Pożegnanie i powrót do Afryki

Nasza wiedza o tym kontynencie jest bardzo ograniczona, stąd wydarzeń, które mają tam miejsce albo nie rozumiemy, albo też pozostają poza naszym zainteresowaniem.

Amerykańskie, kultowe, filmowe melodramaty „Casablanca” z 1942 i „Pożegnanie z Afryką” z 1985 roku, kolejne o Tarzanie i polski „W pustyni i w puszczy” wg. powieści Henryka Sienkiewicza są jedynymi z niewielu obrazami Czarnego Lądu, znanymi naszym kinomanom. Dopełnienia tę wiedzę o Afryce, zapamiętany od dzieciństwa, wierszyk Juliana Tuwima o murzynku Bambo, „Chata wuja Toma” o niewolnikach z Afryki przywiezionych do Ameryki i „Faraon” Bolesława Prusa, też sfilmowany, acz tu bardziej idzie o dramaty władzy niż o Afrykę. Jeszcze Juliusza Słowackiego poemat o Beniowskim, jego władztwie na Madagaskarze, do której to idei w czasach II RP nawiązała powstała w 1930 roku Liga Morska i Kolonialna szukająca, poprzez posiadanie tej wyspy, potwierdzenia naszej mocarstwowej potęgi. W latach osiemdziesiątych wiedzę o ludach tam żyjących upowszechniał w swoich licznych i wysoko nakładowych książkach Bogdan Szczygieł – postać na kształt Arkadego Fiedlera – doktor nauk medycznych, pisarz, podróżnik, działacz społeczny, który przez wiele lat pracował w rożnych krajach Afryki. No i szlagier „Afryka dzika”, i to by było na tyle, poza lekcjami z geografii.

Przywitanie z Afryką,

mające miejsce już w XVI wieku, a jej pełny kolonialny podbój w XIX, wyrażało się ok.100 milionami niewolników wywiezionych na zachodnią półkulę i po dziś trwającymi, nie tylko dla gospodarki, negatywnymi skutkami. Kolonializm, kierując się rasistowskimi doktrynami o wyższości rasy białej i poszerzaniu cywilizowanego świata, eksploatował bez granic zdobyte terytoria i bogactwa, uciekając się często do okrucieństwa. Przed wybuchem I wojny światowej tylko dwa afrykańskie państwa były niepodległe, natomiast pozostałą część kontynentu podzieliło siedem europejskich potęg, w tym największe terytoria posiadały Francja i Wielka Brytania.

Pożegnania z Afryką

kolonialnych mocarstw miały nastąpić dużo później niż Karen Blixen, autorki książki „Out of Africa”, wg. której nakręcono wspomniany film, gdyż opuściła tamte ziemie już w 1931 roku. Proces dekolonizacji po II wojnie światowej, obejmujący także Azję, miał wiele przyczyn, do których zaliczyć należy nowy układ głównych sił politycznych na świecie, potępienie rasizmu i upadek ideologicznych uzasadnień kolonializmu, szereg ruchów wyzwoleńczych, wspieranych także, w różnej formie, przez ZSRR. Te rozstania przybierały często dramatyczny charakter jak np. algierska wojna o niepodległość trwająca w latach 1954-1962.

„Rok Afryki” –

tak nazywany 1960 – stał się przełomowym i symbolicznym, w którym aż siedemnaście byłych kolonii uzyskało niepodległość. Ten akt suwerenności niósł za sobą o wiele większe problemy niż te, z którymi zmierzaliśmy się w 1918 roku. Brak państwowych tradycji i powszechny niedobór wyspecjalizowanych kadr we wszystkich dziedzinach, konflikty terytorialne i plemienne, wynikające m. in. z ustalonych przez kolonizatorów granic opartych na zdobyczy, a nie na strukturze plemiennej ludności i wielowiekowej tradycji, masowe kryzysy uchodźcze, wreszcie potężne zapóźnienie technologiczne i gospodarcze. Na ten gordyjski węzeł problemów nakładał się, czasem krwawy, konflikt zasiedziałych kolonistów z miejscową ludnością, przybierający obraz starcia czarnych z białymi, ale także różnego rodzaju zamachy stanu, rządy dyktatorskie i rebelie.

Wychodzimy aby zostać,

to w największym skrócie idea neokolonializmu realizowanego w Afryce, sprowadzająca się do utrzymywania przez byłe państwa kolonialne związków oraz zależności gospodarczych i politycznych z byłymi koloniami, które uzyskały niepodległość. Niebezpieczeństwo tych działań polegało na ich celu, którym nie była pomoc nowym państwowym formom, ale interes ekonomiczny związany z dalszą eksploatacją miejscowych surowców naturalnych, bądź z zagwarantowaniem wpływów politycznych.

