Szlakami śmierci

W 2015 roku potop kokainy zalewał świat. Źródło katastrofy brało początek w Ameryce Łacińskiej. Najpierw główny kanał przerzutowy szedł w kierunku USA przez Meksyk a drugi, mniejszy, przez Atlantyk, bezpośrednio ku Europie.

W 2009 roku podejrzenia licznych służb i wyspecjalizowanych agencji zachodnich zamieniły się w pewność: do już rozszalałego żywiołu dołączyło tsunami, idące znów z Ameryki Łacińskiej, tym razem jednak w kierunku Afryki i dopiero „fala wtórna” docierała do Starego Kontynentu.
Narkobiznes wczoraj
Od pewnego czasu nadchodziły informacje, że kolumbijscy narkobaronowie, powiązani z FARC ( partyzantka – Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii), reprezentujący też interesy Boliwii i Peru zawarli sojusz z terrorystami z Al Kaidy Maghrebu Islamskiego (AKMI). W obliczu przesycenia rynku kokainy w USA trzeba było szukać nowych obszarów i dróg zbytu. Wcześniejsze, bezpośrednie trasy z Ameryki Południowej do Europy, dzięki tytanicznym wysiłkom służb specjalnych, stały się niedrożne i ryzykowne, generując czasem więcej strat niż zysków.
Nie dziwne więc, że wspomniani sojusznicy zwrócili uwagę na Afrykę. Stanowiła idealny obszar zbytu na miejscu i stosunkowo łatwego transportu do Europy. Na efekty nie trzeba było czekać. O ile w 1998 roku europejski rynek kokainy stanowił 1/3 wartości rynku USA, o tyle w 2013 roku już mu dorównał.
Nieco wcześniej wydarzył się incydent, znany dziś pod kryptonimem „AIR kokaina” , który uświadomił opinii publicznej istnienie paktu na linii narkobiznes latynoamerykański – fundamentalistyczne islamskie grupy terrorystyczne w Afryce.
W listopadzie 2009 roku Boeing 727 wystartował z Wenezueli i poprzebyciu ponad sześciu tysięcy kilometrów nad Atlantykiem leciał wzdłuż równoleżnika dziesiątego. Specjaliści od walki z narkobiznesem nazwali go potem „ autostradą nr. 10. Nagle, nad Saharą, samolot obniżył pułap, po czym znikł z radarów. Jak się później okazało, wylądował na piasku pustyni. Grupa uzbrojonych po zęby mężczyzn szybko przeniosła z ładowni samolotu do swych pojazdów terenowych 11 ton czystej kokainy, wartei 600 milionów euro, po czym , zacierając ślady, spaliła samolot. Pustynny piasek, unoszony wiatrem, natychmiast zasypał odciski kół samochodów AKMI na wydmach.
Negocjacje narkobaronów Ameryki Południowej i narkoislamistami afrykańskimi z AKMI i Boko Haram, toczące się od 2005 roku , sygnalizowane przez agenturę uplasowaną w FARC, zostały uwieńczone sukcesem. Afryka Zachodnia – Nigeria, Ghana, Liberia, Sierra Leone, Gwinea Bissau stały się głównymi rejonmi dostaw towaru przybywającego z Sao Paolo z Brazylii ( to odnoga boliwijskiej „rzeki” kokainowej) i przylatującego bądź tez przypływającego z Porto Cabello z Wenezueli, dokąd docierały potoki z Peru i Kolumbii.
Funkcjonariusze służb Wielkiej Brytanii, gdzie trafiała lwia część afrykańskiego tranzytu kokainowego rozumieli powagę sytuacji. Mieli namiary na „muły” transportujące narkotyk z Ghany przez Akrę do Anglii. Jednak ope5acja „West Bridge”, którą przygotowali , spaliła na panewce w wyniku działań skorumpowanej policji afrykańskiej.
