Płyny, które ratują życie

Inaczej, niż w przypadku szczepionki przeciw Covid-19, w produkcji tego preparatu nie jesteśmy zależni wyłącznie od zagranicy.

Rząd naszego kraju obiecał, że zakupi blisko 62 mln dawek szczepionki przeciw koronawirusowi. Nie wiadomo, ile ich rzeczywiście kupi, ale wiadomo, że będą one wymagać rozcieńczenia – a do tego potrzebne są płyny infuzyjne.
Płyny infuzyjne są podawane zarówno samodzielnie, jak i po to, by służyć jako nośnik innych leków. Stosowanie płynów odgrywa kluczową rolę we wszystkich dziedzinach terapii medycznych. Uzupełnianie płynów niezbędne jest u pacjentów po urazach czy wypadkach, przed, w trakcie i po zabiegach operacyjnych, na oddziałach intensywnej terapii, u pacjentów leczonych długoterminowo w warunkach domowych. Czyli – po prostu wszędzie.
– Płyny infuzyjne są najczęściej stosowanymi lekami w tzw. medycynie okołooperacyjnej. Prowadzenie racjonalnej płynoterapii wymaga rozwagi. Taka terapia musi być nie tylko skuteczna, ale także bezpieczna i spersonalizowana, dostosowana do potrzeb pacjentów. Należy precyzyjnie oceniać wskazania i przeciwwskazania do leczenia płynami – wyjaśnia prof. Łukasz Krzych, kierownik Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.
Pandemia pokazała wyraźnie, jak ważny dla zapewnienia bezpieczeństwa lekowego w kraju jest nieprzerwany łańcuch dostaw. Jedyna w Polsce fabryka płynów infuzyjnych znajduje się w Kutnie. Codziennie wyjeżdża z niej kilkanaście ciężarówek wypełnionych po brzegi opakowaniami z płynami infuzyjnymi.
Inaczej niż w przypadku szczepionek i wielu innych leków, Polska nie jest uzależniona od importu płynów infuzyjnych. W fabryce Fresenius Kabi w Kutnie produkuje się rocznie kilkadziesiąt milionów opakowań płynów infuzyjnych, z czego ponad połowa trafia na polski rynek, a pozostałe są sprzedawane do wielu krajów na całym świecie.
Fabryka, w której pracuje prawie 4 tys. ludzi, ma możliwości techniczne i organizacyjne, by zwiększyć produkcję płynów, jeśli zajdzie taka potrzeba. A pewnie zajdzie, bo w związku ze szczepieniami przeciw Covid-19 prognozowany jest znaczny wzrost zapotrzebowania na płyny infuzyjne.
Kierownictwo fabryki zapewnia, że jest w stanie zapewnić ciągłość dostaw także w sytuacji wyjątkowej, np.: w razie klęski żywiołowej, czy pandemii. – Nie jesteśmy uzależnieni od zaopatrzenia z zagranicy i ewentualnych przestojów na etapie transportu – mówi Maciej Chmielowski, dyrektor fabryki.
Trzeba tu dodać, że ta niezależność nie jest jednak dana raz na zawsze. Fabryka w Kutnie należy do zagranicznego koncernu, zatrudniającego na całym świecie około 40 tys osób, więc nigdy do końca nie wiadomo, czy jego kierownictwo nie będzie chciało kiedyś zrezygnować z produkcji w Polsce, czy radykalnie zmienić jej profil.
Fabryka wytwarza kilkadziesiąt rodzajów płynów infuzyjnych, w tym tzw. płyny wieloelektrolitowe o składzie zbliżonym do składu osocza i glukozy w kilku stężeniach. A także wiele antybiotyków stanowiących podstawę leczenia pacjentów w szpitalach.
Niezależnie od tego, do czego konkretnie stosuje się płyny infuzyjne, najważniejsze jest bezpieczeństwo ich podawania. Chodzi o to, aby ilość działań związanych z przygotowaniem płynu do podania pacjentowi była jak najmniejsza i jak najbardziej bezpieczna. To pozwoli przyśpieszyć podanie leku i zminimalizować ryzyko infekcji.
Bardzo ważny jest też rodzaj opakowania. Personel medyczny, który często pracuje w kombinezonach, przyłbicach, maskach i kilku parach rękawiczek, musi mieć możliwość szybkiego zaaplikowania płynów, bez konieczności dodatkowych manipulacji przy ich otwieraniu czy dezynfekcji.
– Wszystkie czynności, które wiążą się z podaniem leku, zwłaszcza dożylnie, wymagają jak największej ostrożności i zachowania bezpieczeństwa w celu uniknięcia zanieczyszczenia leku lub przeniesienia drobnoustrojów do organizmu pacjenta. Musimy zwracać uwagę na bezpieczeństwo personelu medycznego, ponieważ jeśli jest bezpieczny personel medyczny, to bezpieczny jest także pacjent – mówi dr Paweł Witt, prezes Polskiego Towarzystwa Pielęgniarek Anestezjologicznych i Intensywnej Opieki.

