Popielec

Palenie byle czego jest karalne. Chyba, że palisz noworodkami, kukłą Żyda albo samochodami.

Histeria związana z paleniem przyszła wraz z kapitalizmem. Acz nieśmiało. Bo po 1989 roku, nowej władzy doskwierało jedynie palenie akt. A konkretnie teczek z archiwum Służby Bezpieczeństwa.

Potem było już tylko śmieszniej, aż przyszedł rok 2016, a wraz z nim ustawa o odpadach. Od tej pory palić wolno jedynie węgiel i papierosy. A i to jedynie w wyznaczonych miejscach. Co oczywiście jest nieprawdą.

Odpad z Dąbrowy Górniczej

Naród nie nawykł do czytania ustaw, więc przepisy obowiązują tylko wtedy, jak nieuświadomionego Polaka dupnie policja albo straż miejska. Wtedy taki ktoś ma przerąbane, a nawet musi płacić górę hajsu. Jak pan z Dąbrowy Górniczej, który miał pecha palić w piecu starymi ramami okiennymi i płytami paździerzowymi. A co gorsza wpaść na ich paleniu trzy razy. Każdy raz kosztował go po 5 tys zł grzywny.

Albowiem kto „termicznie przekształca odpady poza spalarnią odpadów lub współspalarnią odpadów podlega karze aresztu albo grzywny”. Dzięki jasności prawa normalny Polak nie ma zatem pojęcia, że łamie prawo, bo przecież zamiast termicznie coś przekształcać pali w piecu. A tu kiszka. Ustawodawca przecież wyjaśnia słowami iż przez „termiczne przekształcanie odpadów” rozumie się „zarówno spalanie odpadów przez ich utlenianie jak i inne procesy termicznego przetwarzania odpadów, w tym pirolizę, zgazowanie i proces plazmowy, o ile substancje powstające podczas tych procesów są następnie spalane”.

Jasne? Bo jak nie, to przecież ustawodawca precyzuje nawet czym są odpady. A „rozumie się przez to każdą substancję lub przedmiot, których posiadacz pozbywa się, zamierza się pozbyć lub do których pozbycia się jest obowiązany”.

Jak ktoś tego nie ogarnia i pali co chce, to musi się liczyć z grzywną do wspomnianych 5 tys zł, albo z miesięczną odsiadką.

Palące auto

Każdy, kto ma kawałek ogródka wie, że liście chore i zarażone szkodnikami najlepiej jest spalić. Ale prawo wie lepiej i w związku z tym, nie wolno tego robić samodzielnie na własnej działce ani poza nią. Bo co prawda wolno zhajcować pozostałości roślinne, ale tylko wtedy, gdy nie są one „objęte obowiązkiem selektywnego zbierania”. A liście i trawa są objęte jak najbardziej. I ich „przekształcanie termiczne” to 5 tys. zł grzywny.
Cudzy samochód odpadem nie jest. Nikt go też selektywnie nie zbiera. I dlatego cudze samochody w myśl ustawy o odpadach można palić. Byle tylko nie powodowało to „nadmiernej ilości dymu i uciążliwego zapachu”. Bo wtedy osoba, której to przeszkadza wzywa organa ścigania, które mogą ukarać, tyle, że w oparciu o zupełnie inne niż ekologiczne przepisy. Czyli choćby takie o zagrożeniu bezpieczeństwa w ruchu samochodowym, ale tylko w sytuacji, gdy dym w wyraźny sposób ogranicza widoczność na drodze bądź ulicy.

Jacek T. znany warszawski piroman samochodowy zdaniem władzy sądowniczej zachowywał się zgodnie z przepisami o ekologii. Bo mimo spalenia kilkunastu bryczek nikt nie wytoczył przeciwko niemu zapisów ustawy o odpadach.

Wygląda zatem na to, że samochody palić można. Potwierdzałby to przykład sfajczenia wozu transmisyjnego TVN 11 listopada 2011 r. Bo mimo że dwaj palacze dostali po ponad 2 lata odsiadki i mają zwrócić 1,5 mln miliona złotych, to nikt nie przyczepił się do nich za zwiększenie zapylenia stoicy pyłem zawieszonym PM 2,5 ani PM 10.

Kwas pruski z butelki

W przeciwieństwie do setek osób karanych mandatami i grzywnami, za to, że wkładają do pieców gumiaki, opony, tapicerkę meblową, plastikowe butelki, czy cokolwiek innego, co przy spalaniu daje kalorie. Na salach sądowych sędziowie szermują wtedy stwierdzeniami, że ci źli ludzie paląc w piecu kilogramem butelek, starych wykładzin, dywanów, otoczek kabli, czy folii produkują w 280 litrów chlorowodoru, który w połączeniu z parą wodną tworzy kwas solny.

Jak kogoś dupnie się za to, że palił wypełniająca meble pianką poliuretanową, to do wie się, że każde spalone kilo pianki staje się po sfajczeniu 50 litrami cyjanowodoru, a ten jak się połączy z wodą stanie się kwasem pruskim.

Biedni ludzie, których złapano na paleniu lakierowanych desek, worków foliowych albo kawałków opon, zostaną przez oskarżenie przyszpileni za wytworzenie zagrożenia w postaci rakotwórczych dioksyn. W tym, najbardziej trującej o nazwie tetrachlorodwubenzo-p-dioksyna, która jest 10 000 razy bardziej trująca niż cyjanek potasu.

