Co Kisiel by na to powiedział?

Kiedyś pewna dziennikarka powiedziała mi, że żyłem w cieniu ojca i brata, Marka, słynnego pianisty z duetu Marek i Wacek. Zgodziłem się z tą oceną dodając, że to był bardzo przyjemny cień z Jerzym Kisielewskim, dziennikarzem, w 110 rocznicę urodzin i 30 rocznicę śmierci ojca, Stefana Kisielewskiego, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kilka lat po śmierci Pana ojca telewizja nadała dyskusję, w której uczestniczył Pan, Jerzy Waldorff i Zygmunt Kałużyński. Stanęło pytanie, „co by Kisiel powiedział na to co się dzieje w Polsce. Najbardziej soczysta była odpowiedź Jerzego Waldorfa, która brzmiała mniej więcej tak: „Kisiel, gdyby tu był z nami, to by nas przede wszystkim najpierw solidnie opierdolił, a potem rozdzielił między nas zadania”. Co by dziś powiedział?
Nigdy nie uważał się za profetę, więc myślę, że za to czego chyba nie przewidywał czyli choćby tego, że ktoś komuś w Polsce będzie odmawiał prawa do płaczu po kimś. Piłsudczykom nie przyszło by do głowy odmówić endekom prawa płakania po Piłsudskim. Jak widać, my twórczo się rozwijamy (śmiech). Z drugiej strony ojciec, jako młody publicysta w latach trzydziestych zarzucał piłsudczykom, że nie mają wizji Polski i tylko administrują krajem. Znajomo to brzmi, prawda? Nie przewidział wiele, ale przecież nie czuł się nigdy wyrocznią. Inna sprawa, że kiedy Litwa odrywała się od ZSRR, był przeciwny temu, by Polska pierwsza, najgorliwiej przyklaskiwała odzyskiwaniu przez nią niepodległości. Kiedy go pytano, czy nie lubi Litwinów, mówił, że lubi – lubi Mickiewicza i swojego przyjaciela Czesława Miłosza. (śmiech). To w kontekście naszych obecnych stosunków z Litwą brzmi dość znamiennie. A skoro pan wspomniał Jerzego Waldorfa, to i on i ojciec byli „chorzy na Polskę”, w najlepszym tego określenia znaczeniu. Rządów PiS na pewno by nie polubił i kpiłby z nich na potęgę. Tego jestem pewien.
Pamiętam, że w jednej ze swoich książek, bodaj w „Firku” Jerzy Waldorff mówił, że ilekroć jest za granicą a podróżował często, po dwóch tygodniach tęskni za krajem, czyli, jak to mówią Francuzi, „mal du pay” co można swobodnie przetłumaczyć jako „chorować na kraj”.
Tak, ojciec może był bardziej odporny na bycie za granicą, ale nigdy nie zdecydowałby się na pozostanie n.p. nawet w Paryżu.
Pana ojciec był przez dziesięciolecia przede wszystkim, jako felietonista „Tygodnika Powszechnego”, komentatorem rzeczywistości, komentatorem o unikalnym autorytecie. „Kisiel” to była firma! W jego opinie i prognozy wczytywali się ludzie najrozmaitszych poglądów i najrozmaitszego autoramentu, od zwykłych czytelników do polityków. Co by powiedział Pana ojciec na to, co się dziś dzieje w Polsce?
