Kontrola moralności na planie filmowym

To wynik ujawnionych w ostatnich latach oskarżeń o seksualne molestowanie i dyskryminacje kobiet w świecie aktorskim. Gildia Aktorów USA zareagowała w swoim stylu.
Od tej pory podczas kręcenia scen tzw. „rozbieranych” będzie zatrudniony specjalny „koordynator ds. intymnych zagadnień”, jak pisze „Guardian”. Jego zadaniem będzie czuwanie nad tym, by na planie filmowym podczas scen o erotycznym charakterze „zachować ludzką i profesjonalną godność”. Gildia Aktorów USA opracowała w związku z wieloma seks-skandalami zespół przepisów, które będą obowiązywać od tej pory. Przepisy zostały specjalnie opracowane pod kątem zlikwidowania wszelkich niezgodnych z prawem działań o charakterze seksualnym w przemyśle filmowym i telewizyjnym.
Wspomniani koordynatorzy, uzbrojeni w wytyczne, mają być, jak głosi Gildia, „profesjonalistami, którzy pomogą artystom i ekipie zdjęciowej w poczuciu komfortu filmować delikatne sceny, których uczestnicy muszą się obnażać lub symulować akt płciowy”.
Autorzy nowej inicjatywy uważają, że nowe przepisy, nad przestrzeganiem których będą czuwali koordynatorzy, staną się podstawowym dokumentem, który będzie regulował pracę aktorów „zgodnie z najbardziej odpowiadającym ich twórczej naturze rytmem a jednocześnie zachowywać godność człowieka i profesjonalisty”. Przepisy stanowią bowiem, że koordynatorzy maja prawo uczestniczyć w zdjęciach, próbach, strzec terytorium planu filmowego przed wtargnięciem osób postronnych oraz uczestniczyć, zapewne z prawem weta, w ostatecznym montażu materiału filmowego.
Można oczekiwać, że koordynatorzy staną się z czasem jednym z najważniejszych członków zespołów filmowych, a ich ingerencje w proces filmowy nabiorą mocy prawa niepodlegającego apelacji.
Czy jest to kolejna i usprawiedliwiona próba obrony praw kobiet w przemyśle filmowym, czy też otwiera się furtka dla nowego rodzaju cenzury, pokaże czas.

Seryjny pedofil przyjacielem Jana Pawła II

Kilka dni temu ukazał się bulwersujący raport dotyczący zbrodni założonego w Meksyku zgromadzenia Legionu Chrystusa. Wynika z niego, że co najmniej 33 księży i 71 seminarzystów dopuściło się czynów pedofilii na co najmniej 175 ofiarach. Założycielem Zakonu był ojciec Marcial Maciel Degollado – seryjny pedofil, sprawca wykorzystywania seksualnego także wobec własnych dzieci, bigamista i oszust.

Raport jest wynikiem wewnętrznego śledztwa zgromadzenia, a zawarte w nich fakty dotyczą lat 1941-2019. Autorzy dokumentu przyznają, że bilans prawdopodobnie nie jest pełny, a ofiar było znacznie więcej. Z raportu dowiadujemy się też, że blisko połowa kapłanów, którzy dopuścili się przestępstw seksualnych, pełniło funkcje kierownicze w zgromadzeniu, co umożliwiało zamiatanie tych spraw pod dywan.
Jednocześnie raport informuje, że wszyscy przestępcy pozostali bezkarni, a część z nich w spokoju dożyło sędziwego wieku. Sam Degollado zmarł w USA w 2008 roku w wieku 87 lat. Nigdy nie odpowiedział za swoje czyny.
Raport bulwersuje tym bardziej, że na temat zbrodni Maciela wiele było wiadomo już kilkadziesiąt lat temu, chociaż członkowie zgromadzenia przez dziesiątki lat byli zobowiązani do zachowania tajemnicy na temat tego, co się wewnątrz niego dzieje. Mimo głosu wielu ofiar, władze watykańskie nie domagały się nawet wyjaśnień, nie mówiąc już o krokach prawnych. Po wielu latach Watykan przyznał, iż celowo przedstawiano zarzuty wobec Maciela jako kalumnie i odgórnie dezawuowano ofiary. Państwo kościelne świadomie nie reagowało na skargi i zarzuty, które napływały już w latach 70, a od połowy lat 90. XX wieku w mediach na świecie opublikowano mnóstwo świadectw ofiar Maciela Degollado. Była to wiedza powszechna, dostępna dla każdego, w tym oczywiście dla papieża. Niestety jednak Jan Paweł II stanął po stronie pedofila. Po długiej batalii i w wyniku starań wielu ofiar na początku 1999 r. w Kongregacji Nauki Wiary pojawił się formalny akt oskarżenia wobec zbrodniarza, ale niestety, po upływie kilku miesięcy postępowanie zawieszono.
Jan Paweł II nie tylko ukrywał seryjnego zbrodniarza i nie podjął wobec niego żadnych kroków prawnych czy nawet dyscyplinujących, ale wręcz go wspierał. W 1994 roku, gdy wiedza o zbrodniach Maciela była już powszechna, polski papież mianował Maciela konsultantem Kongregacji do spraw Kleru i nazwał go przewodnikiem oraz wzorem dla młodych. Okrutny pedofil został więc uznany przez Karola Wojtyłę za wzór dla ofiar jego gwałtów. Po upływie kolejnej dekady, w 2004 roku, Jan Paweł II odprawił w Watykanie uroczystą mszę z okazji 60-lecia kapłaństwa Maciela i podziękował mu za owocną posługę. Dopiero za pontyfikatu Benedykta XVI ruszyło postępowanie wobec Maciela, ale ostatecznie nie poniósł on żadnej kary. Nowy papież nakazał jedynie zbrodniarzowi życie w osamotnieniu i pokucie.
Maciel to jeden z wielu zbrodniarzy w Kościele katolickim, który nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swoje czyny. Ale jego historia to zarazem brutalny dowód nieświętości polskiego papieża, który otwarcie wspierał i ukrywał seryjnego pedofila. Stawiając kolejne pomniki Janowi Pawłowi II, plujemy w twarz jego ofiarom.