Nie tylko uszkodziła ona przekazane jej detektory narkotyków lecz także uprzedziła przemytników o grożącym im niebezpieczeństwie. Plonem tej nieudanej akcji było jednak to, że świadomość imperatywu zatrzymania „zarazy” narkotykowej już w Afryce, zanim zaatakuje Europę, dotarła nareszcie do central służb specjalnych Starego Kontynentu.
Jak ponure „memento mori”, w przypadku nie podjęcia działań, brzmi nagranie agentów DEA (Drug Enforcement Administration – Administracja Egzekwowania Prawa o Narkotykach) z 2009 roku. Podając się za partyzantów FARC zadali emisariuszom AKMI pytanie kontrolne: „ Czy możecie zagwarantować bezpieczny transport tony czystej koki na północ Afryki ?” . Otrzymali odpowiedź: „ Bez problemu, będzie to kosztowało dwa miliony dolarów”.
Pocieszający w tej historii jest fakt, że operatorzy specjalsów z USA i Europy dopadli owych przedstawicieli AKMI. Ekstradowani do USA w 2012 roku, otrzymali wyrok skazujący. Jak otrzeźwiający impuls dla europejskich i amerykańskich decydentów zabrzmiało stwierdzenie jednego z pojmanych : „ Bez tego typu wpływów finansowych Al Kaida nie miałaby nawet co jeść”. ( Al Kaida jest tu synonimem różnych branż terrorystycznych. ) Dlatego proliferacja grup terrorysycznych typu islamistycznego w Afryce trwa.
Co warto więc wiedzieć o tym „paliwie terroryzmu” ?
To potężne źródło dochodów, wielki biznes transgraniczny, generujący nie tylko fantastyczną „rentowność inwestycji” lecz także stymulujący przemiany logistyczno-infrastrukturalne a nawet społeczne.
Wystarczy wspomnieć, że w latach 2005 – 2007 marynarka wojenna Kolumbii zatrzymała 18 łodzi podwodnych transportujących narkotyk a ich całkowitą ilość oceniała na około 100 jednostek.
W wymiarze społecznym na szlakach przerzutowych w Afryce wytworzyły się grupy, stanowiące „nową burżuazję mafijną”. Podporządkowuje ona, z reguły przemocą, ludność na terenach uprawy koki czy żyjącą z „usług tranzytowych” , tworząc oazy neofeudalne. Z tego padołu nędzy mogą podnieść się tylko ci, którzy otrzymają od mafiozów „nadanie”, jałmużnę, sytuującą ich powyżej normalnego poziomu narkotykowej monokultury, wyłącznie dzięki łasce panujących nad nimi.
Owi suwereni zrozumieli, że koka podlega cudom rozmnożenia. Oto przykład:
W 2015 roku kilogram czystej kokainy kosztował w Kolumbii 1500 USD, w Meksyku już 14000, w USA 27000 ale to i tak nic w porównaniu z Europą. W Hiszpanii za ten sam kilogram trzeba było zapłacić 46000 USD a w Wielkiej Brytanii 77000. Tyle z tabliczki mnożenia.
A stopa zwrotu inwestycji, stopa zysku? Jeśli np. akcje lidera giełdowego, Apple, w 2012 roku uzyskały 77 proc. wzrostu rocznie , wówczas ktoś inwestując w nie na początku tego okresu 1000 USD na końcu roku zdyskontowałby około 1670 USD. Gdyby jednak tę samą kwotę „włożył” w czystą kokainę , to w tym samym czasie uzyskałby 182 000 USD, ok. sto razy więcej niż za rekordowy „tytuł roku” na giełdzie.
Co do wszechobecności kokainy, to jest na świecie wiele miejsc bez dostępu do wody bieżącej, bez szkół , szpitali i internetu nawet. Natomiast niewiele bez koki. Raport ONZ z 2009 roku podawał: Afryka spożyła 21 ton czystej koki, Azja – 14 ton , Ameryka Łacińska – 101 ton. To przykłady z zapomnianego już „III świata”. A nie trzeba zapominać, że najwięksi konsumenci to USA i Europa, obszar „krajów rozwiniętych”.