To najczęściej zadawane mi pytanie – co by Kisiel na to powiedział? Zadają mi je najczęściej po wręczeniu nagród Kisiela przyznawanych przez tygodnik „Wprost”. Niezmiennie na to odpowiadam, że jeśli zacznę chodzić i mówić, co by ojciec na jakiś temat powiedział, czy kogo by poparł w wyborach i w życiu publicznym, to trzeba by chyba mnie odstrzelić albo zamknąć w miejscu odosobnienia jako stukniętego. Kiedyś pewna dziennikarka powiedziała mi, że żyłem w cieniu ojca i brata, Marka, słynnego pianisty z duetu Marek i Wacek. Zgodziłem się z tą oceną dodając, że to był bardzo przyjemny cień. Niemniej ja sam sobie często zadaję to pytanie, bo kiedy ojciec żył, zawsze mogłem liczyć z jego strony na poradę, względnie na ostudzenie emocji. On się martwił moją czasem bezczynnością, lenistwem i mówił, pisał też w „Dzienniku”, że „Jerzyk przepieprza czas”. Zawsze martwił się bezideowością młodzieży i dlatego w latach siedemdziesiątych tak bardzo zaopiekował się i zaprzyjaźnił z grupą skupiona wokół Aleksandra Halla. Właściciel sklepu, w którym ojciec lubił robić zakupy zapytał mnie niedawno: „Co by pański ojciec na to wszystko dziś powiedział?”. Inny pan przypomniał mi odpowiedź ojca na pytanie, co będzie po zmianie ustroju – powiedział, że będzie 20 lat bałaganu, a potem będzie lepiej. I pan ten przypomniał, że 30 lat już minęło.
Z czego byłby zadowolony?
Przede wszystkim z wolności słowa, z wolnej wymiany myśli, z nieskrępowanej wymiany poglądów, bo o to przecież walczył, o to żeby nie trzeba było iść do cenzury po pozwolenie na wydrukowanie zaproszeń na ślub. A w czasach, kiedy cenzura jednak była walczył o to by w tekstach publikowanych pojawiały się nawiasy, z powołaniem się na ustawę o kontroli prasy, publikacji i widowisk, wskazujące na ingerencje cenzury i takie nawiasy jeszcze za jego życia, w PRL, się pojawiły. Mniej byłby zadowolony z tego, że tak jak on za PRL odbijał się jak piłka od ściany cenzury i niemocy generowanej przez ustrój, tak i dziś wpływ ludzi mądrych na rzeczywistość jest bardzo ograniczony. Ojciec napisał nawet kiedyś tekst o bezsilności publicystyki, która często zderza się z murem nie do pokonania.
Co dziś mówiłby o PRL, którą tak krytykował?
I jednocześnie nieustannie o niej myślał, analizował ją. Myślę, że spojrzałby na nią z nieco skorygowanej perspektywy. Z większą wyrozumiałością. Wydaje mi się, że przyznałby, iż w PRL także tętniło bujne życie mimo szarości dekoracji, że ludzie sensownie pracowali dla Polski na tyle na ile można było, że miewali szczęśliwe życie prywatne. Podejrzewam też, że żałował by ówczesnej nadwyżki wolnego czasu, tego, że w PRL mieliśmy o wiele więcej niż dziś czasu, który można było zapełnić spotkaniami z ludźmi, życiem towarzyskim i uczuciowym, lekturami, pisaniem. Teraz my gonimy czas, nie nadążamy, nieustannie odbieramy telefony i dzwonimy, no i martwimy się, gdy z braku czasu nie możemy skorzystać z nadmiaru istniejących możliwości. Dziś ten, kto jest twórczy, ten jest nieustannie zajęty. Z drugiej strony myślę, że ojciec cieszyłby się z tego, że Polska tętni rozwojem, czego wielu ludzi ze starej Europy nam zazdrości, bo tam, na przykład wyraźnie widać to we Francji panuje dużo marazmu i poczucia bezsensu. Do PRL miał zresztą stosunek zróżnicowany. Przecież Polską Ludową była też Polska poniekąd mikołajczykowska do 1947 roku, przez pierwsze trzy powojenne lata. Do tego okresu miał ojciec sporo uznania, bo to był czas kiedy gospodarka zaczęła rozwijać się trójsektorowo, a poza tym była spora wolność słowa. Od 1948 roku wszystko poszło najgorszym możliwym torem. I ojciec, wracając pamięcią do tego okresu zwracał uwagę, że w księgarniach nie można kupić Manifestu PKWN, Lipcowego. I od razu wyjaśniał dlaczego. Otóż tam był zapisany trójsektorowy model gospodarki: państwowej, spółdzielczej i prywatnej. Stąd Manifest stał się po kilku latach niecenzuralny.
