Zły „dotyk Boga”

Kościół katolicki w Wielkiej Brytanii skrywa tysiące przypadków gwałtów, nadużyć seksualnych, przemocy i okrucieństwa. Studiowanie tych historii przyprawia o dreszcze a niektóre z nich mogłyby posłużyć jako materiał na mocny thriller. Niedawno opublikowano raport komisji śledczej o nazwie Niezależne Dochodzenie w sprawie Nadużyć Seksualnych na Dzieciach (w skrócie IICSA od: Independent Inquiry into Child Sexual Abuse). Raport nie zostawia suchej nitki na szefach brytyjskiego Kościoła katolickiego. Zamiast troszczyć się o ofiary i próbować wyjaśniać przestępcze incydenty w swoim środowisku, Kościół wybrał dbanie o własną reputację i ukrywanie niewygodnych faktów. W raporcie wymienia się pełne imiona i nazwiska sprawców i są one łatwo dostępne w internecie.

Przez kilkadziesiąt lat, głównymi ośrodkami aktywności pedofilskiej w strukturach Kościoła rzymskokatolickiego w Wielkiej Brytanii były niektóre szkoły i klasztory prowadzone przez benedyktynów. Do najbardziej niesławnych zaliczyć należy szkoły Ampleforth w Północnym Yorkshire, Downside w Somerset oraz szkołę St Benedict’s w Ealing, w zachodnim Londynie.
Do aktów molestowania i nadużyć dochodziło w tych szkołach ze strony nauczycieli, zakonników i księży. W większości tych przypadków skargi składane przez uczniów, ich rodziców i absolwentów były zamiatane pod dywan a sprawcy chronieni. W klasztorze Ampleforth osoby odpowiedzialne za molestowanie nawet nie próbowały ukrywać swojego zainteresowania seksualnego dziećmi. W raporcie czytamy, że w klasztorze panowała kultura akceptacji dla takich zachowań jak „pieszczenie dzieci” polegające czasem na „wzajemnej i grupowej masturbacji”. Zarówno w tym jak i innych klasztorach, sprawcy w najgorszym wypadku zostawali przenoszeni do innych parafii i szkół. Władze zakonne nigdy nie zawiadamiały policji i służb zajmujących się opieką nad dziećmi.
W szkole zakonnej Ampleforth głośna była sprawa ojca Piersa Grant-Ferrisa, mnicha-pedofila i nauczyciela geografii. Pierwsze skargi na Grant-Ferrisa składane były już w 1975 roku. Rodzice uczniów skarżyli się wtedy, że ksiądz dotykał je w miejsca intymne. Jedno z dzieci skarżyło się, że ojciec Piers podczas wymierzania klapsów (które było przyjętą i legalną formą wychowawczą w klasztorze), ściągał mu majtki a sam się przy tym onanizował. Władze zakonu nie tylko nie zgłosiły sprawy poza szkołę, na przykład na policję, ale przeniosły go na inną parafię, gdzie nadal miał kontakt z dziećmi. Od czasu pierwszych skarg przenoszono go na co najmniej sześć różnych parafii, w których miał kontakt z dziećmi. Gdy w 1995 roku jedna z ofiar zgłosiła skargę na wcześniejsze zachowania Grant-Ferrisa do diecezji Middlesbrough, usłyszała, że jest pierwszą osobą, która kiedykolwiek zgłaszała takie rzeczy w sprawie księdza. Nie powiedziano jej, że skargi na księdza składano już od dwudziestu lat. W tym samym 1995 roku, inny ksiądz, Bernard Green, zakonnik z Ampleforth i nauczyciel w tamtejszej szkole średniej, został aresztowany i skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu za napaść seksualną na śpiącego chłopca w jednym ze szkolnych dormitoriów. Inny zakonnik, ojciec Gregory Carroll w 2005 roku trafił za kraty za nadużycia seksualne na chłopcach w latach 70 – tych i 80 – tych, po czym udowodniono mu kolejne przestępstwa tego typu w innych parafiach i skazano go na dwadziescia lat więzienia. W 2006 roku ojciec Piers Grant-Ferris trafił do więzienia. Udowodniono mu molestowanie seksualne piętnastu chłopców, najczęściej będących w wieku ośmiu lub dziewięciu lat.
Pracownicy socjalni, którzy próbowali pomóc klasztorowi w stworzeniu sprawnego mechanizmu ochrony dzieci, wspominają, że Ampleforth był najtrudniejszą placówką, z jaką mieli do czynienia. Księża i szefostwo zakonu nie chcieli żadnej współpracy, nie życzyli sobie jakiejkolwiek ingerencji ani kontroli, nie udostępniali żadnych informacji i sprawiali wrażenie bycia tajnym stowarzyszeniem. Większość faktów na temat pedofilskiej aktywności w Ampleforth wyszła na jaw dopiero w toku policyjnego śledztwa w 2005 roku. Aż do tego czasu władze zakonne i zarządzająca zakonem diecezja nie chciały współpracować z zewnętrznymi instytucjami i całą sprawę pedofilskiej patologii ukrywano.
Wspomnieć tu należy, że w Wielkiej Brytanii szkoły katolickie mają opinię lepszych od innych szkół, poziom nauczania jest wysoki a czesne to spory wydatek. Dla przykładu, koszt wysłania dziecka do szkoły w Ampleforth to dla rodziców wydatek od 16 do 26 tysięcy funtów za rok za pierwsze klasy szkoły średniej lub 26 do 36 tysięcy funtów rocznie za wyższe klasy szkoły średniej. Wyższa cena jest za opcję z internatem a niższa, za naukę dzienną, gdzie trzeba dowozić pupila do szkoły i odbierać po lekcjach. Druga opcja pojawiła się w Ampleforth dopiero w ostatnich latach, wcześniej dostępna była tylko opcja z internatem.
Kolejną niesławną placówką katolicką znaną z pedofilskich wybryków księży jest St Beneticts’s Abbey (Klasztor Św. Benetykta) w Ealing, w zachodnim Londynie. Do klasztoru przynależą dwie szkoły. W 2009 roku były dyrektor szkoły podstawowej przy tym zakonie, ojciec David Pearce został skazany za jedenaście gwałtów i napaści seksualnych na dzieci. Ofiary wspominały, że Pearce był zdolny do wprowadzenia atmosfery kontroli, strachu i „kultury seksualnego sadyzmu”. Jeden z uczniów w 2004 roku poskarżył się na działania Pierce’a ale wtedy nie udało się policji zgromadzić wystarczających dowodów. Gdy ofiara zaczęła nagłaśniać sprawę, władze zakonu zdecydowały o odsunieciu Pearce’a od prowadzenia zajęć z dziećmi, po to, by „chronić ojca Davida przed nieuzasadnionymi oskarżeniami”. Jednak nawet w czasie, gdy zakon zabronił mu zbliżania się do dzieci, Pearce nadal dokonywał swoich aktów, zupełnie nie zważając na zakaz i nie ponosząc żadnych konsekwencji ze strony Kościoła. „Nie mógł się powstrzymać” – wspominał w czasie procesu jeden z pokrzywdzonych chłopców. Ksiądz zmuszał dzieci do „dochowania sekretu”. Mówił ofiarom, by „były szczere z nim ale trzymały to w tajemnicy przed rodzicami”. Pearce miał wśród dzieci swoich „ulubieńców”, których zapraszał na „specjalne lekcje”.
W 2016 roku wicedyrektor tej szkoły, Peter Allott, został skazany za posiadanie zdjęć z nagimi dziećmi i przy okazji wyszło na jaw, że w molestowanie dzieci na terenie klasztoru i w przyklasztornych szkółach zaangazowanych było kilka kolejnych osób. W 2019 roku Andrew Soper, dyrektor klasztornej szkoły średniej i były opat zakonu w Ealing, został skazany na osiemnaście lat więzienia za dziewiętnaście gwałtów i inne przestępstwa seksualne na dzieciach. Zanim trafił przed sąd, uciekł w 2011 roku do Kosowa, gdzie ukrywał się przez pięć lat.