Przez minione sześćdziesiąt lat obraz Afryki zmienił się niewątpliwie na lepsze, neokolonialne wpływy osłabły bądź zastąpione zostały często przez monopole, niektóre z nowopowstałych państw bardzo się umocniły, także poprzez działalność Ruchu Państw Niezaangażowanych, ale zapóźnienie tego kontynentu, nawracajace fale głodu i wysoka śmiertelność, tragicznie niska stopa życiowa i nierozwiązane liczne problemy społeczne są nadal dominującą codziennością. Jednym z jej przejawów był, trwający zresztą nadal, wielki exodus uchodźczy i to nie tylko przecież z objętych wojną terenów Syrii.

Ten wstęp

o Afryce, ostatnio pozostawionej samej sobie, był konieczny aby odnieść się do licznych medialnych niepokojów dotyczących chińskiej obecności na tym kontynencie.

Chiny, te komunistyczne czy jakkolwiek inaczej je nazwać, cieszą się od lat przez zachodnie media niesłabnącym, czołowym miejscem na podium światowej krytyki. Dodać trzeba, że jednocześnie wyrażane są podziw i zdumienie z ociągniętej przez nie pozycji ekonomicznej, wielkie zainteresowanie gospodarczą współpracą z jednoczesną zazdrością i obawą o swoje interesy.

Prezydent Trump prowadząc wojny handlowo-wirusowe i pouczając Chiny w kwestiach demokracji sam, czego dowodem są aktualne protesty w USA, nie dostrzega belki w swoim oku, a szczególnie wszechogarniającej nierówności w Stanach Zjednoczonych. Natomiast obecna polska polityka, z założenia proamerykańska czyli antychińska, w sumie jest jak droga pijaka od płota do płota: to uwielbia Dalajlamę, to na odmianę prezentuje serdeczną rozmowę Andrzeja Dudy z Xi Jinping’iem. Podobny ton prezentuje, acz koniecznie z mocnym antychińskim wydźwiękiem, zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” (23-24.05.2020) obszerny artykuł Sylwii Czubkowskiej pt. „Afryka na podsłuchu” z nadtytułem „Chiny biorą Czarny Ląd”.

Powrót do Afryki

Autorka pisze:
„Spragniona inwestycji Afryka z jej szybko rosnącą ludnością dostaje zastrzyk kapitału. Europa i USA oddychają z ulgą. A Chiny mogą tutaj inwestować i eksperymentować bez skrępowania.

Dla Angoli eksport ropy do Chin jest głównym źródłem utrzymania. Kenia ożyła dzięki miliardom z Pekinu zasilającym jej infrastrukturę. W zambijskiej Lusace Chińczycy budują lotniska, drogi, fabryki, posterunki policji i na potęgę pożyczają państwu pieniądze…

Ponad dwa łata temu w Pekinie rozpoczął się szczyt chińsko-afrykański, na który przybyło ponad 40 przywódców afrykańskich… na Afrykę czeka zawrotna suma 60 mld dol. …Chiny zadeklarowały w 2019 r. … 72 mld dol., czyli niemal tyle, ile łącznie zainwestowały USA, Wielka Brytania i Francja. Co więcej, dzięki chińskiemu kapitałowi w Afryce powstało blisko 140 tys. miejsc pracy…

Chińczycy Afrykę po prostu budują: drogi, linie kolejowe, osiedla, światłowody. Są dla kontynentu – z wynikiem ponad 200 mld dol. wymiany handlowej – głównym partnerem handlowym, którym jeszcze w 2013 r. była Unia Europejska…

Połowa moich rozmówców w Nigerii studiowała w Chinach. Liczba afrykańskich studentów na chińskich uniwersytetach wzrosła z 2 tys. w 2003 r. do ponad 80 tys. w 2018 r. To znacznie więcej niż na uczelniach USA czy Wielkiej Brytanii. A w ubiegłym roku Xi Jinping obiecał kolejnych 50 tys. stypendiów, w większości dla inżynierów i programistów.”

Przytoczone fakty

nie mogą jednak osłabić obowiązującego krytycyzmu autorki wobec chińskiej obecności w Afryce. Stąd polemizuje z pozytywnymi zachodnimi wypowiedziami na ten temat, a przede wszystkim próbuje chińską aktywność w Afryce dezawuować nazywając ją neokolonializmem. Dowolność terminologiczna rozmywa to pojęcie zaciemniając czas kolonializmu i przenosząc go do współczesności, a każdą zagraniczną aktywność ekonomiczną, w zależności od politycznych potrzeb, stygmatyzuje. Przypominając Sylwii Czubkowskiej, że to Chiny w XIX wieku były obiektem kolonialnych zabiegów i wpływów europejskich potęg, dodać należy, że w Afryce swoich kolonii nigdy nie posiadały.

