A na Ordynackiej…

Uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu Stowarzyszenia „Ordynacka”, jakie 16. listopada odbyło się w warszawskich „Hybrydach”. Ciekawe z wielu powodów – charakteru i misji tego stowarzyszenia oraz trzech wystąpień, których miałem możność wysłuchać.

 

Ton spotkaniu nadało wystąpienie Włodzimierza Cimoszewicza, który rozwinął publikowaną kilka dni wcześniej w Gazecie Wyborczej swoją inicjatywę utworzenia jednego, ponadpartyjnego bloku wyborczego „Europa” w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. – Mniej ważne jest kto personalnie spośród koalicji proeuropejskiej zdobędzie mandat eurodeputowanego od tego, aby antyeuropejski PiS i Polska –antyeuropejska tych wyborów nie wygrała – mówił Cimoszewicz.
Zdaniem Cimoszewicza w przypadku powodzenia tej inicjatywy można by ją kontynuować w kolejnych wyborach do polskiego parlamentu pod szyldem „Konstytucja”.
W dyskusji wszyscy pomysł bloku „Europa” poparli. Andrzej Rozenek stwierdził przy tym, że wybory do PE będą rodzajem plebiscytu: kto jest za, a kto przeciw Unii Europejskiej. Zabierając głos oczywiście również poparłem propozycję Cimoszewicz, tym bardziej że przecież już w sierpniu tego roku na moim blogu („Blok Polska Europejska”, 05.08.2018), a później w „Trybunie” publikowałem bardzo podobną tezę, z identyczną wręcz argumentacją, z inną tylko proponowaną nazwą, a mianowicie „Blok Polska Europejska”. Ale przecież nie nazwa jest najważniejsza. Podkreśliłem, że Włodzimierz Cimoszewicz jest najlepszym ambasadorem i liderem tego projektu. Nie podzieliłem natomiast poglądu Rozenka. Uważam, że PiS nie jest aż taki głupi, aby dać się wciągnąć w taką konfrontację. Będzie robić wszystko, aby prezentować się jako gorliwy zwolennik Unii Europejskiej, tylko nie takiej jak obecnie. PiS będzie – utrzymywałem – starał się pokazać jako Wielki Reformator Unii. Dlatego do tej kampanii będziemy musieli przygotować się bardzo starannie. Główną osią sporu będzie według mnie kwestia integracji Unii Europejskiej.
Niespodziewanie przyszedł mi w sukurs Aleksander Kwaśniewski, który pojawił się na spotkaniu i który miał wystąpienie też poświęcone wyborom do PE. W całej rozciągłości poparł inicjatywę Cimoszewicza, podkreślając między innymi, że właśnie kwestia integracji będzie tą główną osią debaty przedwyborczej. Premier Cimoszewicz i Prezydent Kwaśniewski występując niezależnie i mówiący jednym głosem w tak ważnej sprawie – to wydarzenie na lewicy doniosłe.
Trzecim wystąpienie, równie bardzo ważnym, choć z innych powodów, i które utkwiło mi w głowie, było wystąpienie Przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Przewodniczący podzielił się swoją oceną wyników wyborów samorządowych – na ogół znaną. Że nie jest źle, choć powodów do zadowolenia nie ma. Za bardzo istotną należy jednak uznać jego wypowiedź na temat przyszłości SLD.
Czarzasty – prezentując się jako zadeklarowany pragmatyk – wygłosił oświadczenie, które sprowadzić można do kilku punktów.
Po pierwsze więc, jako pragmatyk właśnie, zrewidować on musi swoje oczekiwania co do możliwego do uzyskania przez SLD poparcia w wyborach. – Obniżyć muszę swoje oczekiwania do 7 – 8 proc., powiedział. To jego zdaniem pułap dla SLD nieprzekraczalny.
Po drugie, zdaniem Czarzastego, jeżeli gdzieś odniesiono sukcesy, to dzięki „mądrym koalicjom”.
Po trzecie, elektorat SLD od lat jest niezmienny i raczej wiekowo zaawansowany i nic nie wskazuje na to, aby mógł się zdecydowanie rozszerzyć.
Po czwarte wreszcie przyznał, że SLD nie zdołał „otworzyć się” na młodzież.
– Jeżeli więc w przyszłym roku wejdziemy do Sejmu i utworzymy klub poselski, to pierwszą rzeczą jaką zrobię będzie gruntowna, powszechna, „do spodu” reforma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To zobowiązanie powtórzył z naciskiem i dwukrotnie, aby mocno wryło się ono w pamięć obecnych.
To bardzo dobrze, że kierownictwo SLD myśli o reformie partii. Hasło reformy postrzegać przy tym należy w świetle przedstawionych przez Włodzimierza Czarzastego wniosków z kampanii wyborczej. Nie od rzeczy są pytania o kierunki planowanej rewolucji: czy mają mieć one bardziej organizacyjny czy programowo – ideowy charakter. Nie zdziwił bym się, gdyby niejeden ze słuchaczy odebrał te słowa Przewodniczącego jako zapowiedź likwidacji Sojuszu w jego dotychczasowej formie i przekształcenia go w nowy byt polityczny. Ciekawie zapowiada się więc wewnątrzpartyjna dyskusja w najbliższych miesiącach. Ja wiem jedno: polityczny pragmatyzm, jeżeli nie służy realizowaniu jakiejś dobrej, oczekiwanej i popieranej przez ludzi idei, jest sam w sobie patologią a w najlepszym razie wiedzie wprost i tylko do patologii.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkieiwcza wołania na puszczy”.

