Flaczki tygodnia

Trwa dorzynanie „watahy”. Ale nie wedle planu politycznego, o jakim usłyszeliśmy od Radosława Sikorskiego jesienią 2007 roku, pod koniec kampanii wyborczej do polskiego parlamentu.
Jeszcze na początku tamtego roku Sikorski był ministrem obrony narodowej w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zaczął swe ministrowanie w rządzie PiS już w 2005 roku, rządzie firmowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Ale w lutym 2007 roku Sikorski podał się do dymisji. Powodem był jego konflikt z ówczesnym szefem Służby Kontrwywiadu wojskowego Antonim Macierewiczem. Politykiem konfliktogennym.
Ponieważ pan premier Jarosław Kaczyński nie złajał pana Antoniego odpowiednio, urażony Radek przeszedł do konkurencyjnej Platformy Obywatelskiej. I już 12 września 2007 roku ogłosił, że będzie kandydował do Sejmu RP z list tej partii. Wzmocnił wtedy jej prawe skrzydło.

***

Intuicja polityczna nie zawiodła go. Platforma wygrała wybory i rządziła wraz z PSL do końca 2015 roku. Sikorski został w 2007 roku ministrem spraw zagranicznych w pierwszym rządzie Donalda Tuska i członkiem Platformy Obywatelskiej. W roku 2010 był już jednym z wiceprzewodniczących tej partii. W tym samym roku konkurował z Bronisławem Komorowskim o nominację na kandydata PO w wyborach prezydenckich. Przegrał wtedy, ale potem, w latach 2014-15, zdążył być marszałkiem Sejmu RP.

***

Musiał zrezygnować z tej funkcji po aferze podsłuchowej. Jego wystawne biesiady, na koszt podatników rzecz jasna, okraszane szczerymi i krytycznymi ocenami polskiej klasy politycznej, nagrane przez spec służby, musiały wzbudzić gniew ludu polskiego. Ciągle egalitarnego, ale pełnego też hipokryzji i odporności na realne polityczne myślenie. Przez to łatwego do manipulawania przez służby specjalne i poddane im media głównego nurtu.

***

Zamawiane w knajpie „Sowa i przyjaciele” danie „ośmiorniczki” stały się wśród wyborców PiS i licznego ludu polskiego synonimem rozpusty zdegenerowanych elit rządzących. Przeszły do słownika politycznego jako danie elit ostentacyjnie gardzących polskim ludem pracującym polskich miast i wsi.

***

Zabawne, że owe „ośmiorniczki” nie były w tamtej knajpie daniem najdroższym, ani najbardziej wykwintnym. Cenowo plasowały się w dolnych stanach średnich całego menu. W Azji, czyli miejscu ich urodzenia, ośmiorniczki należą do najtańszych dań. Tam w knajpach droższa jest wołowina i świnina, nawet drób. Zresztą w „Sowie i przyjaciele” to nie one nabijały wysokie rachunki, tylko zamawiane do nich przez biesiadników drogie – bo markowe – wina.
Ale wina, nawet te drogie, nie robią na wyborcach, zwłaszcza na „ciemnym ludzie”, takiego wrażenia jak obce polskiej ziemi i polskiej kuchni ośmiorniczki. Gdyby Sikorski żarł tam naraz po trzy schabowe z kostkami smarowanymi świńskim smalcem, do tego goloneczki w piwie, na drugie zrazy zawijane z kapustą modrą i kopę pierogów ruskich słoniną okraszonych, a na deser gicz cielęcą i szpik wołowy do ssania, i popijał wszystko wódką „Młody ziemniak” z Podlasia, rocznik 2007, czyli suche i upalne lato, to nadal byłby uważany za polskiego patriotę. A tak wynarodowił się od razu. Bo Polak, zwłaszcza katolik, ośmiorniczek i innego robactwa do ust nie brać nie może.