Krytyczne wywody

pozbawione są elementarnych zasad logiki oraz równego z innymi traktowania Chin, bowiem:

europejskie ekskolonialne kraje oraz USA „odpuściły” Afrykę, może jak wyciśniętą cytrynę, z racji zbyt niskiej tu stopy opłacalności inwestowania, z powodu wielu problemów związanych z działalnością na tym terenie, małego jej znaczenia w obecnej politycznej grze światowych rywalizacji. Nie tylko w polityce zawsze tak bywa, że na porzucone pole wchodzi ktoś inny;

rosnąca ekonomiczna potęga Chin, poszukująca nowych terenów ekspansji i rynków zbytu, także przyjaznych sobie w tych poczynaniach kontaktów, odnalazła je na opuszczonej Afryce;

dla wielu afrykańskich państw chińska ekonomiczna obecność jest jedyną szansą zbliżenia się do standardów współczesnego świata, bowiem nikt inny im tego dziś nie proponuje;

oczywiście bez złudzeń – działalność Chin nie ma tu altruistycznego charakteru, ale gdzie on na świcie występuje? Zarzut robienia interesów i rosnących wpływów Chin w Afryce jest godny pożałowania, gdyż wszyscy inni, na innych obszarach, czynią to podobnie. Tym bardziej, że ich działania spotykają się z oczekiwaniem i miejscową akceptacją;

jeszcze śmieszniej brzmią argumenty o zagrożeniu chińską bazą wojskową na tym terytorium w porównaniu do setek amerykańskich baz, łącznie z Polską, na całym świcie;

natomiast w zdumienie przyprawia nie tylko tytuł tego tekstu i jego fragment dotyczący zamontowania przez Chińczyków podsłuchu w siedzibie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie, tak jakby autorka nie wiedziała o podsłuchiwaniu europejskich przywódców przez ich amerykańskiego sojusznika. Ten m. in. problem ma w jej wyobraźni dezawuować, opłacalną dla obu stron, współpracę nie tylko gospodarczą.

Na koniec warto powtórzyć pytanie skąd się biorą setki tysięcy afrykańskich uchodźców dążących do lepszego świata. I dlaczego wcześniej nikt im nie przyszedł z taką pomocą aby nie musieli się wyprawiać w zbyt często ostatnią podróż swojego życia. A godna szacunku akcja humanitarna Unii Europejskiej nie była zapobieganiem przyczynom, a jedynie leczeniem skutków tej wielowiekowej afrykańskiej tragedii.

Robert Mugabe (1924-2019)

Wieloletni przywódca Zimbabwe, który zdaniem niektórych był ikoną wyzwolenia, a według niektórych po prostu zwykłym tyranem. Objął stanowisko premiera po wyzwoleniu państwa z rąk białej mniejszości w 1980 roku, a siedem lat później został jego prezydentem. Piastował ten urząd do 2017 roku, kiedy w skutek przeprowadzonego przez armię zamach stanu stracił władzę.

