5 miliardów Facebooka

– czyli śmiech na sali

Kiedy powiedziałem koledze, że Facebook będzie musiał zapłacić rekordową karę pięciu miliardów dolarów, zareagował radosną satysfakcją, gdyż, jak wielu internautów, padł ofiarą jego algorytmicznej cenzury i wie, jaką rolę odgrywa ta platforma w systemach policyjnych, również tych „demokratycznych”. Śpieszę więc wyjaśnić, że naszą satysfakcję lepiej powściągnąć. Na wieść o gigantycznej karze rozległ się zresztą głośny śmiech na sali nowojorskiej giełdy, gdzie satysfakcja była pełna i uzasadniona: akcje FB znów poszły w górę, zwiększając kapitalizację firmy o kolejne miliardy.
Giełda dowiedziała się o wszystkim wczoraj z „przecieku” w Wall Street Journal, który doniósł, że FTC (Federal Trade Commission – amerykański regulator rządowy) zatwierdził ugodę z FB opiewającą na owe pięć miliardów, które firma zgodziła się zapłacić, żeby nie mieć do czynienia z żadnym sądem. To kara za słynny skandal z marca zeszłego roku, kiedy okazało się, że brytyjska firma Cambridge Analityca (CA), korzystała z danych użytkowników portalu, by pracować na rzecz wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Ameryki i Brexitu. Decyzję FTC musi jeszcze zatwierdzić departament sprawiedliwości, ale to raczej formalność.
Już samo to, że sprawą zajmowała się agencja rządowa, w której zresztą większość mają Republikanie, znaczy, że sprawę załatwiono typowo „po amerykańsku”, gdzie bardzo bogate firmy współpracujące z rządem ściśle chroni się przed publicznym osądzeniem. Np. słynny bank Goldman Sachs, choć robił przekręty na niewyobrażalną skalę, nigdy nie został skazany za nie sądownie – mógł negocjować ugody z regulatorem, a ten karał firmę nawet miliardowymi karami, które robią wrażenie na publiczności, ale rzadko przekraczały sumę zysków banku, które on zarabia w ciągu dwóch tygodni. Negocjacje FTC z Facebookiem były ściśle tajne i możecie być pewni, że nic z nich nie przecieknie, oprócz ich rezultatu (będzie oficjalny komunikat) i rozkładu głosowania w pięcioosobowym łonie regulatora (było 3:2).
Dane osobowe ponad 2,7 miliardów aktywnych użytkowników FB na świecie są najcenniejszym dobrem tej platformy. Zbiera je ona i wykorzystuje, by ciągnąć olbrzymie zyski z reklam dzięki wyrafinowanemu (mniej więcej) celowaniu nimi w odpowiednie osoby, posiłkując się ich analizowanym algorytmicznie profilem. FB sukcesywnie traci zaufanie użytkowników na skutek swych „wycieków” bądź współpracy z niektórymi represyjnymi policjami i wywiadami, ale ciągle pozostaje na tyle użyteczny, że nie bardzo musi martwić się o przyszłość. Ma żelazne zdrowie ekonomiczne.
W zeszłym roku zarobił na czysto ponad 22 miliardy dolarów. Już zaraz po wybuchu afery, jak każda firma zagrożona karą, zaczął na nią odkładać w swych planach finansowych i nie musiał szukać w zyskach z lat ubiegłych. W tym roku zarabia jeszcze lepiej, więc nawet jeśli odjąć karę z zysków z jego trzech pierwszych miesięcy, firmie zostanie na czysto znakomity wynik 2,43 miliarda, którego wszyscy dalej będą zazdrościć.
Nick Clegg, który zajmuje się komunikacją w Facebooku, w czerwcu wzywał grzecznie rządy do wzmożonej regulacji gigantów internetu, obiecywał pełną współpracę i pokorę. I to się wielu rządom, w tym tym bardzo podejrzanym, podoba. Zaoferowanie złudzenia panowania nad gigantem jest teraz firmie bardzo potrzebne. Ta strategia handlowa ma zaowocować jego stabilnością i bezkarnością, wzmocnieniem nadszarpniętej pozycji. Ale my nie mamy się z czego cieszyć.
