PiS chce wrócić do gospodarki nakazowej

Na pierwszy ogień idzie branża owocowo-warzywna. Zamiast wolnego rynku będą sposoby rodem z głębokiego PRL-u: ceny ustalane odgórnie, administracyjne metody regulowania skupu, oraz wyjątki dla „swoich”.

Naszej branży owocowo – warzywnej grozi kryzys, mogący przerodzić się wręcz w bardzo głębokie załamanie.
Wszystko za sprawą działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zamierza regulować ten rynek za pomocą metod administracyjnych, zaczerpniętych z najgorszych czasów PRL-owskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

Powrót do nakazów i zakazów

Rząd w trybie pilnym przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych, oczywiście nie informując szerzej głównych zainteresowanych stron, a w szczególności polskich rolników.
Propozycja strony rządowej, przygotowana pod naciskiem niektórych największych lobbystów rolniczych, w tym głównie grup producenckich oraz dużych producentów porzeczek, aronii i jabłek zakłada wprowadzenie zasad obrotu owocami w sposób regulowany, co było właśnie praktyką centralnego planowania w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Głównym założeniem zmian do wspomnianej ustawy jest administracyjne regulowanie cen na owoce i warzywa (ceny ustalał będzie Minister Rolnictwa dwa razy w roku), a także szczegółowe zapisy dotyczące wielkości produkcji i czasu dostawy zawarte w umowach kontraktacyjnych. Polscy rolnicy zostaną w ten sposób zmuszeni do zawierania umów z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Kategorycznie zakazana będzie dla rolników sprzedaż produktów rolnych do przemysłu przetwórczego i do punktów skupu bez umów kontraktacyjnych!
Niekorzystne zapisy nowelizacji ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych powstały na rzecz lobby kilku podmiotów rynku – i tylko oni na tym zyskają. Stracą – wszyscy inni, a konsekwencje wprowadzenia tych zmian w życie doprowadzą do niekorzystnych zmian strukturalnych w całym sektorze.