Aby przyjrzeć się postaci Roberta Mugabe należy cofnąć się trochę w czasie i przyjrzeć sytuacji politycznej jaka panowała w Zimbabwe, która w tamtym czasie nosiła nazwę Rodezja. Należy dość jasno zaznaczyć, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku w Afryce działo się bardzo wiele. Na każdym kroku wybuchały rewolucje i kolejne kolonie wyzwalały się.
Większość współczesnych państw afrykańskich uzyskało suwerenność pomiędzy rokiem 1956 a 1964. Pierwsze były kolonie Wielkiej Brytanii – Sudan i Ghana, które stanowiły swoisty poligon doświadczalny wprowadzanych zmian. Pierwszą kolonią francuską, która uzyskała niepodległość była Gwinea w roku 1958. Rok 1960 nazywany jest Rokiem Afryki, to wtedy aż 17 państw afrykańskich uzyskało niepodległość od Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii. Dekolonizacja kolonii brytyjskich była jednak bardziej rozciągnięta w czasie niż kolonii francuskich. Rodezja była takim przypadkiem.
Kolonizatorzy, wycofując swoją polityczną zwierzchność, starali się utrzymać kontakty gospodarcze, przynoszące im zyski. Wiele firm, plantacji, farm, sklepów i nieruchomości pozostało w rękach białej mniejszości, a europejskie przedsiębiorstwa zachowały dużą część kontaktów handlowych. Związki te nazwane zostały później neokolonializmem, którego elementami były również zgoda rządów afrykańskich na pomoc zbrojną państw rozwiniętych oraz korumpowanie aparatów władzy i zgoda na utrzymywanie się reżimów autorytarnych przez państwa Europy Zachodniej, USA i ZSRR.
W 1960 roku brytyjski premier Harold Macmillan obiecał nadanie niepodległości krajom Afryki oraz zagwarantował że rządy w nich obejmie czarna większość. Pomimo to, wśród białej ludności rodezyjskiej narastały obawy związane z nieuchronnym oddaniem rządów czarnej większości, stały się one szczególnie mocno widoczne w czasach kryzysu kongijskiego – wojny domowej toczącej się w Republice Konga, która wybuchła po uniezależnieniu się tego kraju od Belgii.
Na początku 1963 Robert Mugabe założył Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe (ZANU) działający w opozycji wobec rządu rasistowskiej partii Front Rodezyjski kierowanej przez Iana Douglasa Smitha. Przez działania przeciwko reżimowi białej mniejszości, został aresztowany i skazany na więzienie gdzie spędził dziesięć lat.
Biali działacze rodezyjscy w 1965 roku ogłosili jednostronną niepodległość, która nigdy nie uzyskała formalnego uznania żadnego z państw na świecie, jednakże cieszyła się nieoficjalnym poparciem RPA rządzonego przez białą mniejszość oraz Portugalii, która wówczas posiadała własną kolonię Mozambik (sąsiadujący z Rodezją). Nowy rząd białej mniejszości oficjalnie nadał prawa wyborcze wszystkim bez względu na rasę jednakże skutecznie i celowo wyeliminował zdecydowaną większość rdzennych mieszkańców z głosowania poprzez wprowadzenie cenzusu majątkowego. Rasistowska polityka rządu połączona z wielkimi nierównościami ekonomicznymi między białymi i czarnymi (posiadali większość żyznej ziemi, podczas gdy czarni poprzez przymusowe eksmisję zostali usunięci ze swoich terenów) doprowadziła do sporu między stronami. Robert Mugabe po wyjściu na wolność w 1974 roku wyjechał z kraju i udał się na emigrację do Londynu, gdzie ukończył studia prawnicze. Będąc na emigracji roku został politycznym liderem partyzanckiej Afrykańskiej Armii Narodowego Wyzwolenia Zimbabwe biorącej udział w wojnie rodezyjskiej. W latach wojny podjął się współpracy z konkurencyjną grupą narodowowyzwoleńczą – Afrykańskim Ludowym Związkiem Zimbabwe (ZAPU).
Pod wpływem nacisków zagranicznych oraz intensyfikacji działań zbrojnych doszło do negocjacji pomiędzy rządem Smitha i opozycją, w wyniku których utworzono w 1979 przejściowy rząd Zimbabwe-Rodezji z umiarkowanym politykiem arcybiskupem Abelem Muzorewą. W 1980 w wyniku demokratycznych wyborów zwycięstwo odniosła organizacja ZANU kierowana przez Roberta Mugabe. W dniu 18 kwietnia 1980 nastąpiło proklamowanie nowego państwa noszącego nazwę Zimbabwe, co ostatecznie położyło kres istnieniu Rodezji i rządów białej mniejszości.
Pierwsze lata po wyzwoleniu i rozwój kraju
W celu zminimalizowania skutków rozbicia czarnych mieszkańców kraju, dążył do porozumienia z konkurencyjnym ruchem ZAPU. Ten okres rządów Mugabe cechował pragmatyzm polityczny, ostrożność i staranie o dobry wizerunek państwa. W polityce gospodarczej, choć pozostawał krytykiem zagranicznych modeli gospodarczych, jedynie nieznacznie zwiększył kontrolę państwa w ekonomii, zarzucając jakiekolwiek plany nacjonalizacji. Ekipa rządowa choć wywodziła się z kręgów marksistowskich, wspierała także wielkie plantacje białych (posiadających 70 proc. ziemi w kraju) oraz drobne gospodarstwa i prywatne własności czarnych. Większe reformy przeprowadzano głównie w dziedzinie oświaty i zdrowia. Próbowano realizować programy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Pierwsze lata rządów Mugabe wiązały się z wysokim stopniem rozwoju gospodarczego. Jako premier podjął się reform mających wymazać kolonialną przeszłość Zimbabwe i przeprowadził nieznaczny proces afrykanizacji kraju, który objął jedynie nazewnictwo – wiele nazw miast zostało zmienionych np. stolica w której przyszedł na świat z Salisbury na Harare. Początkowo Mugabe oferował dawnym wrogom pojednanie. Zaproponował doświadczonym białym ważne stanowiska w rządzie i pozwolił ich przywódcy Ianowi Smithowi pozostać w kraju. Można tu zobaczyć bardzo duże podobieństwo do późniejszych działań Nelsona Mandeli, gdy ten objął władzę w Republice Południowej Afryki. Jego koncyliacyjne podejście sprawiło, że Zachód coraz pozytywniej patrzył na dawną Rodezję, a dzięki wykształceniu Robert Mugabe wydawał się być wzorem światłego afrykańskiego przywódcy. W pierwszych latach od uzyskania niepodległości państwo rozwijało się w imponującym tempie. Co chwila powstawały nowe placówki naukowe, a system opieki zdrowotnej rozwijał się w imponującym tempie. Niestety, już wkrótce Mugabe z symbolu wyzwolenia stał się symbolem tyranii.