Palące się samochody, pełne pianki, plastiku, opon i wszystkiego innego, zdaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości, takiego zagrożenia nie powodują, więc czynienie osobom palącym auta zarzutów z tego tytułu nie ma sensu.

Żyd ekologiczny

Aby być w zgodzie z ustawą o odpadach, można oprócz samochodów palić kukłę Żyda. Co udowodnił przypadek Piotra Ryby, któremu za zanieczyszczenie środowiska nie spadł włos, bo trzy miechy dostał jedynie za nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych.
Nikt nie skorzystał też z przepisów o zakazie spalania gdy w powiecie ostrołęckim capnięto strażaka, który „termicznie przekształcił” 8 kawałków lasu w pogorzelisko. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia, ale na pewno nie z racji tego, że wpuścił do atmosfery w cholerę dużo cieplarnianego CO2.
Strażak w Czerwionce-Leszczynach na Śląsku też za robienie wbrew ekologii nie beknie. I mimo że sfajczył kartony ze śmieciami, rampę, instalację elektryczną oraz plastikowe pojemniki, no i kontener na śmieci, to usłyszał jedynie zarzuty zniszczenia mienia.

Nie robili wbrew środowisku podpalacze plastikowej tęczy z pl. Zbawiciela w Warszawie. Zarzuty zawsze sprowadzały się wyłącznie do „podpalenie instalacji artystycznej”. A kara finansowa wynosząca 500 zł, to przecież mniej niż za wsadzenie do pieca starych adidasów.

„Termiczne przekształcenie” sklepu Biedronki w Ozimku, też nie stało się elementem oskarżenia pana, który placówkę handlową spalił doszczętnie. Dioksyny, smog, CO2, i takie tam, nie pojawiły się nawet w akcie oskarżenia. 3 lata pierdla dostał z innego paragrafu. Tak jak i 2,5 mln zł, które pan podpalacz ma zapłacić ubezpieczycielowi tytułem zwrotu wyrządzonych szkód.

Eko groszek

Do pożaru domu jednorodzinnego w Jastrzębiu doszło w maju 2013 r. Wraz z chałupą spaliło się pięć osób. Sąd uznał, że sfajczenia dokonał tatuś,bo nie dość, że podpalił, to na dodatek zablokował możliwości ewakuacji. Prokuratura postawiła tatusiowi zarzut zabójstwa pięciu osób, i nawet usiłowanie zabójstwa szóstej. Żadnego paragrafu ekologicznego nie wykorzystano. I wiele wskazuje, że w tym konkretnym przypadku słusznie. Straż pożarna uznała bowiem, że w budynku była temperatura przekraczająca 1000 st. Celsjusza. A jak powszechnie wiadomo żeby spalanie śmieci było bezpieczne, musi przebiegać w takiej właśnie wysokiej temperaturze uzyskiwanej w krematoriach i spalarniach śmieci. A jak ktoś ma kominek, albo inny piec, to choćby nie wiadomo co, ale więcej niż 500 st. Celsjusza nie wyciśnie. Czyli paląc byle co, będzie trucicielem.
Taką właśnie niską temperaturą posłużył się pan z Prudnika, do spalenia żywcem dwóch pań. Powinien wiedzieć, że denaturat wylany na inną osobę będzie się palił w znakomicie mniejszej niż 1000 st. C. temperaturze. Sąd wymierzając panu karę 25 lat pozbawienia wolności i 10 lat pozbawienia praw publicznych, też nie wziął tego pod uwagę. I z punktu widzenia ustawy o o „termicznym przekształcaniu” – miał rację. W ustawie nigdzie nie ma bowiem słowa o tym, że nie wolno palić ludzi.

Ludzie nie są bowiem butelkami plastikowymi, workami foliowymi, ubraniami, obuwiem, zabawkami, gazetami kolorowymi, czy zużytymi pieluchami jednorazowymi. Płytami laminowanymi, wiórowymi, ramami okiennymi drewnianymi i plastikowymi – zresztą też nie są. Tym bardziej podkładami kolejowymi, meblami, drewnem malowanym, lakierowanym i impregnowanym. Oraz oponą, też nie są. A skoro nie zostali wymienieni, na tej ministerialnej liście, to palić nimi wolno.

Nie powinien zatem dziwić wyrok sądu na małżonków z Radwanic, które po porodzie spaliło noworodka w piecu centralnego ogrzewania. Dostali po 2 lata.

Pewnie dlatego, że palenie noworodkami w piecach nie jest dla polskich sędziów czymś nadzwyczajnym. Tylko w tym roku było przynajmniej 5 takich przypadków.

I we wszystkich widać, że Polacy nie mają pojęcia o paleniu. Bo przecież największy nawet kretyn winien wiedzieć, że jak się mieszka w Majdanie Kozłowieckim i próbuje „przekształcić termicznie” noworodka w metalowej kuchni, to słodkawe zadymienie wsi każe sąsiadom dzwonić po mundurowych.

Jednak dla pani z Ciecierzyna-Piekła, po tym co zrobiła, nie ma zmiłuj. Przecież paliła w piecu noworodkiem zawiniętym w reklamówkę. W ten sposób wytwarzając sztuczną mgłę złożoną z pyłów zawieszonych i pary wodnej. Ta zaś jest bardzo niebezpieczna dla kobiet w ciąży. A co gorsza, może wpływać na kondycję i zdrowie płodu.

