Pora tupnąć!

Czyli czas na stan wyjątkowy w całym kraju!

Zainspirował mnie do tego wniosku minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński, który uzasadnił konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym z Białorusią obowiązkiem ochrony bezpieczeństwa Polaków.

Ale co to za dbanie o moje bezpieczeństwo w trzykilometrowym pasie przy samym Łukaszence, nota bene w jakimś sensie bliskim ideowo i w praktyce naszym aniołom stróżom?!… Wszak nie tak dawno jeden z nich, dr Karczewski rozpływał się z zachwytu, jaki to Łukaszenka ciepły człowiek!…

Temperaturę mu mierzył?!…

Wprowadzenie przy granicy stanu nadzwyczajnego nasuwa refleksję, że obecnie służby odpowiedzialne za ochronę naszych granic są zarządzane nieudolnie i marna jest ich skuteczność, skoro potrzebny jest aż stan wyjątkowy, żeby poprawić efekty ich pracy.

Tylko patrzeć, jak stan wyjątkowy okaże się mało efektywny i wtedy zostanie wprowadzony stan wojenny!

Moim zdaniem bardziej potrzebny był na tej granicy i to już dawno temu, kordon sanitarny, by nie przenikały z Mińska do Warszawy chore idee, wzorce barbarzyńcy i zamordysty Olka Rychorawicza. Ale wprowadzenie kordonu dzisiaj to musztarda po obiedzie.

Natomiast jest najwyższy czas, by stan wyjątkowy wprowadzić na terenie całego naszego kraju, właśnie w ochronie bezpieczeństwa Polaków!, któremu coraz bardziej zagraża głównie … kasta sprawująca obecnie władzę, przekraczająca wszelkie granice przyzwoitości i dbałości o interes całego narodu.

Oto kilka przykładów, pierwszych z brzegu, wymienienie wszystkich zajęłoby cały numer gazety:

– Właśnie rząd robi wszystko, by pozbawić nas kilkudziesięciu miliardów euro z UE.

– Inflacja jest najwyższa od 20 lat. Ceny żywności rosną w zastraszającym tempie. Np. drastycznie rosną ceny chleba.

– Gildia z Nowogrodzkiej przyznaje sobie od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych podwyżki uposażenia, a tym którzy ją utrzymują z podatków rzuca z łaski, i to nie wszystkim, po kilka groszy, bezczelnie utrzymując, że sprawiedliwość, równość i stały wzrost dobrobytu społeczeństwa to jej najwyższe cele.

– Rośnie liczba ludzi ubogich, . ale rząd mimo zapewnień jego guru, nadal dokarmia „tłuste koty”, i to coraz smaczniejszymi kąskami, biorąc na to pieniądze z naszych kieszeni, w tym z kieszeni właśnie ludzi ubogich.

– Rządzący uprawiają korupcję we wszystkich jej postaciach, m.in. najbardziej cuchnącą – polityczną.

– Podeptali buciorami zasady prawne obowiązujące od czasów rzymskich, usiłując za wszelką cenę podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości i ręcznie nim sterować. U wielu sędziów i prokuratorów przekupstwem, poczucie godności osobistej połączonej z obiektywizmem czyli z bezstronnością zamienili na służalczość i posłuszne merdanie ogonkiem, doprowadzając do sytuacji absurdalnych. Czyż nie jest wręcz paranoiczną sytuacja, gdy przewodniczący sądów w Olsztynie i w Warszawie odmawiają wykonania wyroków sądowych?!!!

– Rząd ustami premiera zapewnia, że potrafi uderzyć się w piersi. I rzeczywiście wciąż w nie tłucze, tyle że nie we własne.