Pomimo prób załagodzenia napięcia wewnętrznego przez Mugabe, w kraju narastał konflikt zaostrzony poprzez działalność radykalnych frakcji w ZAPU i ZANU. W 1982 roku rozpadła się rządowa koalicja, a ZANU przejęła pełnię władzy. Od 1982 do 1987 miały miejsce starcia zbrojne wojska z powstańcami z grupy ludów Ndebele z południowej części kraju. Walki spowodowały ucieczkę z kraju przedstawiciela Ndebele – Nkomo, gdy ujawniono gromadzenie broni przez jego ugrupowanie oraz kontakty z RPA i ZSRR w celu możliwego zamachu stanu skierowanego przeciw Mugabe. Kryzys doprowadził do wzrostu poparcia dla Mugabe, ale też mogło przyczynić się do zwiększenia poczucia paranoi u przyszłego prezydenta Zimbabwe. W celu ochrony Mugabe powołał paramilitarne zaplecze partii – Młodzieżowe Brygady. W 1985 roku odbyły się wybory parlamentarne wygrane przez ZANU i wkrótce odbyły się rozmowy na temat zjednoczenia ZAPU i ZANU. W 1987 udało się dojść do kompromisu na mocy którego doszło do utworzenia jednolitej partii o nazwie Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe – Front Patriotyczny i zmiany ustroju na prezydencki. Mugabe został w ten sposób prezydentem kraju, a dotychczas opozycyjny Nkomo został ministrem, ogłoszono również amnestię dla wszystkich dysydentów. Siła i wpływy Roberta Mugabe rosły.
Okres utwierdzenia władzy i początek końca
Zakończenie walk międzyplemiennych ustabilizowało sytuację Zimbabwe, potwierdzeniem czego była pielgrzymka papieża Jan Paweł II, a niedługo później w stolicy kraju, już noszącą nazwę Harare, miał miejsce szczyt państw członkowskich brytyjskiej Wspólnoty Narodów, którego Zimbabwe było członkiem, na którym przyjęto „Deklarację z Harare” definiującą normy przestrzegania praw człowieka w krajach tejże Wspólnoty. Niestety w niedługim czasie rząd Mugabe odszedł od swoich wcześniejszych lewicowych haseł przyjętych w lata osiemdziesiątych i zaczęły się lata niepokoju. W następnych czasie Mugabe zradykalizował stanowisko, próbując siłą odebrać białym farmerom ziemię i popierając dawnych towarzyszy broni – partyzantów, urządzających okupacje gospodarstw białych. Było to zagranie czysto wizerunkowe. Tracący poparcie Mugabe postanowił zagrać na niechęci do białej mniejszości w kraju i zainicjował proces przymusowego wywłaszczenia. Rząd dał rolnikom dobę na opuszczenie swoich ziem, co w teorii miało być przejawem dziejowej sprawiedliwości. Zamiast tego doprowadziła do rozlewu krwi i potężnego kryzysu gospodarczego.
Problem w tym, że obdarowani nie bardzo wiedzieli, jak skutecznie zarządzać nowymi nabytkami. Nie mieli wiedzy na temat uprawy, nie posiadali maszyn rolniczych. Nie dostali od rządu aktów własności, co uniemożliwiało im nawet zaciągnięcie kredytu. Kilka lat po tej rewolucji Mugabe przyznał się do swojego błędu. Okazało się, że z zagrabionych ziem, realnie uprawiana jest ledwo połowa. Do tego doszła jeszcze długotrwała susza, która wywołała ogromne straty. Jedzenie stało się towarem deficytowym, w kraju, który jeszcze do niedawna cieszył się opinią „spichlerza Afryki”. Władze zwróciły się do dawnych białych farmerów z propozycją zwrotu posiadłości. Jednak na ratowanie gospodarki było już zdecydowanie za późno.
Po kolejnych wygranych wyborach w 2002 roku, silny Mugabe przystąpił do zwalczania opozycji. Był później oskarżany przez wiele rządów i organizacji międzynarodowych (w tym również afrykańskich) o łamanie praw człowieka i brak wolności słowa, w związku z aresztowaniem krytykujących władzę dziennikarzy. Prezydent bronił się że duża część przeciwników była inspirowanych przez dawnych kolonialistów, którzy chcą zachować ziemię zagrabioną rdzennym mieszkańcom kraju. W związku z coraz bardziej radykalnymi działaniami dawnej Rodezji Stany Zjednoczone i Unia Europejska wprowadziły u progu XXI wieku ograniczone sankcje, co jednak nie zmniejszyło wpływów Zimbabwe w regionie ze względu na poparcie 79 państw tzw. „biednego południa” oraz Rosji i Chin.
Mimo to sytuacja była coraz bardziej dramatyczna. Z Zimbabwe wyjechał co czwarty obywatel. Zaczęło brakować benzyny, pojawiły się problemy z dostawami prądu. Nawet najbardziej prozaiczne towary stawały się z roku na rok towarem deficytowym. Niedługo potem doszło do jeszcze większych problemów. Najgorszy był rok 2008. Inflacja przekroczyła próg biliona procent, a bezrobocie sięgnęło 80 proc., co de facto oznaczało upadek państwa. Przestały działać jakiekolwiek urzędy, a ci spośród obywateli, których było na to stać, jeździli na zakupy do sąsiedniej RPA.
Aby załatać rosnącą dziurę budżetową, rząd decydował się na coraz abstrakcyjne ruchy. M.in. uruchomienie drukarki z pieniędzmi. Niedługo później galopująca inflacja skłoniła władze do umożliwienia płatności za pomocą dolara amerykańskiego, południowoafrykańskiego randa czy puli z Bostwany. Waluta Zimbabwe była w zasadzie całkowicie bezwartościowa. Mennica wypuściła nawet banknot o nominale 100 bilionów dolarów zimbabwiańskich, wkrótce potem lokalna waluta dokonała swojego żywota. Bank centralny poinformował, że oszczędności zostaną przekonwertowane na dolary amerykańskie. Kurs wymiany był jak z jakiegoś surrealistycznego snu. Za 175 biliardów miejscowych dolarów można było dostać 5 dolarów USA. I to tylko pod warunkiem, że pieniądze były trzymane na koncie, a dla osób, które przychodziły z gotówką czekały jeszcze gorsze przeliczniki.
Odsunięcie od władzy
Nietrudno odnieść wrażenie, że z jednej strony wyzwolił Zimbabwe jednak z drugiej strony nie chciał jej też wypuścić ze swoich rąk przez kolejne 37 lat. Podczas gdy pozostałe kraje Czarnego Lądu się rozwijały, Zimbabwe stało w miejscu, a nawet nie stało tylko regularnie się cofało. Zimbabwe z pozycji lidera regionu spadło w ciągu kilku lat do „trzeciej ligi”. Cała sytuacja będzie miała swój finał w listopadzie 2017, kiedy w wskutek przeprowadzonego przez armię zamachu stanu, prezydent Mugabe zostanie umieszczony w areszcie domowym w Harare. Rozpoczęto wtedy też próby negocjacji w celu pokojowego zrzeczenia się przez niego urzędu. Niedługo potem doszło do masowych demonstracji przeciwko prezydentowi. Wkrótce władze partii ZANU-PF odwołały prezydenta z funkcji przewodniczącego ugrupowania, jednocześnie mianując na ten urząd byłego wiceprezydenta Emmersona Mnangagwę. Niedługo później prezydent zrzekł się urzędu ze skutkiem natychmiastowym, aby „umożliwić płynne przekazanie władzy”. Był wówczas najstarszym szefem państwa na świecie.
O jego śmierci szybko poinformował urzędujący prezydent Zimbabwe Emmerson Dambudzo Mnangagwa, który wprost napisał w social-media, że Robert Mugabe „był ikoną wyzwolenia poświęcający swoje życie dla emancypacji i wzmocnieniu swego ludu, którego wkład w historię narodu i kontynentu nigdy nie zostanie zapomniany.” Póki co rządy Mugabe doprowadziły do ogromnego regresu kraju. Kiedy inni afrykańscy mężowie stanu – jak Nelson Mandela z RPA czy Kwame Nkrumah z Ghany – oddawali władzę, którą sprawowali po wywalczeniu niepodległości, Mugabe trzymał się jej kurczowo. Efekty widać do dzisiaj. Owszem – może któregoś dnia Zimbabwe się podniesie, jednak czeka je bardzo długa i kręta droga. Można mieć tylko nadzieję, że dawny „spichlerz Afryki”, któregoś dnia choć w połowie się wypełni.