 

Roman Polański #too?

„Kiedy byłam mała, marzyłam o teatrze i rodzice zapisali mnie na warsztaty teatralne. Uwielbiałam to. Być na scenie ze wszystkimi… przede wszystkim dlatego, że kiedy byliśmy na scenie, reżyser nie mógł nas dotykać. To był genialny reżyser, bo trzeba oddzielać człowieka od artysty” – ironizowała głośno humorystka Blanche Gardin pijąc do Polańskiego, który siedział przed nią na uroczystym rozdaniu Molierów, francuskich nagród teatralnych, dwa lata temu.

Sporo się od tego czasu zmieniło. Polański ma czynienia nie ze zgryźliwymi chichotami w teatrze, tylko kampanią feministek, na ulicy. Słowa „cenzura” i „antysemityzm” wtargnęły do tej historii.
Zaczęło się, przypomnijmy, od nagłego oskarżenia b. aktorki, później fotografki, 63-letniej Valentine Monnier: w połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy miała 18 lat i zjechała ze szwajcarskiej góry na nartach, znalazła się w wynajętej przez Polańskiego górskiej chacie, gdzie miał ją pobić, zgwałcić i jeszcze na nią nasikać. Dlaczego dopiero teraz o tym mówi? Bo nie mogła wytrzymać z powodu wejścia na ekrany jego nowego filmu J’accuse, który w Polsce został nieszczęśliwie zatytułowany Oficer i szpieg. „Jak to? Po pretekstem jakiegoś filmu, pod pretekstem historii mam słyszeć ‘oskarżam’ z ust tego, który napiętnował mnie żelazem, a ja, ofiara, mam nie oskarżać? Jest zakaz?” – pytała w udzielonym wywiadzie, który poruszył szczególnie feministki.
Problem polega na tym, że jest zakaz: gwałt w górach, który miał miejsce przed 44 laty nie może być przedmiotem oskarżenia, gdyż działa przedawnienie. W zeszłym roku, z tego samego powodu prokuratura w Los Angeles umorzyła śledztwo w sprawie oskarżeń kobiety, która jako 10-latka miała być zgwałcona przez Polańskiego w tym samym 1975 r., co Francuzka Monnier.
W tej sytuacji feministki manifestowały przed kinami na rzecz bojkotu filmu o fałszywie oskarżonym Żydzie, by ukarać fałszywie oskarżonego Żyda. Tak to przynajmniej widzą niektórzy obrońcy Polańskiego, jak 85-letnia Nadine Trintignant, pisarka i reżyserka, która otwarcie oskarżyła o antysemityzm tych, którzy jadą po „dziecku warszawskiego getta” jako „seryjnym gwałcicielu”.
Nadine Trintignant prawie 60 lat temu poślubił wielki francuski aktor Jean-Louis Trintignant i mieli córkę, piękną Marie, aktorkę, którą w 2003 r. w Wilnie zabił jej partner Bertrand Cantat, gwiazda zespołu Noir Désir. „Zdenerwował się na skutek kłótni”. Stąd wielkie zaskoczenie feministek, że ona zarzuca im antysemityzm, podczas gdy musiała tyle wycierpieć po śmierci ukochanej córki z ręki nieopanowanego samca. I jeszcze broni Polańskiego, „bezkarnego gwałciciela, który zrobił film za publiczne pieniądze”. Zrobiło się dziwnie.
Wezwanie do bojkotu nie powiodło się ani oddolnie, ani odgórnie. Ludzie licznie poszli do kin na film, bo to „pewna marka”, no i pewnie przyjmują, że domniemana ciemna strona reżysera nie decyduje o dziele. Próby odgórnej organizacji bojkotu spełzły na niczym, gdy władze regionów skonsultowały sprawę z dyrektorami kin: ci woleli mówić o cenzurze, bo o zysku nie wypada. W każdym razie nie zgodzili się na wycofanie filmu z repertuaru i postawili na swoim. Krytyka chwali J’accuse, ale mówienie o nim jest zatrute dawnymi sprawami Franko-Polaka i nerwową atmosferą #metoo.
W tym miesiącu mniej znany od Polańskiego francuski reżyser został wykluczony ze Stowarzyszenia Reżyserów, gdyż miał również zachowywać się jak w opowieści Blanche Gardin: według oskarżeń znanej aktorki Adèle Haenel, dobierał się do niej, gdy miała 12 lat i zaczynała dopiero pracę w filmie. Sprawa tego reżysera nie jest jeszcze całkiem przedawniona, więc skończy się pewnie w sądzie, ale przeciwnikom Polańskiego chodzi o to, by i on wyleciał ze wszystkiego, co możliwe. Okazało się zresztą, że do czegoś należy, do innego Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Producentów, które ma go zawiesić. Radykalne kobiety chcą obalić pomnik, jakby to była rewolucja i nieważne, że to tylko pomnik kinematografii. Afery wokół Polańskiego są publicznym pytaniem o społeczną sprawiedliwość, które od czasów #metoo nabrało nowych znaczeń. I to się raczej już nie zmieni.