Kisiel mówił o sobie, że nie ma poglądów politycznych, ale ma poglądy gospodarcze. Ciekawe jak on, zwolennik wolnorynkowego kapitalizmu, odniósłby się do obecnej polityki gospodarczej państwa?
Nie potrafię szczegółowo odnieść się do tego pytania, zwłaszcza w imieniu ojca. Mogę za to mocno przypuścić, że ponownie zadawałby sobie pytanie: komu potrzebna jest Polska? Martwiłby się tym, co przewidział na początku lat dziewięćdziesiątych, polemizując z optymizmem Adama Michnika i „Gazety Wyborczej” – obudzeniem się w Europie egoizmów i nacjonalizmów. I to się zmaterializowało w rządach PiS.
Pytanie, co by powiedział Kisiel można odnieść do setek kwestii, ale ograniczę się do trzech. Jak odniósłby się do szybkiego zwycięstwa wyborczego postpeerelowskiej lewicy po 1989 roku, co stało się już po jego śmierci, do wybuchu politycznego klerykalizmu i do kryzysu recept neoliberalnych w gospodarce, widocznych choćby w polityce gospodarczej Platformy Obywatelskiej?
Jak w każdym przypadku, uczynię zastrzeżenie, że mogę sobie tylko wyobrażać, co mógłby powiedzieć ojciec i że możemy się jedynie zbliżyć do odpowiedzi na to pytanie. Co do pierwszej kwestii, to jego nie dziwiło, że PRL-owska kadra zarządzająca gospodarką ma na nią wpływ także po przełomie ustrojowym, bo ci ludzie po prostu znali się na zarządzaniu tamtą gospodarką, jaka by ona na nie była. W jakimś sensie konsekwencją tego była wygrana wyborcza SLD. Przypuszczam, że by go ona nie zdziwiła, jako że spodziewał się niechęci ludu pracującego do realnego, bolesnego demontażu socjalizmu w gospodarce, którego dokonał Balcerowicz. Co do klerykalizmu i politycznej roli Kościoła, to doceniając rolę Kościoła w hamowaniu komunizacji Polski, to przypuszczam, że patrząc na ekscesy klerykalne przywoływałby słowa księdza Józefa Tischnera o „nieszczęsnym darze wolności”. Część kleru i biskupów się w nim nie odnalazła, choć część odnalazła się bardzo dobrze, o czym często mało się wie, choćby jako organizatorzy życia w Polsce samorządowej, w małych społecznościach. I to pierwsze, świadomość „oblężonej twierdzy”, bardzo by mu się nie podobało, a to drugie podobałoby się, bo byłoby bardzo po jego myśli. Co do kwestii trzeciej, to ojciec nadzieję dla gospodarki widział w klasie średniej i podejrzewam, że dominacja Platformy Obywatelskiej byłaby dla niego po części emanacją wzrostu tej klasy, a po części wyrazem wiary tych, którzy do tej klasy aspirują. Co by go jeszcze cieszyło? Nie sposób przejechać się po Polsce i nie zauważyć, że to jest inny kraj niż 30 lat temu, głównie dzięki samorządom, na punkcie których i ja jestem zafiksowany. Myślę, że nie koncentrowałby się na zacietrzewieniu kilku polityków i traktowałby to jako polityczne teatrum. Ale pamiętajmy, że to ciągle są moje odpowiedzi z Kisielem w tle, a nie odpowiedzi Kisiela. Jestem tylko wodą po Kisielu (śmiech).
Kim dla Pana był ojciec przede wszystkim?
Kompozytorem, co ostatnio jest przypominane koncertami jego utworów, ale oczywiście zaraz potem felietonistą. Mówi się, że felieton żyje krótko, ale okazuje się, że niekoniecznie. Felietony Bolesława Prusa do dziś są nie tylko cenną kroniką życia Warszawy jego czasów, ale także w jakimś stopniu są ponadczasowe. „Dziennik” ojca, jak sam go nazywał – „dziennik śledziennika i żółciowca” do dziś jest czytany przez młodych ludzi jako pasjonujący i oryginalny obraz PRL. Staram się przez cały czas pamiętać o pana wyjściowym pytaniu – co by Kisiel dziś powiedział. Wydaje mi się, że to, co by dziś powiedział, można wyczytać także z tego, co go cieszyło, również w czasach PRL.