– Społeczeństwo jest coraz bardziej bezczelnie pozbawiane prawa do rzetelnej informacji. Władza wszelkimi sposobami stara się mediom przedstawiającymi prawdę nałożyć kaganiec albo wręcz je utylizować,

– I, moim zdaniem, największa podłość rządzących – rozbuchanie w znacznej części narodu najgorszych ludzkich instynktów, jak obskurantyzm, reakcyjność, wstecznictwo, ksenofobia, brak szacunku i agresja wobec tych, którzy mają czelność myśleć i zachowywać się inaczej niż uprzywilejowane obecnie kołtuństwo.

Przewodnie hasło wypisane na transparentach rządzących to: Po nas choćby potop!

Ilu z tych którzy biernie przyglądają się lub aktywnie wspierają ten marsz ku przepaści, jest w stanie zdobyć się na refleksję, że w tym potopie utoną ich dzieci i wnuki!?

Toteż m.in. po to by je ratować, potrzebne jest niezwłocznie wprowadzenie stanu wyjątkowego na terenie całego kraju.

Ale jest pewien szkopuł, który ten wniosek czyni utopijnym. Przecież ci co zagrażają naszemu bezpieczeństwu nie wprowadzą stanu wyjątkowego wobec siebie! Mariusz Kamiński nie zatrzyma w areszcie domowym Jarosława Kaczyńskiego i nie zamknie się tam razem z nim. Mariusz Błaszczak nie wyceluje swojej lufy, to znaczy lufy podległego mu czołgu w willę na Żoliborzu? Piotr Gliński prawdopodobnie, bo do końca nie jestem pewny, nie dokona szczegółowego obszukania Beaty Szydło, Beaty Kępy czy Krystyny Pawłowicz? Domniemywam, że z racji pełnionej funkcji ministra kultury ma choćby szczątkowe poczucie estetyki.

Toteż wprowadzenie stanu wyjątkowego przez obecnie rządzącą ekipę, to jakby wpuścić lisa do kurnika. Zresztą wiele wskazuje na to, że lis już się koło kurnika kręci. bowiem obecny stan wyjątkowy w pasie przygranicznym to próba generalna.

Najwyższa więc pora, by nie dopuścić, żeby ta próba generalna w obecnej obsadzie doczekała się premiery na scenie całego kraju.

Tym razem stan wyjątkowy powinien wprowadzić naród. Konkretnie ta jego większa część, która ma rozum ulokowany w swojej głowie a nie w sempiternie prezesa.

Koniec z drzemką, koniec z wyznawaniem zasady tumiwisizmu, a partyjna opozycja niech przestanie kierować się zasadą: – Mówię Ojczyzna, myślę stołek.

Tylko wszyscy, zwarci i konsekwentni będą w stanie tupnąć jednocześnie tak głośno i mocno, że wskażą kamaryli jej właściwe miejsce.

Bowiem rządzące towarzystwo wzajemnej adoracji w gruncie rzeczy kuli ogon pod siebie, gdy ktoś mocno i głośno tupnie. Tupanie, takie jak kobiety, która uciekła na stół przed myszą i tam na nią tupie, traktuje tak jak na to zasługuje – kpiną i lekceważeniem.

Pustki w kasie CBA

Z funduszu operacyjnego Centralnego Biura Antykorupcyjnego mogło zniknąć 15 mln zł – alarmują media. Lewica apeluje o zwołanie specjalnego posiedzenia komisji służb specjalnych, a CBA odpowiada: nic złego się nie dzieje!

Niepokojące doniesienia o służbie, która jest ukochanym dzieckiem PiS i osobiście Mariusza Kamińskiego, jako pierwszy podał 17 stycznia Onet. Pisał o pracownicy CBA, która mogła wyprowadzić z instytucji miliony złotych. Uzależniona od hazardu funkcjonariuszka, odpowiedzialna za kasę CBA, miała przywłaszczyć sobie nawet 5,5 mln zł. Kobieta została zatrzymana, ale okazało się, że to dopiero początek afery.