Inicjatywy PPS, remanenty My, socjaliści

Uroczystości rocznicowe, w których również brała udział cała lewica, w tym bardzo aktywnie PPS, skłaniają do kilku refleksji. Tak się bowiem składa, że udział w procesie odzyskiwania niepodległości, szczególnie PPS i socjalistów, był od momentu powstania partii w 1892 roku ogromny i przez całe pokolenia niedoceniany.

 

Wiązało się to z endecką narracją historyczną, która do 1939 roku miała dominujący wpływ na myślenie Polaków. Odgrywała ona ogromną rolę również po wojnie, bowiem pierwiastek endecki był jednym z ważnych komponentów Polski Ludowej. Objawienie się go w ostatnich latach w polityce III RP nie jest niczym nowym. Nowym elementem jest tolerancja i uleganie władz państwowych i części opinii publicznej na argumenty polityczne i społeczne nowej endecji, co może świadczyć o słabości lub związkach ideowo-politycznych z tym nurtem.
Polska, jako kraj, naród i organizm państwowy powinna przeciwstawić się, i przynajmniej zrównoważyć wpływy endeckie, historia bowiem pokazuje, że prowadzić one mogą na manowce cywilizacji europejskiej, doświadczonej szczególnie w XX wieku ich skutkami.
Polacy, jeśli chcą przetrwać jako naród rządzony mądrze, w formule demokracji czerpiącej z tradycji greckiej i łacińskiej, powinni przeciwstawić się aktywnie endecji i jej wpływom. Powinni budować i wspomagać te nurty ideowe i polityczne, które mają na sztandarach wolność jednostki, sprawiedliwość społeczną, pokój i tolerancję.
Polska Partia Socjalistyczna z okazji 100-lecia niepodległości Polski wystąpiła z szeregiem inicjatyw o charakterze politycznym i prawnym, które mieściły się w logice obchodów tego, największego w XXI wieku wydarzenia. Trzeba przypomnieć, że PPS w marcu 2018 roku wystąpiła do prezydenta RP z inicjatywą ogłoszenia na 100-lecie niepodległości powszechnej amnestii. Ostatnia amnestia w Polsce była w 1989 roku. Ogłosił ją gen. Wojciech Jaruzelski jako ówczesny prezydent. Trzeba zauważyć, że prawicowe władze III RP od początku prowadzą restrykcyjną politykę karną, która nie przyczynia się do spadku przestępczości, a warunki odbywania kary są w Polsce najgorsze w Europie. Kilkanaście tysięcy skazanych czeka w kolejce do więzień. Więzienia, poza kilkoma pozytywnymi przypadkami, nie wychowują. W opinii publicznej przeważa wizerunek więzień w Polsce, jako szkół przestępczości. Media dodatkowo nakręcają tę atmosferę organizując festiwal kronik kryminalnych, które nie odstręczają przestępców od łamania prawa. To wszystko wymaga radykalnych zmian w polskim systemie prawnym i systemie sprawiedliwości.
Wzorem dla współczesnych systemów karnych, szczególnie w Europie jest tzw. sprawiedliwość niekarząca. Chodzi o wychowanie obywatela świadomego, akceptującego dobro człowieka a nie wartości wypływające z obłędnej konkurencji i walki o znalezienie się na szczycie za wszelką cenę, kosztem innych. Doktryna neoliberalna nie sprawdziła się współcześnie, co widać po 30 latach jej uprawiania. Ale w Polsce nadal jest na szczycie, szczególnie aktualnie rządząca ekipa uznaje ją za właściwy kierunek rozwoju również w sferze wychowania i polityki społecznej.
