Policja eskaluje przemoc Wywiad

1 września oprócz oficjalnych obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej, odbyła się antywojenna i antyfaszystowska pikieta organizowana przez działaczy lewicowych. Policja nie przeszkadzała, dopóki trwały ich przemówienia pod pomnikiem Mikołaja Kopernika, ale gdy zgromadzeni zamierzali spontanicznie ruszyć dalej, zostali otoczeni kordonem. Dwóch działaczy zatrzymano. Z Piotrem Ciszewskim, liderem kampanii Historia Czerwona, aktywistą Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Wasz wiec antywojenny, mimo wcześniejszych trudności z rejestracją, do pewnego momentu toczył się według planu. Przemówili działacze i działaczki ze środowisk antyfaszystowskich, wolnościowych, LGBT. Ty mówiłeś ostatni, o fałszowaniu historii, o wydatkach na zbrojenia. 

Kiedy skończyłem, ktoś zawołał, żeby przejść pod bramę uniwersytetu. Ruszyliśmy grupą. Wtedy sformował się policyjny kordon, przegrodził Krakowskie Przedmieście. Próbowaliśmy go minąć…

Chcieliście dojść na Plac Zamkowy?

Tak, został rzucony taki pomysł. Ale zostaliśmy błyskawicznie otoczeni.
Wtedy usłyszałem, że jeden z policjantów krzyczy, że „ten” – czyli ja –  naruszył jego nietykalność. Potem się okazało, że to był dowódca całej akcji. Tymczasem ja szedłem z czerwoną flagą w jednej ręce, a w drugiej miałem transparent „NATO STOP”, który nieśliśmy z kolegą. Nie ma możliwości, żebym np. popchnął czy potrącił tego policjanta. To jest fizycznie niemożliwe.
Nie było nawet przypadkowego kontaktu?
Nie potrafię powiedzieć, w jakiej odległości od niego byłem, ale jestem pewien: bezpośredniego kontaktu nie było. Musiałbym zresztą być co najmniej nierozsądny, żeby naruszać nietykalność funkcjonariusza, który jest ode mnie wyższy, a wtedy był w kamizelce taktycznej i w rękawicach. Nie miałem jednak czasu tego wytłumaczyć. Zostałem błyskawicznie przewrócony na ziemię, skuty plastikowymi kajdankami.

Na nagraniu widać jak trzech policjantów powala cię na chodnik, wokół inni skandują, by przestali cię dusić.

Jeden z funkcjonariuszy przyduszał mnie kolanem do ziemi, chociaż nie stawiałem żadnego oporu. Bałem się, że połamią mi ręce, bo zakuwali mnie w te kajdanki bardzo nieumiejętnie. Również przy wyprowadzaniu do radiowozu działali tak pośpiesznie, że cieszę się, że nie doszło np. do wywichnięcia barku. Potem przy budynku Teatru Polskiego zostałem przeprowadzony do drugiego radiowozu i ostatecznie trafiłem na komisariat przy ul. Wilczej.
Skoro twierdzisz, że nic nie zrobiłeś, to dlaczego zatrzymano właśnie ciebie?
Podejrzewam, że mogło chodzić o transparent NATO STOP, ale to raczej domysły. Kolega, który niósł go razem ze mną, został tylko otoczony kordonem, nie zatrzymano go. Zastanawiam się, czy nie padło na mnie, bo byłem stosunkowo najbliżej…

Tylko dlatego?!

Tak, bo w ten sposób policja poprawia sobie statystyki, poprawia wykrywalność. „Przy okazji” nęka się ludzi, którzy biorą udział w demonstracjach, zniechęca do protestowania. Zarzut naruszenia nietykalności jest jak wytrych, można pod niego podciągnąć wszystko, nie trzeba udowadniać, że funkcjonariusz naprawdę ucierpiał.

Przywieziono cię na Wilczą. Co było dalej?