Jak Pan się czuje ze świadomością, że to już 110 rocznica urodzin ojca?
Czuję się z tą świadomością staro, bo choć co prawda byłem późnym dzieckiem, to jednak ponad 100 lat to nie byle co… Inna sprawa, że ojciec trochę się wyśmiewał z polskiej manii rocznicowej. Ja jednak uważam, że rocznice to dobra okazja do przypomnienia ważnych postaci, a przy tym przypomnienia tej części ich dorobku, która trochę została zapomniana. W przypadku ojca mam na myśli twórczość kompozytorską. Kisiel wraca więc jako człowiek muzyki, czyli do tego, od czego zaczął, jeszcze przed wojną, zanim pochłonęła go publicystyka i polityka.
Dziękuję za rozmowę.

PRL – tak jest jak się państwu zdaje

Wspomnienia z czasów naszej młodości, gdy tzw. Polska Ludowa była jedynym ustrojem, z jakim mieliśmy do czynienia. Dla połowy Polaków to czas, który znają jedynie z książek lub z opowiadań starszych.
Zatytułowałem niniejszy tekst słowami Pirandella, bo dobrze pasują do wrażenia, jakie odniosłem po lekturze książki Jolanty Czartoryskiej „Każdy miał swój PRL. Opowiadania nostalgiczne”. Książkę przeczytałem zaś z dużym zainteresowaniem i niemal jednym tchem. Raz z powodu bliskości generacyjnej – ojciec autorki urodził się w 1927 roku, a mój w 1925 i oboje należymy do wyżu demograficznego lat 50. o którym wspomina autorka; dwa – z prostej chęci poznania tego, jak autorka widziała PRL; wreszcie trzy i chyba najważniejsze – dlatego, bo od razu zobaczyłem, że zgodnie z tytułem, moja Polska Rzeczpospolita Ludowa była nieco inna, niż PRL autorki. Mówiąc najkrócej, widziałem tam więcej ciemnych barw.
Cóż, jak zwraca uwagę sama autorka, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – a moim dziecięcym punktem siedzenia było przeludnione małe mieszkanie przy ul. Brzeskiej 13 (adres chyba wiele wyjaśnia). A także, by powiedzieć oględnie: zapamiętany niedostatek środków materialnych. Zapamiętany między innymi w dziwny, infantylny sposób: otóż na Brzeskiej moim częstym daniem śniadaniowym był chleb z cebulą, a kolacyjno-deserowym – chleb z cukrem. Przez lata potem nie znosiłem cebuli, ani posypywania pieczywa cukrem. Teraz zaś, w podeszłym wieku, z przyjemnością raczę się czasami chlebem z cebulą, zaś jako przerywnik deserowy chętnie stosuję chleb z cukrem. A z dzieciństwa zostało mi też, że podejrzliwie traktuję przedstawicieli tzw. inteligencji.
Wracając zaś do punktu siedzenia: inaczej, niż w przypadku rodziny Jolanty Czartoryskiej, nikt z mojej rodziny nigdy nie pracował w jakichkolwiek strukturach PRL-owskiej władzy ani nie miał z nią żadnych związków. Mój ojciec nie był „ważną figurą w mieście i w powiecie” (jak tata autorki), nie miał samochodu służbowego, nie mieliśmy telewizora już w 1962 roku o telefonie oczywiście nie mówiąc, nie było mowy o tak kosztownym zakupie jak pianino, nie podróżowałem, jak autorka, w liceum do ZSRR (i za żadną inną granicę) ani nie uczestniczyłem w obozach na które przyjeżdżali uczniowie z zagranicy. Moja mama inaczej niż mama autorki oczywiście musiała pracować, żeby było z czego żyć i nie mogła gospodarzyć tylko wypłatą ojca. Na studiach mym jedynym obowiązkiem nie była zaś nauka, bo dorabiałem w spółdzielni studenckiej.