Partia, mimo upływu wielu miesięcy, do dziś od prezydenta odpowiedzi się nie doczekała.
Drugą ważną inicjatywą, którą podjęła PPS wspólnie z innymi ugrupowaniami lewicy, była idea budowy pomnika jednego z przywódców PPSD i PPS, premiera Rządu Ludowego, marszałka Sejmu w II RP – Ignacego Daszyńskiego. Daszyński, mimo, że jest jedną z czołowych postaci zasłużonych dla niepodległości Polski, swojego pomnika nie miał. Był pomijany, zarówno w okresie przed II wojną światową, jak i później – stanowił powiem zagrożenie dla endeckich mitów o zasługach dla niepodległości i antydemokratycznej polityki władz państwa do 1939 roku, jak i po wojnie.
Pomnik Ignacego Daszyńskiego stanął i został odsłonięty przy Trakcie Królewskim w Warszawie w dniu 11 listopada 2018 roku. Do sukcesu tego przyznaje się dziś wiele osób z różnych środowisk lewicy i prawicy. Faktem jest jednak, że to determinacja ludzi PPS i niezrzeszonych w PPS socjalistów pozwoliła na wzniesienie tego pomnika dopiero po 100 latach od zaistnienia czynów i działań składających się na niepodległość Rzeczypospolitej.
Trzecim elementem wkładu PPS w 100-lecie niepodległości jest trwająca od wielu lat działalność polityczna i edukacyjna, której celem jest opowiedzenie prawdy o wydarzeniach i ludziach ruchu socjalistycznego, którzy od 1892 roku pod sztandarem PPS walczyli o wolność narodową i społeczną Polski i Polaków. W ostatnim czasie składają się na to dwie rozległe kampanie – w roku 2017 z okazji obchodów 125-lecia Polskiej Partii Socjalistycznej i w roku 2018 z okazji 100-lecia niepodległości Polski.
Biorąc pod uwagę te doświadczenia, wydaje się, że PPS, ale również inne ugrupowania lewicy, które mieszczą się w nurcie ideowym socjalizmu niepodległościowego, demokratycznego, powinny jeszcze bardziej zadbać o swój wizerunek i pamięć historyczną. Zauważam np. niedopuszczalne zjawisko wykorzystywania przez polską prawicę i środowiska narodowe wizerunku wielu działaczy socjalistycznych m.in. Józefa Piłsudskiego do firmowania swojej działalności.
Polska lewica niepodległościowa powinna podjąć wysiłek napisania swojej historii, takiej jaka ona była. Nie mamy czego się wstydzić. Trzeba odebrać prawicy naszych bohaterów; 100-lecie odzyskania niepodległości wydaje się tutaj dobrym momentem.

Uwag powyborczych gorąca porcja

Za wcześnie jeszcze na pełny bilans niedzielnych wyborów samorządowych. Przyjdzie na niego czas po ostatecznym uformowaniu się nowych struktur władzy samorządowej i po zawarciu wszelkich możliwych regionalnych koalicji. Jednak już teraz wypada poczynić kilka uwag bieżących. Jedno nie ulega wątpliwości: to nie są dla PiS dobre dni.