Kilkakrotnie prosiłem, żeby zdjęto mi plastikowe kajdanki, bo po pewnym czasie one zaczynają strasznie uwierać (Piotr demonstruje ślady na nadgarstkach). Z tym też nie od razu sobie poradzili, musieli poszukać nożyczek. W końcu się udało, zamieniono kajdanki plastikowe na zwykłe. Do samego zachowania policjantów na komisariacie nie mam specjalnych zastrzeżeń. Spędziliśmy – ja i drugi aresztowany aktywista – ponad trzy godziny na posterunku, głównie siedząc na korytarzu przed celami. Tyle trwała cała biurokratyczna procedura zatrzymania.

Od lat bierzesz udział w różnych protestach. Byłeś już kiedyś w podobnej sytuacji?

Z tym, że policja działa agresywnie, stykałem się już wiele razy, choćby w obronie lokatorów, gdy mundurowi nie raz występowali po stronie kamieniczników przeprowadzających nielegalne eksmisje. Byłem wynoszony z takich protestów, zatrzymywany, ale nigdy dotąd nie oskarżono mnie o naruszenie nietykalności.

Uważasz, że policja w Polsce staje się coraz bardziej brutalna?

Tak. Co więcej, czuje się też bardziej bezkarna. Podejście mundurowych do tego, że ich także obowiązują jakieś przepisy, jest niepokojące: oni naprawdę zdają się wierzyć w to, że można takim traktowaniem demonstrantów wyrabiać sobie statystyki. Przecież nasza demonstracja była pokojowa. Nie było zagrożenia zamieszkami. Nawet jeśli chcieliśmy wyminąć kordon, to tak agresywna reakcja nie była konieczna.
Policjanci mówią: musieliśmy interweniować, bo spontaniczne zgromadzenie kierowało się do strefy zamkniętej, potencjalnie mogło być zagrożeniem dla zagranicznych delegacji przebywających w Warszawie.

Policja ma wszelkie możliwości zablokowania przejścia bez stosowania przemocy.

Pamiętam warszawski antyszczyt NATO albo antyszczyt Ekonomicznego Forum Europejskiego. To były o wiele większe demonstracje, a jednak pozwolono im maszerować przez miasto; policja tylko pilnowała, żeby nie wkraczać bezpośrednio do stref zamkniętych. My znajdowaliśmy się w odległości dobrych kilkuset metrów od tej strefy. Oskarżając nas, policja przykrywa własną nieudolność i to, że sama sprowokowała groźnie wyglądającą sytuację. Znamienne jest również to, że jeszcze przed naszą demonstracją pod pozorem podejrzenia obrażania głowy państwa i propagowania faszyzmu skonfiskowano jeden z transparentów, który miał być eksponowany: z Trumpem i Hitlerem trzymającymi drut kolczasty. Takie sytuacje wcześniej się nie zdarzały. To już nie jest zabezpieczanie wydarzeń, zapewnianie pokojowego przebiegu zgromadzeń, tylko eskalowanie i wyrabianie statystyk.

Nie ma jednak porównania między policją polską a np. policją francuską pacyfikującą Żółte Kamizelki czy hiszpańską – pamiętamy sceny z Katalonii.

Dodałbym do tej czarnej listy policję belgijską czy niemiecką – i tak, faktycznie na ulicach Warszawy jeszcze takie rzeczy się nie dzieją. Ale tendencja do narastania przemocy wydaje się jasna. Podobnie jak inna okoliczność: funkcjonariusze są najbardziej „stanowczy”, kiedy demonstrują ludzie pokojowo nastawieni – nie było żadnej porównywalnie agresywnej interwencji podczas pochodu nacjonalistów czy jawnych neofaszystów, z transparentami o jednoznacznie nienawistnym przekazie. Policja uderza w mniejsze, wolnościowe zgromadzenia. Na nich może sobie więcej pozwolić.