O pedofilskich incydentach wiedzieli inni nauczyciele i pracownicy szkół ale milczeli w obawie przed utratą pracy. Obydwie szkoły unikały udostępniania informacji organom ścigania i były niechętne współpracy z władzami badającymi te nadużycia. W raporcie wprost napisano, że: „na pierwszym miejscu stawiano mnichów i ich własną reputację zamiast ochrony dzieci (…) w celu uniknięcia skandalu”. W klasztorze panowała w tej sprawie niepisana zasada „nic im nie mówimy”. W sytuacjach, gdy te sprawy wychodziły na jaw, władze zakonne przenosiły sprawców w inne miejsca. W obydwu szkołach zniszczono wszelką wewnętrzną dokumentację i notatki dotyczące przestępstw pedofilskich.
Inną placówką benedyktyńską, która znana była z pedofilskich wybryków księży, był klasztor Downside Abbey w Devon i wchodząca w jego skład szkoła, gdzie o molestowaniu dzieci słychać było już od lat 60-tych. Jednym z czarnych bohaterów historii tego zakonu jest ojciec Nicholas White. Jeden z byłych uczniów zeznał przed komisją IICSA, że gdy miał jedenaście lat, White wielokrotnie go molestował: dotykał jego członka i masturbował go. Gdy chłopiec w końcu poskarżył się babci i ojcu, sprawę zgłoszono do dyrekcji szkoły. White przestał uczyć w jego klasie. Ale już w kolejnym semestrze, gdy chłopak przeszedł do wyższej klasy, okazało się, że jego wychowawcą jest ten sam ojciec Nicholas White i podlega mu teraz osiemdziesięciu innych chłopców. W tym wypadku klasztor nie uciekł się nawet do tradycyjnego kościelnego rozwiązania jakim jest przeniesienie pedofila w sutannie „do innej parafii”. Nicholasa White’a przeniesiono do innej klasy, w tej samej szkole! Chłopiec ponownie był molestowany i wiedział o innym chłopcu, który padł ofiarą White’a.
Na tym nie koniec. Ojciec White uczył w szkole przez kolejne kilka lat, dokonując kolejnych aktów pedofilskich o których wiedziała dyrekcja szkoły. W 1990 roku odszedł tymczasowo ze szkoły ale już w 1999 roku powrócił do Downside i nadal tam pracował aż do 2010 roku. Dopiero dzięki policyjnemu śledztwu udało się dotrzeć do dokumentów klasztornych, w tym pierwotnych skarg na White’a. Ojciec Nicholas został skazany na pięć lat więzienia a przed sądem przyznał się do molestowania siedmiu chłopców. W 2012 roku, dyrektor klasztornej szkoły w Dowside spalił ogromną ilość akt i dokumentów z wcześniejszych lat. Według komisji IICSA, mogły one zawierać informacje o innych przestępstwach dokonywanych na terenie szkoły, których nie uda się już poznać.
W innych szkołach i klasztorach katolickich bywało nie lepiej. W szkole St Ambrose College w miejscowości Altrincham dochodziło do molestowania seksualnego ze strony personelu na terenie szkoły jak i w czasie zajęć poza szkołą. W ostatnich latach na policję zgłosiło się kilkadziesiąt osób, które w dzieciństwie padły ofiarą przemocy ze strony personelu tej szkoły. Alan Morris, katolicki diakon, były nauczyciel i zastępca dyrektora szkoły St Ambrose, został skazany w 2014 roku na 9 lat więzienia. Udowodniono mu dziewiętnaście przypadków napaści seksualnych na dzieci. Od czasu procesu, na jaw wyszło kolejnych 47 przypadków molestowania.
W katolickiej szkole Douai przy Klasztorze Douai (Douai Abbey) pracował ksiądz David Smith. Molestował seksualnie chłopców w tej szkole a następnie zmienił wyznanie na anglikańskie i jako ksiądz anglikański molestował dzieci w placówkach anglikańskich. Do więzienia trafił w 2007 roku. W tej samej szkole, katolicki ksiądz Michael Creagh odpowiedzialny był za molestowanie dzieci a do szkoły trafił przeniesiony z innych parafii z których wydalono go za czyny pedofilskie. Do Douai trafił też Dawid Lowe, który najpierw molestował dzieci przy katedralnym chórze dziecięcym w Westminsterze a następnie we wspomnianej wcześniej szkole katolickiej Ampleforth. W 2015 roku Lowe został skazany na dziesięć lat więzienia.
W szkole Douai pracował też ojciec Terence Charles Fitzpatrick. Podczas swojej wcześniejszej posługi w parafii St Osburg’s w Coventry, został przyłapany na molestowaniu kobiety z problemami psychologicznymi. Kobieta zwróciła się do księdza o poradę a ten zorganizował jej serię „zabaw w imieniu Boga” polegających na molestowaniu seksualnym. Ksiądz przekonał swoją ofiarę, że jest to część terapii której ona potrzebuje. Gdy sprawa wyszła na jaw, Fitzpatricka „przeniesiono do innej parafii”, czyli do szkoły klasztornej przy Douai Abbey. Potem służył jeszcze w czterech innych parafiach katolickich w Berkshire.
W szkole St Peter Claver College w Yorkshire, ksiądz urządzał uczniom „inspekcję genitaliów” podczas której dotykał ich członków, nacierał wazeliną i masturbował. Jedna z ofiar, dziś dorosły mężczyzna, wspomina, że jako dziecko doświadczał „inspekcji genitaliów” przez okres ponad dwóch lat. W Belmont Abbey w Herefordshire ksiądz John Kinsey dopuszczał się napaści seksualnych na chłopców za co został skazany na pięć lat więzienia. Także w zamkniętej w 1994 roku szkole Buckfast Abbey dochodziło do przestępstw pedofilskich, w związku z czym jeden z księży trafił do więzienia. Przykładów jest niestety dużo więcej.
Raport IICSA opisuje dramat 17-letniej dziewczyny na wózku inwalidzkim, która została zgwałcona przez księdza. Ofiara była już molestowana w dzieciństwie, a zwrot ku Kościołowi miał pomóc w trudzie pozbycia się traumy. Kościół niestety zawiódł. W raporcie można też przeczytać historię o zakonniku prowadzącym poradnię dla młodzieży. W czasie jednej z prywatnych „sesji” kazał rozebrać się do naga dziewczynce, żeby ją molestować. Mowa też o księdzu, który wykorzystywał dziecko „setki razy” i zmuszał je po każdym razie do spowiedzi, doprowadzając do jeszcze głębszej traumy i depresji.
Wyjątkowo wstrząsająca jest historia kobiety, która wspomina jak w wieku 13 lat była molestowana przez księży salezjanów. Jeden z księży przekonał rodziców, że dziewczynka potrzebuje „prywatnych zajęć”. Podczas tych zajęć ksiądz zmuszał dziewczynkę do rozbierania się do naga, dotykał jej miejsc intymnych, w tym – jak opisuje raport IICSA – penetrował jej pochwę palcami. Do tego typu molestowania dochodziło regularnie, przez lata. Na skutek traumy dziewczynka próbowała popełnić samobójstwo – najpierw chciała skoczyć z mostu a innym razem próbowała przedawkować lekarstwa.
Raport opowiada też historię trzynastoletniego chłopca, który poznał księdza Jamesa Robinsona z archidiecezji Birmingham. Ksiądz zabierał chłopca na wycieczki samochodem i zapraszał do domu swojej matki. W trakcie tych spotkań molestował go na wiele sposobów. Rodzice chłopca traktowali księdza z takim szacunkiem i obdarzali tak wielkim zaufaniem, że pozwalali mu spędzać noce w swoim domu i spać w jednym łóżku ze swoim małoletnim synem. Raport IICSA opisuje szokujące doświadczenia dziecka w trakcie tych nocy: ksiądz zmuszał chłopca do seksu oralnego i gwałcił go analnie. Dorosły dziś mężczyzna, wspominając ten czas mówił, że po tych doświadczeniach przez lata cierpiał na depresję i przez kilka lat musiał korzystać z terapii psychologicznej. Ten chłopiec nie był jedyną ofiarą księdza Robinsona. Przed sądem Robinson odpowiadał za molestowanie i gwałcenie czterech innych chłopców. Ksiądz został skazany na 21 lat więzienia.