 

Po pierwsze, zostawiając na boku szczegóły i nie wdając się w potencjalny bieg zdarzeń i konsekwencji powyborczych, ani nie analizując poszczególnych segmentów tych wyborów (choćby klęska PiS w miastach z Warszawą, Łodzią i Poznaniem na czele i równolegle jego względny sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich) nie sposób jednak przede wszystkim nie zauważyć, że suma wyników ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich (KO – ok. 26 procent, PSL – ok. 13 procent i SLD – ok. 6 procent) wynosi ok. 45 procent, czyli o około 6 punktów procentowych przewyższa sumę wyników PiS (33 procent) i Kukiz (ok. 6 procent). Jakkolwiek ukształtują się ostateczne wyniki liczbowe, owa proporcja najprawdopodobniej zostanie zachowana. To jest dla wszystkich sił (nie tylko dla władzy) koronne memento. Po drugie, na krótko przed wyborami samorządowymi 21 października 2018 roku, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał przywrócenie do orzekania sędziów Sądu Najwyższego, którzy sławetną, jawnie łamiącą Konstytucję ustawą zostali przeniesieni w stan spoczynku.

 

Twardy orzech do zgryzienia

To już nie jest podlegający spekulacjom stan pełen wątpliwości i niejasności, stwarzający pisowskiej władzy możliwości lawirowania, pozorowania ruchów kompromisowych, przeciągania negocjacji z UE, lecz twardy wyrok nie pozostawiający żadnej awaryjnej furtki. W reakcji na wyrok TSUE pisowcy właściwie zaniemówili. Duda Andrzej milczy, Morawiecki Mateusz ograniczył się do zdawkowych ogólników o odwołaniu się od wyroku i nawet główni promotorzy czystki w sądownictwie, czyli Ziobro Zbigniew z przybocznymi Piotrowiczem i Astem et consortes dostroili się do tych reakcji czy raczej do ich braku. Jedynie szef MSZ Jacek Czaputowicz napomknął coś samotnie o zmianie ustawy o SN, ale nie wyjaśnił w jakim kierunku miałaby ona zmierzać. W sytuacji gdy wezwani przez I Prezes SN Małgorzatę Gesdorf sędziowie wracają ze stanu spoczynku do pracy, PiS naprawdę ma twardy orzech do zgryzienia i patrzy na to dość biernie, gryząc palce z bezsilności. Wariant radykalnego, buńczucznego, w klasycznym stylu pisowskim, odrzucenia wyroku TSUE raczej już nie wchodzi w rachubę, tym bardziej, że gdyby miało do tego dojść, już by doszło. Ta zwłoka w reakcji nie działa tu na korzyść PiS i każdy kolejny dzień bierności stawia władzę w coraz trudniejszej sytuacji. Na domiar wszystkiego, poziom natężenia emocji w walce politycznej w Polsce jest tak wysoki, że jakikolwiek kompromis będzie bardzo trudny do osiągnięcia, o ile nie niemożliwy. Do tego dochodzi ta oto dodatkowa, niezmiernie dla PiS kłopotliwa okoliczność, że tzw. reforma sądownictwa była i pozostaje dla niego celem koronnym i flagowym, nie mniej istotnym niż wprowadzenie 500 plus. Wycofanie się z niej a nawet pójście na daleko idące kompromisy oznaczałoby wywieszenie przez PiS białej flagi, a to może wywołać trudne do przewidzenia reakcje w szeregach elektoratu. Natomiast kompromis pozorny, „lipny”, nie jest do przyjęcia przez żadną ze stron konfliktu, nie wspominając już o tym, że żaden kompromis nie jest na rękę żadnej ze stron, bo tylko ostra polaryzacja służy politykom. Problem, przed którym w kwestii SN stoi PiS, to istna kwadratura koła, twardy orzech do zgryzienia.

 

Kilka „szklanych sufitów”