Głos lewicy

W jednym miejscu

Lewica będzie w jednym miejscu. Będzie komitet wyborczy Lewica i tam znajdą się wszystkie osoby związane z lewicą. Zieloni wybrali taką drogę, jaką wybrali. Podobnie rzecz się ma z Barbarą Nowacką i Katarzyną Piekarską. Nie mnie to komentować – –stwierdził Marcin Kulasek na antenie Polskiego Radia 24, który dodał, że Lewica „jest na finiszu dopinania miejsc liderskich”.
Sekretarz generalny SLD podkreślił, że „zjednoczenie lewicy stało się faktem”, a w jego środowisku politycznym panuje bojowy, optymistyczny nastrój. – Walczymy o zwycięstwo. Wierzymy, w przeciwieństwie do Koalicji Obywatelskiej, że z PiS-em można wygrać – przekonywał Marcin Kulasek.

Ręce opadają

Bycie całkowicie „wiernym sobie” w Polityce nigdy nie jest możliwe, bo polityka to sztuka kompromisu i współpracy z innymi.
Jak czytam, że „idealiści” zrezygnowali z członkostwa w Razem, bo powstała skuteczna koalicja wyborcza z SLD i Wiosną, dzięki której politycy z Razem pierwszy raz w historii pojawią się w Sejmie RP i otrzymają setki godzin okazji do publicznych wypowiedzi… To trochę opadają mi ręce. Ci sami „idealiści” nie odeszli z tej partii, kiedy szykanowała ona za poglądy komunistyczne, a dodam w tym miejscu, że SLD jako jedyna partia konsekwentnie sprzeciwiał się polityce IPN-u.
To naprawdę nie są czasy na kręcenie nosem i na nowe 20-letnie plany budowy oddolnej-squaterskiej-falansterskiej-true-lewicowej Polski.
Postkomunistyczny podział jest też już totalnie nieaktualny, a elektorat nie rozpamiętuje wydarzeń sprzed 20 lat. Integracja różnorodnej lewicy jest konieczna by w ogóle móc działać, a różnice powinny się wyrażać w ramach różnych skrzydeł: tak, jak w Partii Pracy w WB, czy u demokratów w USA.
Lepiej mniej, ale lepiej – odejście części działaczy partii Razem, niezadowolonych z powstania wspólnego bloku wyborczego z SLD i Wiosną komentuje Tymoteusz Kochan.

Kropla

Ja bym tylko chciała powiedzieć, że pan Kamiński ma pod sobą teraz wszystkie możliwe służby i zaraz nas zmiecie z planszy, nawet się specjalnie przy tym nie spoci. Czyście bardziej czerwoni czy fioletowi, to jednak idźcie kochane lewaki i głosujcie, nawet jeśli (zasko) idealna koalicja nie istnieje. Ja oficjalnie do października kończę z czytaniem dyskusji „a bo Ikonowicz nie pójdzie”, „a bo Razem złamało swoje zasady”, „a bo Jaruzelska”, „a bo decyzje na randkach”. Kamiński był tą kroplą, która skutecznie rozpuściła moje marudzenie – pisze na Facebooku Weronika Książek.

Domena frustratów

Daleki jestem od jęczenia, że „lewica jednocząc się traci ideowość” itp. To domena ortodoksów i frustratów/weteranów siedzących w piwnicy narzekając, że „kiedyś to było”, „dlaczego nas nie słuchają” itp.
Równie daleki jestem od zachwytów „wreszcie lewica ma szansę”, „bez parlamentarzystów nie mamy szans na dalsze działanie, bo PiS nas zamknie”. To z kolei druga choroba – parlamentarny oportunizm. PiS jak będzie chciał, to pozamyka nawet parlamentarzystów.
Trzecia fałszywa droga to droga części zwolenników RSS – „Nie bierzemy udziału, ale za cztery lata to dopiero im pokażemy” – rozumiem, że macie ułożone plany kampanii, rozbudowy ruchu, gromadzicie środki (aby nie było zwyczajowego jęczenia „dorzuć się, bo prąd nam chcą wyłączyć”). Jeśli tak, jestem z wami. Jeśli nie – słyszałem od was takie zapewnienia od kilkunastu lat, sorry szkoda mi czasu.
Czego jednak wymagam od kandydatów/kandydatek z listy lewicy. Uważam, że ci wywodzący się z ruchów społecznych powinni/powinne dać jasną deklarację – jeśli nas wybiorą, to w biurach poselskich będzie prowadzona działalność społeczna, diety pójdą na dyżury i poradnictwo prawne, opracowanie analiz prawnych, organizację protestów społecznych itp. a nie na zagraniczne wojaże i brylowanie na salonach.
Apeluję o podpisanie jakiejś deklaracji dobrych praktyk.
Nie chodzi bowiem o to aby mieć w sejmie salonowca, który kiedyś bywał na demonstracjach lokatorskich czy antywojennych, lecz o realne wsparcie. – nawołuje Piotr Ciszewski.