Ta historia jest szokująca sama w sobie ale reakcja Kościoła przechodzi wszelkie wyobrażenie. Komisja IICSA ustaliła, że gdy rodzice ofiar Robinsona przychodzili ze skargami do różnych parafii, władze kościelne lekceważyły sprawę i zniechęcały rodziców do podejmowania dalszych akcji. W 1985 roku policji przekazano nagranie rozmowy Robinsona z jedną z ofiar, podczas której ksiądz przyznał się do swoich czynów. Policja jednak utraciła to nagranie w dziwnych okolicznościach. Wkrótce potem władze kościelne wysłały Robinsona do USA, do jednej z parafii w Los Angeles, gdzie rozpoczął nowe życie na koszt brytyjskiego kościoła katolickiego. Przez kilkanaście lat wypłacano mu regularną pensję. Kościół, który wiedział o przestępczych czynach swojego księdza nie tylko nie zawiadomił policji i nie pomógł wyjaśnić sprawy, ale pomógł przestępcy uciec za granicę i przez lata wspierał go finansowo. Dopiero w 2009 roku brytyjskie władze wystąpiły z wnioskiem o deportację.
Znane są też liczne przypadki kościelnej pedofilii, które nie znalazły się w raporcie IICSA ale opisane były już wcześniej przez media. W diecezji Birmingham pracował ksiądz Alexander Bede Walsh. Od lat 70-tych do 90-tych dopuszczał się czynów pedofilskich w parafiach w Warwickshire, Staffordshire i Coventry. W trakcie procesu, jedna z ofiar określiła ojca Walsha jako „zdeterminowanego, manipulatorskiego, drapieżnego pedofila”, który sądził, że nikt nie będzie przeciwko niemu zeznawał, bo jest księdzem. Molestowane dzieci poił alkoholem, mówiąc, że picie alkoholu zaprowadzi je do nieba. Ksiądz Walsh manipulował swoje ofiary tłumacząc swoje perwersyjne działania religią. Dotykając chłopców w miejsca intymne, tłumaczył, że to „dotyk Boga”. Jeden z molestowanych chłopców faktycznie uwierzył, że ręka księdza była ręką Boga, która go dotyka. Za swój zły dotyk i kilkadziesiąt przypadków napaści seksualnych na dzieci w wieku od ośmiu do szesnastu lat, Walsh został skazany na 22 lata więzienia.
W miejscowości Coleshill w archidiecezji Birmingham działał makabryczny, katolicki sierociniec o nazwie Dom Ojca Hudsona. Ośrodek należał do sieci sierocińców imienia Ojca Hudsona i istnieje do dzisiaj ale teraz działa jako dom starców i cieszy się dobrą opinią rezydentów. Historia tego sierocińca mogłaby posłużyć za tło scenariusza horroru ale niestety, wydarzenia te są prawdziwe. Na przestrzeni lat dochodziło tam do bicia, gwałtów i molestowania seksualnego ze strony księży, zakonnic i personelu. Jeden z pensjonariuszy tego katolickiego ośrodka wspominał po latach: „Każde dziecko żyło w strachu. Nikt nie interesował się sierotami w tamtym czasie i nie było nikogo do kogo można by się było zgłosić. Nie mogliśmy powiedzieć nikomu, że zakonnica nas biła albo, że ksiądz nas zgwałcił”. Jak ustaliła komisja IICSA, miejsce to z jakiegoś powodu odwiedzał też wspomniany wyżej ksiądz James Robinson. Być może bezradność dzieci w tym ośrodku była na tyle „pociągająca” w środowisku kościelnych pedofilów, że przyciągał on pojedynczych księży zainteresowanych wykorzystaniem tej sytuacji.
Jeden z chłopców, dzisiaj człowiek w sile wieku, wspomina zorganizowany przez sierociniec wyjazd pod namioty do Walii: „Zakonnice nocowały w pobliskim kościele, podczas gdy chłopcy i młodzi księża nocowali w namiotach. Jeden z księży kazał mi wejść do namiotu i mnie zaatakował. Ściągnął mi spodnie i mnie zgwałcił. Miałem dwanaście lat”. Ksiądz kazał mu milczeć na ten temat, choć i tak nie było nikogo, komu można było o tym powiedzieć. Zakonnice wiedziały o gwałtach na dzieciach ale nie reagowały. Za to same odpowiedzialne były za atmosferę strachu, terroru i przemocy w sierocińcu. Powszechne było bicie bez powodu, często brutalne, powodujące krwotoki. Większość osób odpowiedzialnych za tę przemoc nigdy nie odpowiedziała za swoje czyny. Przed sądem stanął tylko jeden pedofil, ksiądz Eric Taylor, odpowiedzialny za gwałty na dzieciach w Domu Ojca Hudsona. Jak wspominały ofiary w czasie rozprawy sądowej, o gwałtach dokonywanych przez księdza Taylora wiedzieli wszyscy w ośrodku. Osoby, które się odważyły poskarżyć na księdza, były bite przez zakonnice. Taylor zmarł w więzieniu.
Głośno swego czasu było o „Sprawie Hilla” (The Hill case) w którą zamieszany był sam kardynał Cormac Murphy-O’Connor. W 1985 roku, gdy sprawował funkcję Biskupa Arundel i Brighton, został poinformowany o zarzutach wobec jednego z księży, ojca Michaela Hilla. Księdza oskarżano o czyny pedofilskie. Zamiast skierować sprawę na policję, Murphy-O’Connor przeniósł Hilla do parafii przy londyńskim lotnisku Gatwick. Nie powiadomiono ani policji ani innych instytucji państwowych, zamiast tego przeniesiono go do innej parafii. Dopiero po dwunastu latach Hillowi udowodniono przed sądem molestowanie dziewięciorga dzieci i w 1997 roku został skazany na pięć lat więzienia a w 2002 roku znaleziono dowody na dalsze przestępstwa pedofilskie i skazano go na kolejne pięć lat.