Olsztyn nie dla Małkowskiego

Niektórzy złapani za rękę w sytuacji naruszania norm społecznych krzyczą „to nie moja ręka”. Krzyknąć „to nie mój penis” Czesław Małkowski za bardzo nie może – bo jeszcze do niedawna akurat jego penisa mógł oglądać sobie cały internet na zdjęciu krążącym po sieci jako symbol rozpasania i nadużywania władzy w samorządzie.
Dziś tego słynnego zdjęcia z byłym prezydentem Olsztyna przywiązanym do biurowego krzesła i z przysłowiowym „fiutem na wierzchu” w Google nie zobaczymy. Ale media opisujące tamtejszą seksaferę o nim pamiętają. I chociaż do Małkowskiego nie chce już przyznawać się ani lewica, ani prawica, ani centrum, on nie ustaje w wysiłkach, żeby przedstawić się wyborcom jako ofiara sytuacji oraz byłej kochanki. Przysięga na Pismo Święte i kaja się jako mąż marnotrawny, cały na biało – ten, który „tylko” romansował, ale nie żeby „aż” wykorzystywać. Dowodzi, że skoro sprawa ciągnie się w sądach od 11 lat, to świadczy o jego niewinności – a ponadto o harcie ducha. I absolutnie nie stanowi przeszkody, aby nadal aspirować do politykowania.
Seksafera w Olsztynie wybuchła w 2008. Od tego czasu Małkowski zdążył zaliczyć już areszt, odwołanie z prezydenckiego fotela w referendum, wyrok, który później został unieważniony, a o przestępstwa seksualne zdążyła oskarżyć go już nie jedna kobieta, ale cztery. Najważniejszą z nich jest Anna, która zarzuciła mu gwałt oraz nadużywanie wobec niej pozycji zawodowej – i w pewnym momencie, wiedząc, że bez dowodów jej słowa nie będą wiele znaczyły – zaczęła polityka nagrywać oraz fotografować. Dzisiaj Małkowski nadal tłumaczy jej zarzuty jako nieuzasadnione żale byłej miłostki, a jego komitet wyborczy oraz rodzina wydają oświadczenia o tym, że „jego niewierność małżeńska” jest prywatną sprawą niemającą związku z pełnieniem funkcji publicznych.
Tylko, że to nieprawda. Fakt romansowania z podwładną kompromituje samorządowca dostatecznie, nawet jeżeli zarzuty o zgwałcenie Anny zostaną oddalone. Pomijając już fakt, że w swojej kampanii kandydat na prezydenta nie zająknął się słówkiem o tym, że zdążyły się już przedawnić zarzuty innych kobiet, które utrzymywały, że Małkowski klepał je po pośladkach i zamykał się z nimi w pokoju jeszcze jako radny na początku lat dwutysięcznych.
I doprawdy, prawdziwym fenomenem jest fakt, że w mieście wojewódzkim 40-milionowego kraju polityk z tak wielkim smrodem wokół własnej osoby robi sobie na seksaferze promocję. Jasne, że prezydent-podrywacz sekretarek jest lepszy niż prezydent-gwałciciel. Sęk w tym, że ani dla jednego ani drugiego nie powinno być w żadnym ratuszu miejsca.

