Zapomniane ludobójstwo pod Wodną Górą

Waterberg (czyli „Wodna Góra” w języku afrikaans) to płaskowyż w formie góry stołowej, wznoszący się w Namibii ponad pustynną równiną Kalahari. To ważne źródło wód powierzchniowych w tej pustynnej i suchej części kontynentu, jak i rezerwuar wód podziemnych. Dla ludu Herero, wyznającego do dziś religię opartą na kulcie natury – miejsce święte. A także miejsce ich największej, niewyobrażalnej tragedii – esencji zbrodni kolonializmu. Niedawno minęła jej 116. rocznica.

Protesty pod hasłem Black Lives Matter i obalanie pomników ożywiły – przynajmniej na chwilę – debatę o kolonializmie, niewolnictwie i bezwzględnej eksploatacji podbitych ludów przez Europejczyków. Warto pamiętać, że to właśnie w niemieckich koloniach w Afryce Południowo-Zachodniej, czyli w dzisiejszej Nambii, zmaterializowały się późniejsze pomysły „ostatecznego rozwiązania”: uznania, że pewna kategoria ludzi z zasady jest gorsza i dlatego można zamknąć ich w obozach zagłady lub po prostu masowo mordować.
Niemiecka Namibia z jednej strony była próbką tego, co miało nastąpić po dojściu Hitlera do władzy, z drugiej – esencją całej epoki kolonializmu. Rządy Belgów w Kongu, Belgów w Kongu Leopolda II, Brytyjczyków w Indiach, Francuzów w Algierii, Amerykanów na Filipinach czy skutki interwencji zachodnich w Chinach różniły się w szczegółach, ale nie co do ogólnego mechanizmu i celu.
Korpus interwencyjny
Wybuch w 1904 r. powstania Hererów przeciwko kolonizacji niemieckiej spowodował przybycie do kolonii korpusu interwencyjnego. Stojący na jego czele gen. Lotar von Trotha, który brał już udział w tłumieniu powstań w innej niemieckiej kolonii w Afryce wschodniej (dziś Tanzania) w swoim dzienniku napisał: „Znam się wystarczająco na plemionach Afryki. Wszystkie one mają tę samą mentalność i wszystkie liczą się tylko z siłą. Było i jest moją polityką stosowanie siły – absolutny terror, a nawet okrucieństwo. Zniszczę zbuntowane plemiona, przelewając rzeki krwi”. Wprowadził od razu w kolonii stan wojny czyniąc się namiestnikiem cesarza oraz Sztabu Generalnego Armii Niemieckiej, usuwając w cień mającego wątpliwości co do jego metod gubernatora Theodora Leutweina.
11 sierpnia 1904 r. pod Waterbergiem Herero, dowodzeni przez charyzmatycznego Samuela Maharero, zebrali ok. pięć tysięcy wojowników, spodziewając się negocjacji z Niemcami. Kontyngent von Trothy liczył ponad 15 tys. żołnierzy uzbrojonych w karabiny, nowoczesne jak na owe czasy szybkostrzelne karabiny maszynowe i 30 sztuk artylerii. Obóz Hererów, w którym oprócz mężczyzn uzbrojonych w tradycyjną broń kirri, znajdowały się kobiety i dzieci oraz niezliczone stada bydła i kóz, został zniszczony. Namioty i inne prowizoryczne zabudowania oraz studnie były palone i zasypywane.
Niemcy – żołnierze i ochotnicy – mordowali każdego, zabijali ludzi i zwierzęta. Tysiące ocalałych Hererów wraz z resztkami stad w panicznej ucieczce ruszyły na wschód, ku brytyjskiej Beczuanie (dzisiejsza Botswana), ale na ich drodze stała mordercza pustynia Kalahari. Na półkuli południowej bywa w sierpniu pora sucha…
Uciekający Herero