Narkobiznes rodzi też specyficzny postęp naukowy – np. opracowano produkcję kokainy płynnej, którą można zaimpregnowć dowolną tkanonę lub zmieszać z napojami i kremami po czym – odzyskać w pierwotnym stanie.
Kokaina stała się też panaceum na zapewnienie niekontrolaowanej płynności finansowej, tak potrzebnej wszystkim organizacjom działającym poza prawem i wbrew niemu. Hezbollah, Hamas, Al Kaida mają efektywne kontakty z latynoamerykańskimi kartelami, przesyłającymi swoje produkty przez Afrykę.
„Libańscy kurierzy” prali pieniądze na rzecz Hezbollahu w Bejrucie. Ale gdy tylko zaczęła się wojna w Syrii, odnotowano podejrzany wzrost aktywności Libańczyków w Lagos. Po prostu wsiadali do samolotów z bagażem podręcznym wypełnionym gotówką i wieźli ten „towar” do Bejrutu. Stamtąd – już krok do Syrii. Taka specyficzna forma bliskowschodniego systemu przelewów bezpośrednich.
Powoli narastała świadomość skali niebezpieczeństwa, które niósł ze sobą lawinowy wzrost produkcji narkotyków. USA poprzez DEA wysupłały nareszcie równowartość kwoty 75 milionów euro rocznie na walkę z narkobiznesem choć w porównaniu z obrotami karteli to suma wręcz śmieszna.
Nielegalne zyski zasilały wciąż grupy i organizacje przestępczo-terrorystyczne na świecie. A dla zysków robi się wszystko. Kokaina, mimo rosnących cen, była coraz mniej czysta.
W sieciach dealerskich Europy w 2003 roku stanowiła średnio 51% w każdej „działce”, aby w 2012 spaść do 37% a w „snifach” z 2015 roku bywało, że stanowiła 16% zawartości. Mieszało się ją z benzokainą, środkami na przeczyszczenie a nawet – antypasożytniczymi.
Na tym upiornym rynku wartością dodaną do „ścieżki” kokainy wdychanej w londyńskim City, była śmierć w kolumbijskiej selwie, krew na ulicach meksykańskich miast, przemoc i terror w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Było także uzależnienie, czyniące bezwolnymi całe grupy młodych ludzi, często – akademickich elit Europy i USA.
Nie zabrakło też i tych, którzy zdecydowali się podjąć walkę z tą plagą, z gotowością zapłacenia ceny najwyższego ryzyka. W te zmagania były i są włączone służby wielu krajów, w tym – Polski.
Przykłady tego współczesnego zaangażowania poznamy w kolejnym odcinku materiału o narkobiznesie.
Narkobiznes dzisiaj
Jak było pięć lat temu starałem się opowiedzieć w pierwszej części materiału. Ale od tamtych czasów wprawdzie stare trasy pozostały, lecz doszły do nich też inne i zwiększyła się oferta różnych typów używek. Wśród nowych aktorów na tej scenie, niestety, pierwsze skrzypce grają często także narkobiznesowi baronowie z naszego kraju.
Przywykliśmy już do informacji, że z Polski płynie za granicę fala amfetaminy.
Nieco rzadziej docierają do nas informacje o poczynaniach polskiego podziemia kryminalnego, związanego z handlem narkotykami, na terenie krajów trzecich. Ten właśnie aspekt problemu pragnąłbym przedstawić czytelnikowi.
Szefowie polskich mafii inwestują wielomilionowe fortuny w zakupy marihuany w Grenadzie, w Hiszpanii. W epicentrum większości zrealiaowanych tam dużych operacji antynarkotykowych znajdowali się wlaśnie polscy „kapomafiozi”.