W 2001 roku papież Jan Paweł II uczynił Murphy-O’Connora kardynałem. Choć Murphy-O’Connor był bezpośrednio zaangażowany w ukrywanie przestępstwa, policja uznała, że nie ma wystarczających dowodów na jego winę i nigdy nie postawiono go przed sądem. Rok po śmierci O’Connora on sam został oskarżony o gwałt na dziewczynce. Policja nie zajęła się sprawą, bo sprawca już nie żył a sam Kościół nie znalazł dowodów na potwierdzenie tego oskarżenia.
Murphy-O’Connor w trakcie swojej kariery był oczywiście przeciwnikiem związków homoseksualnych i przeciwnikiem antykoncepcji jako „niezgodnych z naukami Kościoła”. Chętnie zabierał w tych sprawach głos. Napisał do premiera Tony Blaira list, protestując przeciwko ustawodastwu ułatwiającemu parom homoseksualnym wspólne życie. Odwołał też zarząd jednego z katolickich szpitali współfinansowanych przez NHS (publiczną służbę zdrowia), za przepisywanie tabletki „dzień po” i skierowania na zabiegi aborcyjne.
Informacje o tych i innych przestępstwach kleru były opisywane przez media i przy odrobinie chęci można je znaleźć w internecie. Nieznana jest oczywiście całkowita liczba przypadków nadużyć seksualnych w brytyjskim Kościele Katolickim ani nieznana jest prawdziwa skala zjawiska. Samej komisji IICSA udało się zgromadzić informacje na temat 931 złożonych skarg dotyczących ponad 3000 przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci w rzymskokatolickich parafiach, szkołach i organizacjach religijnych. Komisja każdego roku otrzymuje ponad sto zgłoszeń takich przypadków, więc wiedza na ten temat się poszerza. Problemem jest jednak brak zachowanej dokumentacji w archiwach kościelnych, niechęć do współpracy ze strony Kościoła albo po prostu niski odsetek zgłaszanych przestępstw. Doświadczenie pokazuje, że w sytuacji gdy ofiary zgłaszały się ze skargą do diecezji zamiast do organów ścigania, napotykały ścianę niechęci, wrogości i złej woli.
Sam kardynał Vincent Nichols krytykowany jest w raporcie za udział w takim działaniu. Na przykład w niedawnym przypadku kobiety zgwałconej i nękanej seksualnie przez księdza. Kobieta spędziła kilka lat próbując wywalczyć od diecezji Westminster przyznanie jej racji i przeprosiny. Gdy w trakcie swojego śledztwa komisja IICSA zażądała od diecezji dostępu do wewnętrznej korespondencji w tej sprawie, okazało się, że pracownicy zupełnie ignorowali skargę, w wewnętrznych emailach określali ofiarę mianem „manipulantki” i sugerowali, że chodzi o wyciągnięcie odszkodowania. Stojący na czele instytucji kardynał Nichols nie tylko nie potępił takiej postawy personelu, ale odmówił spotkania się z ofiarą. Zdanie zmienił dopiero, gdy jej sprawa została nagłośniona przez media. Kobieta mówiła wtedy, że przez ponad dwa i pół roku próbowała przekazać swoje skargi Kościołowi ale spotykała się z niechęcią a Kościół był zainteresowany wyłącznie bronieniem sprawcy i chronieniem swoich szeregów. W innym przypadku, w którym o gwałt oskarżono poprzednika Nicholsa, arcybiskupa Westminsteru kardynała Cormaca Murphy-O’Connora, informacje na temat ofiary wyciekły do mediów w USA. Ale kardynał Nichols, zamiast skupić się na tym, że fakt opublikowania tych materiałów dotykał bezpośrednio ofiarę, skupiał się na chronieniu wizerunku papieża, którego w tych materiałach także krytykowano. Kardynał próbował powstrzymać publikację materiałów, ale nie ze względu na dobro ofiary, lecz ze względu na źle pojmowane „dobre imię” Koscioła, papieża i Murphy-O’Connora. Odmówił też przeproszenia ofiary.
Raport IICSA opisuje jaki wpływ molestowanie ze strony kleru miało na dzieci w dalszym życiu. Większość cierpi na depresję, część walczy z uzależnieniami, niektóre osoby doprowadzały się do samookaleczeń lub mają myśli samobójcze. U ofiar w dalszym życiu dochodziło do załamań nerwowych i niektóre z tych przypadków musiały być leczone szpitalnie. U wielu z tych osób życie osobiste się nie powiodło, małżeństwa się rozpadały na skutek traumatycznych wspomnień.
Raport IICSA wprost stwierdza, że cała instytucja Kościoła Katolickiego „zdradziła swoje moralne przeznaczenie” poprzez chronienie na przestrzeni dekad setek księży-gwałcicieli. „Reakcja na przypadki ujawnienia nadużyć seksualnych charakteryzowała się zaniechaniem wsparcia dla ofiar i osób dotkniętych procederem i silnie z tym kontrastującym aktywnym zaangażowaniem na rzecz chronienia domniemanych sprawców i reputacji Kościoła” – czytamy w raporcie. Czytamy tam także o ogromnej niechęci do jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli i kulturze „zamiatania pod dywan”.
Ta lekcja jest ważna także dla Polski, gdzie przestępstwa seksualne księży wychodzą na jaw głównie dzięki pracy niezależnych dziennikarzy śledczych a Kościół jest niechętny wszelkiej współpracy. Oczywiście Kościół sam powinien być zainteresowany oczyszczeniem atmosfery wokół siebie, choćby w imię odzyskania reputacji, ale nie można tu polegać na dobrej woli. Organizacje praw człowieka, w tym organizacje praw dziecka powinny wymusić na politykach stworzenie sprawnej struktury niezależnych komisji śledczych o dużych kompetencjach, które będą w stanie skutecznie dochodzić prawdy, w tym żądać od władz kościelnych wszystkich potrzebnych dokumentów i informacji.