Niemcy okopali się na granicach pustyni, a 2 października 1904 r. von Trotha wydał niesławny rozkaz eksterminacji powstańców: „Każdy Herero znaleziony w granicach Niemiec z bronią lub bez, z bydłem lub bez, zostanie zastrzelony”.
Ten ludobójczy plan eksterminacji całego narodu zrealizowano z niemiecką dokładnością i bezwzględnością iście kolonialną: z absolutnym przekonaniem, że życie przedstawicieli niższej rasy nic nie jest warte, a moralne i właściwe jest działanie mające na względzie wyłącznie zysk Europejczyków, niszczące wszelką produkcję autochtonicznych ludów.
Marsz Herero uciekających po bitwie na wschód doprowadził do niemal wymarcia tego ludu. W obozie pod Waterbergiem było ich wszystkich 60 tys. Samuelowi Maharero udało się doprowadzić do Beczuany tysiąc osób.
Inni, którzy nie zginęli podczas bitwy i pierwszej rzezi, umierali w niewyobrażalnych katuszach z pragnienia i wyczerpania na pustyni. Z ich stad nie zostało dosłownie nic. Niemieckie patrole znajdowały potem szkielety wokół otworów o głębokości 8–16 m, wykopywanych w daremnej nadziei na znalezienie wody. Trupy ludzi i zwierząt zalegały na obszarze dziesiątków tysięcy km kwadratowych. Ludzkie szkielety, które próbowały zawrócić z pustyni i poddać się, wracały po śmierć: zgodnie z rozkazem von Trothy tych nieszczęśników bez względu na płeć, wiek i stan zdrowia zabijano na miejscu.
I dopiero po tym, gdy Berlin odwołał ludobójczy rozkaz, zamiast mordować ich na miejscu, zaczęto wysyłać ich do obozu na wyspie Shark, skale połączonej z lądem niepewną groblą, smaganej zimnymi i słonymi wiatrami znad południowego Atlantyku. „Nie sądzę, aby na świecie istniało miejsce bardziej niegościnne i wrogie człowiekowi” – tak ten skrawek lądu opisał lekarz wojskowy stacjonujący wtedy w Namibii.
Obóz był szeregiem blaszanych bud dla strażników oraz szałasów z koców i szmat dla osadzonych Hererów, otoczony drutem kolczastym z murowaną strażnicą zlokalizowaną u wylotu grobli na stały ląd. Dokuczliwe zimno, sól w powietrzu i w glebie, skalisty pozbawiony roślinności teren, a także rekiny krążące stale w wodach okalających wyspę nadawały mu dodatkowej grozy.
Protoplasta obozu śmierci
Obóz ten – w sumie Niemcy po bitwie pod Waterbergiem i późniejszym spacyfikowaniu ludu Namaqua utworzyli w kolonii sześć podobnych – w literaturze i dokumentach nazywa się jasno obozem zagłady.
Klany Herero z północy kraju, które nie brały udziału w powstaniu i walkach w rejonie Waterbergu, nie uratowały się przed eksterminacją. Zostały przesiedlone do wiosek-obozów i poddane kolonialnej eksploatacji.
Zdjęcia z tamtego okresu – które stały się formą pocztówek przesyłanych do Vaterlandu z kolonii, opatrzone zjadliwymi i rasistowskich komentarzami – stanowią dokumentację tego haniebnego sytemu oraz ludzkiej degrengolady. Szczytem europejskiej hańby epoki kolonialnej jest jedno ze zdjęć zrobionych przez porucznika Dühringa: w pomieszczeniu, zapewne strażnicy na Shark Island, stoi naga, młodziutka dziewczynka Herero, między zaciśniętymi jej udami widać resztkę szmaty, która stanowiła jej odzienie, a które zapewne przed chwilą z niej zdarto. Tak wyglądało panowanie „cywilizowanych ludzi” w Afryce. Droga do Auschwitz, Mathausen, Dachau i innych obozów śmierci została wytyczona. Ocenia się, że pacyfikacja i eksterminacja Hererów wyniszczyła ten lud w blisko 80 proc. Z namibijskich Namaqua zginęło „tylko” 50-60 proc.