Wprawdzie Polska odległa jest o ponad trzy tysiące kilometrów od Grenady ale wszystko wskazuje na to, że stanowi ona ważny punkt na mapie przestępczości polskiej. Wystarczy wymienić kilka akcji hiszpańskich służb przeprowadzonych w bieżącym roku, gdzie nasz element krajowy był zauważalny. Operacja o kryptonimie „Cerros” policji państwowej Hiszpanii przyniosła w efekcie konfiskatę 320 kg marihuany i aresztowanie trójki obywateli polskich.
Operacja „Mocy”, zrealizowana przez grupę OCON ( Organ Koordynacji Walki z Narkoprzemytem) żandarmerii hiszpańskiej – Guardia Civil, zakończyła się przejęciam tony marihuany i ponad stoma aresztowaniami, w tym większość z nich przeprowadzono w Grenadzie.
Polscy narkobiznesmeni tylko w tę rozbitą siatkę wkładali miesięcznie ponad pół miliona euro. Z analizy tych i innych działań służb hiszpańskich wynika, że aktywność narkobiznesu polskiego na tym terenie charakteryzuje się ścisłym podziałem na trzy fazy, trzy segmenty.
Pierwszy to zleceniodawcy polscy, drugi – miejscowy element kryminalny odpowiedzialny za zakup narkotyków do dyspozycji tych pierwszych a trzeci to dostawcy, odpowiedzialni za ewentualny transport do Polski, jeśli towar nie zostanie zbyty na miejscu. Szefowie , zamieszkali w Polsce, starają się trzymać na dystans od swego towaru, nawet go nie tykają. Po prostu opłacają go i zlecają dalsze czynności.
Polacy, aresztowani w marcu tego roku podczas likwidacji sieci „Mocy” byli w posiadaniu m.in kałasznikowa a ich „kapo” jest opisywany przez śledczych hiszpańskich jako „element wyjątkowo niebezpieczny”. Jak stwierdzają śledczy z Sagunto (Walencja), w których gestii znajduje się sprawa rozbitej sieci, opcją wobec tych, którzy wchodzili jej w drogę była likwidacja fizyczna przeciwnika.
W jednej z podsłuchanych rozmów między dostawcą z Granady a zleceniodawcąpolskim, padło sformułowanie: „Jeśli zatrzymają cię ci z drogówki (określali tak funkcjonariuszy Guardia Civil) to pum, pum…” .
Trzeba przyznać, że polskim mafiozom nie brak fantazji. Gdy w sierpniu tego roku w Grenadzie w ramach operacji „Vangelis” Guardia Civil we współpracy z policją RP unieszkodliwiła organizację narkobiznesową polskiej proweniencji , okazało się, że dysponuje ona luksusową posiadłością zwaną „Hacienda Napoles”, na której wyposażniu znajdowała się awionetka, zupełnie w stylu narkobarona kolumbijskiego – Pablo Escobara. Przy okazji skonfiskowanonpół tony gotowej do przerzutu marihuany, 2695 jej krzaków, 187 440 euro w gotówce, dwa pistolety. Aresztowano 75 osób, Hiszpanów i Polaków. Ponieważ organizacja ta zajmowała się również praniem pieniędzy, zablokowano konta bankowe na kwotę 370 000 euro i zasekwestrowano dobra materialne,ruchomości i nieruchomości, o wartości
8 milionów euro.
Inny, współczesny wymiar narkoprzemytu do Europy, to transporty haszyszu.nW ostatnich latach powstała bardzo ważna dla kontrabandy narkotykowej tradsa morska, wiodąca prze cieśninę z Maroka do miejscowości hiszpańskich, położonych w okolicach Gibraltaru. Wyposażone w kilka silników wielkiej mocy transportowe ślizgacze a czasami wręcz statki kabotażowe, dostarczay conajmniej sześć ton haszyszu miesięcznie do Hiszpanii.. Część trafiała na miejscowy rynek, częśc do innych krajów europejskich (Francji,Niemiec i Beneluksu). Rtakże z pomocą polskiego podziemia narkobiznesowego.