Są tacy, jak Chris Hughes, jeden z założycieli Facebooka, w akademiku Harvarda 15 lat temu, którzy krzyczą, że należy rozbić firmę. Argumentują: zrobiła się niebezpieczna dla zwykłych obywateli. Hughes uważa, że trzeba oddzielić sieć społecznościową od późniejszych nabytków Facebooka, jak WhatsApp czy Instagram, kupionych, by bezlitośnie wyeliminować konkurencję. To jednak właściwe dla dzikiego kapitalizmu, którego nikt w Ameryce nie ruszy. Nasze życie prywatne liczy się w dolarach, liczonych przez algorytmy, dla których pozostaniemy numerami.

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Księga Wyjścia (7)

Ballada o słowach ważnych i głupich

Od 15 lutego, czyli od kiedy opuściłem szpital, zacząłem stabilizować sobie życie. Do tego stopnia, że od tamtej pory nie byłem nawet w Warszawie. Spędzam czas w Puławach, regularnie jeżdżąc do Lublina po dwutygodniową rację suboxonu i na terapię.
Wcześniej nie było tygodnia, bym nie musiał pojechać na dwa, trzy dni, żeby załatwić tysiąc różnych spraw. I zawsze byłem w pędzie.
Wytłumaczeniem tego może być to, że wszyscy moi znajomi, współpracownicy i działacze społeczni – czyli ludzie, którzy dotychczas potrzebowali mojej pomocy – postanowili dać mi czas, bym się jakoś w spokoju urządził. Bez wiecznego pędu i tysiąca nakładających się na siebie spraw. Utrzymujemy jedynie kontakt telefoniczny i mogę być im jedynie wdzięczny, że dali mi czas na rozruch. Wiem też, że gdyby moja obecność była naprawdę niezbędna – dostałbym taką wiadomość i natychmiast pojawiłbym się w stolicy.
Dzięki temu „urlopowi” od działalności redakcyjno – społeczno – politycznej miałem czas by urządzić sobie mieszkanie. Wreszcie zrobiłem to kompleksowo, od początku do końca tak jak chciałem. Może dlatego, że potrzebowałem „swojego” miejsca na ziemi, a dotychczas czułem się tu cholernie obco. Teraz się to zmieniło i tak naprawdę nie mam już ochoty na dłużej opuszczać tego gniazda. Oczywiście, gdy poczuję zew, to ponownie ruszę w świat, ale wtedy wrócę do mieszkania z prawdziwą przyjemnością. Ten zew niebawem się pojawi, gdy zacznie się ostatnia faza kampanii do Parlamentu Europejskiego pojadę wesprzeć moich przyjaciół z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej – wiem, wiem RSS idzie do wyborów wspólnie z partią na „R”, z której wielokrotnie kpiłem, ale powodem tych kpin był ich narcyzm, w jaki wpadli po uzyskaniu w miarę dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych. W miarę dobrego, czyli takiego, który gwarantował subwencje ze skarbu państwa, ale nie dawał ani jednego mandatu w Sejmie. Czyli kasa bez żadnej odpowiedzialności. Partia na „R” uwierzyła w swój geniusz i postanowiła nie kłaniać się na ulicy przedstawicielom innych lewicowych organizacji. A co dopiero współpracować.
Nie wiem, czy wyniki sondaży wpłynęły na decyzję, by jednak te siły połączyć, czy wreszcie zrozumieli, że jedynie zjednoczona lewica ma jakieś szanse, by przebić się przez ten szklany sufit, który od jakiegoś czasu zaczął się już coraz szybciej obniżać. Zwróćcie uwagę, że w latach dziewięćdziesiątych zarówno „Gazeta Wyborcza” jak i „Tygodnik Powszechny” uchodziły – słusznie zresztą – za gazety prawicowe. Teraz dla przeciętnego „Kowalskiego” (Mariana również) tytuły te kojarzone są z lewicą. To nie jest tak, że redakcje zmieniły poglądy, to zachowawczość i wieczna ustępliwość lewicy spowodowała, że została ona praktycznie wyparta z parlamentarnej sceny politycznej, a co za tym idzie świadomości przeciętnego oglądacza telewizji.
Śledzę więc sobie politykę w sposób bierny, czytając prasę, oglądając telewizję i – o zgrozo – czytając wpisy na FB. Jedną z naszych cech narodowych jest – może nie lekceważenie – ale brak wiary w siłę słów. Używamy najmocniejszych określeń w sytuacjach zupełnie nieadekwatnych.