Wyższość białych
Dramat ludu Herero sprzed ponad 100 laty rzuca po dziś dzień złowrogi cień. W czasie tej wojny zabrano do Niemiec w celu tzw. badań naukowych, mających udowodnić wyższość białych Europejczyków nad Afrykanami, kilkaset głów obciętych zabitym lub zmarłym w różnych okolicznościach Hererów. Umieszczone były one do początków XXI wieku, w formalinie, w archiwach instytutów badawczych i uniwersytetów niemieckich. Namibia od lat domagała się zwrotu ok. 40 czaszek i głów, jakie zlokalizowano na terenie Niemiec.
Interwencje i nadanie sprawie rozgłosu międzynarodowego przez Petera Katjavivę, polityka i dyplomatę namibijskiego, okazały się skuteczne: w 2011 r. te makabryczne eksponaty zostały zwrócone do Namibii. W sierpniu 2018 r. Niemcy zwróciły pozostałe czaszki i inne ludzkie szczątki, nad którymi przeprowadzane badania pod kątem naukowego promowania białej supremacji na świecie.
Wcześniej, w setną rocznicę rozpoczęcia ludobójstwa, członek niemieckiego rządu Heidemarie Wieczorek-Zeul, niemiecka minister rozwoju i współpracy gospodarczej, oficjalnie przeprosiła. Oświadczyła na polu bitwy pod Waterbergiem, pod monumentem wzniesionym ku czci zabitych i zamęczonych Hererów: „my Niemcy, akceptujemy naszą historyczną i moralną odpowiedzialność oraz winę poniesioną w tym czasie”.
Wykluczyła jednak wypłacanie specjalnych rekompensat dla potomków i rodzin, obiecując stałą pomoc gospodarczą dla Namibii. Także rodzina von Trothów udała się w 2007 roku na zaproszenie wodzów królewskich Herero do Namibii i publicznie przeprosiła za działania swojego krewnego i przodka.
Herero i Namaqua złożyli pozew w Stanach Zjednoczonych w 2017 roku, domagając się odszkodowania od rządu niemieckiego i Deutsche Bank , który finansował przedsięwzięcia rządu niemieckiego.
Pozwali także firmy działające w koloniach, korzystających z niewolniczej pracy ludzi osadzonych w obozach. Dokonują tego na podstawie Alien Tort Statute, amerykańskiego prawa z 1789 r., często przywoływanego w sprawach dotyczących praw człowieka. Niemcy oddalają żądania pozywających: jako suwerenny naród nie mogą być pozwane przed sądy amerykańskie w związku z czynami poza Stanami Zjednoczonymi. Także nowojorski sąd nie kwapi się z procedowaniem pozwu. W wywiadzie dla New York Timesa jeden z wodzów Herero Sam Kambazembi skomentował tę sytuację, porównując sytuację Herero do powszechnie potępionego i trwającego w światowej pamięci Holokaustu: „Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni”.
To, co praktykowano w koloniach, jak prowadzono podbój i eksterminację ludów pozaeuropejskich, zatrwożyło eleganckich, cywilizowanych Europejczyków, białych chrześcijan dopiero w latach 1939-45.
Dopiero wtedy, gdy kulturalny, jeden z najbardziej cywilizowanych i stymulujących postęp nauki i kultury światowej kraj, Niemcy, zastosował te same metody w Europie.
Na oczach innych państw, które w swoich koloniach też dokonywały rzezi.