Operacje Guardia Civil, która organizowała karkołomne pościgi za przemytnikami, zaczęły im komplikować życie. Byli zmuszeni dywersyfikować punkty dostaw, inscenizować transporty fikcyjne, dopływać równocześnie do kilku portów wokół Malagi np. Estepony, tak aby rozproszyć grupy policyjne, depczące im po piętach aż do miejsc magazynowania „towaru” w Sewilli i Huelwie. Wymagało to ogromnego zaangażowania sił i środków ze strony przestępców. Toteż prali intensywnie pieniądze uzyskane ze sprzedaży haszyszu, używając m.in „słupów” z marginesu społecznego, otwierających liczne prywatne konta w bankach.
Inną metodę prania pieniędzy stanowiło dokonywanie dużych zakupów sprzętu (łodzi, silników i innych materiałów żeglarskich) w firmie, będącej własnością jednego z członkównajważniejszego klanu, operującego w Cieśninie Gibraltarskiej – los Pinchos. Formalnie firma była zarejestrowana na rodziców mafioza.
W lipcu bieżącego roku, w czasie obławy, Guardia Civil zatrzymała, w strefie rezydencyjnej San Roque, w jego tyleż bogatej co kiczowatej willi, szefa organizacji – El Pincho.
Na ostateczne rozwiązanie nie trzeba było długo czekać. We wrześniu zatrzymano 64 członków bandy i skonfiskowano, oprócz multum kart bankowych, ruchomości i nieruchomości aż osiem ton narkotyków. Podczas tej fali aresztowań kryminaliści nie mieli już wiele do stracenia, stawiali więc zacięty opór. Który zaowocował jedenastoma rannymi policjantami. Tak oto przestała istnieć największa grupa narkobiznesowa z Cieśniny Gibraltarskiej.
A około roku wcześniej na Costa del Sol zatrzymano, we współpracy organów ścigania Polski i Hiszpanii, „cyngla” polskiego w chwili gdy szykował się do porwania członka konkurencyjnego mafijnego gangu narkotykowego.
Jak widać, w dziedzinie przemocy, polscy „narkos” nie odbiegają daleko od standardów światowych, zaczynając naśladować swych kolumbijskich idoli. Wymuszenia, włamania, szantaże, porwania i zabójstwa wchodzą teraz w ich przestępcze „menu”.
Nie trzeba jednak mieć złudzeń – wszystkie te akcje ograniczą na pewien czas przemyt i dystrybucję narkotyków , ale nie zlikwidują ich w pełni.
Nie tylko dlatego, że szeregowy funkcjonariusz Guardia Civil, ryzykując życie, zarabia czasem 1500 euro a szeregowy przemytnik – 20 000 euro miesięcznie.
Również dlatego, że istnieje ciągły popyt na kokainę, marihuanę i haszysz oraz na niebotyczne zyski z ich zbytu ( u dealera w Warszawie, haszysz w detalu, ok. 50 złotych za gram).
Konieczna jest więc kompleksowa polityka zapobiegania, biorąca np. poczatek od stworzenia „cocaleros”, ubogim wieśniakom latynoskim uprawiającym kokę, możliwości alternatywnych upraw, dających im środki utrzymania. Na trasach przerzutowych należy utrzymać twardą presję służb, uwzględniającą i to, że w ramach dywersyfikacji, narkoprzemytnicy przewożą też dobrze im płacący „żywy towar” – imigrantów z Afryki do Europy.
W końcu – trzeba nasilić bezwzględne represje wobec dystrybutorów, w tym – nie tylko dealerów ale przede wszystkim godnych respektu obywateli, którzy często okazują się być organizatorami narkotykowego procederu.
Rola środków przekazu w edukacji antynarkotykowej i stworzenie efektywnych form odwyku jest też nie do przecenienia.