Sushi con carne

Grecja żyje aferą z seksualnym wykorzystywaniem tamtejszych sportsmenek. Jedna pani przypomniało się, że ponad dekadę temu jako 20-latka uciekła z samochodu, w którym molestować próbował ją działacz „w wieku dziadka”. Inna kobieta opisała przypadek lekarza sportowego. Aby zbadać jej kolano kazał jej ściągnąć całe ubranie. „Stał tuż za mną i obmacywał mnie” – pisała.
Aresztowano 38 – letniego pana trenera. Szkoleniowiec jest oskarżony o gwałt na 11-letniej zawodniczce. Sprawa pochodzi sprzed 9 lat.

Sushi przypomina to akcję #metoo sprzed lat. Wtedy też paniom i panom pootwierały się dyski pamięci i na wyprzódki całe to towarzystwo jęło opisywać jakich to niegodziwości dokonywali na nich prominentni, bogaci i utytułowani. Najbardziej osoby takie były zdziwione z reguły tym, że osoba, o której w środowisku wszyscy mówili jak o seksualnym drapieżniku, zapraszała świadomą tego ofiarę do swojego pokoju, pod pozorem posłuchania płyt, czy pooglądania rybek, po czym robiła ofierze to, przed czym ją ostrzegano.
Sushi uważa, że wszelka przemoc jest skurwysyństwem, zaś przemoc seksualna najbardziej. Jednocześnie jednak nienawidzi hipokryzji. Rzucania nieweryfikowalnych oskarżeń i wyciągania po latach spraw, do których doszło gdy tak „ofiara”, jak i „sprawca” postrzegali swoje ówczesne zachowania w zupełnie nieprzemocowych kontekstach.
To nie zawsze Weinstein zmuszał chcące zabłysnąć aktorki do swojego apartamentu. Wiele z nich waliło tam drzwiami i oknami, wiedząc, że robią to, co robiły setki ich poprzedniczek. Karierę przez łóżko znaczy. Amerykański producent został przez swoją opinie i wynikające z niej konsekwencje tak rozzuchwalony, że pojawienie się kolejnej panny do erotycznych wygibasów, było dlań czymś równie normalnym jak picie porannej kawy.
To wszystko przecież, działo się nie w czasach przedpotopowych, ale wtedy, gdy w prawie amerykańskim molestowanie seksualne było już dobrze opisane i potwierdzone setkami wyroków. Nikt nie bronił „ofiarom” tuż po wyjściu od „oprawcy” pobiec na policję lub wprost do prokuratora i powiedzieć co się stało. Byłyby i świeże zeznania i mnóstwo dowodów materialnych. Mnóstwo prokuratorów chciałoby się już wtedy wybić na takiej bulwersującej publikę aferze. Przypominanie sobie o tym po latach, a szczególnie w chwili gdy pierwsze sądy zasądzają ofiarom sowite odszkodowania, pachnie już czymś nieładnym.

Dlatego sushi jest za edukacja seksualną. Dzięki niej każdy ma wiedzieć, że jak ktoś robi nam coś nie halo, to trzeba się zgłosić jak najszybciej tu i tu. Wtedy są dowody i perwers idzie siedzieć. W tym czasie nie molestuje kolejnych osób. Procedury zgłoszeń gwałtów muszą być, i z reguły są, dopracowane. Tylko mało kto o nich wie. I to właśnie jest błąd. Szybko udowodniona przemoc seksualna w oparciu o dowody pozwala też skazywać prawdziwie winnych, uwalniając skarżące od odium ewentualnej chęci zysku.
Przestępstwa seksualne muszą zatem zostać uwolnione od fałszywego wstydu. Być traktowane jak kradzież, czy pobicie. Czyli jak normalne przestępstwo. Fałszywie pojmowany wstyd musi zlikwidować edukacja. Tak samo, jak zdjąć z ofiary odium tej, która sprowokowała. To zaś może nastąpić tylko wtedy, gdy seksualność zacznie być traktowana nie w duchu hipokryzji katolickiej, czy wiktoriańskiej, ale tak jak na to zasługuje, jako czegoś tak naturalnego jak oddychanie, wydalanie, czy jedzenie.
Bo czy znacie kogoś, kto po kilkunastu latach wnosi skargę na restaurację, w której podano mu przesolony bigos, albo niedogotowane flaczki? Wszak nawet gdyby do prokuratora zgłosiło się kilkanaście osób zeznających, że 15 lat wcześniej stały się ofiarami takiego posiłku, to każdy prawnik kazałby im spadać na drzewo. Albo do psychiatry.