Znikające miliony

Według dziennikarzy „Gazety Wyborczej” pieniądze z kasy funduszu operacyjnego służby, przeznaczone na potrzeby tajnych operacji, czyli w przypadku CBA na akcje kontrolowanego wręczania łapówek, znikały od wielu miesięcy i chodzić może o kwoty od 6,5 mln do nawet 15 mln złotych. Według informacji „GW” jeszcze w maju 2019 r. milion złotych przepadł z funduszu podczas operacji wymierzonej w Michała Królikowskiego, doradcę prezydenta Andrzeja Dudy, a wcześniej wiceministra sprawiedliwości w rządzie PO-PSL. Gotówkę, przygotowaną na potrzeby akcji specjalnej, miał przejąć „pośrednik współpracujący z Biurem”, który następnie po prostu zniknął. Po tej właśnie cokolwiek kompromitującej sytuacji do „GW” zgłosił się informator, alarmując, że nie był to wcale wyjątkowy przypadek. Poniekąd potwierdził to wiceszef CBA Bogdan Sakowicz miesiąc po zdarzeniu. Przyznał, że w funduszu operacyjnym „doszło do nadużyć”.

CBA: nic się nie stało

Czy kasa CBA pozostawała poza wszelką kontrolą, a pieniądze wybierano z niej według własnego uznania? Biuro prasowe CBA stanowczo zaprzecza. – Nie jest prawdą, jakoby CBA utraciło jakiekolwiek środki finansowe – grzmi w komunikacie przesłanym „GW”.

Tyle, że trudno w to uwierzyć w świetle faktu, że w ostatni czwartek, 16 stycznia, na emeryturę równocześnie wysłani zostali szefowie bezpieczeństwa wewnętrznego i pionu ekonomicznego CBA.
– Obydwaj należeli do wewnętrznego kręgu zaufanych nie tylko szefa Ernesta Bejdy, ale także ministrów koordynatorów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – mówił o nich anonimowy informator TVN.

Niech Kamiński się wytłumaczy

Sejmowa Lewica domaga się zwołania specjalnego posiedzenia komisji służb specjalnych, a także tego, by premier lub minister koordynator służb specjalnych wytłumaczył się z całej sytuacji przed Sejmem. Na konferencji prasowej poseł Maciej Gdula sugerował, że możemy mieć do czynienia z większą aferą, niż w sprawie Mariana Banasia.

Poseł Andrzej Rozenek przypomniał natomiast, że liczne nieprawidłowości w CBA wyszły na jaw dopiero wtedy, gdy PiS stracił władzę.

– CBA od zawsze było wykorzystywane politycznie, tak jest i teraz, ale ponadto Centralne Biuro Antykorupcyjne stało się teraz źródłem finansowania dla jakichś grup osób, które wskazało PiS. Sytuacja jest niepokojąca, ponieważ nie chodzi o 5 mln złotych, jak donosiły na początku media, ale o kilkanaście milionów złotych. Każdy człowiek, który zna się na funduszu operacyjnym, zada proste pytanie: jak to było możliwe bez wiedzy przełożonych? – mówił.

Wystarczy nam policja

Rozenek przypomniał również, że stanowisko SLD jest od lat niezmienne: CBA nie jest nikomu do niczego potrzebne. Zadania, jakie przydzielono tej służbie, z powodzeniem mógłby realizować ktoś inny.

– Centralne Biuro Antykorupcyjne jest służbą od dawna skompromitowaną i powinno zniknąć. Kilkaset milionów złotych, które pozostanie w budżecie po likwidacji CBA, będzie można przeznaczyć na Policję – podsumował Rozenek.