To prawda, że dzisiaj zawładnęła całym obszarem informacyjnym i społecznej percepcji tragiczna rzeczywistość pandemii. Nietrudno to zrozumieć. Ale trzeba również mieć świadomość tego, że po pandemii możemy obudzić się w świecie, gdzie straty w ludziach wywołane różnymi formami uzależnień, związane z tym, że represjonowanie ich źródeł odłożono do lamusa na okres epidemii, będą wprawdzie rozłożone w czasie, ale nie mniejsze w wymiarze globalnym, niż te, wywołane przez COVID.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Korespondencja z Piekła (10)

Poemat o pozach i życiu – czyli o codzienności.

„Problem z tobą polega na tym, że nie mogę wypuścić cię z oddziału, dopóki nie będę miał pewności, że będziesz miał wypełniony czas, że nie zamkniesz się w czterech ścianach i wyjdziesz do ludzi. A do tego musisz mieć też jakiś cel” – powiedział do mnie ordynator. Faktycznie, powrót do pustego mieszkania nie napawa niedoszłego samobójcę optymizmem – to chyba najgorszy ze scenariuszy. Jestem tu już dwa miesiące i niebawem pobiję rekord oddziału.
Oczywiście celem głównym jest książka, ale wydanie kolejnej wymaga rozmachu, a lekarzowi chodziło o drobne, te najmniejsze kroki. I z tym mam największy problem, jak zorganizować sobie zwykły szary dzień.
Teoretycznie mógłbym już wyjść, bo farmakologia sprawiła, że jestem stabilny, ale stabilny jestem jedynie w tym miejscu. Zderzenie z rzeczywistością może spowodować trzęsienie ziemi. Wciąż się zastanawiam, co będzie, gdy już zamknę za sobą drzwi mieszkania i rozejrzę się po meblach i ścianach.
Ustaliliśmy, że ordynator wypuści mnie dopiero wtedy, gdy przedstawię mu dokładnie, co i jak zamierzam ze sobą zrobić. Samo pisanie do „DT” nie wystarczy, chociaż poza tym, że spełniam się i literacko i zawodowo, to jest to również świetna forma terapii. Trochę za mało. Na oddziale jestem pod ciągłą kontrolą i tutaj przynajmniej coś się dzieje.
Wczoraj miałem wizytę policji, przesłuchali mnie odnośnie mojej próby samobójczej. Spodziewałem się jakiegoś przesłuchania, podchwytliwych pytań itp. W Korei Północnej nie miałbym najmniejszego problemu, tam próba samobójcza karana jest śmiercią, czyli jeśli obywatel coś schrzani, to państwo przybędzie mu z pomocą. W krajach muzułmańskich trafiłbym do pierdla, bo tam samobójstwo jest przestępstwem. W starożytnych Atenach można było legalnie popełnić samobójstwo, ale jedynie za zgodą państwa, w przeciwnym wypadku delikwenta, który bez pytania targnął się na własne życie chowali za miastem, bez oficjalnego pogrzebu, mogiły, ani nagrobka. Nie wiem dokładnie jak wygląda to w Polsce, miałem jednak nadzieję, że nie dostanę mandatu, a jeśli już, to nie będzie to jakaś kwota, która ponownie skłoni mnie do szukania najbliższej gałęzi.
Ale nie, zostałem potraktowany największą atencją. Wypytywali jedynie czy nikt mnie do tego nie nakłaniał, czy nie było udziału osób trzecich, czy może w wyniku hejtu w internecie itp. Rozmowa całkiem przyjemna, protokół podpisałem, czynności jakieś podjęli i jak się okazuje jestem świadkiem i ofiarą w sprawie swojej niedoszłej śmierci.
Kolejną ciekawostką warta odnotowania była dzisiejsza afera z czajnikiem.