Jest zatem spora szansa, żeby choć raz prokurator – choćby dla prewencji ekologicznej – dotknął i tego aspektu. A potem robił to przy każdej nadarzającej się sposobności.

Inaczej będziemy dla świata jeszcze przez wiele lat uchodzili za imbecyli opalanych węglem.

Wątpliwy obieg zamknięty

W naszej gospodarce, opartej na energii pochodzącej ze spalania węgla, bardzo trudno będzie przestawić przemysł na produkcję czystą i mało odpadową.

W naszym kraju ma zostać stworzona gospodarka o obiegu zamkniętym. Taka jest w każdym razie deklarowana intencja obecnej władzy.
Rada Ministrów przyjęła bowiem uchwałę pod tytułem: „Mapa drogowa transformacji w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym”.

Co się da, wykorzystać znowu

Wspomniana mapa stanowi przełożenie na polskie realia planu działania Komisji Europejskiej, opublikowanego już pod koniec 2015 r., w którym zawarto wytyczne do budowy gospodarki o obiegu zamkniętym.
PiS przez cztery lata nie był w stanie przygotować polskiej wersji unijnego dokumentu, co można zrozumieć, gdyż trudno planować stworzenie gospodarki o obiegu zamkniętym, jeśli opiera się ona na energii pochodzącej ze spalania węgla, a nie ze źródeł odnawialnych.
Gospodarka o obiegu zamkniętym stanowi jeden z priorytetów Komisji Europejskiej. Jest to znana od lat ale wciąż pozostająca głównie w sferze zamierzeń koncepcja gospodarcza wedle której produkty, materiały oraz surowce mają pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a wytwarzanie odpadów (nadających się w jak największym stopniu do ponownego wykorzystania).

Bez ostatniego etapu

Pomysł gospodarki o obiegu zamkniętym uwzględnia wszystkie etapy „życia” produktu – od pozyskania surowca przez projektowanie wyrobu, jego produkcję, konsumpcję, zbieranie odpadów, aż do ich zagospodarowania. Ma to prowadzić do stworzenia zrównoważonej, niskoemisyjnej i oszczędnej gospodarki.
Wdrażanie gospodarki o obiegu zamkniętym powinno oznaczać rezygnację z dotychczasowego podejścia opierającego się na zasadzie „weź – wyprodukuj – zużyj – wyrzuć”, w którym odpady traktowane są jako ostatni etap „życia” produktu.
W gospodarce o obiegu zamkniętym istotne jest, aby odpady, jeżeli już powstaną, były traktowane jak surowce wtórne i wykorzystane do ponownej produkcji. Budowanie gospodarki o obiegu zamkniętym ma zwiększyć innowacyjność polskich przedsiębiorców oraz podnieść ich konkurencyjność w stosunku do podmiotów z innych części Europy i świata.

Nieustanne przetwarzanie

Rząd uznał, że budowaniu gospodarki o obiegu zamkniętym ma służyć zrównoważona produkcja przemysłowa oraz zrównoważona konsumpcja.
Co do „zrównoważonej produkcji przemysłowej” to nikt nie wie, jak konkretnie miałaby ona wyglądać, natomiast jeśli chodzi o konsumpcję, to rząd sformułował prostą dyrektywę pod adresem obywateli: „Konsumenci mogliby kupować mniej towarów i lepiej wykorzystywać te, które już mają”.
Może i mogliby. Tylko jak to się ma do tempa polskiego wzrostu gospodarczego, opierającego się głównie na rosnącej konsumpcji wewnętrznej? W dodatku, cała ta koncepcja gospodarki zamkniętej ma podstawowy błąd w założeniu: przetwarzanie w kółko produktów i ich odpadów będzie powodować rosnące zużycie energii oraz wzrost emisji wszelkich szkodliwych substancji związanych z produkcją oraz utylizacją. I w żaden sposób nie da się tego przeskoczyć.

Bez plastiku

Frontalną walkę z plastikowymi śmieciami, których zalew sprawił, że Morze Śródziemne jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych akwenów na świecie, zapowiedziała członkini francuskiego rządu, wiceszefowa resortu ekologii, Brune Poirson. Cel szczytny, szkoda tylko, że Paryż zabiera się za zmiany zdecydowanie za późno.