Kontrola moralności na planie filmowym

To wynik ujawnionych w ostatnich latach oskarżeń o seksualne molestowanie i dyskryminacje kobiet w świecie aktorskim. Gildia Aktorów USA zareagowała w swoim stylu.
Od tej pory podczas kręcenia scen tzw. „rozbieranych” będzie zatrudniony specjalny „koordynator ds. intymnych zagadnień”, jak pisze „Guardian”. Jego zadaniem będzie czuwanie nad tym, by na planie filmowym podczas scen o erotycznym charakterze „zachować ludzką i profesjonalną godność”. Gildia Aktorów USA opracowała w związku z wieloma seks-skandalami zespół przepisów, które będą obowiązywać od tej pory. Przepisy zostały specjalnie opracowane pod kątem zlikwidowania wszelkich niezgodnych z prawem działań o charakterze seksualnym w przemyśle filmowym i telewizyjnym.
Wspomniani koordynatorzy, uzbrojeni w wytyczne, mają być, jak głosi Gildia, „profesjonalistami, którzy pomogą artystom i ekipie zdjęciowej w poczuciu komfortu filmować delikatne sceny, których uczestnicy muszą się obnażać lub symulować akt płciowy”.
Autorzy nowej inicjatywy uważają, że nowe przepisy, nad przestrzeganiem których będą czuwali koordynatorzy, staną się podstawowym dokumentem, który będzie regulował pracę aktorów „zgodnie z najbardziej odpowiadającym ich twórczej naturze rytmem a jednocześnie zachowywać godność człowieka i profesjonalisty”. Przepisy stanowią bowiem, że koordynatorzy maja prawo uczestniczyć w zdjęciach, próbach, strzec terytorium planu filmowego przed wtargnięciem osób postronnych oraz uczestniczyć, zapewne z prawem weta, w ostatecznym montażu materiału filmowego.
Można oczekiwać, że koordynatorzy staną się z czasem jednym z najważniejszych członków zespołów filmowych, a ich ingerencje w proces filmowy nabiorą mocy prawa niepodlegającego apelacji.
Czy jest to kolejna i usprawiedliwiona próba obrony praw kobiet w przemyśle filmowym, czy też otwiera się furtka dla nowego rodzaju cenzury, pokaże czas.

Seryjny pedofil przyjacielem Jana Pawła II

Kilka dni temu ukazał się bulwersujący raport dotyczący zbrodni założonego w Meksyku zgromadzenia Legionu Chrystusa. Wynika z niego, że co najmniej 33 księży i 71 seminarzystów dopuściło się czynów pedofilii na co najmniej 175 ofiarach. Założycielem Zakonu był ojciec Marcial Maciel Degollado – seryjny pedofil, sprawca wykorzystywania seksualnego także wobec własnych dzieci, bigamista i oszust.

Raport jest wynikiem wewnętrznego śledztwa zgromadzenia, a zawarte w nich fakty dotyczą lat 1941-2019. Autorzy dokumentu przyznają, że bilans prawdopodobnie nie jest pełny, a ofiar było znacznie więcej. Z raportu dowiadujemy się też, że blisko połowa kapłanów, którzy dopuścili się przestępstw seksualnych, pełniło funkcje kierownicze w zgromadzeniu, co umożliwiało zamiatanie tych spraw pod dywan.
Jednocześnie raport informuje, że wszyscy przestępcy pozostali bezkarni, a część z nich w spokoju dożyło sędziwego wieku. Sam Degollado zmarł w USA w 2008 roku w wieku 87 lat. Nigdy nie odpowiedział za swoje czyny.
Raport bulwersuje tym bardziej, że na temat zbrodni Maciela wiele było wiadomo już kilkadziesiąt lat temu, chociaż członkowie zgromadzenia przez dziesiątki lat byli zobowiązani do zachowania tajemnicy na temat tego, co się wewnątrz niego dzieje. Mimo głosu wielu ofiar, władze watykańskie nie domagały się nawet wyjaśnień, nie mówiąc już o krokach prawnych. Po wielu latach Watykan przyznał, iż celowo przedstawiano zarzuty wobec Maciela jako kalumnie i odgórnie dezawuowano ofiary. Państwo kościelne świadomie nie reagowało na skargi i zarzuty, które napływały już w latach 70, a od połowy lat 90. XX wieku w mediach na świecie opublikowano mnóstwo świadectw ofiar Maciela Degollado. Była to wiedza powszechna, dostępna dla każdego, w tym oczywiście dla papieża. Niestety jednak Jan Paweł II stanął po stronie pedofila. Po długiej batalii i w wyniku starań wielu ofiar na początku 1999 r. w Kongregacji Nauki Wiary pojawił się formalny akt oskarżenia wobec zbrodniarza, ale niestety, po upływie kilku miesięcy postępowanie zawieszono.
Jan Paweł II nie tylko ukrywał seryjnego zbrodniarza i nie podjął wobec niego żadnych kroków prawnych czy nawet dyscyplinujących, ale wręcz go wspierał. W 1994 roku, gdy wiedza o zbrodniach Maciela była już powszechna, polski papież mianował Maciela konsultantem Kongregacji do spraw Kleru i nazwał go przewodnikiem oraz wzorem dla młodych. Okrutny pedofil został więc uznany przez Karola Wojtyłę za wzór dla ofiar jego gwałtów. Po upływie kolejnej dekady, w 2004 roku, Jan Paweł II odprawił w Watykanie uroczystą mszę z okazji 60-lecia kapłaństwa Maciela i podziękował mu za owocną posługę. Dopiero za pontyfikatu Benedykta XVI ruszyło postępowanie wobec Maciela, ale ostatecznie nie poniósł on żadnej kary. Nowy papież nakazał jedynie zbrodniarzowi życie w osamotnieniu i pokucie.
Maciel to jeden z wielu zbrodniarzy w Kościele katolickim, który nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swoje czyny. Ale jego historia to zarazem brutalny dowód nieświętości polskiego papieża, który otwarcie wspierał i ukrywał seryjnego pedofila. Stawiając kolejne pomniki Janowi Pawłowi II, plujemy w twarz jego ofiarom.