Ochotnicy wolności

Po raz pierwszy po 1989 r. ukazuje się w Polsce monografia poświęcona udziałowi polskich antyfaszystów w hiszpańskiej wojnie domowej 1936-39 r. O Polakach w Brygadach Międzynarodowych opowiada z wyraziście lewicowej perspektywy, niepojętej dla etatowych antykomunistów kształtujących polską narrację historyczną pod dyktando prawicowej ideologii.

Szaleństwo dekomunizacyjne rozpętane przez Instytut Pamięci Narodowej zdołało wyrządzić wiele szkód w postaci zakłamywania historii, by ukształtować ją zgodnie ze światopoglądem tak antykomunistycznym, że zahaczającym o absurd. Kiedy narracja dochodzi do ściany, należy jednak oczekiwać „odbicia”. Na szczęście właśnie ono następuje. Szef IPN Jarosław Szarek w charakterystyczny dla swojego środowiska sposób zareagował na osłabienie, a nawet cofnięcie procesu dekomunizacji: – Mamy przejawy niepokojącego braku wrażliwości na zło komunizmu – powiedział w wywiadzie udzielonym PAP. Tak skomentował fakt, że niektóre sądy okręgowe zaczęły cofać decyzję wojewodów, którzy w oparciu o wytyczne IPN, wydali odgórne decyzje pozbawiające ulice polskich miast patronów związanych historycznie z lewicą.

Mianem “zła” określił Szarek polskich socjalistów, komunistów i działaczy społecznych zasłużonych w walce o postęp społeczny, godność ubogich, powszechną edukację, prawa kobiet, ludzi poległych w walce z hitlerowskim okupantem, zamęczonych przez gestapo, bojowników Getta Warszawskiego. To ma być zło? Jak to możliwe, by sama przynależność do organizacji komunistycznej lub samo skojarzenie z komunizmem prowadziły do przekreślenia wszelkich zasług? Obsesja prawicy na punkcie komunizmu najlepiej oczywiście wyraża się w jej nienawiści do słynnych Dąbrowszczaków. Zrozumieć ją zaś można tylko wtedy, jeżeli pogodzimy się z faktem, że system wartości IPN to po prostu wizja świata, jaka kierowała hiszpańskiem dyktatorem, gen. Francisco Franco. Instytut nie waha się zresztą zapraszać do współpracy zdeklarowanych piewców tego zbrodniarza.

Czerwony klin

Książka Piotra Ciszewskiego „Dąbrowszczacy. Na świecie szanowani, w Polsce poniżani” ukazuje się we właściwej chwili, stanowi bowiem składową oddolnego społecznego oporu przeciwko zorganizowanemu bezczeszczeniu pamięci historycznej przez prawicę. Praca ta posiada szczególną wartość pod kilkoma względami. Przede wszystkim jest pierwszą monografią na temat Polaków w Brygadach Międzynarodowych na Wojnie Hiszpańskiej 1936-1939 r., która powstała po upadku Polski Ludowej, a więc w warunkach niekwestionowanej hegemonii otwarcie antykomunistycznej narracji historycznej. Po drugie, prawie w połowie składa się z biogramów kilkudziesięciu polskich ochotników walczących po stronie Republiki w hiszpańskiej wojnie domowej. Składają się one na przekonujący obraz różnorodności polskiego antyfaszyzmu w Hiszpanii, skutecznie zadający kłam naiwnej IPN-owskiej bajce o „żołnierzach Stalina”.