Niedzielne wybory samorządowe pokazały dowodnie, że nad obozem rządzącym (PiS i przystawki) rozpościera się praktycznie niemożliwy do przebicia „szklany sufit”. O ile po wyborach parlamentarnych z października 2015 roku władza PiS mogła liczyć na przyszły bonus wynikający w pierwszym rzędzie z efektu dotrzymania obietnicy, czyli wprowadzenia 500 plus, o tyle wynik wyborów samorządowych pokazał, że było to tylko pobożne życzenie. Biorąc pod uwagę to, że władza PiS rzuciła na te wybory wszystkie możliwe siły i środki (instrumenty administracyjne, pieniądze, propagandę TVP i Polskiego Radia, służby specjalne, krajowy tour premiera Morawieckiego, etc.), to owe 33 procent jest wynikiem nader skromnym. I nie zmienia tego faktu okoliczność, że specyfika wyborów samorządowych jest inna niż parlamentarnych. Jednak syndrom „szklanego sufitu” dotyka niestety także sił opozycyjnych. Podlega mu wyraźnie Koalicja Obywatelska, co jest tematem na osobne rozważania, ale zatrzymam się przy „bliskiej ciału koszuli”, czyli SLD. Jego wynik znacząco odbiega na niekorzyść od poziomu aspiracji wywołanych przez obiecującą koniunkturę sondażową trwającą od zeszłego roku. Stawia to przed działaczami Sojuszu konieczność przeanalizowania przyczyn tego stanu rzeczy i szybkiego podjęcia działań mających na celu znalezienie sposobu na przełamanie owej bariery. Nie wolno się jednak łudzić: będzie to piekielnie trudne.

 

Nieudana próba dobicia PSL

Ciekawy jest niezły (choć liczbowo słabszy niż cztery lata temu) wynik PSL. PiS-owi nie udało się osiągnąć celu, do którego zmierzało intensywnie, zwłaszcza w końcowej fazie kampanii wyborczej – definitywnego zniszczenia wpływów PSL na wsi. Powodów tego niepowodzenia jest zapewne kilka. Po pierwsze, ogólne rozczarowanie wsi polityką rolną rządu PiS. Po drugie i po trzecie, na co prawie nikt nie zwraca uwagi: są nimi negatywne dla rolników skutki ustawy ograniczającej handel ziemią, a także… zakaz handlu w niedzielę. Dopiero z pewnym opóźnieniem rolnicy, właściciele ziemi uświadomili sobie, jak dolegliwa jest dla nich ta ustawa, jak bardzo ubezwłasnowolniająca. Po drugie, wbrew ogólnemu wyobrażeniu, coniedzielne zakupy w centrach handlowych bynajmniej nie były obyczajem wyłącznie miejskim. W warunkach ogólnego postępu cywilizacyjnego na wsi, w tym wynikającej z nich powszechnej dostępności do aut osobowych, duża część rolników i mieszkańców wsi fundowała sobie w każdą niedzielę „rozrywkę” i ucieczkę od „wiejskiej nudy” w postaci wyprawy do najbliższego centrum handlowego. PiS im to odebrał i w tych wyborach także za to zapłacił.

 

„Kler” zrobił swoje?

Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden czynnik. Co prawda film „Kler” do znaczącej części mieszkańców wsi jeszcze nie dotarł, ale z jego ogólną wymową mogli przecież zapoznać się dzięki sugestywnym zwiastunom obficie serwowanym w telewizji i internecie. Wypada poważnie przyjąć tezę profesora Andrzeja Rycharda, który w efekcie „Kleru” upatruje jednej z przyczyn słabszego wyniku PiS. Hipoteza, że film ten „ukradł” PiS-owi co najmniej jeden procent poparcia bynajmniej nie jest „od czapy”. Ostatecznie PiS jest z „Klerem” mocno zblatowany, a tradycyjny ludowy antyklerykalizm nie obumarł. Jakie natomiast przyczyny wpłynęły na osłabienie wyniku PiS? Było ich wiele i to one stworzyły nastrój i stan wojny PiS ze wszystkimi na wielu frontach. Z czynników bezpośrednio poprzedzających trzeba jednak wymienić fatalny dla PiS efekt wniosku Ziobry do tzw. TK, wniosku zmierzającego do odebrania sędziom prawa zadawania pytań prejudycjalnych, a także bardzo niefortunną, zbyt agresywną końcówkę kampanii, w tym absurdalny spot dotyczący rzekomego zagrożenia uchodźcami, którego grubymi nićmi szyty sposób epatowania odbiorców obraził inteligencję nawet części osób umiarkowanie życzliwych PiS. Jaki będzie polityczny efekt osłabienia PiS? Wyhamowanie agresywnego impetu politycznego władzy. Bezradność w reakcji na wyrok TSUE jest tego wyraźnym zwiastunem. Dlatego trudno uwierzyć, by pomimo histerycznych wrzasków Krystyny Pawłowicz Kaczyński dał znak do rzucenia na sejmowy stół projektu kagańcowej ustawy skierowanej przeciw wolności mediów. Tyle uwag na gorąco, z gorącym kartoflem powyborczym w dłoni. Na bardziej dogłębne analizy przyjdzie czas, gdy nowy pejzaż samorządowy ostatecznie się ustabilizuje.

