Obywatelka pilnie poszukiwana

Gdyby ktoś chciał w obowiązujących w Polsce normach prawnych znaleźć słowo „obywatelka”, to byłby bardzo rozczarowany. Widocznie wszystkie ważne dokumenty nie są adresowane do płci żeńskiej, a przecież tak samo dotyczą one kobiet, jak i mężczyzn.

Ich autorzy stwierdzili zapewne, że rodzaj męski świetnie nadaje się także dla określenia kobiet. Skoro kobieta w ich mniemaniu może być obywatelem, to dlaczego mężczyzna nie może być obywatelką?
Utrwalanie dotychczasowych stereotypów poprzez dyskryminujący jedną z płci język stało się niestety powszechne w obowiązujących dokumentach. W Kodeksie wyborczym trudno szukać kandydatki. Słowo obywatelka, kandydatka jest dla ustawodawcy po prostu drażniące. Skąd takie uprzedzenie do kobiet?
Jak się okazuje język używany w przepisach normatywnych przechowuje tradycyjny, stary porządek patriarchalny świata. Dla niektórych używanie nazwy wspólnogatunkowej jest podobno wyznacznikiem lepszego wykształcenia i pozycji społecznej. Tymczasem taka postawa utrwala tylko istniejące stereotypy. „Posłanka, prezeska, prezydentka” wciąż wywołują uśmieszki i żarty.
Skoro w Polsce obowiązuje zasada uzusu językowego, czyli za normę przyjmuje się to, w jaki sposób ludzie mówią, to jest szansa, że słowo obywatelka, posłanka, kandydatka nie będzie ranić uszu tych, którzy tak bardzo dbają o prestiż.
Polityczna poprawność to również językowa grzeczność i uprzejmość zwracania się do kobiety, która startuje w wyborach nie w formie męskiej tylko żeńskiej. W Polsce żyje ponad 51 proc. kobiet, czyli jest nas więcej niż mężczyzn. Tymczasem w języku urzędowym trudno szukać przejawów równości i równouprawnienia. Utrzymujący się przez stulecia brak równowagi społecznej pozycji kobiet i mężczyzn w życiu publicznym jest jaskrawo widoczny w używaniu wyłącznie męskich form na określenie godności czy funkcji publicznych. Na skutek dominującego u nas wzoru kultury patriarchalnej, mimo braku przeszkód formalnych, język nie wytworzył symetrycznych form żeńskich. Mimo coraz większej liczby pań w polskiej polityce, zmiany w samym języku przebiegają powoli, a przecież kobiety współtworzą rzeczywistość, w której wszyscy żyjemy.
Używanie żeńskich końcówek jest językiem prawdziwej tolerancji. Korzyści wynikające z używania języka równościowego są olbrzymie. Po pierwsze dostrzegamy i odzwierciedlamy różnorodności, po drugie doceniamy kobiety, które wywalczyły w Polsce prawa wyborcze, a po trzecie tworzymy bardziej sprawiedliwą rzeczywistość.
Warto przypomnieć, że Rada Europy w 1990 roku wydała rekomendacje Komitetowi Rady Ministrów w sprawie eliminacji seksizmu z języka, która wymaga m.in. stosowania w projektach ustaw, w administracji publicznej, a także w edukacji terminologii dbającej o zasady równości ze względu na płeć. Seksizm, który odzwierciedla wyższość jednej płci nad drugą, jest wyrazem nierównego traktowania kobiet w przestrzeni publicznej. Stworzenie żeńskich odpowiedników dla zawodów cieszących się mniejszym prestiżem nie sprawia dużych trudności. Tymczasem danie możliwości kobietom wejścia w sferę publiczną, uznawaną dotąd za domenę męską, stało się poważną barierą w zagoszczeniu w codziennej mowie żeńskich odpowiedników, takich jak premierka, posłanka, prezydentka, obywatelka.
To od nas zależy czy ogromny potencjał jaki drzemie w języku wykorzystamy do kreowania społecznie sprawiedliwej rzeczywistości. Wystarczy nie wyśmiewać i nie poniżać osób używających żeńskich form, oficjalne ogłoszenia i komunikaty formułować tak, by uwzględniały istnienie obu płci i przyzwyczajać polskie społeczeństwo do tego, że w krajach Unii Europejskiej, w której jesteśmy już 15 lat, takie zachowanie stanowi normę.
Pamiętajmy, że brak feminatywów, czyli rzeczowników rodzaju żeńskiego utworzonych od rzeczowników męskich, powoduje utrwalanie się istniejących stereotypy sugerujących, że do polityki nadają się tylko mężczyźni, a przecież tak nie jest.