 

Roman Polański #too?

„Kiedy byłam mała, marzyłam o teatrze i rodzice zapisali mnie na warsztaty teatralne. Uwielbiałam to. Być na scenie ze wszystkimi… przede wszystkim dlatego, że kiedy byliśmy na scenie, reżyser nie mógł nas dotykać. To był genialny reżyser, bo trzeba oddzielać człowieka od artysty” – ironizowała głośno humorystka Blanche Gardin pijąc do Polańskiego, który siedział przed nią na uroczystym rozdaniu Molierów, francuskich nagród teatralnych, dwa lata temu.

Sporo się od tego czasu zmieniło. Polański ma czynienia nie ze zgryźliwymi chichotami w teatrze, tylko kampanią feministek, na ulicy. Słowa „cenzura” i „antysemityzm” wtargnęły do tej historii.
Zaczęło się, przypomnijmy, od nagłego oskarżenia b. aktorki, później fotografki, 63-letniej Valentine Monnier: w połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy miała 18 lat i zjechała ze szwajcarskiej góry na nartach, znalazła się w wynajętej przez Polańskiego górskiej chacie, gdzie miał ją pobić, zgwałcić i jeszcze na nią nasikać. Dlaczego dopiero teraz o tym mówi? Bo nie mogła wytrzymać z powodu wejścia na ekrany jego nowego filmu J’accuse, który w Polsce został nieszczęśliwie zatytułowany Oficer i szpieg. „Jak to? Po pretekstem jakiegoś filmu, pod pretekstem historii mam słyszeć ‘oskarżam’ z ust tego, który napiętnował mnie żelazem, a ja, ofiara, mam nie oskarżać? Jest zakaz?” – pytała w udzielonym wywiadzie, który poruszył szczególnie feministki.
Problem polega na tym, że jest zakaz: gwałt w górach, który miał miejsce przed 44 laty nie może być przedmiotem oskarżenia, gdyż działa przedawnienie. W zeszłym roku, z tego samego powodu prokuratura w Los Angeles umorzyła śledztwo w sprawie oskarżeń kobiety, która jako 10-latka miała być zgwałcona przez Polańskiego w tym samym 1975 r., co Francuzka Monnier.
W tej sytuacji feministki manifestowały przed kinami na rzecz bojkotu filmu o fałszywie oskarżonym Żydzie, by ukarać fałszywie oskarżonego Żyda. Tak to przynajmniej widzą niektórzy obrońcy Polańskiego, jak 85-letnia Nadine Trintignant, pisarka i reżyserka, która otwarcie oskarżyła o antysemityzm tych, którzy jadą po „dziecku warszawskiego getta” jako „seryjnym gwałcicielu”.
Nadine Trintignant prawie 60 lat temu poślubił wielki francuski aktor Jean-Louis Trintignant i mieli córkę, piękną Marie, aktorkę, którą w 2003 r. w Wilnie zabił jej partner Bertrand Cantat, gwiazda zespołu Noir Désir. „Zdenerwował się na skutek kłótni”. Stąd wielkie zaskoczenie feministek, że ona zarzuca im antysemityzm, podczas gdy musiała tyle wycierpieć po śmierci ukochanej córki z ręki nieopanowanego samca. I jeszcze broni Polańskiego, „bezkarnego gwałciciela, który zrobił film za publiczne pieniądze”. Zrobiło się dziwnie.
Wezwanie do bojkotu nie powiodło się ani oddolnie, ani odgórnie. Ludzie licznie poszli do kin na film, bo to „pewna marka”, no i pewnie przyjmują, że domniemana ciemna strona reżysera nie decyduje o dziele. Próby odgórnej organizacji bojkotu spełzły na niczym, gdy władze regionów skonsultowały sprawę z dyrektorami kin: ci woleli mówić o cenzurze, bo o zysku nie wypada. W każdym razie nie zgodzili się na wycofanie filmu z repertuaru i postawili na swoim. Krytyka chwali J’accuse, ale mówienie o nim jest zatrute dawnymi sprawami Franko-Polaka i nerwową atmosferą #metoo.
W tym miesiącu mniej znany od Polańskiego francuski reżyser został wykluczony ze Stowarzyszenia Reżyserów, gdyż miał również zachowywać się jak w opowieści Blanche Gardin: według oskarżeń znanej aktorki Adèle Haenel, dobierał się do niej, gdy miała 12 lat i zaczynała dopiero pracę w filmie. Sprawa tego reżysera nie jest jeszcze całkiem przedawniona, więc skończy się pewnie w sądzie, ale przeciwnikom Polańskiego chodzi o to, by i on wyleciał ze wszystkiego, co możliwe. Okazało się zresztą, że do czegoś należy, do innego Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Producentów, które ma go zawiesić. Radykalne kobiety chcą obalić pomnik, jakby to była rewolucja i nieważne, że to tylko pomnik kinematografii. Afery wokół Polańskiego są publicznym pytaniem o społeczną sprawiedliwość, które od czasów #metoo nabrało nowych znaczeń. I to się raczej już nie zmieni.

