Życie w cieniu plastiku

Ostrożność podczas zakupów nie wystarczy, bo pozostałości groźnych substancji z mikroplastiku mogą być też w żywności i wodzie.
Tworzywa sztuczne to nie tylko ogromny problem dla naszego środowiska, ale także dla naszego zdrowia, na co wskazuje coraz więcej badań. Głównym zagrożeniem nie jest nawet sam plastik, a różnego rodzaju dodatki, które się w nim znajdują: tzw. plastyfikatory, wypełniacze, barwniki, stabilizatory i różne inne środki chemiczne stosowane w celu nadania plastikowi pożądanych właściwości.
W ostatnim czasie coraz częściej pojawiają się też informacje o obecności w pożywieniu i wodzie pitnej mikroplastiku, który powstaje w wyniku rozpadu tworzyw sztucznych na mikrocząsteczki. Mikroplastik wraz z odprowadzanymi ściekami z gospodarstw domowych (gdzie powstaje m.in. w trakcie ścierania pranej odzieży wytworzonej z syntetycznych tkanin) przedostaje się do rzek, a następnie do mórz i oceanów, trafiając do łańcuchów pokarmowych, a po spożyciu ryb i owoców morza – z powrotem do organizmu człowieka.
Na szkodliwe działanie i wpływ substancji zawartych w tworzywach sztucznych narażone są także najmłodsze dzieci korzystające z plastikowych zabawek: niepożądane substancje mogą przenikać do ich organizmów ze względu na częsty kontakt takich zabawek bezpośrednio z ustami. Te problemy mogą być coraz poważniejsze, ponieważ z roku na rok rośnie na świecie produkcja tworzyw sztucznych – z niespełna 30 mln ton rocznie w latach sześćdziesiątych, do ponad 350 mln ton rocznie obecnie.
W Polsce, w zależności od rodzaju produktów i wyrobów z tworzyw sztucznych, dwie Inspekcje: Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz Inspekcja Handlowa (której działalnością kieruje prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów) kontrolują przestrzeganie przepisów normujących zawartość substancji niebezpiecznych w tworzywach sztucznych. Pierwsza z nich bada generalnie wyroby mające kontakt z żywnością (np. opakowania i naczynia), druga kontroluje pozostałe produkty, dla których takie normy ustanowiono – w szczególności zabawki.
Działania kontrolne UOKiK koncentrują się zwłaszcza na bezpieczeństwie zabawek z polichlorku winylu (PCW) badanych pod kątem zawartości ftalanów. NIK zwraca uwagę na ograniczone możliwości badawcze laboratoriów UOKiK. Badaniem zawartości substancji w produktach z tworzyw sztucznych zajmowały się tylko dwa spośród ośmiu laboratoriów UOKiK: w Łodzi oraz w Lublinie. Dlatego, z powodu braku możliwości wykonywania przez nie niektórych analiz, występuje konieczność zlecenia analiz laboratoriom zewnętrznym.
W latach 2017 – 2019 rocznie wykonywano ok. 200 badań zabawek z PCW w kierunku zawartości ftalanów. Wprawdzie wykonywano w ten sposób tym samym plany badań, tym niemniej są to nader ograniczone działania. Zdaniem NIK liczba przeprowadzonych badań wynikająca z możliwości badawczych laboratoriów UOKiK była niewielka, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkość rynku zabawek oraz łatwość natrafienia na niebezpieczne produkty (według danych Krajowej Administracji Skarbowej sama liczba zgłoszeń celnych dla zabawek z tworzyw sztucznych w latach 2017–2019 wyniosła w Polsce ponad 40 tys.). Do ograniczonych możliwości badawczych swoich laboratoriów przyznał się również prezes UOKiK w trakcie kontroli NIK.
Najwyższa Izba Kontroli zwraca również uwagę, na długi czas badania próbek zabawek na zawartość ftalanów w laboratorium UOKiK w Łodzi – średni czas oczekiwania na wyniki tych badań wynosił od 25 do 34 dni (od daty ich dostarczenia do laboratorium). Tymczasem, takie badania powinny i mogłyby być wykonywane nawet w terminie od 5 do 7 dni. W przypadku części zabawek w których wykryto ftalany w niedozwolonych stężeniach, w trakcie oczekiwania na wyniki badań dochodziło do ich sprzedaży, co stwarzało zagrożenie dla dzieci. W trakcie kontroli NIK ustalono, że łącznie sprzedano 451 sztuk niebezpiecznych zabawek.