Flaczki tygodnia

Trwa dorzynanie „watahy”. Ale nie wedle planu politycznego, o jakim usłyszeliśmy od Radosława Sikorskiego jesienią 2007 roku, pod koniec kampanii wyborczej do polskiego parlamentu.
Jeszcze na początku tamtego roku Sikorski był ministrem obrony narodowej w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zaczął swe ministrowanie w rządzie PiS już w 2005 roku, rządzie firmowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Ale w lutym 2007 roku Sikorski podał się do dymisji. Powodem był jego konflikt z ówczesnym szefem Służby Kontrwywiadu wojskowego Antonim Macierewiczem. Politykiem konfliktogennym.
Ponieważ pan premier Jarosław Kaczyński nie złajał pana Antoniego odpowiednio, urażony Radek przeszedł do konkurencyjnej Platformy Obywatelskiej. I już 12 września 2007 roku ogłosił, że będzie kandydował do Sejmu RP z list tej partii. Wzmocnił wtedy jej prawe skrzydło.

***

Intuicja polityczna nie zawiodła go. Platforma wygrała wybory i rządziła wraz z PSL do końca 2015 roku. Sikorski został w 2007 roku ministrem spraw zagranicznych w pierwszym rządzie Donalda Tuska i członkiem Platformy Obywatelskiej. W roku 2010 był już jednym z wiceprzewodniczących tej partii. W tym samym roku konkurował z Bronisławem Komorowskim o nominację na kandydata PO w wyborach prezydenckich. Przegrał wtedy, ale potem, w latach 2014-15, zdążył być marszałkiem Sejmu RP.

***

Musiał zrezygnować z tej funkcji po aferze podsłuchowej. Jego wystawne biesiady, na koszt podatników rzecz jasna, okraszane szczerymi i krytycznymi ocenami polskiej klasy politycznej, nagrane przez spec służby, musiały wzbudzić gniew ludu polskiego. Ciągle egalitarnego, ale pełnego też hipokryzji i odporności na realne polityczne myślenie. Przez to łatwego do manipulawania przez służby specjalne i poddane im media głównego nurtu.

***

Zamawiane w knajpie „Sowa i przyjaciele” danie „ośmiorniczki” stały się wśród wyborców PiS i licznego ludu polskiego synonimem rozpusty zdegenerowanych elit rządzących. Przeszły do słownika politycznego jako danie elit ostentacyjnie gardzących polskim ludem pracującym polskich miast i wsi.

***

Zabawne, że owe „ośmiorniczki” nie były w tamtej knajpie daniem najdroższym, ani najbardziej wykwintnym. Cenowo plasowały się w dolnych stanach średnich całego menu. W Azji, czyli miejscu ich urodzenia, ośmiorniczki należą do najtańszych dań. Tam w knajpach droższa jest wołowina i świnina, nawet drób. Zresztą w „Sowie i przyjaciele” to nie one nabijały wysokie rachunki, tylko zamawiane do nich przez biesiadników drogie – bo markowe – wina.
Ale wina, nawet te drogie, nie robią na wyborcach, zwłaszcza na „ciemnym ludzie”, takiego wrażenia jak obce polskiej ziemi i polskiej kuchni ośmiorniczki. Gdyby Sikorski żarł tam naraz po trzy schabowe z kostkami smarowanymi świńskim smalcem, do tego goloneczki w piwie, na drugie zrazy zawijane z kapustą modrą i kopę pierogów ruskich słoniną okraszonych, a na deser gicz cielęcą i szpik wołowy do ssania, i popijał wszystko wódką „Młody ziemniak” z Podlasia, rocznik 2007, czyli suche i upalne lato, to nadal byłby uważany za polskiego patriotę. A tak wynarodowił się od razu. Bo Polak, zwłaszcza katolik, ośmiorniczek i innego robactwa do ust nie brać nie może.

***

Zanim dorżnęły go te ośmiorniczki, to jesienią 2007 roku podczas kampanii wyborczej, zwracając się do ówczesnego wicemarszałka Sejmu RP i lidera PO Donalda Tuska zadeklarował dosadnie: „Jeszcze jedna bitwa, panie marszałku, dorżniemy watahę”. Zapowiadał surową rozprawę z prawicowym braćmi z PiS po wygranych przez PO wyborach.