„Dąbrowszczacy” zostali napisani odważnie, z wyraźnie lewicowej, socjalistycznej perspektywy. To w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę osobę autora. Piotr Ciszewski jest wieloletnim aktywistą i działaczem społecznym, z ogromnym doświadczeniem na polu działalności w ruchu lokatorskim i związkowym oraz popularyzacji historii polskiego ruchu robotniczego i rewolucyjnego.

Poprzednia książka Ciszewskiego, napisana wspólnie z Robertem Nowakiem, pt. “Wszystkich nas nie spalicie” to opowieść o tragicznej śmierci Jolanty Brzeskiej i zapis zła, jakie ludziom wyrządziła reprywatyzacja warszawskich nieruchomości. Pełne zanurzenie autora w toczącej się dziś w Polsce walce klasowej i znajomość najczarniejszej strony polskiego kapitalizmu w sposób szczególny uwiarygodniają jego punkt widzenia na życie i walkę chłopów, robotników i politycznych idealistów z dyktaturą wojskową w Hiszpanii lat 30. XX w. Toczyli oni śmiertelną walkę o minimum praw ludzi prostych, ubogich, pogardzanych a spragnionych godności. To przede wszystkim przeciwko ich sprawie wymierzona jest wersja historii wojny hiszpańskiej, którą pisze dziś IPN, twierdząc, że walczy z komunizmem.

Ludowi Don Kichoci

Pierwsza część książki to historia batalionów im. Dąbrowskiego (który przez pewien czas stanowił samodzielną brygadę), Mickiewicza, Palafoxa, kompanii im. Botwina i innych oddziałów, w których walczyli przeciwnicy Franco pochodzący z ziem polskich. Jej polityczny walor to zdecydowanie zarysowane podejście klasowe. Dobitnie uzmysławia, że strona republikańska toczyła bój nie tylko demokrację liberalną, a o rewolucję społeczną, która dla anarchistów i komunistów oznaczała zniesienie kapitalistycznego sposobu produkcji. Obrona porządku konstytucyjnego nie była nawet punktem wyjściowym, tylko momentem, w którym życie polityczne Hiszpanii ułożyło się według scenariusza wyrażonego hasłem Róży Luksemburg: “Socjalizm albo barbarzyństwo!”
Zanim doszło do buntu wojskowych przeciwko Republice, i jeszcze przed ustanowieniem w Hiszpanii demokracji, kraj był areną niezwykle ostrych walk klasowych. Ich stawką było z jednej strony zachowanie dyktatu politycznego i ekonomicznego garstki posiadaczy nad masą nędzarzy, a z drugiej – podstawowe prawa i wolności ludu Hiszpanii, życie wolne od głodu i zamordyzmu elit. Fakt, że Republika Hiszpańska powołana do życia w 1931 r. nie była w stanie zaspokoić tych oczekiwań i siłą rzeczy od początku wisiał nad nią miecz Damoklesa w postaci buntu strony zachowawczej przeciwko demokratyzmowi, do którego w końcu doszło w lipcu 1936 r. Pucz ten – który nie był w sensie ścisłym faszystowski, lecz wkrótce, po interwencji Włoch i Trzeciej Rzeszy, stał się częścią europejskiego faszyzmu – przyczynił się do przekonania wielu lewicowców, że postawa radykalna, zmierzająca do przezwyciężenia kapitalizmu jest ostatnią szansą ludu na życie w godności.
Ciszewski nie pozostawia co do tego wątpliwości. Dlatego oprócz uczciwego podkreślenia, że Brygady Międzynarodowe (BM) były faktycznie kontrolowane przez Komintern, zwłaszcza za pośrednictwem komisarzy politycznych, autor jasno uzmysławia, że określanie antyfaszystowskich ochotników z całego świata, w tym z Polski, mianem „żołnierzy Stalina” i twierdzenia IPN, że „chcieli wprowadzić w Hiszpanii ustrój totalitarny”, jest nie tylko pluciem na ich często bezimienne groby, lecz i popisem bezgranicznej ignorancji. Pogarda Instytutu dla faktów okazała się przecież tak skrajna, że inspirowani nią publicyści w swej nienawiści do Brygad Międzynarodowych zaczęli upowszechniać fantazje o domniemanych „krwawych zbrodniach” Dąbrowszczaków, opisywanych wcześniej wyłącznie w propagandowej gazecie frankistowskiej, których żaden historyk nie potrafi potwierdzić (Leszek Szymowski, „Pomocnicy spod czerwonej gwiazdy”, Uważam Rze Historia, 08/2017).