Po wyborach

I po wyborach samorządowych. Zostawmy jednak na następne dni, do późniejszych, pełnych wyników wyborczych, dokładne analizy motywacji głosujących, perspektyw i kierunków polityki wewnętrznej z tego wynikających. Dzisiejszego postwyborczego wieczora mam dwie tylko refleksje.

 

Pierwsza

to odpowiedź na pytanie: w jakiej Polsce obudzimy się jutro rano, kiedy już oficjalnie będzie wiadomo, kto cieszyć się będzie ze zwycięstwa, a kto opłakiwał klęskę?
Odpowiedź: w takiej samej jak dziś. Głęboko podzielonej, nie potrafiącej się porozumieć i operującej językiem nienawiści w stosunku do przeciwników politycznych. Przez to nienowoczesnej, śmieszno-groźnej, bo nieprzewidywalnej w swoich wyborach politycznych na europejskim kontynencie. Jeszcze długo ten podział będzie kształtował polityczne życie w Polsce. Ale kształtować też będzie życie społeczne: na lepszych, bo naszych i gorszych, którym nie należą się żadne prawa. Najzabawniejsze, że to narracja obu stron. Obie też strony potrząsać będą do najbliższych wyborów szablami, którymi obiecają rozsiekać ostatecznie przeciwnika, by Polska rosła w siłę, a ludzie jak tam sobie chcą. Obudzimy się w Polsce, w której obie główne siły zaklinają się, że chcą tworzyć inną rzeczywistość, choć w istocie są gałęziami tego samego, kapitalistycznego, neoliberalnego drzewa i niczego zmienić nie tylko nie są w stanie, ale po prostu nie chcą. Najważniejsze jest zachowanie status quo. Z pogarszającym się statusem człowieka pracy najemnej, rozwarstwieniem społecznym i pogardą dla wykluczonych.

 

Druga

refleksja jest zaś taka, że to dla lewicy naprawdę ostatni moment. Rację ma Piotr Gadzinowski, który wskazuje w swoim artykule dla Strajku, że albo lewica zacznie pracować nad wspólnym (dla mających problem ze słuchem powtórzę: wspólnym) projektem V Rzeczypospolitej, albo zdechnie pod kolejnym plakatem wyborczym, którego nikt nie będzie czytał.

 

Kolejny raz

oczekiwania lewicowych, tradycyjnie rozproszonych kandydatów, nie potwierdziły się. Nie zdarzył się cud, że wyborcy lewicy tknięci duchem niekoniecznie świętym nagle zagłosują na jednego z nich, a o reszcie zapomną. Rozproszeni kandydaci rozproszyli głosy. Jeżeli nie powstanie trzecia, lewicowa i alternatywna dla neoliberałów siła, to nie podniesie się z niebytu przez pokolenie.
Polskie wybory samorządowe tknięte odbiciem wielkiej polityki i jej wojen straciły gdzieś to, co lokalne wybory w normalnych krajach powinny zapewniać; rozmowę o najbliższej wspólnocie, gdzie nie są ważne polityczne podziały, a jakość życia na co dzień. Ale cóż, nikt nie obiecywał, że Polska jest normalnym krajem.

Pisk myszy wyborczej

Kandydowałem w wyborach od 1997 roku. Wielokrotnie do Sejmu i do Parlamentu Europejskiego, ostatnio do Rady Dzielnicy, teraz do Rady Miasta Warszawy. Trzy razy byłem wybrany do Sejmu RP. Kampanie wyborcze zawsze aktywnie prowadziłem, wspierałem też innych kandydatów w czasie ich kampanii wyborczych.

 

Zawsze miałem poczucie i przekonanie, że uczestniczę w wyborach. Że ktoś chce poznać mnie i mój program. Zawsze byłem zapraszany na spotkania z Wyborcami. Dyskusje kandydatów publicznie prezentujących swoje programy i krytykujących konkurencyjne propozycje.
Dziennikarze i organizacje pozarządowe zawsze zmuszały mnie do wypełniania ankiet pozwalających społeczeństwu poznać mój program, kwalifikacje, charakter mój nawet.
Podczas wręczania moich ulotek wyborczych na bazarkach, piknikach, przy stacjach metra nieraz słyszałem emocjonalne komentarze pod moim adresem i liderów mojego ugrupowania.