Kto wygrał? Francja czy Afryka?

„Fala rasizmu w Polsce i we Włoszech po zwycięstwie Francji” – artykuł o takim tytule w L’Équipe – najpopularniejszym francuskim dzienniku sportowym , który ukazał się zaraz po zakończeniu rosyjskich mistrzostw świata w piłce nożnej mówił o powodzi pogardliwych epitetów, zalewającej portale społecznościowe w obu krajach. „Małpy z piłką”, „pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki”: na różnych poziomach komunikacji poniżano lub odbierano wygraną Francji, ze względu na kolor skóry i pochodzenie znacznej części graczy. Tymczasem odpowiedź na pytanie, kto wygrał, nie jest taka trudna.

 

W Afryce ładunek emocjonalny twierdzenia o „afrykańskiej drużynie Francji” był odwrotny, panowała raczej duma. Analitycy internetu i mediów odkryli zresztą, że pierwszym krajem na świecie, który użył tego określenia była Burkina Faso, gdzie idee panafrykańskie znajdują wielu zwolenników. Później w niemal wszystkich krajach byłej francuskiej Afryki zachodniej i centralnej prasa oraz internet prześcigały się w podkreślaniu, gdzie tkwią korzenie rodzin francuskich futbolistów. Nie zabrakło też pewnych pretensji, że „Francja wysysa z Afryki, co najlepsze”, ale nawet to, dość paradoksalnie, stanowiło jakby fragment kontynentalnej dumy, pomieszanej z fatalizmem.