***

Powstał wówczas spór semantyczno-polityczny. Czy Radek Sikorski mówiąc o dożynaniu mówił przez „ż” czy przez „rz”. Bo bezokolicznik „dożynać” wywodzi się od ”żąć”, czyli ścinać, kosić. Trawę albo zboże. Dożynki kojarzą się z czynnością powtarzaną, bo trawa po ścięciu odrasta. I znów trzeba żniwować.
Za to „dorzynać”, pochodzące od czasownika „rżnąć”, to czynności zakończona finałowym unicestwieniem. Raz na zawsze. Zatem Sikorski wzywał wtedy do dorzynania „watahy”, czyli elit PiS.

***

Platforma Obywatelska władzę zdobyła, ale składanej przez Sikorskiego obietnicy wyborczej nie dotrzymała. Dożynała PiS trochę, ale strzygła partię Kaczyńskiego niczym żywopłot. Elity PO szybko bowiem dostrzegły, że istnienie duopolu politycznego: elegancka, europejska, umiarkowana PO i ten buraczany, prowincjonalny, ciemny PiS znakomicie konserwuje władzę PO. I pacyfikuje pozostałą konkurencję polityczną. Zwłaszcza kiedy PO przejmowała do swych szeregów popularnych polityków centrolewicowych i centrowych, a PiS wchłaniał radykalną prawicę.
O tym że Platforma nie chce dorzynać „watahy” PiS świadczyło sejmowe głosowanie z 2015 roku, kiedy pomimo posiadanej większości sejmowej, nie postawiono Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Bo wielu parlamentarzystów PO nie chciało krzywdzić braci z PiS.

***

Teraz PiS takich błędów nie popełnia. Dorzyna „watahę PO i PSL” konsekwentnie, systematycznie, bezlitośnie.

***

Łatwo dzisiaj elitom PiS dorzynać swych niedawnych braci politycznych. Bo to przecież parlamentarzyści PO i PSL pomagali PiS w wykuwaniu politycznych brzytew i siekier. Obie formacje zgodnie dbały o rozwój Instytutu Pamięci Narodowe, powołanego jeszcze w 1998 roku, bo uważały go za oręż przydatny w dorzynaniu polskiej lewicy. Podobną funkcję miało spełniać Centralne Biuro Antykorupcyjne powołane w 2006 roku. Wtedy kluby parlamentarne PiS i PO zgodnie głosowały za powołaniem CBA i jego szefem panem ministrem Mariuszem Kamińskim. Bo uchodził on za szczerego antykomunistę. Bat na „komunę”. Czas pokazał, że minister Kamiński wobec braku żywych i atrakcyjnych „komunistów” swoją niespożytą energię skierował przeciwko „postkomunistom”, czyli obecnej PO, Nowoczesnej i PSL.

***

Warto też przypomnieć, że na sukces wyborczy PiS silnie zapracowały media związane z PO. Tak skutecznie obrzydzały SLD, że lewica nie przekroczyła progu wyborczego. I dało to parlamentarną większość PiS.

***

PiS konsekwentnie dorzyna „watahę” PO. Niestety rżnie siekierami, jak nacjonaliści ukraińscy w Wołyniu, dorzynając przy okazji demokrację parlamentarną w naszym kraju.

Ale o tym w następnych Flaczkach.