Ciszewski uspokaja: żadnych zbrodni Dąbrowszczaków na cywilach nie było.

„Na świecie szanowani…”

Ba, wręcz podziwiani! Dziesiątki pomników upamiętniających żołnierzy BM są niegasnącym świadectwem tego, co IPN nie mieści się w głowie. W samej Hiszpanii pamięć o nich jest święta. Z książki jasno wynika, kim byli i o co walczyli polscy ochotnicy. Trzon batalionów im. Dąbrowskiego, Mickiewicza i Palafoxa tworzyli polscy robotnicy, którzy zasilili Brygady Międzynarodowe, docierając do Hiszpanii z północy Francji, gdzie przebywali na emigracji zarobkowej. Polskich frankistów musi boleć fakt, że do boju o socjalistyczną Hiszpanię przekonało Polaków m.in. doświadczenie nędzy i beznadziei panującej w idealizowanej przez nich II RP. Były to środowiska już świadome politycznie: najpierw upodlone przez Polskę lat 20. i 30., a następnie hartowane w walkach klasowych, których w tym okresie we Francji nie brakowało. Większość miała za sobą działalność w bojowych związkach zawodowych. Część z nich była związana z partiami socjalistycznymi i komunistycznymi. Do wzięcia udziału w ratowaniu Hiszpanii przed rebelią generała Franco skłoniło ich doświadczenie walki ze skrajną prawicą we Francji i świadomość faktu, że paneuropejski opór przeciwko faszyzmowi – a tak strona frankistowska była rozumiana – będzie decydujący dla przetrwania zorganizowanego ruchu robotniczego. Mieli rację: przykłady Włoch i Niemiec wymownie o tym świadczyły.

Na podstawie danych z grudnia 1937 r. autor „Dąbrowszczaków” podaje skład polityczny „polskich” batalionów BM: „1096 [osób] należało do partii komunistycznych – w tej grupie najwięcej do Francuskiej Partii Komunistycznej oraz Komunistycznej Partii Polski (…) 67 ochotników należało do organizacji socjalistycznych – głównie Polskiej Partii Socjalistycznej, a także Bundu czy partii francuskich lub belgijskich. Aż 1088 żołnierzy deklarowało się jako bezpartyjni antyfaszyści, a 423 odmówiło podania informacji. Wśród tych ostatnich byli zapewne kolejni członkowie PPS oraz Stronnictwa Ludowego”.

Trzeba też podkreślić, że część ochotników wstępowała do partii komunistycznych już na miejscu, w Hiszpanii. Wielu z nich korzystało z kanałów “przerzutu” do Hiszpanii, które organizował Komintern, chociaż nie byli komunistami. Należy podkreślić, że samo identyfikowanie się z ideą komunistyczną nie oznaczało akceptacji stalinizmu, a nawet ci, którzy byli zapatrzeni w “słońce narodów” nie mieli wówczas pojęcia o skali represji, które miały już wówczas miejsce w ZSRR – bo skąd niby mieli wiedzieć?