***

Zanim dorżnęły go te ośmiorniczki, to jesienią 2007 roku podczas kampanii wyborczej, zwracając się do ówczesnego wicemarszałka Sejmu RP i lidera PO Donalda Tuska zadeklarował dosadnie: „Jeszcze jedna bitwa, panie marszałku, dorżniemy watahę”. Zapowiadał surową rozprawę z prawicowym braćmi z PiS po wygranych przez PO wyborach.

***

Powstał wówczas spór semantyczno-polityczny. Czy Radek Sikorski mówiąc o dożynaniu mówił przez „ż” czy przez „rz”. Bo bezokolicznik „dożynać” wywodzi się od ”żąć”, czyli ścinać, kosić. Trawę albo zboże. Dożynki kojarzą się z czynnością powtarzaną, bo trawa po ścięciu odrasta. I znów trzeba żniwować.
Za to „dorzynać”, pochodzące od czasownika „rżnąć”, to czynności zakończona finałowym unicestwieniem. Raz na zawsze. Zatem Sikorski wzywał wtedy do dorzynania „watahy”, czyli elit PiS.

***

Platforma Obywatelska władzę zdobyła, ale składanej przez Sikorskiego obietnicy wyborczej nie dotrzymała. Dożynała PiS trochę, ale strzygła partię Kaczyńskiego niczym żywopłot. Elity PO szybko bowiem dostrzegły, że istnienie duopolu politycznego: elegancka, europejska, umiarkowana PO i ten buraczany, prowincjonalny, ciemny PiS znakomicie konserwuje władzę PO. I pacyfikuje pozostałą konkurencję polityczną. Zwłaszcza kiedy PO przejmowała do swych szeregów popularnych polityków centrolewicowych i centrowych, a PiS wchłaniał radykalną prawicę.
O tym że Platforma nie chce dorzynać „watahy” PiS świadczyło sejmowe głosowanie z 2015 roku, kiedy pomimo posiadanej większości sejmowej, nie postawiono Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. Bo wielu parlamentarzystów PO nie chciało krzywdzić braci z PiS.

***

Teraz PiS takich błędów nie popełnia. Dorzyna „watahę PO i PSL” konsekwentnie, systematycznie, bezlitośnie.

***

Łatwo dzisiaj elitom PiS dorzynać swych niedawnych braci politycznych. Bo to przecież parlamentarzyści PO i PSL pomagali PiS w wykuwaniu politycznych brzytew i siekier. Obie formacje zgodnie dbały o rozwój Instytutu Pamięci Narodowe, powołanego jeszcze w 1998 roku, bo uważały go za oręż przydatny w dorzynaniu polskiej lewicy. Podobną funkcję miało spełniać Centralne Biuro Antykorupcyjne powołane w 2006 roku. Wtedy kluby parlamentarne PiS i PO zgodnie głosowały za powołaniem CBA i jego szefem panem ministrem Mariuszem Kamińskim. Bo uchodził on za szczerego antykomunistę. Bat na „komunę”. Czas pokazał, że minister Kamiński wobec braku żywych i atrakcyjnych „komunistów” swoją niespożytą energię skierował przeciwko „postkomunistom”, czyli obecnej PO, Nowoczesnej i PSL.

***

Warto też przypomnieć, że na sukces wyborczy PiS silnie zapracowały media związane z PO. Tak skutecznie obrzydzały SLD, że lewica nie przekroczyła progu wyborczego. I dało to parlamentarną większość PiS.

***

PiS konsekwentnie dorzyna „watahę” PO. Niestety rżnie siekierami, jak nacjonaliści ukraińscy w Wołyniu, dorzynając przy okazji demokrację parlamentarną w naszym kraju.

Ale o tym w następnych Flaczkach.