Kilka tygodni temu pisaliśmy o zaangażowaniu państw kontynentu afrykańskiego w walkę z zaśmiecaniem oceanów i wód śródlądowych. W takich państwach jak Rwanda czy Kenia obostrzenia dotyczące elementów plastikowych obowiązują już od kilkunastu lat.
Francja, kraj, który w swojej kolonialnej i neokolonialnej historii wiele razy niosła ludom Czarnego Lądu „postęp” – czy to za pomocą karabinów, czy gospodarczego terroru, na polu walki ze śmieciową plagą jest w porównaniu z państwami Afryki zacofanym bantustanem. Rząd dopiero w tym roku na poważnie próbuje przeciwdziałać narastającemu problemowi, który objawia się koszmarnym zanieczyszczeniem wód Morza Śródziemnego, w tym kurortów turystycznych, tracących z tego powodu na atrakcyjności. Na trwogę biją też rybacy, których sieci są rwane przez plastiki, a ryby – coraz bardziej chore i rachityczne, na co wpływ mają nanocząsteczki pochodzące od plastikowych śmieci.
Do Morza Śródziemnego z terytorium Francji wpada, w zależności od źródeł, od 200 do 600 tys. ton odpadów. 75 proc. z nich to plastikowe torebki, opakowania, słomki do picia, kubki, talerze i sztućce jednorazowego użytku.„Sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca” – ostrzega w wywiadzie dla radia France żeglarz Patrick Deixonne, założyciel organizacji pozarządowej „Siódmy Kontynent”.
Co zamierza zrobić rząd? Na razie wydał odezwę z dobrymi radami. Wskazówki w niej zamieszczone podzielić można na trzy rodzaje: uczulenie na problem, prewencja i oczyszczanie.Minister Poirson odwiedziła w poniedziałek kurort Sablettes w Seyne-sur-Mer w Prowansji. To właśnie tam skutki śmieciowego kryzysu są szczególnie widoczne. Po plaży walają się plastikowe odpady i niedopałki. Mieszkańcy w ramach spontanicznych akcji sprzątają tereny nadbrzeżne, jednak woda wyrzuca kolejne hałdy śmieci.
Poirson zapowiedziała, że do 2025 roku z francuskiej ziemi do morza nie trafi ani drobina plastiku. W taką deklaracje nie wierzą francuskie media, która zwracają uwagę, że działania rządu nie mają kompleksowego charakteru, a przypominają bardziej dobrożyczeniową akcje uświadamiania konsumentów.
Z niszczącymi wodną ekosferę odpadami, równie ślamazarnie walczy Unia Europejska. Zgodnie z przegłosowaną pod koniec 2018 roku rezolucją, od 2021 r. plastikowe przedmioty jednorazowe, takie jak talerze, sztućce, słomki i patyczki higieniczne, które stanowią w sumie ponad 70 proc. odpadów morskich, będą zakazane na terytorium UE, lecz dopiero od 2021 r.

Śpiące wulkany własnego wyrobu

Mamy w Polsce kilkaset hałd. Niejednokrotnie stanowią tykające bomby ekologiczne, ale nie bardzo wiadomo co z nimi robić.