Wprawdzie w takich przypadkach UOKiK podejmował działania zmierzające do wycofania z obrotu takich zabawek i ich zwrotu do sprzedawców (służyło temu nakazywanie sprzedawcom publikacji ogłoszeń prasowych o stosownej treści), jednak wcale to nie oznaczało, że zakupione zabawki rzeczywiście były zwracane przez klientów.
Prezes UOKiK prowadził rejestr wyrobów z tworzyw sztucznych niezgodnych z wymaganiami, co mało na celu ich wycofanie z rynku. Natomiast Główny Inspektor Sanitarny wprowadził procedurę urzędowej kontroli materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Jednak przy wykonywaniu czynności kontrolnych, z powodu braku stosownych uregulowań w prawie unijnym i polskim, organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej nie uwzględniały w swych działaniach badań zawartości mikroplastiku w wodzie pitnej i żywności. Dopiero 12 stycznia 2021 r. weszła w życie zmieniona Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, zgodnie z którą będzie można prowadzić monitoring mikroplastiku w wodzie. Jednak nie zaraz, bo Komisja Europejska dostała czas na przyjęcie tej procedury badawczej do 12 stycznia 2024 r.
W latach 2017–2019 organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej zbadały w całym kraju 4263 próbek materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Dane te obejmują nie tylko tworzywa sztuczne, ale również inne wyroby (np. opakowania ze szkła i metalu). Odsetek zdyskwalifikowanych wyrobów był niewielki – od 0,6 do 1,9 proc., co może świadczyć o tym, że oferowane na polskim rynku wyroby przeznaczone do kontaktu z żywnością, w tym także te wykonane z tworzyw sztucznych, są bezpieczne.
Zdarzały się jednak niekiedy zaniedbania – na przykład w 2019 r. z powodu braku pieniędzy (ok. 500 tys. zł) w jednym laboratorium nie wykonano 47 z 50 zaplanowanych badań. Główny Inspektorat Sanitarny tłumaczył, że ograniczenie liczby takich badań przez jeden rok nie niosło istotnego ryzyka dla konsumentów, ale Najwyższa Izba Kontroli nie podzieliła tego poglądu. Ponadto, niedobory sprzętowe w laboratoriach były powodem wydłużonego czasu badania (od 28 do 45 dni) niektórych próbek produktów. „W konsekwencji w jednym przypadku stwierdzono sprzedaż konsumentom 12 łyżek nylonowo-stalowych, w których stwierdzono ponadnormatywną migrację amin aromatycznych” – wskazuje NIK.
Generalnie jednak, polskie organy niezwłocznie i co do zasady prawidłowo reagowały na powiadomienia w unijnych systemach wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach oraz szybkiej wymiany informacji o niebezpiecznych produktach z tworzyw sztucznych. Krajowy Punkt Kontaktowy znajdujący się w Głównym Inspektoracie Sanitarnym, rozpatrzył w ostatnich latach kilkadziesiąt spraw dotyczących materiałów i wyrobów wykonanych z plastiku przeznaczonych do kontaktu z żywnością, zgłoszonych do tych systemów. Najczęściej chodziło o zestawy naczyń zawierające szkodliwy formaldehyd, aminy aromatyczne i melaminę.
Po kontroli NIK wystąpiła z wnioskiem do premiera Mateusza Morawieckiego, aby zwiększył potencjał badawczy laboratoriów UOKIK oraz wyeliminował bariery utrudniające organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej szybsze badania wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. A do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – aby skrócił czas oczekiwania na wyniki badań próbek zabawek mogących stanowić zagrożenie dla dzieci.