Pamiętam jak PiS objął władzę, wszystkie główne media – poza publiczną oczywiście – trąbiły o zamachu stanu, końcu demokracji, a niektórzy komentatorzy wieszczyli nawet wojnę. Nic takiego miejsca nie miało. PiS przejął władzę i urządza kraj według swojego pomysłu, co chwilę wybucha jakaś afera, a to nepotyzm, a to dziwnie nagrody, pensje czy fascynacja filmem „Wniebowzięci”, bo gdzie tylko jest jakieś lotnisko i da się wylądować, tam z pewnością jakiś wpływowy funkcjonariusz rządzącej partii sobie poleci. Najcięższe zarzuty stawiane PiS-owi to wrogość wobec osób LGBT, skrajne podejście do zakazu aborcji i prymitywna mowa nienawiści – ukierunkowana zarówno wobec opozycji, imigrantów i mniejszości etnicznych. Po drugiej stronie mamy PO, które zarzuca rządzącym wymienione przed chwilą „przewiny”, mimo że podczas swoich rządów zachowywali się dokładnie tak samo. Również mieli w dupie – dobre słowo – osoby LGBT, nepotyzm aż wyciekał z każdej szczeliny instytucji zależnej od rządzących, również przekłamywali historię – może nie czcili jak obecni leśnych bandytów – ale doskonale pamiętam jak Bronisław Komorowski, będąc jeszcze prezydentem mówił, że w Polsce nie było żadnych obozów dla jeńców bolszewickich. Od obecnej władzy różnili się jedynie tym, że posługiwali się inną narracją, głównie eufemizmami, co nadawało temu ładne brzmienie i nikt nie mógł powiedzieć o nich „chamy”.
Wracając jednak do głównego wątku, to śledząc Internet, fejsbukowe wpisy i telewizyjne komentarze, odnoszę wrażenie, że trwa jakiś wyścig kto nazwie Kaczyńskiego większym „kurduplem”, a rządzących większymi idiotami. Rozmawiałem kiedyś o tym z Grześkiem Walińskim i bardzo ładnie określił to zjawisko – „inflacja słowa”.
Zawsze komplikowaliśmy zdania wsadzając jak najwięcej – mniej lub bardziej mądrych – słów opatrzonych przymiotnikami. Wtedy wydaje nam się, że będziemy uchodzić za znacznie lepiej wykształconych, możniejszych intelektualnie, o wyższym statusie? Może to jakiś kompleks „arystokraty”? Kiedyś usłyszałem takie zdanie: te elementy powinny ze sobą kolaborować – mówiącemu chodziło o to, że powinny być zsynchronizowane i zwyczajnie ze sobą współpracować.
Często dodajemy całą masę przymiotników przed słowem właściwym: „okropnie straszny, wręcz niewyobrażalny koszmar” – słyszymy od rozmówcy, który opisuje swoje wrażenia np. z kolejki w markecie. Jak więc przebić tego typu zdanie, gdy wydarzy się katastrofa kolejowa? Jeśli tysiąc razy mówiliśmy „kocham” w sytuacjach zupełnie niepotrzebnych, to jak powiedzieć „kocham” gdy już poznamy wagę tego słowa? Oczywiście będziemy dodawać setki różnych przymiotników i porównań – ale waga tego słowa nie ma już właściwej swojej mocy.
Pamiętam, jak kolega mieszkający we Francji opowiadał mi jak tam przywiązują wagę do tego typu słów. Powiedział mi nawet, że nie pamięta, by jego druga żona wyznała mu słownie miłość, mimo, że byli ze sobą dziesięć lat. Sami sobie popsuliśmy język i gdy ktoś mówi, że sytuacja jest tragiczna, machamy ręką sądząc, że przesadza.
To zjawisko doskonale widać w polityce, zarówno wśród polityków, jak i ich wyznawców. To nasza kolejna przywara – jeśli popieramy jakiegoś polityka, to nawet jeśli popełni głupstwo, będziemy go zażarcie bronić. Tu też przywołam Francję, kolega o którym wspomniałem, mówił mi również, że jego obecna żona popierała i głosowała na Macrona, a teraz jest jego zagorzałym krytykiem, co nie znaczy, że zmieniła zdanie. Po prostu uznała, oddała głos na człowieka, a nie nieomylnego świętego, człowieka, który – jak my wszyscy – popełnia błędy i należy mu je wytknąć. W krajowych realiach wygląda to zupełnie inaczej, nawet jeśli polityk, który jest naszym faworytem zostanie przyłapany na kłamstwie, to cała rzesza jego fanów będzie broniła go do upadłego twierdząc nawet, że skłamał w imię racji stanu.