Owszem, wielu chciało „dyktatury proletariatu”, rozumianej tak, jak wyjaśniał ten termin Lenin – państwa wzorowanego na Komunie Paryskiej, pełnej robotniczej demokracji. Sugestie, że żołnierze BM byli fanatykami marzącymi o zamknięciu Hiszpanii w jednym wielkim Gułagu, są wyłącznie fantazjami pseudohistoryków.

Począwszy od 1937 r. część bojowników BM padła ofiarami stalinowskich czystek. Przy najmniejszym podejrzeniu politycznego odstępstwa od linii Moskwy, byli pozbawiani funkcji, wielokrotnie przesłuchiwani, traktowani podejrzliwie, oczerniani przez prasę BM kontrolowaną przez Komintern. Mimo to nie przestawali uważać się za komunistów czy socjalistów, nie przestawali być antyfaszystami ani walczyć o Hiszpanię przeciwko gen. Franco. Niektórzy wątpliwi politycznie członkowie partii komunistycznych byli odwoływani do Moskwy, skąd już nie wracali, bo czekała ich tam śmierć – to przypadek m.in. Kazimierza Cichowskiego. Napięcia polityczne wśród żołnierzy Brygad rodził coraz bardziej wrogi stosunek dowództwa do reszty hiszpańskiej Armii Ludowej, zwłaszcza POUM i anarchistów, oraz bezceremonialne szafowanie życiem ochotników podczas nieprzemyślanych ofensyw, jak ta pod Hueską w czerwcu 1937 r. Instrumentalny stosunek stalinowskiego kierownictwa do żołnierzy BM niszczył stopniowo morale ochotników. Z biegiem czasu prawdopodobnie coraz bardziej zdawali sobie sprawę, że Komintern tłumi potencjał rewolucji hiszpańskiej i pracuje na ich wspólną porażkę. Nie przeszkodziło im to jednak rzucić się spod granicy z Francją do ostatniego boju w styczniu 1939 r., kiedy reaktywowano BM po ich rozwiązaniu z pobudek politycznych.

Aspekt wewnętrznego życia politycznego Brygad jest zdecydowanie jednym z nielicznych braków pracy Ciszewskiego. Józef Stalin zaczął wycofywać się ze wspierania Republiki, kiedy okazało się, że hiszpański żywioł rewolucyjny nie daje się w pełni kontrolować Moskwie. Ostatecznie przesądziło to o klęsce Republiki. To jest też zasadniczy fakt obalający twierdzenia o “żołnierzach Stalina” – walka przeciwko Franco nie była walką “dla Stalina”, czego nieudolnie stara się dowodzić IPN (zupełnym milczeniem zbywając fakt sojuszu caudillo z Hitlerem i Mussolinim). “Dąbrowszczacy” są pracą napisaną jako kontra w stosunku do szeroko rozpowszechnionych kłamstw prawicy i najlepiej by było, gdyby temat wewnętrznych dyskusji politycznych został szerzej omówiony. Jest więc dla autora zadanie na przyszłość.

„Jesteście częścią historii. Jesteście legendą”

Druga, bezapelacyjnie najcenniejsza część książki, to zebrane przez autora biogramy, zredagowane na podstawie materiałów archiwalnych i wywiadów z potomkami Dąbrowszczaków. Poza okresem walk w Hiszpanii wiele o antyfaszystowskich zapaleńcach mówią późniejsze perypetie tych, którzy przeżyli. Mimo, że los rozrzucił ich po całym świecie, wszędzie, gdzie trafili, własnym życiem dowodzili, na jakich wartościach wspiera się ich wizja lepszego świata. Ich dalszą działalność to straceńcza walka w Getcie Warszawskim (Pinkus Kartin), szerzenie świadectwa o potwornościach Auschwitz (Dorota Lorska), tworzenie ruchu oporu w Auschwitz (Emmanuel Mink), czy ochotnicza służba medyczna na wojnie w Chinach (Stanisław Flato). Znaleźli się tacy, którzy walkę z faszyzmem kontynuowali w szeregach I Korpusu Wojska Polskiego na wschodzie (Michał Bron, Euzebiusz Dworkin, Józef Ziółkowski). Często zasilali francuski ruch oporu, a niektórzy z nich doczekali się w nim nawet legendarnego statusu, jak nieuchwytny dla gestapo Józef Epstein.