Hałdy powstają w wyniku składowania odpadów górniczych, hutniczych czy chemicznych. Jedna z najnowszych, a na pewno największa i najwyższa, to hałda Góra Kamieńsk koło Bełchatowa, usypana 26 lat temu w wyniku odkrywkowej eksploatacji węgla brunatnego. Od podstawy (zajmującej 1500 hektarów) do szczytu ma 195 metrów w pionie.
Węgiel brunatny, choć jest surowcem mało ekologicznym, nie pozostawia po wydobyciu szczególnie kłopotliwych substancji. Dlatego Górę Kamieńsk udało się zagospodarować bez większych problemów. Jest na niej sztucznie naśnieżany i oświetlony stok narciarski, czteroosobowy wyciąg krzesełkowy, dwa orczyki, kilka tras rowerowych o różnym stopniu trudności. Na płaskim szczycie postawiono zaś farmę wiatrową.
Natomiast najstarsza chyba hałda w Polsce, w Tarnowskich Górach, którą zaczęto usypywać około 1830 r., a zakończono w 1912 r, została nawet wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W czasie II wojny światowej Niemcy zbudowali na niej bunkry i okopy. Hałda w Tarnowskich Górach ma w sobie odpady wydobywanych tam rud srebra, żelaza, cynku i ołowiu, zmieszane ze skała dolomitową. Dzięki temu powstała gleba o szczególnych właściwościach. Z czasem wyrosły na niej rzadkie rośliny, tzw. galmanowe, odporne na wysokie stężenie metali ciężkich, a także wiązy, lipy, brzozy i jarzębiny; zagnieździły się zające, bażanty, kuropatwy, jaszczurki.
Groźne piramidy
Hałdy, powstałe w wyniku wydobycia węgla kamiennego, stanowiące element śląskiego krajobrazu, na listę dziedzictwa UNESCO raczej nie trafią. To często niebezpieczne, strome piramidy – najwyższa, w Rydułtowach, ma 134 m. wysokości względnej. Na niektórych z nich w ogóle nich nic nie rośnie, bo dopóki grunt solidnie nie osiądzie, na zboczach nie wolno sadzić żadnych roślin.
W Polsce są 153 hałdy, usypane z odpadów węgla kamiennego – 138 na Górnym Sląsku, 12 na Dolnym, dwie w woj. małopolskim i jedna w lubelskim. Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że „narażają środowisko i ludzi mieszkających w pobliżu na zagrożenia wynikające z sąsiedztwa odpadów pogórniczych: zatrucie wód podziemnych przez odcieki z hałd, zapylenie i dzikie pożary. Stosowane metody odzyskiwania odpadów nie gwarantują skutecznej ochrony przed tymi zagrożeniami”.
Wspomniane „dzikie” pożary, wynikają z tego, że hałdy niekiedy traktowane są nielegalnie jako wysypiska śmieci – które się „utylizuje” poprzez podpalenie, by nie można było ustalić, kto je wysypał. Jeszcze groźniejsze są pożary we wnętrzu hałd, wynikające z samozapłonu odpadów. Trwają przez dziesięciolecia, przez szczeliny wydobywają się gorące, trujące dymy. W latach 2015-2018 tylko na terenie województwa śląskiego straż pożarna musiała sto kilkanaście razy interweniować na hałdach.
Państwowy Instytut Geologiczny wpisał część hałd na listę „Zamkniętych i opuszczonych obiektów unieszkodliwiania odpadów wydobywczych, które wywierają negatywny wpływ na środowisko lub mogą stać się w średnio lub krótkoterminowej perspektywie poważnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi lub dla środowiska”.
Coś można odzyskać
Są w Polsce firmy zajmujące się przerobem odpadów górniczych. Najbardziej znana to Haldex, bodaj pierwsza w powojennej Polsce międzynarodowa spółka akcyjna, utworzona w 1959 r. przez rządy Polski i Węgier (każdy menedżer i specjalista ze strony polskiej miał swojego równorzędnego węgierskiego kolegę). W 2005 r. oba rządy rozwiązały spółkę, ale Haldex przetrwał i ostatecznie znalazł się w strukturach państwowego holdingu KW spółka z o.o., utworzonego po likwidacji Kompanii Węglowej.
W tym roku Haldex obchodził 60-lecie nieprzerwanej działalności. Pierwszy zakład przeróbczy spółki zbudowano przy kopalni „Michał” w Siemianowicach Śląskich, potem powstało ich jeszcze sześć. Pięć lat temu podsumowano, że przez 55 lat Haldex przerobił 160 mln ton odpadów i gdyby je wszystkie załadować na pociąg, mierzyłby tyle, co równik.
Spółka odzyskała m. in. 19 mln ton węgla, 17 mln ton kamienia do przemysłu ceramicznego i cementowego, 75 mln ton kamienia łamanego do podsadzek, 5 mln ton kruszyw. Wytwarza też glebę, którą można stosować w rekultywacji biologicznej. Haldex wciąż pracuje – ale nie da się powiedzieć, że zbija kokosy na swym funkcjonowaniu.
Teoretycznie, także i z hałd można by wydobywać pozostałości surowców. W sumie w Polsce odzyskiwanych jest jednak tylko niespełna 2,5 proc. odpadów pogórniczych. „Ze względu na właściwości fizykochemiczne zainteresowanie ich wykorzystaniem jest śladowe” – stwierdza NIK.
Wyniki analiz wykazały, że kruszywa powstałe na bazie odpadów wydobywczych mogą być wykorzystywane wprawdzie w pracach inżynieryjno-budowlanych ale w ograniczonym stopniu. Z powodu niewystarczającej mrozoodporności nie można ich dodawać do betonu, nie nadają się też do budowy dróg i robót ziemnych.
Dosypywać czy rozbierać?
Owszem, tym co jest w hałdach interesują się grupy kopaczy, działające na zasadach biedaszybów, wciąż funkcjonujących w naszym kraju. Im się jakoś opłaca. Jest to jednak dzialalność nielegalna, niebezpieczna, szkodliwa dla środowiska, a ze względu na małą skalę nie rozwiązująca problemu. Wydobycie resztek surowców na dużą skalę, z zachowaniem wszelkich zasad ochrony środowiska, bezpieczeństwa i wymogów technologicznych, byłoby już nieopłacalne.
Na część hałd nie wolno wchodzić, właśnie z powodu podziemnych pożarów i trujących dymów – a także dlatego, że z powodu aktywności termicznej hałd (w ich wnętrzu temperatura przekracza 300 stopni) można wpaść w jakąś szczelinę, pokrytą cienką warstwą gruntu.
Niektóre niewyjaśnione zaginięcia ludzi na Śląsku można zapewne przypisać właśnie wypadkom na hałdach. Zakazy wstępu są bowiem notorycznie łamane, a hałdy są tak rozległe, że trudno je kontrolować. Ponadto, „nieskuteczny nadzór nad składowiskami może zachęcać do lokowania w nich wszelkiego typu odpadów, w tym niebezpiecznych” – wskazuje NIK.
Te najgroźniejsze hałdy, przypominające uśpione ale wciąż czynne wulkany, można by rozbierać. Tak na przykład chce postąpić Polska Grupa Górnicza z niebezpieczną hałdą w Rydułtowach. To właśnie jedna z tych, na które nie wolno wchodzić z powodu podziemnych pożarów i dymów, wydobywajacych się przez szczeliny. Hałda ma być stopniowo odkrywana, rozbierana i gaszona. Będzie to jednak proces bardzo żmudny, kosztowny i szkodliwy dla środowiska, bo z tym co zostanie po rozbiórce hałdy też coś przecież trzeba będzie zrobić. Dlatego mieszkańcy okolicznych osiedli protestują, obawiajac się katastrofy ekologicznej.
W Polsce jeszcze nigdy nie rozbierano tak wielkiej hałdy. Jedna z prób, podjęta w Rybniku zakończyła się niepowodzeniem, bo zapylenie i zadymienie będące efektem rozkopywania hałdy, stały się nie do wytrzymania, więc z powrotem ją usypano.
Alternatywa to stały nadzór nad niebezpiecznymi hałdami i zasypywanie ich ziemią, by utrudnić dopływ tlenu oraz zmniejszyć podziemne pożary. To także robota kosztowna, żmudna, niezbyt skuteczna i nieobojętna dla środowiska, która w dodatku może trwać w nieskończoność.
Wygląda więc na to, że i hałdy będą w nieskończoność dominować nad śląskim krajobrazem.

Z dymem wysypisk

Gdy chodzi o zwalczanie nielegalnych interesów śmieciowych to nasze państwo, tak jak i w wielu innych sprawach, funkcjonuje tylko teoretycznie.