Bywają jednak wyjątki, gdzie nieodpowiednie słowa trafiają do nieodpowiednich ludzi. Jeśli – co gorsze – ci ludzie zamykają się w świecie jednego przekazu, słuchając tylko jednej stacji radiowej, oglądając jedynie wybrane stacje telewizyjne, czytając tylko wybrane tytuły prasowe i zamykając się na Fb w grupach, które mówią to samo – odrzucając inny pogląd i z góry zakładając, że to kłamstwo, to może prowadzić do nieszczęścia. Jest wielu ludzi, którzy zamykają się w bańce medialnej o jednym światopoglądzie, jest masa ludzi, która zieje nienawiścią do każdego odmieńca, czy jest to osoba LGBT czy człowiek o innym kolorze skóry, prawie zawsze kończy się to co najwyżej sporem z sąsiadem, kłótnią pod blokiem, lub rodzinnymi niesnaskami – znam takie przypadki, że członkowie rodziny nie rozmawiają ze sobą ze względu na poglądy polityczne.
Prymitywny język nienawiści już dwukrotnie doprowadził w Polsce do tragedii – gdy niespełna sto lat temu, Eligiusz Niewiadomski zastrzelił prezydenta Gabriela Narutowicza i teraz osobnik o nieznanym mi nazwisku zasztyletował Pawła Adamowicza. Obu zbrodniarzy łączyło to, że ich czyn był wynikiem nagonki, czyli mowy nienawiści.
Nad językiem nienawiści warto się chwilę zastanowić, nie będę roztrząsał jaki jest cel – to wiadomo – polityczny, ale dlaczego trafia on na podatny grunt, dlaczego ludzie idą za nim jak szczury za melodią fletu. Przecież tak naprawdę jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest: nienawidzę cię, bo cię nienawidzę. Tu żadnego innego argumentu nie ma. Przecież człowiek o odmiennych poglądach, nie zrobił krzywdy temu, który go nienawidzi. A jeśli zrobił krzywdę, to powodem nienawiści już nie są poglądy.
A w tym czasie na Fejsbuku jakiś pan z jakąś panią licytują się, które z nich napisze, że Kaczyński to większy kurdupel – to oksymoron, ale potraktujmy jako związek frazeologiczny. I jak to im wstyd wyjechać gdzieś zagranicę. Tu też Was rozczaruję – gdziekolwiek byłem, w jakimkolwiek kraju, nikt, absolutnie nikt nie wiedział kto w Polsce rządzi. Mało tego, mało kto wiedział czy Polska jest republiką czy królestwem i gdzie dokładnie leży. A najwięcej wstydu przynoszą sami krajanie, którzy naprawdę potrafią narobić za granicą obciachu.
Miałem pisać o trzeźwieniu, a rozpisałem się o polityce i słowach. Zdradzę Wam pewien sekret, każde napisane słowo, zdanie czy akapit są dla mnie nieodłączną częścią trzeźwienia. Dzięki temu mam swój cotygodniowy rytm, głowę nabitą treścią kolejnych odcinków, a samo pisanie wyzwala we mnie serotoninę i dopaminę, czyli te hormony, których nałogowiec potrzebuje najbardziej. Nie myślę więc o głupotach, tylko o tekście, gdy siadam do pisania świat przestaje istnieć i mimo, że param się tym już ćwierć wieku, to za każdym razem gdy felieton ukazuje się w kiosku czuję tę samą radość co dwadzieścia pięć lat temu.
Przemyślcie to o czym napisałem – o wadze słów, może uda nam się powrócić do ograniczenia przymiotników, a wypowiedziane słowo będzie miało wreszcie odpowiadającą mu wagę, którą każdy słuchacz lub czytelnik zrozumie. Bo niebawem na zakończenie felietonu będę musiał napisać: „Bardzo dziękuję za uważne przeczytanie napisanego przeze mnie tekstu, jestem bardzo mocno, wręcz niewymownie gorąco wdzięczny, że włożyliście strasznie dużo wysiłku w przeczytanie mojego skromnego felietonu”.
Do przeczytania za tydzień.