Od kiedy pamiętam, czyli od kiedy pierwszy raz pojawiłem się na tym detoksie, zawsze był kłopot z czajnikiem. Narkoman ma bowiem taką konstrukcję, że potrafi zepsuć wszystko, nawet to czego teoretycznie zepsuć się nie da. Ot, choćby taki czajnik elektryczny z termostatem i automatycznym wyłącznikiem. A to zablokuje wyłącznik zapałką, bo ubzdura sobie, że woda na herbatę musi gotować się osiem minut. Pół biedy, gdyby jeszcze odczekał i wyłączył po tych ośmiu minutach, ale gdzie tam, zwykle zasypia w narkotycznym zwisie i jeśli jest sam w świetlicy, to po jakimś czasie obudzi się, gdy pomieszczenie wypełni już dym spalonego plastiku. Kiedyś kilku „mądrych” postanowiło ugotować ryż w nowo kupionym czajniku. Ktoś im naopowiadał, że wtedy rosną mięśnie, więc chłopaki wykombinowali, że sobie ten ryż ugotują. Skończyło się na tym, że czajnik przyspawał się do podstawki i już w żaden sposób nie dało się go naprawić.
Tym razem, gdy przyjechałem czajnik miał już zepsuty wyłącznik i po zagotowaniu wody trzeba było go zdjąć z podstawki i postawić obok. Paradoksalnie nie było to takie złe, bo wszyscy dmuchaliśmy i chuchaliśmy na ten czajnik, bo to jedyne urządzenie na oddziale, przy pomocy którego możemy zrobić sobie kawę lub herbatę. Nie wiem, jak długo przed moim przyjściem przycisk się zepsuł, ale czajnik wytrzymał jeszcze ponad dwa miesiące mojego pobytu – do dzisiaj. Co i tak stanowiło już rekord.
Nie wiadomo, czy ktoś go zepsuł, czy sam zmarł naturalną śmiercią przedmiotów potrzebnych. Niezależnie jednak od tego jak było, zamiast zastanowić się nad rozwiązaniem problemu, to oczywiście z miejsca zaczęto szukać winnego, by natychmiast go zlinczować. Oczywiście, główne i jedyne podejrzenie padło na Ślizgacza. Przypomnę, że to częściowo sparaliżowany chłopak z objawami parkinsonizmu i zatrucia manganem. Ślizgacz to najłatwiejszy cel i ofiara jednocześnie, bo i bronić specjalnie się nie może i łatwo go zakrzyczeć. Oczywiście, teoria szybko upadła, bo okazało się, że chłopak był w zupełni innym miejscu i zbyt wielu wątpiło w jego winę.
Pojawił się w końcu głos rozsądku, że zamiast szukać winnego, lepiej zastanowić się, co zrobić, by ten problem jakoś rozwiązać. Zrobiliśmy zrzutkę, zebraliśmy ponad stówę i jeden z terapeutów kupił nam nowe urządzenie do gotowania wody (i tylko wody, co zostało podkreślone).
Pisałem już kiedyś, że warto być szczerym, bo gdy mieszka się wspólnie na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, to nie ma siły, by te drobne i większe kłamstewka nie wyszły na światło dzienne. Są jednak ludzie, którzy tego nie dostrzegają. Pacjenci najczęściej przyjmują rolę milionerów, potrafią godzinami opowiadać o swoim majątku, by w końcu zwrócić się do kogoś „daj papierosa”. Tutaj papierosy zwykle się pożycza, więc odpowiedź brzmi: „dobra, pożyczę ci do najbliższych zakupów” (trzy razy w tygodniu terapeuta z dwoma pacjentami idą do sklepu i robią zakupy wszystkim, którzy czegoś potrzebują i napisali to na specjalnej liście). Tu pojawia się konsternacja „ale wiesz, pakowałem się na szybko i kasy nie wziąłem, oddam gdy żona przyśle paczkę”. Tak to tu mniej więcej wygląda, ale trafiają się ludzie szczerzy. Bardziej lubiany jest bezdomny, który nie udaje kogoś, kim nie jest, niż pseudobiznesmen od „daj papierosa”. Bezdomny zazwyczaj dostaje.