Jesteśmy świadkami często powtarzających się, teoretycznie przypadkowych pożarów wysypisk śmieci w Polsce i mnożenia się coraz to nowych miejsc nielegalnego składowania odpadów.
To zjawisko ma szerokie negatywne konsekwencje społeczno-gospodarcze. Przede wszystkim tworzy się u nas coraz silniejsza „mafia śmieciowa” – zorganizowane grupy przestępcze, które z nielegalnego procederu odbioru i składowania w niedozwolonych miejscach, a także z importu odpadów z zagranicy, uczyniły potężne źródło nieopodatkowanego dochodu – alarmują Zieloni.
Ich zdaniem, jest to skutek bezradności państwa i tworzenia się mafijnych powiązań z władzą publiczną. Jak wskazują Zieloni, tak właśnie stało się w Bogatyni, gdzie zawiązała się regularna mafia z udziałem przestępców i prominentnych polityków lokalnych, łącząca nielegalny import odpadów oraz ich, także nielegalne, składowanie na publicznym wysypisku.

Władza nic z tym nie robi

Najgorsze jednak, że dochodzi do skażenia środowiska, tak w przypadku samego składowania (zanieczyszczenie ziemi i wód gruntowych, zagrożenie zdrowia obywateli, odór uciążliwy dla mieszkańców, niszczenie estetyki miejscowości), jak i pożarów. Wielomilionowe są koszty akcji gaśniczych, powietrze jest zatruwane groźnymi dymami i pyłami.
Spadają też wpływy publiczne, bo śmieciowe mafie nie uiszczają przecież podatków i opłat, związanych ze swoją działalnością. Często działalność ta prowadzona jest na tzw. słupy – osoby fizyczne bez majątku, spółki pozbawione zarządów itp. Ponadto urzędy miejskie nie dysponują stosownymi uprawnieniami śledczymi, aby ustalić rzeczywistych beneficjentów i organizatorów tego procederu. Konieczna jest współpraca z policją i prokuraturą.
Warto docenić wzorową służbę strażaków. Nie zmienia to jednak sytuacji, że bez współdziałania prokuratury i Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, jednostki straży pożarnej są bezradne w walce z procederem prowadzenia nielegalnego lub nieprawidłowego składowania odpadów. Nie mają bowiem stosownych kompetencji kontrolnych i śledczych.
„Nieskuteczność władz państwowych przeraża, a dokonana przez Sejm latem 2018 r. nowelizacja ustawy o odpadach okazała się niewystarczająca” – stwierdzają Zieloni.
W rezultacie, na samorządy lokalne przerzucone zostały koszty likwidacji takich składowisk i utylizacji odpadów. Bezskuteczne okazały się działania administracji państwowej mające na celu egzekucję tych obowiązków od sprawców.

A niech się pali

Zieloni wzywają ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego i ministra środowiska Henryka Kowalczyka do: „niezwłocznego wydania rozporządzenia w sprawie wymagań w zakresie ochrony przeciwpożarowej jakie mają spełniać obiekty budowlane lub ich części oraz inne miejsca przeznaczone do zbierania, magazynowania lub przetwarzania odpadów”. Rozporządzenie powinno minimalizować ryzyko związane z zagrożeniem pożarowym.
Państwowa Straż Pożarna, nie dysponując takim rozporządzeniem, ma jak na razie bardzo ograniczone możliwości prowadzenia czynności kontrolnych. Doprecyzowanie wymogów przeciwpożarowych pozwoli na skuteczne kontrole i egzekwowanie przepisów. Konieczne jest też wzmocnienie wydziałów kontrolno-rozpoznawczych Państwowej Straży Pożarnej.
Ściganiem przestępczości przeciwko środowisku powinny zająć się wyspecjalizowane zespoły policjantów i prokuratorów. Dlatego Zieloni apelują do ministrów Zbigniewa Ziobry i Joachima Brudzińskiego o utworzenie wydziałów w ramach komend powiatowych i prokuratur rejonowych, w których pracowałyby osoby posiadające odpowiednie kompetencje fachowe.
Należy zmienić podejście prokuratur, które dotychczas „hurtowo” umarzały postępowania ze względu na rzekomo niską szkodliwość społeczną czynu. Potrzebne są szkolenia dla prokuratorów i policjantów z zakresu zagrożeń ekologicznych. Jak przypominają Zieloni, jedno składowisko na Dolnym Śląsku paliło się 30 razy w ciągu ostatnich 8 lat a osoby za to odpowiedzialne nie poniosły żadnych konsekwencji!
W podobnych sytuacjach mamy do czynienia z działalnością przestępczą, kontrole powinny być zatem prowadzone bez pisemnego uprzedzenia. Tymczasem, często niemożliwe jest przeprowadzenie kontroli ze względu na zamknięcie zakładu lub nie przynosi ona efektu. Na czas kontroli usunięto bowiem nieprawidłowości – a po jej zakończeniu śmiecie przeważnie wracają na miejsce nielegalnego składowania.
Kontrole powinny więc odbywać się bez zapowiedzi, należy również dopuścić kontrole krzyżowe różnych służb. Każdy protokół z kontroli składowiska, który stwierdza naruszenia, z urzędu powinien trafić do prokuratury.
Zieloni zwracają uwagę, że potrzebne jest wsparcie prawników i ekspertów. Apelują więc, aby organy ochrony środowiska wyposażyć w dodatkowe fundusze na zlecanie ekspertyz.
Przydatne byłoby stworzenie ogólnopolskiej bazy biegłych z zakresu ochrony środowiska, z których pracy mogłyby korzystać organy administracji i ścigania. W skomplikowanych sprawach, organy ochrony środowiska powinny zaś uzyskać wsparcie radców Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa. Często bowiem służby ochrony środowiska są bezradne w sporze z przestępcami, których wspierają czołowe kancelarie prawne, a postępowania ciągną się latami.