Prywatne jest polityczne

Minął miesiąc od wybuchu afery wokół romansu posła Pięty. I co? I nic.

 

Zawieszono go, żeby media dały spokój. Jarosław Kaczyński odgrażał się, odgrażał – ale po 30 dniach Pięta nadal zasiada w czwartym rzędzie sejmowych ław, niedaleko prezesa zresztą. Nadal też jest (sic!) wiceprzewodniczącym sejmowych komisji odpowiedzialności konstytucyjnej oraz ustawodawczej. Pamiętajmy, że PiS ostatecznie nie wyrzucił też ze swoich szeregów „seksposła” Łukasza Zbonikowskiego (tego, który zdradzał żonę z asystentką, dzieląc się ze światem przemyśleniami na temat tego, że idealna małżonka powinna „wiedzieć gdzie jej miejsce” i mieć płaską głowę „żeby można było na niej postawić piwo”).
Konserwatyści nieustannie machają przed oczami flagą z tradycyjnymi wartościami i obroną rodziny, z drugiej strony nienawiść i pogarda dla kobiet wylewa im się ze wszystkich otworów ciała z tak wielką siłą, że są w stanie poświęcić nawet swoją polityczną wiarygodność, by trzymać dalej w partii osobników piętopodobnych. Choć ci realnie stają się dla formacji wizerunkowym ciężarem – to prywatnie nikt ich nie potępia. Prawicowi, głęboko wierzący politycy kierują się logiką, wedle której zbrodnią na rodzinie jest in vitro i nauczenie chłopca, jak się sprząta, ale nie jest nią przemoc domowa ani małżeńska zdrada. Bo to przecież „tylko” dramat kobiety, taka tam przejściowa niedogodność, towarzyski smrodek, obyczajóweczka. Można poklepać kolegę po plecach i powiedzieć: „Stary, sam rozumiesz, że musisz beknąć, ale jesteśmy z tobą – te baby to potrafią dać w kość”.
Zawodowych obrońców życia i rodziny nie bulwersują teksty o płaskiej głowie kobiety i piwie same przez się. Zadeklarowani moraliści nie wyrażają oburzenia, że niegodziwiec zwodzi miesiącami zakochaną w nim kobietę, obiecując jej wspólne życie, jednocześnie oszukując też matkę swoich dzieci, która jest wobec niego wierna i lojalna. Nikt się o nie głośno nie upomina. Co więcej, na nielojalność posła i przedmiotowe traktowanie bliskich mu ludzi nie reagują też jego polityczni oponenci i liberalni komentatorzy. Dla nich istnieje tylko problem nepotyzmu – to, że obiecywał Izabeli Pek intratne posady w państwowych spółkach. Nikogo nie zastanawia, że facet, który bez żenady obnosi się ze swoją niewiernością po komunikatorach internetowych, przyjmuje otwarcie kochankę w sejmowym hotelu – jest po prostu kiepskim materiałem na męża stanu reprezentującego kogokolwiek. Skoro nie jest dla niego oczywiste, że powinien stosować w codziennym życiu wartości, którymi tak ochoczo wyciera sobie gębę służbowo – nie nadaje się na współtwórcę prawa, którego przestrzegać mają wszyscy Polacy. Po prostu.
Obłudnicy, którzy podle traktują kobiety, molestują, znęcają się, zwodzą i zdradzają, powinni być piętnowani, choć nie linczowani. Ale na pewno nie ma mojej zgody na to, aby reprezentowali kobiety w parlamencie, aby decydowali o ustawach zmieniających ich los, wreszcie – aby zachowywali funkcje, stawiające ich w roli autorytetu w sprawach rodziny czy moralności. Tu doktryna „prywatne jest polityczne” powinna zostać wdrożona i działać bezlitośnie. Tymczasem w zawodzie największego społecznego zaufania panuje pełne przyzwolenie na łamanie zasad przyzwoitości – kolesie hipokryci spokojnie poklepują kolesia hipokrytę po plecach, życzliwie radząc, aby schował się na chwilę do szafy. Nie wspominając już o tym, że to Izabela Pek została ochrzczona hieną, dziwką i karierowiczką. Ale to już zupełnie inna historia.