Olsztyn nie dla Małkowskiego

Niektórzy złapani za rękę w sytuacji naruszania norm społecznych krzyczą „to nie moja ręka”. Krzyknąć „to nie mój penis” Czesław Małkowski za bardzo nie może – bo jeszcze do niedawna akurat jego penisa mógł oglądać sobie cały internet na zdjęciu krążącym po sieci jako symbol rozpasania i nadużywania władzy w samorządzie.
Dziś tego słynnego zdjęcia z byłym prezydentem Olsztyna przywiązanym do biurowego krzesła i z przysłowiowym „fiutem na wierzchu” w Google nie zobaczymy. Ale media opisujące tamtejszą seksaferę o nim pamiętają. I chociaż do Małkowskiego nie chce już przyznawać się ani lewica, ani prawica, ani centrum, on nie ustaje w wysiłkach, żeby przedstawić się wyborcom jako ofiara sytuacji oraz byłej kochanki. Przysięga na Pismo Święte i kaja się jako mąż marnotrawny, cały na biało – ten, który „tylko” romansował, ale nie żeby „aż” wykorzystywać. Dowodzi, że skoro sprawa ciągnie się w sądach od 11 lat, to świadczy o jego niewinności – a ponadto o harcie ducha. I absolutnie nie stanowi przeszkody, aby nadal aspirować do politykowania.
Seksafera w Olsztynie wybuchła w 2008. Od tego czasu Małkowski zdążył zaliczyć już areszt, odwołanie z prezydenckiego fotela w referendum, wyrok, który później został unieważniony, a o przestępstwa seksualne zdążyła oskarżyć go już nie jedna kobieta, ale cztery. Najważniejszą z nich jest Anna, która zarzuciła mu gwałt oraz nadużywanie wobec niej pozycji zawodowej – i w pewnym momencie, wiedząc, że bez dowodów jej słowa nie będą wiele znaczyły – zaczęła polityka nagrywać oraz fotografować. Dzisiaj Małkowski nadal tłumaczy jej zarzuty jako nieuzasadnione żale byłej miłostki, a jego komitet wyborczy oraz rodzina wydają oświadczenia o tym, że „jego niewierność małżeńska” jest prywatną sprawą niemającą związku z pełnieniem funkcji publicznych.
Tylko, że to nieprawda. Fakt romansowania z podwładną kompromituje samorządowca dostatecznie, nawet jeżeli zarzuty o zgwałcenie Anny zostaną oddalone. Pomijając już fakt, że w swojej kampanii kandydat na prezydenta nie zająknął się słówkiem o tym, że zdążyły się już przedawnić zarzuty innych kobiet, które utrzymywały, że Małkowski klepał je po pośladkach i zamykał się z nimi w pokoju jeszcze jako radny na początku lat dwutysięcznych.
I doprawdy, prawdziwym fenomenem jest fakt, że w mieście wojewódzkim 40-milionowego kraju polityk z tak wielkim smrodem wokół własnej osoby robi sobie na seksaferze promocję. Jasne, że prezydent-podrywacz sekretarek jest lepszy niż prezydent-gwałciciel. Sęk w tym, że ani dla jednego ani drugiego nie powinno być w żadnym ratuszu miejsca.

Prywatne jest polityczne

Minął miesiąc od wybuchu afery wokół romansu posła Pięty. I co? I nic.

 

Zawieszono go, żeby media dały spokój. Jarosław Kaczyński odgrażał się, odgrażał – ale po 30 dniach Pięta nadal zasiada w czwartym rzędzie sejmowych ław, niedaleko prezesa zresztą. Nadal też jest (sic!) wiceprzewodniczącym sejmowych komisji odpowiedzialności konstytucyjnej oraz ustawodawczej. Pamiętajmy, że PiS ostatecznie nie wyrzucił też ze swoich szeregów „seksposła” Łukasza Zbonikowskiego (tego, który zdradzał żonę z asystentką, dzieląc się ze światem przemyśleniami na temat tego, że idealna małżonka powinna „wiedzieć gdzie jej miejsce” i mieć płaską głowę „żeby można było na niej postawić piwo”).
Konserwatyści nieustannie machają przed oczami flagą z tradycyjnymi wartościami i obroną rodziny, z drugiej strony nienawiść i pogarda dla kobiet wylewa im się ze wszystkich otworów ciała z tak wielką siłą, że są w stanie poświęcić nawet swoją polityczną wiarygodność, by trzymać dalej w partii osobników piętopodobnych. Choć ci realnie stają się dla formacji wizerunkowym ciężarem – to prywatnie nikt ich nie potępia. Prawicowi, głęboko wierzący politycy kierują się logiką, wedle której zbrodnią na rodzinie jest in vitro i nauczenie chłopca, jak się sprząta, ale nie jest nią przemoc domowa ani małżeńska zdrada. Bo to przecież „tylko” dramat kobiety, taka tam przejściowa niedogodność, towarzyski smrodek, obyczajóweczka. Można poklepać kolegę po plecach i powiedzieć: „Stary, sam rozumiesz, że musisz beknąć, ale jesteśmy z tobą – te baby to potrafią dać w kość”.
Zawodowych obrońców życia i rodziny nie bulwersują teksty o płaskiej głowie kobiety i piwie same przez się. Zadeklarowani moraliści nie wyrażają oburzenia, że niegodziwiec zwodzi miesiącami zakochaną w nim kobietę, obiecując jej wspólne życie, jednocześnie oszukując też matkę swoich dzieci, która jest wobec niego wierna i lojalna. Nikt się o nie głośno nie upomina. Co więcej, na nielojalność posła i przedmiotowe traktowanie bliskich mu ludzi nie reagują też jego polityczni oponenci i liberalni komentatorzy. Dla nich istnieje tylko problem nepotyzmu – to, że obiecywał Izabeli Pek intratne posady w państwowych spółkach. Nikogo nie zastanawia, że facet, który bez żenady obnosi się ze swoją niewiernością po komunikatorach internetowych, przyjmuje otwarcie kochankę w sejmowym hotelu – jest po prostu kiepskim materiałem na męża stanu reprezentującego kogokolwiek. Skoro nie jest dla niego oczywiste, że powinien stosować w codziennym życiu wartości, którymi tak ochoczo wyciera sobie gębę służbowo – nie nadaje się na współtwórcę prawa, którego przestrzegać mają wszyscy Polacy. Po prostu.
Obłudnicy, którzy podle traktują kobiety, molestują, znęcają się, zwodzą i zdradzają, powinni być piętnowani, choć nie linczowani. Ale na pewno nie ma mojej zgody na to, aby reprezentowali kobiety w parlamencie, aby decydowali o ustawach zmieniających ich los, wreszcie – aby zachowywali funkcje, stawiające ich w roli autorytetu w sprawach rodziny czy moralności. Tu doktryna „prywatne jest polityczne” powinna zostać wdrożona i działać bezlitośnie. Tymczasem w zawodzie największego społecznego zaufania panuje pełne przyzwolenie na łamanie zasad przyzwoitości – kolesie hipokryci spokojnie poklepują kolesia hipokrytę po plecach, życzliwie radząc, aby schował się na chwilę do szafy. Nie wspominając już o tym, że to Izabela Pek została ochrzczona hieną, dziwką i karierowiczką. Ale to już zupełnie inna historia.