Nie przeżywaliśmy także żadnych rodzinnych dylematów, czy dziadka pochować w trybie świeckim (co wybrała rodzina autorki) czy religijnym. Oczywistością było też, że w rodzinach moich rodziców brało się śluby kościelne, a dzieci chrzciło i posyłało do komunii oraz na religię, na którą naturalnie chodziłem i ja.
Mój ojciec zmarł ponad 40 lat temu, mama przed 20 laty. I oni, i ja widzieliśmy to, co widział każdy: że w PRL oczywiście są równi i równiejsi, a ci równiejsi to bynajmniej nie robotnicy i chłopi. To nie oni mieli łatwiejszy dostęp do różnych dóbr, usług, świadczeń (pamiętam, że na wczasy załapaliśmy się raptem raz) czy talonów. Nie oni pierwsi dostawali wygodne mieszkania z przydziału, nie do nich przychylniej odnosiła się każda władza, od milicjanta na ulicy po urzędników we wszelkich okienkach; nie oni byli lepiej leczeni i z większą uwagą traktowani w szpitalach. To ostatnie piszę z powodów mocno osobistych, bo gdyby moja mama była pod uważniejszą opieką w szpitalu, to moja mała siostra nie udusiłaby się w trakcie porodu – ale my byliśmy tylko mało znaczącymi ludźmi z Brzeskiej.
Różnice w widzeniu „swojego” PRL-u więc są rzeczą oczywistą, ale broń Boże nie chcę przekonywać, że za „straszliwych czasów” tzw. Polski Ludowej jakoś cierpiałem (bo trudno do tych cierpień zaliczyć przesłuchiwania przez tzw. komisję weryfikacyjną w stanie wojennym czy kilkumiesięczne zawieszenie w pracy), byłem gnębiony czy indoktrynowany. Tak nie było, co mogą zresztą powiedzieć także i obecni PiS-owscy prominenci, którzy robili kariery już w PRL. Moja rodzina, jak wspomniałem, nigdy nie miała nic wspólnego z aparatem żadnej władzy, ja nigdy nie miałem nic wspólnego z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Nigdy też nie było to powodem jakichkolwiek przykrości, choć być może żyło nam się ciut trudniej.
Autorka o swoim życiu w PRL, prezentowanym szczerze i zarazem dość barwnie, pisze: „Ukształtował mnie strach /…/ Wiem, czego bał się mój tato i wiem, czego bałam się ja”.
Gdy natomiast ja sięgam w przeszłość, to uświadamiam sobie, że bałem się, że dostanę w dziób na podwórku albo w szkole – bo jak trafnie wspomina jeden z mych klasowych kolegów, było sztuką przetrwać cały dzień w naszej podstawówce i nie oberwać. Innych strachów raczej nie pamiętam, może dlatego, że moja rodzina nie za bardzo miała coś do tracenia.
Są różnice w naszym widzeniu PRL-u, ale jest też co oczywiste, sporo podobieństw. Tak jak autorka nie mogłem pojąć, od czego właściwie zaczęły się wydarzenia marcowe. Do dziś zresztą ich geneza jest tajemnicza. Pochód pierwszomajowy uznawałem raczej za atrakcję, niż za przymus. Lubiłem „Stawkę większą niż życie” i nadal chętnie ją oglądam. Podobały mi się „dobranocki” telewizyjne i „Zwierzyniec”. Też pamiętam, że na prawie każdej zamarzniętej kałuży ślizgaliśmy się na łyżwach (miałem je przykręcane do butów). Również i dla mnie egzamin do liceum był wyzwaniem. Wymieniać mogę dłużej.
Przy okazji dodam, że i ja w czasach studenckich miałem okazję poznać prof. Wiktora Zina. Wręczał mi wyróżnienie w konkursie na najlepszą pracę magisterską. I w tym momencie widzę jeszcze jedną zaletę książki Jolanty Czartoryskiej – że otwiera kolejne pudełka ze wspomnieniami.