Król żałuje za ludobójstwo

Nie są to przeprosiny, ale i tak wyznanie jest bez precedensu: obecny król Filip Belgijski wystosował dziś list do narodu kongijskiego w 60 rocznicę zdobycia niepodległości przez Demokratyczną Republikę Konga, w którym wyraża swój „najgłębszy żal” za „rany” zadane mu w okresie kolonialnym. Według różnych źródeł, ludzie króla Leopolda II Belgijskiego zabili tam między 10 a 30 milionów ludzi.

Pomniki Leopolda II, jako „wielkiego budowniczego”, przechodzą w Belgii ciężką próbę. Do 1908 r. Kongo było osobistą własnością tego króla, przekazał je państwu belgijskiemu dopiero na rok przed śmiercią. Wielki afrykański kraj był do tego czasu największym dostawcą kości słoniowej i kauczuku w Europie, kosztem ludobójstwa podyktowanego patologiczną chęcią zysku. Na fali światowych ruchów antyrasistowskich po tragicznej śmierci Afroamerykanina George’a Floyda doszło w Belgii do niszczenia licznych pomników króla. Rodzina królewska postanowiła więc zareagować.
List króla Filipa otrzymał dziś Félix Tshisekedi, prezydent Konga. Nie ma w nim nic o ludobójstwie, lecz „przemoc i okrucieństwo” czasów kolonialnych zostały potępione, tak jak i „dyskryminacje obecne w naszych (europejskich) społeczeństwach”. Premier Belgii Sophie Wilmès ogłosiła równocześnie, że „nadeszła godzina, by Belgia weszła na drogę prawdy”, co do swej przeszłości kolonialnej. W XIX w. Belgowie uznali całą ludność Konga za niewolników, dając sobie prawo zabijania wszystkich „zbędnych” lub opornych.
„Czyszczenie terenu” wymagało użycia wielkiej liczby nabojów, których w końcu zaczęło brakować, więc w ramach działań przeciw marnotrawstwu zmuszono żołnierzy do przynoszenia dowodów, że liczba użytych nabojów odpowiada liczbie zwłok zabitych – musieli obcinać im dłonie i zbierać je do wielkich koszy, by dowódcy mogli je przeliczyć. Część Afrykanów zaciągniętych w służbę Leopolda obcinała dłonie żywym, żeby rachunek się zgadzał. Na pamiątkę tego procederu jeszcze do niedawna produkowano w Belgii popularne czekoladki w formie małych dłoni.

Kto zagraża pokojowi?

Społeczne Forum Wymiany Myśli – Wrocław rozpoczyna sezon debat 2019-20.

Na najbliższym spotkanie zajmiemy się kwestią zagrożenia dla pokoju w Europie ale też i na świecie. Chcemy przedyskutować problem militaryzacji, nowego wyścigu zbrojeń, klimatu nieufności i agresji, podżegania do napięcia międzynarodowego, siania wrogości między społecznościami itd. Stary Kontynent tak naznaczony wojnami, konfliktami, ludobójstwem, po doświadczeniach dwóch wojen, które przetoczyły się przez tereny Europy niczym walec przeżył 45 lat w efekcie Jałty i Poczdamu – mimo koślawości i współczesnych narzekań na owe umowy Wielkich Mocarstw – w pokoju i stabilności. A nie ma niczego ważniejszego niż pokój: mówili na ten temat tacy giganci, admirowani również przez polski mainstream, ostatnich dekad jak Albert Einstein, Martin Luther King, Nelson Mandela czy Jan Paweł II. Postaramy się odpowiedzieć kto, dlaczego z jakich pobudek zagraża pokojowi w Europie i na świecie.
Chcemy znaleźć, choć częściowe, odpowiedzi na pytania:
1/ czy Polska musi być promotorem militaryzmu i napięcia w Europie?
2/ czy musimy wydawać taką część budżetu na zbrojenia (bo tak życzy sobie światowy hegemon i ponoć nasz najlepszy sojusznik)?
3/ czy nasza obecność w agresywnym aliansie jakim jest  NATO  (jest to agresywny alians od przeszło 3 dekad absolutnie nie będący – wedle wcześniejszych uzgodnień – paktem obronnym) jest niezbędna dla stabilizacji sytuacji w Europie?
4/ czy Polski nie stać na powtórzenie na międzynarodowej arenie inicjatywy znanej i cenionej swego czasu jako „plan Rapackiego” co niewątpliwie by przełożyło się na spadek napięcia międzynarodowego?
5/ dlaczego społeczeństwo Polskie tak pokornie zgadza się na to aby tereny Polski były poligonem doświadczalnym dla NATO?

Krwawe memento

6 kwietnia minęło dokładnie ćwierć wieku od dnia, gdy samolot z rwandyjskim prezydentem Juvénalem Habyarimaną oraz jego burundyjskim odpowiednikiem – Cyprienem Ntaryamirą, podczas lądowania w stolicy Rwandy został zestrzelony rakietą „Strieła”.