Gospodarka 48 godzin

Czy wróci zdalne
Nowy rok szkolny rozpoczął się w cieniu pandemii koronawirusa. Ponad 4,5 mln uczniów poszło do szkół, ale inauguracji roku towarzyszyło wiele obaw dotyczących przygotowania polskich placówek do drugiej fali epidemii koronawirusa – która z powodu zaniedbań rządu PiS przybiera w naszym kraju ostrzejszą formę, niż w większości krajów Europy. W przypadku dalszego nasilania się pandemii trzeba będzie przejść ponownie na zdalną formę nauczania, co z kolei wiąże się z koniecznością zapewnienia dzieciom możliwości dostępu do zdalnego kształcenia. Rząd PiS ma zaś z tym kłopoty, więc bagatelizuje problem, nie chcąc pokazać swej nieskuteczności.
Dlatego też, choć obecny rząd walczy z samorządami i chce ograniczać ich kompetencje, bardzo chętnie przerzuca na nie zadania, z którymi sam sobie nie radzi. Właśnie z tego powodu rząd PiS pozostawił w gestii lokalnych samorządów i placówek oświatowych, konieczność zapewnienia uczniom odpowiednich narzędzi do pobierania nauki w formie zdalnej. Jest to zaś zadanie niełatwe, bo z badań Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że aż 1,6 mln uczniów nie ma własnego komputera z Internetem w swoim miejscu zamieszkania, z czego ponad 300 tys. nie dysponuje żadnym komputerem z dostępem do sieci w gospodarstwie domowym. Oznacza to, że ponad 35 proc. uczniów może mieć znacznie utrudniony bądź zupełnie uniemożliwiony dostęp do edukacji zdalnej w przypadku przejścia szkół na hybrydowy czy całkowicie zdalny model kształcenia. A niestety, taka perspektywa jest bardzo prawdopodobna.

Niech rząd się ukarze
Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji popiera stanowisko Ministerstwa Zdrowia wskazujące, że placówki handlowe mogą odmówić obsługi klientom ignorującym nakaz zakrywania nosa i ust. „Od początku pandemii członkowie POHiD aktywnie uczestniczą w edukowaniu klientów co do zasad bezpiecznych zakupów w sytuacji zagrożenia epidemicznego” – mówi Renata Juszkiewicz, prezes POHiD. Z drugiej jednak strony szefowa POHiD podnosi, iż „Personel placówek handlowych nie jest upoważniony do egzekwowania noszenia maseczek przez konsumentów na terenie sklepów” – i zwraca uwagę, że pracownicy sklepów mogą jedynie zwrócić uwagę niezdyscyplinowanym klientom i liczyć na wyrozumiałość z ich strony. „Jeśli personel sklepu spotyka się z agresywnymi reakcjami klientów, to tutaj zaczyna się rola państwa i organów państwowych egzekwujących obowiązek zakrywania nosa i ust” – wskazuje stanowisko POHiD. Problem w tym, że stanowisko Ministerstwa Zdrowia to jeszcze nie przepis. Obowiązujące dziś przepisy nie dają zaś prawa odmowy obsłużenia przez sprzedawców klienta odmawiającego założenia maseczki. Rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz oświadczył, że chętnie pomoże w zapłaceniu mandatu ekspedientce, która odmówiła obsłużenia klientki bez maseczki i została za to ukarana finansowo. Trzeba mieć nadzieję, że przedstawiciele rządu PiS nie tylko „pomogą” w zapłaceniu mandatu, lecz opłacą go w całości i to ze swych prywatnych środków – traktując to jako formę drobnego samoupomnienia za to, że nie byli w stanie właściwie przygotować i przyjąć przepisu, prostego jak drut.