 

Teraz poczułem, że nie uczestniczę w wyborach,

tylko w plebiscycie. Ankiet nie musiałem wypełniać, bo nikt nie proponował. Nie musiałem na pytania odpowiadać, nawet kiedy podczas konferencji prasowych zgłaszałem taką gotowość. Wyglądało na to, że potencjalni Wyborcy nie chcieli spotkać się ze mną. I z wieloma kandydatami również.
Rozdawane na ulicach gazetki, ulotki potencjalni Wyborcy przyjmowali, choć częściej odmawiali. Zwykle milcząco, bez komentarzy. Czasem bywałem rozpoznamy. „O pana to z telewizji znam” – i wtedy proponowano mi wspólną focie. Raz na koniec usłyszałem: „Bardzo pana lubię, panie Bryndal”.
Oczywiście można rzec, że taki jest los kandydującego do drugorzędnej Rady Miasta Warszawy. Z listy partii uznanej w mediach za trzeciorzędną. Robiącego kampanię w stołecznym Wilanowie i Ursynowie, dzielnicach uchodzących za siedliska sytych, odpornych na proponowane im „eventy”, anty lewicowych Warszawiaków.
Ale podobne poczucie braku zainteresowania mediów i wyborców słyszałem od innych kandydatów. Startujących nie tylko z listy „SLD – Lewica Razem”, ruchów miejskich, czy PSL. Także PO, a nawet PiS. Kandydujących nie tylko w Warszawie.
W Warszawie tegoroczne kampanie wyborcze żyły na poziomie wyborów na prezydenta miasta i wyborców do rad dzielnicowych.
Najczęściej na ulicach widoczni byli kandydaci do dzielnic. I ich materiały wyborcze. To oni zwykle stali z ulotkami lub zawieszali swoje plakaty na słupach. To ich ludzie nocami zrywali plakaty konkurentów.
Plakaty zwykle niezwykle podobnie do siebie. Bo zwykle komitetów lokalnych. O nazwach zwykle zawierających Ursynów lub Wilanów okraszony swojskim przymiotnikiem. Zwykle w tonacjach zielonych, uznanych w tym sezonie za „bezpartyjne”, i przyjaznych dla oczu. Z podobnymi, bo silnie retuszowanymi, zdjęciami kandydatów.
I podobnymi programami, czasem identycznymi, bo podobnie diagnozującymi najważniejsze potrzeby mieszkańców.
Kampania wyborcza do sejmików wojewódzkich nie istniała w mediach i na ulicach. Kandydujący tam najczęściej uśmiechali się z billboardów umieszczonych na tablicach i autobusach.
Kampanii wyborczej do Rady Miasta w mediach nie było, poza lakonicznymi informacjami. Na ulicach kandydatów było jak na lekarstwo, podobnie jak ich wizerunków na billboardach.
Poza Warszawą kandydaci do sejmików najłatwiej mogli się prezentować za pomocą billboardów, bo tam takie kampanie były tańsze niż w stolicy. Ale kampanie billboardowi są najmniej merytoryczne. Dlatego w krajach o wyższym stopniu demokracji są zakazane.
Po raz pierwszy nie miałem poczucia, że uczestniczę w wyborach.
Dlatego, że tegoroczne wybory  s a m o r z ą d o w e  zostały przez dwie największe partie polityczne, PiS i koalicję skupiona wokół PO, zredukowane do

 

politycznego plebiscytu.