We Francji sprawa miała swoją stronę cokolwiek anegdotyczną. Gdy po powrocie do Paryża gracze zostali zaproszeni do Pałacu Elizejskiego na spotkanie z prezydentem, francuski internet obiegły pamiątkowe zdjęcia drużyny z Macronem, na których, mówiono, widać wyraźnie, że czarni futboliści zostali przesunięci do tyłu, by reprezentacja wyglądała bardziej biało. Była to raczej kwestia szerokości ujęcia, ale stała się okazją do przypomnienia tzw. wybielania oddziałów w 1944 r. Jesienią tego roku gen. de Gaulle rozkazał, by francuskie oddziały kolonialne, składające się głównie z czarnych żołnierzy, zastąpić białymi Francuzami z lokalnego ruchu oporu. Chodziło o to, by do wyzwalanych francuskich miejscowości nie wchodzili Afrykanie, którzy o nie walczyli, lecz miejscowi, co miało lepiej wyglądać na zdjęciach. Praktycznie wyglądało to tak, że Afrykanie musieli po prostu oddawać białym swoje mundury, zanim zostali wysłani z powrotem do Afryki bez zaległego żołdu, który zmienił właścicieli wraz z mundurami.

 

Kolonializm w telewizji

Więcej międzynarodowego hałasu zrobiły interwencje rządu francuskiego. Gdy np. Trevor Noah, prowadzący w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny program telewizyjny Daily Show, powiedział, że to „Afryka została mistrzem świata”, list protestacyjny wysłał doń ambasador Francji w USA Gérard Araud, by wyjaśniać, że mistrzem jest Francja. Ambasador podkreślił, że tylko dwóch z 23 graczy francuskiej kadry urodziło się za granicą i że „różnorodne pochodzenie reprezentantów odzwierciedla francuską różnorodność”. Tak się złożyło, że Noah nie jest Amerykaninem z urodzenia, pochodzi z RPA i dobrze zna Afrykę. Jego riposta składała się głównie z pytań.

„We Francji skrajna prawica zaprzeczała, że czarni gracze to Francuzi, a czarnoskórzy z całego świata świętowali fakt, że francuscy mistrzowie świata mają pochodzenie afrykańskie. To coś pozytywnego. Dlaczego nie mogliby być Afrykanami i Francuzami jednocześnie? Ambasador uważa, że aby być Francuzem, należy całkowicie zatrzeć swoje pochodzenie?” – pytał Noah i dodał, że „różnorodne pochodzenie reprezentantów” jest raczej odzwierciedleniem francuskiego kolonializmu, niż abstrakcyjnej „różnorodności”. „Wszyscy oni mają coś wspólnego. Można się zastanawiać, dlaczego ich rodziny zaczęły mówić po francusku?” – drążył Noah. To pytanie zostało bez odpowiedzi, więc, by rozstrzygnąć kto ostatecznie wygrał, należałoby przypomnieć kilka słabo znanych faktów.

 

Dlaczego po francusku?

We wszystkich krajach afrykańskich, które były francuskimi koloniami jeszcze w połowie ubiegłego wieku, po prostu naucza się francuszczyzny w szkołach. Powiedzmy, że trzy niepodległe kraje arabskie z północy kontynentu (Maroko, Algieria i Tunezja) to prawie sąsiedzi, więc to raczej logiczne, ale dlaczego powszechnie naucza się francuskiego w 14 innych krajach Afryki, często bardzo dalekich? To nie sentyment do kolonizatora, tylko obowiązek układowy. Kraje te stały się „niepodległe” pod pewnymi warunkami i zobowiązanie do nauczania francuskiego było jednym z nich.
Fala niepodległości krajów afrykańskich z lat 50. i 60. ubiegłego wieku jest zwykle rozumiana dosłownie, jako osiągnięcie niezależności polityczno-gospodarczej, jednak jeśli chodzi o owe 14 post-francuskich krajów, sprawy wyglądają inaczej. Na początku tej fali był kraj, który „niepodległość” rozumiał dosłownie. Była to Gwinea, w 1958 r., która odmówiła dalszego płacenia podatku kolonialnego (zapłaty za infrastrukturę). Ale wtedy Francuzi wynieśli się z kraju niszcząc wszystko, czego nie mogli zabrać ze sobą: szkoły, żłobki, budynki administracji publicznej, biblioteki, samochody, traktory, zabili konie i krowy, spalili zapasy żywności. Reszta krajów dobrze zrozumiała tę lekcję i grzecznie podpisała „układy o współpracy” z dawną metropolią.