Łaska pańska

We wtorek 17 lipca Julia Przyłębska wzięła do ręki tradycję 30 lat ułaskawień przez prezydentów RP i grzmotnęła nią o ścianę.
A w zasadzie to właściwie tradycję wywodzącą się z czasów trochę tylko późniejszych od momentu wynalezienia koła.
W Konstytucji 3 Maja napisano: „Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi [prawo łaski] na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status [zbrodni stanu]”.
W Konstytucji Księstwa Warszawskiego: „Ius agratiandi służy królowi: on tylko może darować lub zwolnić karę”.
Konstytucja Marcowa: „Prawo darowania i złagodzenia kary, oraz darowania skutków zasądzenia karno-sądowego w poszczególnych wypadkach — przysługuje Prezydentowi Rzeczypospolitej”.
Nawet Prezydentowi RP na uchodźstwie przysługiwało prawo łaski wobec „skazanego podczas II wojny światowej wyrokiem wojskowego sądu polowego”.
Wiecie, rozumiecie (puszczenie oka) – „skazanego”. Skazanym ludzi czyni się poprzez wydanie wyroku (dwukrotne puszczenie oka). Chyba nikt w historii naszego kraju nie słyszał jeszcze, żeby król, prezydent czy inny marszałek podjechał swoim czarnym mercem i przerwał policjantom aresztowanie groźnego bandyty mówiąc: „A przepraszam, ten pan jest ze mną”.
W Polsce zresztą prawo łaski nigdy nie było nadużywane (poza budzącym uzasadnione zaniepokojenie przypadkiem, kiedy Lech Kaczyński ułaskawił kolegę swojego zięcia, Marcina Dubienieckiego). Choć jeśli chodzi o ilość ułaskawionych to tutaj złoty medal wędruje do Aleksandra Kwaśniewskiego – 4288 uniknęło kary bądź została ona złagodzona. Odmowę od prezydenta usłyszało natomiast 2112 osób. Ale to w końcu 10 lat urzędowania. W przeliczeniu na pojedynczą kadencję Kwaśniewski ułaskawiał standardowo.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych ułaskawień dokonanych przez prezydenta z SLD było z pewnością złagodzenie kary Zbigniewowi Sobotce. Były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji był związany z tzw. aferą starachowicką. Kwaśniewski zajął się nim pod koniec swojej drugiej kadencji, w 2005. „Kwachu” darował też karę Sławomirowi Sikorze i Arturowi Brylińskiemu – zabójcom, których historię opowiedziano w filmie „Dług” Krzysztofa Krauzego.
Obaj biznesmeni dostali 25 lat za zabójstwo gangstera, który terroryzował ich i domagał się zwrotu nieistniejącego długu. W marcu 1994 r. mężczyźni zamordowali go i jego ochroniarza w lesie pod Maciejowicami. Bronili się, twierdząc, że ich desperacja sięgnęła zenitu. Procedurę ułaskawienia rozpoczął prezydent Kwaśniewski, dokończył już Komorowski. Sławomir Sikora wyszedł na wolność w2005 roku, a Artur Bryliński 5 lat później.
3454 osób ułaskawił Lech Wałęsa – między innymi Andrzeja Z., pseudonim „Słowik” – pruszkowskiego mafiosa. Który potem narobił prezydentowi niezłego pasztetu wizerunkowego. Stwierdził, że za ułaskawienie wręczył łapówkę, ukrywając się na wolności podczas przepustki, z której nie miał zamiaru wrócić.
– Wykorzystałem ludzką chciwość i akt łaski po prostu kupiłem – mówił. Ponoć Kancelaria Wałęsy miała przyjąć od niego 150 tys, dolarów. Jak podaje TVP Info, najmniej ułaskawionych osób mają na koncie Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski. Ten pierwszy 201, drugi 360. Kaczyński odmówił 913 osobom, a Komorowski 1546.
Najgłośniejszym przypadkiem, oprócz przypadku kolegi Dubienieckiego, był przypadek ułaskawienia trzech braci Winków skazanych za lincz we Włodowie. Mieli zabić lokalną zakałę – mężczyznę, który okradał i terroryzował wieś. U prezydenta „bula” natomiast nie było sensacji: kilku pijanych rowerzystów, jeden uciekinier od służby wojskowej, jeden znęcacz.
Andrzej Duda z pewnością jest tu fenomenem. Takiego ułaskawienia jak on, nie zrobił nikt w dziejach. A może by w ogóle wszystkie sądy, począwszy od pierwszej instancji a skończywszy na Najwyższym, zastąpić Andrzejem Dudą?