Do wyboru pomiędzy partią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego a koalicją Grzegorza Schetyny.
Plebiscytu toczonego na poziomie stołecznym przez bój wyborczy Rafał Trzaskowski – Patryk Jaki. Wzbogacanego mniej prestiżowymi, ale też politycznie ważnymi, plebiscytami w Gdańsku, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Lublinie, Białymstoku.
Wszędzie tam, a zwłaszcza w Warszawie, pozostali kandydaci zwykle prezentowani byli przez media, i te narodowo – katolickie i te liberalne, komercyjne, jedynie jako ewentualni przyszli sojusznicy dwóch najważniejszych kandydatów. W przyszłych drugich turach wyborczych.
Tak było przede wszystkim w Warszawie. Ale podobnie było też w innych miastach.
Wszędzie kampanie do sejmików wojewódzkich i innych samorządów przebiegały w cieniu politycznych plebiscytów. Kandydaci PiS na prezydentów miast kontra kandydaci koalicji anty PiS.
Wszędzie tam też żywa kampania toczyła się na szczeblach najniższych, czyli gmin, dzielnic, rad miejskich. Tam wybory miały rzeczywiście samorządowy charakter.
Plebiscytowy charakter wyborów sprawiał, że radykalnie zmalały szanse ugrupowań lewicowych, ruchów miejskich, PSL, Kukiz15 i radykalnej prawicy. Bo efektem plebiscytowego charakteru tych wyborów będzie zapewne wyższa, niż zwykle, frekwencja wyborcza. Co przy większościowym systemie liczenia głosów doprowadzi do podziału miejsc w samorządach przede wszystkim pomiędzy kandydatów PiS i PO+.
Zwłaszcza w sejmikach wojewódzkich.
Tu zgodne milczenie mediów wspierających PiS i mediów wspierających koalicję PO+ wywołuje podejrzenie, że obie konkurencyjne strony zawarły niepisaną zmowę polityczną. Skierowaną przeciwko wszystkim pozostałym partiom i ugrupowaniom wyborczym.
Takie splebiscytowanie wyborów samorządowych PO i PiS przećwiczyły wcześniej. Obie partie złamały ordynację i kodeks wyborczy zgłaszając wcześniej swych kandydatów na prezydenta Warszawy i wspierając ich bezprawną kampanię wyborczą.
Taki plebiscyt wyborczy napompował szanse koalicji PO+ i PIS. Redukował pozostałe partie i komitety wyborcze do roli biednych myszy wyborczych.
Jeśli sprawdzą się czarne prognozowane dla tych myszy wyniki, to w przyszłym roku kolejne wybory, te do parlamentu europejskiego i polskiego, też staną się plebiscytami.
Europejskie będą plebiscytem pomiędzy eurosceptykami z PiS i proeuropejską PO+.
Krajowe będą pomiędzy autorytarną i populistyczną prawicą PiS a demokratyczną, liberalna prawicą PO+.
Lewica może w ten sposób zostać obsadzona w roli biednej myszy wyborczej.
Lewica wystawiła w samorządowych wyborach kilka swych reprezentacji.
Bo jej liderzy chcieli realnie

 

„policzyć swoje poparcie”.

Niektórzy uwierzyli, że zyskają poparcie lewicowych, lecz jeszcze nie głosujących do tej pory Wyborców. Inni liczyli na przyjcie Mesjasza lewicy, nierzadko osadzając się w tej roli.
Czy uznali, jak przywódcy Powstania Warszawskiego, że ewentualna, dzisiejsza polityczna klęska okaże się przyszłym moralnym zwycięstwem? Fundamentem przyszłej, wielkiej, czystej ideowo lewicy polskiej?
Po obecnej kampanii – plebiscycie wiem, że w przyszłej, też pewnie plebiscytowej, kampanii wyborczej, lewicowe myszy pewnie nie zaryczą.
Jeśli szybko nie zaczną wspólnie pracować nad projektem politycznym

 

V Rzeczpospolita.

Socjalna i demokratyczna. Alternatywnej wobec III i IV Rzeczpospolitej.
Jeśli nie zbudują koalicji politycznej Lewica+.
Jeśli nie stworzą sieci współpracujących ze sobą mediów lewicowych. Alternatywnej wobec narodowo – katolickich TVP i PR wspierających PiS oraz komercyjnych mediów wspierających PO+.
Jeśli więcej energii, czasu i pieniędzy nadal będą przeznaczać na walki polityczne z lewicową konkurencją i plebiscyty na Miss Polskiej Lewicy.
Jeśli polska lewica nie wyciągnie wniosków z tego plebiscytu politycznego, to w przyszłym roku zobaczymy niezwykle zjawisko.
Jak polityczne myszy same sobie zakładają pułapkę.

 

Pierwsza wersja artykułu ukazała się na portalu strajk.eu.