Detoks to świat w pigułce, świat zwykłej prozy i zwyczajnej pozy. Zdarzają się ludzie, którzy w życiu nic nie osiągnęli, ale chętnie opowiadają o wyimaginowanych sukcesach, ludzie którzy stracili wszystko i tacy, którzy maja jeszcze wszystko do stracenia. Różnica polega jedynie na postrzeganiu. To, co w skali świata jest niezauważalne, tu wyraźne, że aż razi. Są tutaj wszyscy, cały przekrój społeczny – inwalidzi, fizycznie mniej lub bardziej sprawni, biedni i zamożni, ładni i brzydcy, sympatyczni i odpychający, mądrzy i głupi, wykształceni i nie. To miejsce daje naprawdę świetną perspektywę, by spojrzeć nawet na samego siebie. A co do pozy, Carl Gustav Jung twierdził, że wszyscy nosimy maski, rzecz w tym, by maska była jak najbardziej spójna z naszym prawdziwym obliczem. Oczywiście, Jungowi chodziło o inny rodzaj autoprezentacji, ale skoro upraszczam tu świat, to czemu nie uprościć Junga.
Jednym z warunków regulaminu jest abstynencja seksualna. Za jej złamanie para zostaje z oddziału wyrzucona. Nie raz bywało, że pielęgniarka zupełnie przypadkiem weszła do Sali w „nieodpowiednim” momencie, przyłapując parę na gorącym uczynku. Ten zakaz obowiązuje także małżeństwa, które tu przyjeżdżają.
Są jednak pacjenci – płci obojga – którzy znają jedynie ten sposób zarabiania pieniędzy. Wykorzystują to oczywiście jako handel wymienny, rzadziej z miłości, a znając rozkład dnia, pracy pielęgniarek i salowych, niektórzy desperaci podejmują to ryzyko.
Podczas jednego z moich pobytów tutaj – nie piszę, którego by uniemożliwić identyfikację – była dziewczyna, która znała tylko dwa sposoby na zdobycie potrzebnej rzeczy – kradzież, na której została tu przyłapana, lub handel ciałem. W ten sposób, od najmłodszych lat zdobywała pieniądze na narkotyki.
Ponieważ ściany nie są zbyt grube, a drzwi mało szczelne, byliśmy świadkami pewnego dialogu: Ona: „Masz jeszcze papierosy?” On: „Tak, zostało mi jeszcze piętnaście sztuk, jak mi zrobisz loda, to ci dam”. Ona: „OK”. Po kilku minutach dało się usłyszeć lekko przytłumione jęki, aż zapadła cisza. Po kilku minutach – On: „Zrób to jeszcze raz”. Ona: „To dorzuć coś”. On: „Mam jeszcze pasztet drobiowy.” Ona: „OK”.
Sytuacja i straszna i śmieszna. W tym wypadku parsknęliśmy śmiechem, bo owa dziewczyna nie stroniła od intryg, kłamstw, pomówień i w zasadzie chyba nie było nikogo, komu nie zrobiłaby przykrości.
To jedna strona medalu. Kilka tygodni temu pisałem o pięknej i czystej miłości Izy i Marcina. Tu jedno z drugim się nie wyklucza. Ze społecznego punktu widzenia detoks nie jest ani dobry, ani zły – jak pisałem wcześniej – świat w pigułce. Z medycznego to oczywiste, że jest nie tylko dobry, ale wręcz niezbędny.
Tyle, że społecznie jest to świat bez hamulców. Teraz też zacząłem od poważnego tematu powrotu do domu po próbie samobójczej, by przez czajnik, milionerów fantastów dojść do odrażającego kurewstwa.
Ale na tym gnoju co jakiś czas wyrastają piękne związki, trzeźwi ludzie i dlatego fajnie, że ten oddział istnieje. A ja wciąż wierzę, że zdecydowana większość ludzi, którzy stąd wychodzą, potrafią poukładać sobie życie. Może nie każdy za pierwszym razem, ale w końcu udaje się trafić na odpowiednią kontynuację leczenia – bo jak już wielokrotnie pisałem, detoks nie leczy z narkotyków.