Wrak spadł w ogrodzie prezydenckiego pałacu, gdzie jako symbol i pomnik znajduje się do dzisiaj. Katastrofy nikt nie przeżył. Był to jednoznaczny sygnał dla bojówek Hutu, aby rozpocząć przygotowywaną – materialnie i duchowo – masakrę Tutsich, która trwała do lipca 1994 r. W ciągu tych trzech miesięcy zabito od 800 tys. do 1 mln ludzi: Tutsich, Hutu sprzeciwiających się rzeziom (traktowanym jako zdrajcy), przypadkowych i pochodzących z mieszanych małżeństw osób.
Mordowano każdego Tutsi. Nie było to trudne, bo dowody osobiste zawierały informację o przynależności plemiennej. Pomocne były także wcześniej sporządzone listy proskrypcyjne. Rzezi dokonywano przy pomocy maczet, nabijanych gwoździami maczug lub włóczni. Rozdawano skrzynki z alkoholem, aby pobudzić ducha walki z Tutsi, zdrajcami i z tymi, których uznano za „niepotrzebne nikomu karaluchy” – tak właśnie liczne, lokalne stacje radiowe przygotowywały mentalnie Hutu do owego czynu, a określenie „karaluchy” wobec Tutsich było najdelikatniejszym z arsenału medialnej narracji. W pierwszym okresie, po rozpoczęciu masakry, zginęło wiele znaczących osobistości z plemienia Tutsi oraz umiarkowanych polityków pochodzenia Hutu.
A stało się to wszystko w regionie najbardziej katolickim w całej Afryce – można powiedzieć, że region zamieszkiwany przez te dwa plemiona, czyli obszar obejmujący Rwandę, Burundi, Kongo to taka Polska na Czarnym Lądzie. Nauki Kościół rzymskiego były tu za sprawą europejskich kolonizatorów, głównie Belgów i Francuzów, narzucane w sposób najbardziej masowy. Efekty tych procesów z punktu widzenia Watykanu zdawały się być spektakularne, wręcz modelowe. W Rwandzie Kościół rzymski cieszył się od dekad przywilejami i wysoką pozycją społeczną, przybywało duchownych, zakonnic i zakonników, liczba powołań stanowiła o sile rwandyjskiego Kościoła. W Rwandzie i Burundi w szczególności biskupi czynnie uczestniczyli w polityce bieżącej, zaś nauczanie Kościoła było od lat wmontowane w system edukacyjny – tak w okresie kolonialnym, jak i po wyzwoleniu. Jaką rolę odegrało katolickie duchowieństwo w te makabryczne dni? W wielu przypadkach – haniebną, o czym świadczą liczne wyroki za udział w ludobójstwie wydane w stosunku do księży, zakonnic i misjonarzy. Taka to była chrystianizacja tych terenów.
Inny mało podkreślany aspekt. Bojówki Hutu – taka „obrona terytorialna” w rwandyjskim wydaniu, tzw. Interahamwe i Impuzamugambi – były zaopatrywane permanentnie w broń różnego kalibru od czerwca 1993. Zajmowała się tym brytyjska firma Mil-Tec Corporation Ltd, a faktura za wymienione dostawy opiewała na 6,5 mln USD. Oto część z nich: 06.06.1993 – amunicja z Tel Awiwu do Kigali, 17/18.04.1994 – amunicja z Tel Awiwu do Goma, 22/25.04.1994 – amunicja i granaty z Tel Awiwu do Goma, 29.04/03.051994 – amunicja, granaty, moździerze i karabiny z Tirany do Goma, 09.05.1994 – amunicja, moździerze i karabiny z Tirany do Goma, 18/20.05.1994 – amunicja, moździerze, karabiny i wyrzutnie rakiet z Tirany do Goma, 13/18.05.1994 – amunicja i rakiety z Tirany do Kinszasy.
Jak widać, dostawy nie zostały przerwane w trakcie rzezi. Business is business. Kapitalizm to przede wszystkim zyski, a handel bronią to jedno z bardziej rentownych przedsięwzięć.
Warto się zastanowić nad kondycją człowieka w XXI wieku, poddać analizie siłę nienawistnie ukierunkowanej agitacji w przedmiocie wzbudzania wojennej histerii czy szczucia jednych przeciwko temu INNEMU. Na przykładzie tej rzezi widać jak na dłoni, że niezwykle łatwo jest przejść od wyrafinowanego high-tech, którą posługujemy się na co dzień, do pospolitego barbarzyństwa. I ani religia, ani nowoczesne technologie, nie mają tu wiele do powiedzenia.
Nie chcę kreślić prostych analogii, ale od pewnych podobieństw trudno uciec: nie sposób patrzeć z niepokojem na polską powszechną nienawiść, promocję agresji, medialną „szczujnię”, organizowanie tzw. „obrony terytorialnej”, pogardę dla inaczej myślących, kipiące wrogością i jadem marsze „patriotów”. Dwa wrogie plemiona w naszym społeczeństwie już są. Co będzie dalej?