Łaska pańska

We wtorek 17 lipca Julia Przyłębska wzięła do ręki tradycję 30 lat ułaskawień przez prezydentów RP i grzmotnęła nią o ścianę.
A w zasadzie to właściwie tradycję wywodzącą się z czasów trochę tylko późniejszych od momentu wynalezienia koła.
W Konstytucji 3 Maja napisano: „Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi [prawo łaski] na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status [zbrodni stanu]”.
W Konstytucji Księstwa Warszawskiego: „Ius agratiandi służy królowi: on tylko może darować lub zwolnić karę”.
Konstytucja Marcowa: „Prawo darowania i złagodzenia kary, oraz darowania skutków zasądzenia karno-sądowego w poszczególnych wypadkach — przysługuje Prezydentowi Rzeczypospolitej”.
Nawet Prezydentowi RP na uchodźstwie przysługiwało prawo łaski wobec „skazanego podczas II wojny światowej wyrokiem wojskowego sądu polowego”.
Wiecie, rozumiecie (puszczenie oka) – „skazanego”. Skazanym ludzi czyni się poprzez wydanie wyroku (dwukrotne puszczenie oka). Chyba nikt w historii naszego kraju nie słyszał jeszcze, żeby król, prezydent czy inny marszałek podjechał swoim czarnym mercem i przerwał policjantom aresztowanie groźnego bandyty mówiąc: „A przepraszam, ten pan jest ze mną”.
W Polsce zresztą prawo łaski nigdy nie było nadużywane (poza budzącym uzasadnione zaniepokojenie przypadkiem, kiedy Lech Kaczyński ułaskawił kolegę swojego zięcia, Marcina Dubienieckiego). Choć jeśli chodzi o ilość ułaskawionych to tutaj złoty medal wędruje do Aleksandra Kwaśniewskiego – 4288 uniknęło kary bądź została ona złagodzona. Odmowę od prezydenta usłyszało natomiast 2112 osób. Ale to w końcu 10 lat urzędowania. W przeliczeniu na pojedynczą kadencję Kwaśniewski ułaskawiał standardowo.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych ułaskawień dokonanych przez prezydenta z SLD było z pewnością złagodzenie kary Zbigniewowi Sobotce. Były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji był związany z tzw. aferą starachowicką. Kwaśniewski zajął się nim pod koniec swojej drugiej kadencji, w 2005. „Kwachu” darował też karę Sławomirowi Sikorze i Arturowi Brylińskiemu – zabójcom, których historię opowiedziano w filmie „Dług” Krzysztofa Krauzego.
Obaj biznesmeni dostali 25 lat za zabójstwo gangstera, który terroryzował ich i domagał się zwrotu nieistniejącego długu. W marcu 1994 r. mężczyźni zamordowali go i jego ochroniarza w lesie pod Maciejowicami. Bronili się, twierdząc, że ich desperacja sięgnęła zenitu. Procedurę ułaskawienia rozpoczął prezydent Kwaśniewski, dokończył już Komorowski. Sławomir Sikora wyszedł na wolność w2005 roku, a Artur Bryliński 5 lat później.
3454 osób ułaskawił Lech Wałęsa – między innymi Andrzeja Z., pseudonim „Słowik” – pruszkowskiego mafiosa. Który potem narobił prezydentowi niezłego pasztetu wizerunkowego. Stwierdził, że za ułaskawienie wręczył łapówkę, ukrywając się na wolności podczas przepustki, z której nie miał zamiaru wrócić.
– Wykorzystałem ludzką chciwość i akt łaski po prostu kupiłem – mówił. Ponoć Kancelaria Wałęsy miała przyjąć od niego 150 tys, dolarów. Jak podaje TVP Info, najmniej ułaskawionych osób mają na koncie Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski. Ten pierwszy 201, drugi 360. Kaczyński odmówił 913 osobom, a Komorowski 1546.
Najgłośniejszym przypadkiem, oprócz przypadku kolegi Dubienieckiego, był przypadek ułaskawienia trzech braci Winków skazanych za lincz we Włodowie. Mieli zabić lokalną zakałę – mężczyznę, który okradał i terroryzował wieś. U prezydenta „bula” natomiast nie było sensacji: kilku pijanych rowerzystów, jeden uciekinier od służby wojskowej, jeden znęcacz.
Andrzej Duda z pewnością jest tu fenomenem. Takiego ułaskawienia jak on, nie zrobił nikt w dziejach. A może by w ogóle wszystkie sądy, począwszy od pierwszej instancji a skończywszy na Najwyższym, zastąpić Andrzejem Dudą?