Przepis na załamanie rynku

Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw wystosowało list otwarty do rolników, sadowników oraz firm uczestniczących w obrocie owocami i warzywami. Stwierdza w nim, odnosząc się do zamierzeń rządu:
„Następstwem takich działań będzie kryzys ekonomiczny tysięcy małych i średnich gospodarstw rolnych oraz widmo bankructwa i długotrwałej zapaści większości zakładów przetwórczych w Polsce.
Biorąc pod uwagę rozdrobnienie gospodarstw rolnych w Polsce i skalę produkcji indywidualnej, a także tradycyjne sposoby sprzedaży, należy spodziewać się znacznego pogorszenia sytuacji ekonomicznej polskiej wsi, a w niedalekiej przyszłości ograniczenia produkcji na rynek krajowy i rynki zagraniczne, utraty pozycji handlowej na rynku globalnym. Długo budowana pozycja konkurencyjna polskich produktów rolnych zostanie bezpowrotnie utracona, a koszty jej przywrócenia mogą być bardzo wysokie.
W założeniach ustawy przewiduje się stosowanie cen rynkowych – ale tylko i wyłącznie w zakresie ustalonych tzw. cen referencyjnych. Trudno zrozumieć w jaki sposób będą one ustalane skoro każdy rolnik przywiązany będzie tylko i wyłącznie do tego odbiorcy, z którym ma zawarty kontrakt. To odbiorca (punkt skupu, przetwórca) będzie mógł narzucać dowolną cenę w tych granicach, uznając ją za ceną rynkową. Taki stan rzeczy pozbawi polskiego rolnika podstawowej wolności wyboru, jaką gwarantuje mu mechanizm wolnego rynku i dobre praktyki handlu.
W tej sytuacji skorzystają konkurenci polskich firm przetwórczych (np. z Serbii, Ukrainy, Mołdawii, Bułgarii, Rumuni), którzy na wiele miesięcy przed sezonem będą znali ceny polskich produktów rolnych i kalkulując sprzedaż z 1-2 proc. obniżką cen sprzedadzą swoje towary na rynku. Takie działanie z czasem może wyeliminować polskie firmy przetwórcze z rynku europejskiego. Przetwórcy, dostosowując się do narzuconych warunków umów kontraktacyjnych, obawiając się strat i bankructw, ograniczą kontraktację tylko do bezpiecznego pułapu np. do około 50 proc. mocy przetwórczych. Wiele średnich i małych gospodarstw rolnych nie znajdzie chętnych na zakontraktowanie swoich produktów lub zakontraktuje tylko małą część.
W ustawie planowane jest uprzywilejowanie niektórych podmiotów rynkowych, czyli grup producenckich, spółdzielni zrzeszających producentów danego surowca oraz innych organizacji producentów owoców i warzyw, które będą miały możliwość obrotu bezkontraktowego. Uprzywilejowane podmioty z pewnością wykorzystają swoją przewagę rynkową, skupią nadwyżki surowców po zaniżonych cenach i będą oferować wyroby gotowe w cenach dumpingowych, ustalając niskie ceny na rynku zbytu, których poziom nie pokryje nawet kosztów wytworzenia produktu przez uczciwie działające przedsiębiorstwa przetwórcze.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba zadać sobie następujące pytania:
– Co zrobi rolnik w sytuacji, gdy nie znajdzie zainteresowania ze strony odbiorcy na zakontraktowanie swojej produkcji?
– Co zdarzy się wówczas, gdy odbiorca z którym rolnik zawarł kontrakt (często mała firma skupowa) okaże się nieuczciwy lub nie wypełni warunków kontraktu?
– Czy rolnik mając wiedzę, że odbiorca z którym zawarł umowę jest niewypłacalny, będzie mógł odmówić dostawy i sprzedać produkty innemu odbiorcy?
– Czy rolnik może sprzedać towar innemu odbiorcy który oferuje mu znacznie wyższą cenę?
Odpowiadając na te pytania, należy z całą stanowczością podkreślić, że rolnicy stają się zakładnikami umów kontraktacyjnych. Ustawa pozbawia ich możliwości wolnorynkowego handlu produktami rolnymi. Rolnicy bez umów kontraktacyjnych zostaną zmuszeni do pozostawiania swoich plonów na polu lub sprzedaży po niekorzystnych, drastycznie zaniżonych cenach uprzywilejowanym podmiotom, takim jak np. grupy producenckie czy spółdzielnie. W przypadku wiedzy o niewypłacalności odbiorcy, rolnik pozostanie w sytuacji bez wyjścia, gdyż z dnia na dzień nie będzie mógł zmienić umowy kontraktacyjnej a tym samym odbiorcy, ani sprzedać towaru w innym miejscu. W rezultacie rynek produktów rolnych zostanie zablokowany ustawowo, a rolnicy pozbawieni możliwości wolnorynkowej sprzedaży dla przetwórstwa..
Wszelkie odstępstwa od zapisów ustawy skutkują wysokimi karami ustalonymi przez ustawodawcę, zarówno dla rolników jak i odbiorców, które kształtują się od 8 do 15 proc. wartości transakcji kupna-sprzedaży. Ustawa, która miała wspierać polskich rolników i przetwórców w sprawnym funkcjonowaniu na rynku, spowoduje paraliż całego sektora, doprowadzając do strat ekonomicznych i społecznych.
Otwartym pozostaje pytanie, jaki i czy w ogóle jest sens tak szybkiego procedowania wadliwej ustawy, w roku, w którym rolnictwo dotknięte falą przymrozków wiosennych może osiągnąć dużo niższe zbiory a co za tym idzie, wysokie będą ceny zbytu, gwarantujące opłacalność produkcji. Należy pamiętać o rosnącej konkurencji zagranicznej, głównie ze strony rynku ukraińskiego”.

Trzeba się bronić

Tyle list stowarzyszenia. Ta sprawa dotyczy wielu tysięcy rolników indywidualnych oraz setek zakładów przetwórczych, których przyszłość w nowych realiach ustawowych może okazać się zagrożona.
Dlatego właśnie Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw zwraca się do wszystkich zainteresowanych rolników, samorządów lokalnych, organizacji pozarządowych i innych podmiotów, aby aktywnie włączyli się w dyskusję – i nie dopuścili do uchwalenia wadliwych przepisów.
Działacze PiS nie zwykli wprawdzie słuchać głosów przedstawicieli strony społecznej, ale trzeba próbować – i robić swoje.

Wszyscy byli odwróceni

„Nie podjął żadnych działań zapobiegawczych…” – poważne zarzuty Najwyższej Izby Kontroli wobec Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego.

 

Od 2007 r. mieszkańcy naszego kraju mogą zmieniać sprzedawcę energii. Do końca 2017 r. zrobiło to ok. 3,5 proc. odbiorców – głównie instytucjonalnych. W 15 krajach Unii Europejskiej takiej zmiany dokonała liczniejsza niż u nas grupa konsumentów. Najwięcej w Portugalii, ponad 20 proc., oraz w Norwegii, ponad 18 proc.
Dobrze, że takie rozwiązanie istnieje, choć trudno mówić o sukcesie, bo warunki oferowane przez sprzedawców prądu w naszym kraju różnią się tylko nieznacznie. Ci mieszkańcy Polski, którzy dokonali zmiany, z reguły niewiele więc zyskali – jeżeli w ogóle.