Polskie piwa prawie czyste

Z 12 najpopularniejszych polskich piw, tylko w jednym stwierdzono pozostałości niebezpiecznego pestycydu.

Tytułowa czystość polskich piw stała się przedmiotem badań na obecność pestycydów, a zwłaszcza glifosatu, uważanego za szczególnie szkodliwy dla zdrowia. Przebadano 18 piw popularnych polskich marek. Wyniki pozytywnie zaskoczyły – tylko w jednym z piw wykryto pozostałości glifosatu, pozostałe są wolne od tego i ponad 500 innych pestycydów.
Glifosat to podstawowy składnik najskuteczniejszych środków chemicznych stosowanych do niszczenia roślin uznanych za chwasty. Część naukowców uważa, że jest on substancją rakotwórczą. W 2015 r. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem zaklasyfikowała glifosat jako substancję prawdopodobnie rakotwórczą, mogącą zwiększać ryzyko wystąpienia chłoniaka nieziarniczego, groźnego nowotworu, który u nieleczonego człowieka może spowodować zgon w ciągu kilkunastu tygodni. Rok później amerykańska federalna Agencja Ochrony Środowiska w swoim raporcie uznała, że glifosat nie jest rakotwórczy. Natomiast w 2017 r. Europejska Agencja Chemikaliów stwierdziła, że glifosat silnie uszkadza oczy, ale na podstawie obecnych badań nie można go uznać za substancję rakotwórczą, niszczącą materiał genetyczny człowieka oraz zagrażającą płodności.
Glifosat stał się tematem petycji do premiera Mateusza Morawieckiego, zatytułowanej „Dość trucia!”. Cel petycji jest bardzo ambitny. To między innymi zmniejszenie o połowę ilości pestycydów stosowanych w uprawach, zmniejszenie o połowę ilości antybiotyków w hodowli zwierząt, ograniczenie o 20 proc. stosowania nawozów mineralnych oraz zwiększenie udziału rolnictwa ekologicznego do 25 proc., a to wszystko do 2030 roku.
W tej chwili udział rolnictwa ekologicznego w całości upraw w Polsce to zaledwie około 3 proc i stale maleje, m.in. ze względu na wysokie ceny tych produktów, ich wątpliwą dość często ekologiczność, oraz niemożność sprostania przez producentów warunkom stawianym przez państwo. Jednak gdzie indziej umie się rozwijać rolnictwo ekologiczne – dla porównania w Czechach uprawy ekologiczne stanowią około 14 proc., a w Austrii 24 proc. wszystkich uprawianych płodów rolnych.
Badania czystości piwa przeprowadził latem bieżącego roku Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach – jedno z najlepszych takich laboratoriów w Polsce i Europie. Trafiło tam 12 najpopularniejszych piw z polskich sklepów: należące do Kampanii Piwowarskiej SA marki: Lech Premium, Tyskie, Żubr, Lech Free; z Grupy Żywiec SA: Żywiec Premium, Warka Strong, Królewskie, Żywiec 0,0%; oraz ze spółki Carlsberg marki: Jasne Okocimskie, Harnaś Jasne Pełne, Piast Wrocławski, Karmi Classic.
Ponadto przebadano (także na obecność pozostałości glifosatu, jak i 500 innych pestycydów) kolejne sześć popularnych piw mniejszych browarów. Do skierniewickiego laboratorium trafiły: Łomża Jasne, Perła Chmielowa Pils, Noteckie, PilsAmber Chmielowy, Mocne Jasne Eksportowe i CiechanLagerowe Niefiltrowane.
Badania zorganizowała organizacja FoodRentgen i Instytut Spraw Obywatelskich (bo jakość piwa jest sprawą ważną dla naszych obywateli), a patronował im serwis dozdrowia.com.pl
W pierwszej kolejności sprawdzone zostały właśnie pozostałości glifosatu. Spośród tych wszystkich piw tylko w jednym wykryto jego obecność.
Raport będący efektem tego badania, autorstwa Instytutu Spraw Obywatelskich i FoodRentgen stwierdził co następuje: „Pytanie, czy obecność pozostałości glifosatu w piwie Piast to wypadek przy pracy. Spodziewalibyśmy się, że firma pokroju Carlsberg ma własną politykę surowcową i zapewnienia jakości produktów”.
Natomiast wszystkie pozostałe piwa okazały się wolne od pozostałości glifosatu, przynajmniej powyżej minimalnego stężenia, badanego przez Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa, wynoszącego 0,01 mg/l produktu.
W kolejnym etapie skierniewickie laboratorium sprawdziło pozostałości 500 innych pestycydów. Tu także wszystkie próbki okazały się czyste.
Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku FoodRentgen we współpracy z Instytutem Spraw Obywatelskich zorganizował badania kasz gryczanych i jaglanych. Okazało się, że w niemal połowie przebadanych produktów znaleziono przekroczenia dopuszczalnych stężeń pozostałości glifosatu. Raporty z tego badania zostały pobrane przez ponad 55 tys. konsumentów.
Mówiąc konkretniej, w sześciu z dziesięciu kasz gryczanych znanych marek, dostępnych w dużych sieciach handlowych w całej Polsce, w dwóch wykryto pozostałości glifosatu, mieszczące się jednak w granicach najwyższych dopuszczalnych polskim prawem poziomów tej substancji w produkcie.
Po tych badaniach zdecydowano się sprawdzić czystość polskich piw. Tym razem – w przypadku piw – wiadomości były dobre!
– Wykonano 27 badań, w tym 18 na obecność pozostałości glifosatu oraz 9 na obecność pozostałości ponad 500 różnych innych pestycydów. Tylko w jednym piwie znaleziono pozostałości glifosatu na poziomie 0,04 mg/l produktu. Wszystkie pozostałe piwa były czyste – mówi Marcin Galicki z FoodRentgen.
– Mówimy o 400 krotnym przekroczeniu normy określonej dla wody, jednego z trzech podstawowych składników piwa. Punktem odniesienia były dla nas badania monachijskie z roku 2016, w których wszystkie piwa miały pozostałości glifosatu. Kilka piw miało przekroczenia ponad normę, a najwyższe wynosiło wówczas 300-krotną normę wyznaczoną dla wody pitnej – dodaje Rafał Górski z Instytutu Praw Obywatelskich.
Pewnym problemem jest to, że w polskim i unijnym ustawodawstwie mamy określone normy najwyższych dopuszczalnych poziomów dla produktów prostych (takich jak np. kasze) ale nie mamy ich dla produktów złożonych. Produkty złożone składają się z dwóch i więcej składników – i do takich zalicza się piwo.
– Z pewnością łatwiej byłoby określać poziom czystości piw, gdyby taka norma istniała. Byłoby to korzystne zarówno dla producentów, jak i konsumentów – uważa Górski.
Organizatorzy akcji zostali zainspirowani wspomnianymi badaniami Monachijskiego Instytutu Środowiska, który sprawdził na obecność pozostałości glifosatu 14 najpopularniejszych marek piwa na rynku niemieckim. Okazało się więc, że piwa warzone w Polsce są zdrowsze niż te u naszych zachodnich sąsiadów.
Jak zauważa Marcin Galicki z FoodRentgen, być może obecna czystość polskich piw wynika właśnie z faktu zauważenia tego problemu w Niemczech w roku 2016. Jeśli tak jest rzeczywiście, to może to być dobry prognostyk nie tylko dla konsumentów, ale dla całej polskiej branży spożywczej, włączając w to producentów kasz. Zauważenie problemu jest bowiem początkiem jego rozwiązania.

