszym rzędzie bacznie dbały o to, by nie narazić się Kościołowi kat. a praktyka pokątnego cokolwiek chodzenia do kościoła przez członków PZPR była traktowana jako rodzaj polskiego folkloru. Czy taki kraj można uznać za normalny? Znane jest powiedzenie o „najweselszym baraku w obozie” realnego socjalizmu. Chodziło w nim o to, że pod rządami PRL-owskiej lewicy Polska uniknęła wynaturzeń i poziomu represji, do jakich doszło w innych krajach tamtego obozu, choćby w NRD, Czechosłowacji i na Węgrzech, o ZSRR nie wspominając. Tymczasem w tamtych krajach (łącznie ze zjednoczonymi Niemcami) lewica jest w parlamencie, a w Polsce, kraju, w którym sprawowała władzę w sposób nieporównywalnie łagodniejszy, a po 1989 roku walnie przyczyniła się do rozwoju demokracji i do europejskiego akcesu kraju, jej nie ma. Czy taki kraj może być normalny?