 

Administracja umywa ręce

Niestety, wraz z umożliwieniem konsumentom zmiany sprzedawcy energii elektrycznej pojawiły się poważne zagrożenia – nieuczciwi sprzedawcy oraz stosowanie agresywnych, oszukańczych metod marketingowych.
„Zabrakło skoordynowanych działań ze strony administracji rządowej, UOKiK i URE, dlatego oszustwa stały się powszechne” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli. Tak więc, niewydolny system ochrony konsumenta, bierność administracji rządowej oraz brak współpracy pomiędzy organami państwa przyczyniły się do nasilenia nieuczciwych praktyk
Najczęściej stosowanymi nieuczciwymi praktykami handlowymi było podszywanie się przez handlowców pod przedstawicieli dotychczasowego dostawcy energii, a także nakłanianie odbiorców do zawierania niekorzystnych umów poprzez nie informowanie o zapisach szkodliwych dla konsumentów.
Umowy te nakładały na przykład kary umowne o zbyt dużej, nieuzasadnionej wysokości, albo obciążenia za dodatkowe usługi, z których, w świetle tych umów, niemal przymusowo należało korzystać.
Jednocześnie, wbrew prawu, stosowano praktyki utrudniające lub uniemożliwiające klientom skuteczne odstąpienie od umowy zawartej poza siedzibą przedsiębiorstwa. Występowały przypadki fałszowania podpisów odbiorców, czy stosowania bezpodstawnych gróźb odłączenia zasilania. Na te nieuczciwe praktyki handlowe wskazują niemal wszyscy (aż 98 proc.) rzecznicy konsumentów w Polsce. Swoje opinie formułują oni na podstawie napływających do nich skarg mieszkańców.
„Mimo ogromnej skali nieuczciwych praktyk handlowych Minister Energii nie podjął żadnych działań zapobiegawczych” – podkreśla NIK. Tym Ministrem Energii od samego początku istnienia tego resortu (od 1 grudnia 2015 r.) jest Krzysztof Tchórzewski.
Jak zarzuca Izba, nie reagował on na docierające do niego sygnały oraz na powszechnie znane fakty o agresywnych i nieuczciwych działaniach sprzedawców. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki kilkukrotnie zwracał się do niego z propozycjami zmiany prawa, w tym wprowadzenia zakazu sprzedaży energii w formie bezpośredniej akwizycji. Minister Tchórzewski pozostał jednak bierny.
Ale i prezes URE (jest nim Maciej Bando), mimo iż zidentyfikował wysokie ryzyko nieuczciwych praktyk handlowych, nie podejmował zdecydowanych działań jako organ koncesyjny i regulator rynku energii. W latach 2014-2017 żadnemu sprzedawcy energii elektrycznej nie została cofnięta koncesja z powodu naruszania praw konsumentów. W tym samym okresie na nieuczciwych sprzedawców nie nałożono żadnej kary pieniężnej.

 

To nie nasza sprawa

Jednym słowem, współpraca UOKiK i URE w eliminowaniu nieuczciwych sprzedawców była nieskuteczna. Brakowało możliwości automatycznego wszczęcia postępowania o cofnięcie koncesji przez prezesa URE, gdy prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów ukarał sprzedawcę, który nagminnie dopuszczał się oszukańczych praktyk.
Nie istniał również mechanizm eliminacji takich przedsiębiorców z ubiegania się o kolejne koncesje na obrót energią.
Sam prezes UOKiK w latach 2014-2017 tylko jeden raz skorzystał z uprawnienia do nałożenia kary pieniężnej za nieuczciwe praktyki handlowe – była to spółka Polski Prąd i Gaz. Jednak zaskarżenie wydanej decyzji do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów spowodowało, że firma mogła nadal prowadzić nieuczciwą działalność.
Ponadto, w żadnym prowadzonym postępowaniu w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów energii elektrycznej, prezes UOKiK nie skorzystał z uprawnienia do poinformowania opinii publicznej, że przedsiębiorca dopuszczał się takich działań.
„Prezes UOKiK zbyt późno skorzystał z możliwości publikacji komunikatów w telewizji i radiu ostrzegających przed nieuczciwymi sprzedawcami prądu. Zrobił to dopiero w trakcie kontroli” – zauważa NIK.