Milion to za mało

Na nielegalne wysypiska należy patrzeć jak na działalność przestępczą, ponieważ powodują one straty dla budżetu państwa i samorządów oraz stanowią zagrożenie dla środowiska. Dlatego Zieloni postulują aby samo prowadzenie nielegalnego składowiska odpadów było zagrożone karą więzienia.
Powinna zostać także wprowadzona dodatkowa sankcja finansowa, wymierzana stosownie do stworzonego zagrożenia i obszaru składowiska. Obecnie wykazanie przesłanek odpowiedzialności karnej z art. 183 kodeksu karnego jest niesłychanie trudne. W miarę skuteczne postępowania prowadzone są zaś dopiero wówczas, gdy dojdzie do katastrofy ekologicznej.
Jednym z podstawowych celów postępowania karnego jest prewencja. Spełnienie tej roli prawa karnego stanie się możliwe, gdy organy ścigania będą mogły podjąć walkę z nielegalnym prowadzeniem wysypisk zanim jeszcze wydarzy się jakieś nieszczęście.
Niewystarczające są również zawarte w ustawie o odpadach sankcje administracyjne w wysokości do 1 mln złotych. Powinny one bowiem zawsze przewyższać przychód z nielegalnej działalności. Zieloni chcą więc podwyższenia tego limitu i powiązania kary finansowej z oszacowanymi przychodami z działalności przestępczej.
Już samo naruszenie zasad ochrony przeciwpożarowej powinno grozić grzywną przynajmniej 10 tys. złotych – i nałożeniem kolejnej w razie nieusunięcia naruszeń w terminie.
Ważna jest tu także rola organizacji społecznych, których rolą jest monitorowanie niepożądanych zjawisk i zgłaszanie ich właściwym organom, a także pomaganie obywatelom w relacjach z administracją publiczną.
Tymczasem, zgodnie z art. 170 ustawy śmieciowej, do postępowań w sprawach zezwolenia na zbieranie i przetwarzanie odpadów oraz prowadzenie wysypiska nie stosuje się przepisów kodeksu postępowania administracyjnego, stanowiących iż organizacja społeczna może w sprawie dotyczącej innej osoby występować z żądaniem wszczęcia postępowania czy dopuszczenia jej do udziału w postępowaniu, jeżeli jest to uzasadnione celami statutowymi tej organizacji i przemawia za tym interes społeczny.
Tak więc, organizacje społeczne zostały odsunięte od zajmowania się śmieciami i składowiskami.
Oznacza to, że w takich sprawach organizacja społeczna nie może żądać inicjowania postępowania ani dopuszczenia do udziału w charakterze strony. Ponadto, z mocy polskiego prawa, stronami takich postępowań nie mogą być właściciele nieruchomości sąsiadujących z terenem na którym będzie prowadzone zbieranie czy przetwarzanie odpadów. Jakby komuś zależało, by nikt nie przeszkadzał w nieskrępowanym rozwijaniu śmieciowych biznesów…
Należy wyeliminować te przepisy z porządku prawnego – bo to sąsiad wysypiska śmieci i organizacja społeczna powinny być partnerami w postępowaniach dotyczących działalności, która może być bardzo szkodliwa i uciążliwa dla ludzi oraz środowiska. Pozbawienie ich prawa strony w postępowaniu narusza standardy demokratyczne.
W związku z planowanym wprowadzeniem przez państwo monitoringu tzw. ładunków wrażliwych, Zieloni postulują również objęcie tym monitoringiem pojazdów ciężarowych, wożących odpady. Informacja o takich pojazdach powinna spłynąć do organów administracji i każdą ciężarówkę należy rozliczyć. Limit kar administracyjnych za nielegalny transport odpadów należy zaś podnieść z zakresu 2-10 tys. zł do 10-100 tys. zł (z zatrzymaniem pojazdu naruszającego przepisy na poczet kary).

Bezradny organ

Wojewódzkie Inspekcje Ochrony Środowiska są w myśl przepisów ustawy o odpadach podstawowym organem kontrolnym i nakładającym sankcje. Zieloni apelują o poddanie Inspekcji Ochrony Środowiska władaniu marszałków województw. Marszałkowie, jako reprezentanci samorządu, powinni bowiem być żywotnie zainteresowani sprawną służbą ochrony środowiska. Dziś natomiast nie zawsze wypełnia ona swoje podstawowe obowiązki.
Pożądane byłoby także rozszerzenie kompetencji WIOŚ, aby umożliwić inspektorom ochrony środowiska kontrolowanie osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej. Częstokroć właśnie takie osoby prowadzą nielegalne składowiska odpadów.
Ze względu na podział kompetencji organów powołanych do zwalczania nielegalnych wysypisk, potrzebna jest współpraca poszczególnych służb – i dobra wola na wszystkich szczeblach. Konieczne byłoby powołanie wspólnych zespołów roboczych, dzielenie się ustaleniami i zebranym materiałem dowodowym, wreszcie wspólne kontrole. Potrzeba tu współpracy strażaków, policjantów, WIOŚ, RDOŚ, starostów, wójtów, burmistrzów i prezydentów, strażników miejskich.
Wystarczy powiedzieć, że bez działania WIOŚ nie da się uzyskać wyników kontroli i nałożyć administracyjnej kary pieniężnej. Bez udziału wójta czy burmistrza bądź prezydenta nie można wydać decyzji nakazującej usunięcie odpadów. Bez straży pożarnej nie dojdzie do ustalenia naruszenia warunków ochrony przeciwpożarowej. Bez starosty niemożliwe będzie cofnięcie zezwolenia na składowanie odpadów, a bez pracy prokuratury i policji nie da się ustalić organizatorów i beneficjentów procederu.
Dziś tej współpracy brakuje, co pozwala przestępcom zarabiać miliony złotych kosztem zdrowia Polaków i skażenia środowiska.