 

Zmiana nazwy

Pierwszym warunkiem niepodległości dawnych kolonii francuskich było zachowanie kolonialnej waluty, franka CFA. Skrót ten oznaczał franka Kolonii Francuskich w Afryce, a potem dokładnie te same litery zaczęły oznaczać franka Wspólnoty Finansowej Afryki. Inaczej mówiąc, nowe niepodległe kraje nie miały (i nie mają) prawa do własnej waluty. Owszem, niektóre próbowały się pozbyć kolonialnego franka, ale wtedy natychmiast następowały zamachy stanu kierowane przez Paryż. Do dzisiaj więc są zobowiązane do oddawania 70 proc. swych rezerw walutowych do francuskiego banku centralnego, który na tym dobrze zarabia.

Kurs franka CFA jest na stałe podpięty pod euro, jak kiedyś pod franka francuskiego, co prowadzi kraje Afryki do wiecznego zadłużenia i pozwala Francuzom całkowicie kontrolować gospodarki dawnych kolonii. Wyprowadzanie zysków przez europejskie przedsiębiorstwa jest bajecznie łatwe. Oczywiście ten mechanizm bardzo utrudnia rozwój ubogich krajów Afryki, traktowanych ciągle jako zaplecze surowcowe. Przywódca Libii Muammar Kaddafi próbował zrzucić z Afryki „przekleństwo franka CFA”, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac zdobył się na szczerość: „Musimy uczciwie powiedzieć, że duża część pieniędzy w naszych bankach pochodzi z eksploatacji kontynentu afrykańskiego”. To ok. 500 miliardów euro rocznie. Bardzo mała część tych pieniędzy wraca do Afryki jako „kredyty pomocowe”. Tak, czy inaczej, Afryka musi płacić.

 

Warunki „niepodległości”

Układy o „współpracy” krajów afrykańskich z dawnym imperium obejmują o wiele więcej niż kolonialną walutę, czy automatyczną konfiskatę rezerw walutowych. Francja ma na przykład zapewnione pierwszeństwo kupna wszelkich nowoodkrytych bogactw naturalnych. Francuskie przedsiębiorstwa mają też pierwszeństwo w dostępie do lokalnych rynków publicznych. Np. w Wybrzeżu Kości Słoniowej francuskie firmy posiadają dosłownie wszystkie usługi publiczne: dystrybucję wody, elektryczność, komunikację telefoniczną, transport, porty i większe banki.
Kto tego pilnuje? Oprócz układów o „współpracy” gospodarczej, każdy kraj, który miał być niepodległy, musiał podpisać układy o „wspólnej obronie”, które dają Francji prawo trzymania swych wojsk, gdzie chce i interweniowania zawsze, gdy jej interesy są zagrożone. Układy te przewidują też, że wyższymi oficerami afrykańskich armii mogą zostać jedynie wojskowi wykształceni we Francji. Dawna metropolia ma również wyłączność na zaopatrzenie Afrykanów w ekwipunek wojskowy. „Niepodległe” kraje mogą zawierać militarne sojusze tylko za zezwoleniem Paryża. W końcu są zobowiązane do pomocy Francji w sytuacji kryzysu światowego. Innymi słowy, w razie wielkiej wojny afrykańscy żołnierze znowu musieliby wyzwalać Francję, zupełnie jak w 1944 r.

 

Nienawiść rasowa

Francuskie rozdrażnienie po mistrzostwach dotknęło też Nicolasa Maduro, prezydenta Wenezueli. Zadeklarował on, że „drużyna Francji była podobna do ekipy Afryki. Tak naprawdę wygrała Afryka, afrykańscy imigranci, którzy przybyli do Francji (…). Afryka była tak pogardzana w czasie tego Mundialu, tymczasem Francja wygrała dzięki afrykańskim graczom i synom Afrykanów”, nie omieszkał też wytknąć Europie rasizmu. Szef centro-prawicowej partii UDI Jean-Christophe Lagarde zapowiedział wtedy złożenie skargi na Maduro w prokuraturze, żądając ścigania go za „propagowanie nienawiści rasowej”, a w radiu oświadczył, że należy nań „nasrać”.

14 na 23 francuskich graczy, którzy zdobyli mistrzostwo świata w Rosji, ma pochodzenie afrykańskie. Pascal Boniface, znany politolog zajmujący się m.in. geopolityką futbolu, uważa, że „afrykańska” drużyna Francji to reprezentacja dawnego imperium kolonialnego, które „zachowało ścisłe związki z byłymi koloniami”. „Jest odbiciem pewnej historii, a dzisiaj lustrem przedmieść”. W dniu celebracji mistrzostwa władze Paryża pozamykały skrajne stacje metra, by ograniczyć obecność młodzieży z przedmieść w tłumie świętującym na Polach Elizejskich.