 

Wykluczeni energetycznie

Na tych wszystkich nieprawidłowościach tracą odbiorcy, narażeni na zawyżone opłaty. Według badań Instytutu Badań Strukturalnych z 2016 r. ponad 12 proc. osób w Polsce dotkniętych było ubóstwem energetycznym, czyli nie mogło sobie pozwolić na zapłacenie za energię (elektryczną i cieplną).
Oznacza to, że blisko 5 mln osób w ok. 1,3 mln gospodarstw domowych nie było w stanie utrzymać odpowiedniej temperatury w mieszkaniu.
Ponadto, duża część tych osób nie mogła liczyć na dodatek energetyczny, bo jego przyznanie było powiązane z jednoczesnym otrzymywaniem dodatku mieszkaniowego, przysługującego osobom mieszkającym w małych mieszkaniach.
Chociaż zdecydowana większość (dwie trzecie) ludzi dotkniętych ubóstwem energetycznym mieszka na wsi, to najwyższe wykorzystanie dodatku energetycznego było w gminach miejskich. Osoby mieszkające na wsi nie otrzymywały dodatku energetycznego, bo nie miały przyznanego dodatku mieszkaniowego ze względu na większy metraż domów.
Z roku na rok rośnie odsetek gmin, które w ogóle nie wypłacają dodatku na opłaty za prąd. W 2014 r. stanowiły one blisko 28 proc. gmin w Polsce, a w 2017 r. (dane za I-III kwartał) już ponad 33 proc. Inna sprawa, że ten dodatek jest marny – zaledwie kilkanaście złotych miesięcznie na gospodarstwo domowe – a proces jego przyznawania skomplikowany. Nie obchodziło to Ministra Energii, który, jak zarzuca NIK, nie analizował skuteczności i wydajności systemu pomocy osobom „ubogim energetycznie” , ani nie dysponował żadnymi danymi o wysokości i strukturze przyznanej pomocy.
Minister Energii nie był też w stanie zadbać o to, by prąd do mieszkańców płynął bez zakłóceń. „Nie udało się zapewnić odbiorcom końcowym gwarancji nieprzerwanych dostaw energii” – podkreśla NIK.

 

Za mało inteligencji

Jednym z czynników wpływających na wysoką awaryjność sieci i dużą wrażliwość na zjawiska atmosferyczne, jest ich podeszły wiek. 43 proc. linii elektroenergetycznych wysokiego napięcia liczy 40 lat i więcej. Pozostałe są niewiele młodsze. W miarę nowych – do 9 lat – jest tylko 10 proc.
W rezultacie, rozmaite zjawiska atmosferyczne powodują coraz częstsze oraz dłuższe przerwy w dostarczaniu prądu. Szczególnie widoczne było to w 2017 r., kiedy wskaźnik obrazujący średnią długość przerwy w dostarczaniu prądu wzrósł od 39 proc. do aż 161 proc.
Potrzeby inwestycyjne są ogromne, a polski odbiorca prądu czeka na wznowienie dostaw prądu zdecydowanie dłużej niż konsumenci z innych krajów UE.
Dużą bolączką polskiego systemu energetycznego jest brak tzw. inteligentnych liczników, które na bieżąco komunikują się z systemem centralnym. Pozwoliłoby to szybko usuwać awarie, bo wtedy sieć sama zawiadamia o nieprawidłowościach. Ponadto, rachunki byłyby wtedy wystawiane nie na podstawie prognoz (co jest w Polsce nonsensem nierozwiązywalnym od lat), a według faktycznego zużycia energii.
Niestety inwestycje w takie liczniki są w powijakach. Pięciu największych dystrybutorów prądu w Polsce do końca 2018 r. zaplanowało zainstalowanie „inteligentnych liczników” u zaledwie 8,4 proc. gospodarstw domowych.
Wymiana liczników jest wymogiem unijnym. Polska jest jednak spóźniona we wdrażaniu unijnych przepisów dotyczących „inteligentnych sieci”. Pomimo upływu ponad ośmiu lat od wejścia w życie dyrektywy UE, do końca 2017 r. rząd nie stworzył ani strategii wdrożenia inteligentnych sieci elektroenergetycznych, ani niezbędnych regulacji prawnych.
„Nie określono zadań i podziału odpowiedzialności poszczególnych uczestników rynku energii oraz harmonogramu wdrożenia sieci. Minister Energii nie określił jednolitych wiążących dla firm energetycznych wymagań technicznych „inteligentnych liczników” oraz dobrych praktyk, które zapewniałyby taki sam standard działania sieci na terenie kraju” – zarzuca NIK.
Żeby tego było za mało, klienci borykają się z nieczytelnymi rachunkami za energię i zbyt długim rozpatrywaniem reklamacji. Spółki energetyczne nie dotrzymują 14 dniowego terminu ich załatwiania.
Tymczasem Ministerstwo Energii, pomimo wiedzy o problemach klientów z odczytywaniem rachunków, nie podjęło żadnych działań, aby były one bardziej przejrzyste i klarowne. Według badań przeprowadzonych przez Komisję Europejską, Polska plasuje się na 25 miejscu pośród krajów pod względem czytelności rachunków. Firmom energetycznym to oczywiście nie przeszkadza, a nawet wydaje się, że zależy im na tym, aby rachunki te były jak najmniej zrozumiałe.
I nie widać też, aby ktokolwiek we władzach państwowych był zainteresowany zrobieniem porządku w polskim bałaganie energetycznym.