Żeby przestały się palić

Rząd, walcząc z pożarami wysypisk, wziął się za zmianę przepisów. Trzeba ich jeszcze przestrzegać.

 

Po burzy medialnej związanej z falą pożarów na wysypiskach śmieci, Ministerstwo Środowiska szybko wprowadziło zmiany do najważniejszych ustaw regulujących bezpieczne gospodarowanie odpadami.
Niewiele to wprawdzie pomogło, ale obecnie trwają prace nad „doszczelnianiem” tych regulacji poprzez rozporządzenia do ustaw. Jednym z nich jest rozporządzenie Ministra Środowiska określające wymagania przeciwpożarowe, jakie mają spełniać obiekty budowlane oraz inne miejsca przeznaczone do zbierania, magazynowania lub przetwarzania odpadów.
Dotyczy to także elektrośmieci. Mało kto bowiem wie, że pianka z lodówki pali się jak gaz zapalniczki. Kilkanaście dni temu, na skutek niewłaściwego przetwarzania elektroodpadów wybuchł pożar na składowisku złomu w Szczecinie.

 

Palący problem

Zużyte sprzęty elektryczne i elektroniczne są wysoce niebezpiecznymi odpadami. W Szczecinie paliły się lodówki, pralki i artykuły gospodarstwa domowego. Na miejscu działało ponad 40 jednostek straży pożarnej. Ogień pojawił się w maszynie do rozdrabniania złomu i przeniósł się na składowane materiały. Służby ostrzegały mieszkańców, aby nie otwierali okien i pozostali w domach. Nad całą okolicą kłębił się czarny, gęsty dym pełen niebezpiecznych i toksycznych substancji. Sytuacja ta kolejny raz potwierdza konieczność jak najszybszego wprowadzenia standardów do wszystkich miejsc przetwarzania elektrośmieci.
To nomen omen palący problem, bo zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli, polski system gospodarowania zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym funkcjonuje nieprawidłowo i wymaga naprawy.
„Podmioty zaangażowane w system gospodarowania zużytym sprzętem, w tym zajmujące się jego zbieraniem i przetwarzaniem, nie przestrzegają przepisów w zakresie swojej działalności. Brakuje standardów przetwarzania elektroodpadów (…). Najważniejsze powinno być właściwe przetworzenie zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Niekorzystną dla środowiska praktyką jest nieprofesjonalny demontaż tego sprzętu, w prymitywnych warunkach poza zakładami przetwarzania (najczęściej w punktach skupu złomu) lub w zakładach przetwarzania o niskim standardzie technologicznym” – czytamy w raporcie.

 

Każdy robi jak może

Obecnie, w myśl polskiego prawa zakłady przetwarzające zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny nie muszą spełniać specjalistycznych kryteriów, przetwarzać zużyty sprzęt może praktycznie każdy. Dlatego około 70 proc. zużytych lodówek, zamrażarek, świetlówek czy telewizorów utylizowanych jest w Polsce w prymitywny sposób, przy pomocy najprostszych narzędzi, bez żadnych zabezpieczeń, przez co szkodliwe substancje przedostają się gleby, wody oraz atmosfery.
Z uwagi na brak obligatoryjnych wymogów prawnych, zakłady przetwarzania elektroodpadów w Polsce bardzo rzadko stosują powszechne w krajach rozwiniętych standardy zabezpieczające przed wybuchem i pożarem, takie jak np. ciągły pomiar obecności gazów wybuchowych połączony z systemem neutralizacji stężenia, przy którym możliwa jest eksplozja.

 

Tylko u nas nie ma

W całej Europie odpowiednie regulacje określają, w jaki sposób przetwarzać różne rodzaje elektrośmieci, jakie instalacje i technologie są wymagane, by zapobiegać wydostawaniu się szkodliwych substancji do środowiska. Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym takich standardów nie ma.
Przetwarzanie zużytego sprzętu jest najbardziej niebezpieczne w przypadku, bardzo popularnych na rynku, lodówek zawierających cyklopentan – jest to dosłownie igranie z ogniem. Sprzęt chłodniczy zawiera szereg substancji niebezpiecznych. Niektóre z nich są także silnie wybuchowe i łatwopalne.
Jeśli zużyty sprzęt przetwarza się w sposób prymitywny, np. przy użyciu strzępiarki do złomu, która powoduje iskrzenie ciętego metalu, to gazy, uwalniane z pianki izolacyjnej, stanowią ogromne zagrożenie. Pianka, wystawiona na działanie słońca i wysokiej temperatury, jest przyczyną wielu samozapłonów na składowiskach.
Komisja Europejska 10 sierpnia br. wydała decyzję w sprawie najlepszych dostępnych technik przetwarzania odpadów. Dokument ten precyzyjnie określa poziomy emisji oraz wszelkie standardy technologiczne utylizacji zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Pytanie, czy standardy te obejmą również elektrośmieci w Polsce?