Logika Białego Domu

Wirusolodzy ustalili, że wyhodowanie wirusa w laboratorium jest bardzo mało prawdopodobne. Władze Amerykańskie mają z tym poważny problem.

14 kwietnia „Washington Post” doniósł depeszach wysłanych przez amerykańskich dyplomatów, którzy na początku 2018 roku złożyli wizytę w laboratorium Wuhańskiego Instytutu Wirusologii. Wizyta odbyła się na zaproszenie chińskich władz, Amerykanie byli zaniepokojeni bezpieczeństwem i sposobem zarządzania ośrodka, oraz tym, że Chińczycy badają wirusy nietoperzy.
Po paru dniach Donald Trump, podczas konferencji prasowej w Białym Domu, wyraził „wysoki stopień przekonania”, że SARS-CoV-2 pochodzi z laboratorium Wuhan.
– Nie mogę wam tego powiedzieć, nie wolno mi wam tego powiedzieć – krygował się Trump,
– To straszne, co się stało. Czy to był błąd, po którym popełniono następny, czy ktoś zrobił to celowo, my wszystko ustalimy. Dowiecie się o tym w niezbyt dalekiej przyszłości – twierdził prezydent USA.
Dzień później biuro dyrektora wywiadu USA, oświadczyło, że zgadza się z „powszechnym konsensusem naukowców”, iż wirus „nie został stworzony przez człowieka lub zmodyfikowany genetycznie”.
Swojemu wywiadowi za grosz nie wierzy jednak Departament Stanu, a zwłaszcza jego szef.
– Od początku mówiliśmy, że ten wirus pochodzi z Wuhan w Chinach, ale myślę, że teraz widzi to cały świat. Pamiętajmy, że Chiny mają długą historię zarażania świata i długą historię prowadzenia laboratoriów niespełniających podstawowych standardów. Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy świat został wystawiony na działanie wirusów w wyniku awarii chińskiego laboratorium – powiedział 3 maja amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo. Potem wspomniał, że istnieje „ogromny dowód” na to, że SARS COV 2 pochodzi z laboratorium Wuhan.
Wytłumaczeniem tej schizofrenii jest fakt, że antychińskość w Białym Domu rośnie wprost proporcjonalnie do liczby zakażonych i zmarłych na COVID 19 Amerykanów.