Najwięcej przeszkód napotykali Dąbrowszczacy przy próbach kontynuacji walki z nazistami w szeregach Wojska Polskiego na zachodzie. Nic dziwnego: państwo, które się ich wyrzekło w 1938 r., akceptowało ich po klęsce wrześniowej bardzo niechętnie, mimo że rwali się do walki. Jedni spotykali się z pogardą sanacyjnych oficerów i sami rezygnowali z zaciągu (Dworkin), inni zostali odrzuceni z powodu poglądów politycznych. Ci, którym się udało, byli zwykle traktowani wrogo, jako politycznie niepewni (Tadeusz Ćwik). Józef Epstein został zmuszony do odejścia z polskiego wojska we Francji po zorganizowaniu protestu przeciwko szerzącemu się tam antysemityzmowi. Ci, którzy po wojnie otrzymali funkcje w Urzędzie Bezpieczeństwa, również okazali się podejrzani i albo sami odchodzili (Antoni Chrost) albo padali ofiarami czystek w latach 50. , następnie opuszczali PRL wskutek antysemickiej nagonki w 1968 r. Kariera Wacława Komara była wyjątkiem.

Okazywali się niewygodni dla każdej opcji – byli zbyt dobrymi komunistami.

Barwna, obrazowa opowieść Ciszewskiego o szlaku bojowym polskich “ochotników wolności”, często nasuwająca skojarzenia ze stylem Bogusława Wołoszańskiego, ma wszelkie walory, by stać się odpowiedzią na obłąkańczy kult “żołnierzy wyklętych”, NSZ, “Burego”… By jednak nadeszła na to realna szansa, trzeba bardziej sprzyjających warunków politycznych, choć warto je również mozolnie tworzyć. Uwielbienie dla polskiego faszyzmu uległo normalizacji. Do jej odwrócenia potrzeba przede wszystkim pełnej kompromitacji prawicowej i antykomunistycznej narracji historycznej.

Poznając życiorysy polskich antyfaszystów walczących na wojnie hiszpańskiej, możemy pojąć, dlaczego piętnowanie Dąbrowszczaków jako komunistów jest dla prawicy tak ważne. Stosunek IPN do Hiszpanii 1936-1939 r. dowodzi, że aby konsekwentnie zwalczać ideowych komunistów oczerniając ich jako “żołnierzy Stalina”, prawicowi propagandziści przyjmują perspektywę bliską frankistom i ich nazistowskim sprzymierzeńcom. Polityka historyczna IPN do tego właśnie zmierza, dlatego Instytut oczernia też komunistycznych bojowców, którzy walczyli z hitlerowskim okupantem w Polsce. To jest równia pochyła. Dla niektórych to będzie szok, ale jej odwrócenie nie obejdzie się bez przywrócenia pamięci o zasługach polskich komunistów w walce o wolność ludów Europy.

Zapraszam do lektury “Dąbrowszczaków”.

Głos lewicy

Upamiętnienie

 

Lewica uczciła pamięć Gabriela Narutowicza. Relacja portalu strajk.eu:

Kto poczuł się w obowiązku uczcić w Warszawie pamięć zamordowanego przez nacjonalistę prezydenta Gabriela Narutowicza? Prawie wyłącznie lewica. Na zgromadzeniu pod Zachętą nie było nikogo z największych organizacji tzw. demokratycznej opozycji. Także na stronie prezydenta Polski brak wspomnienia o zastrzelonym poprzedniku.
Podobnie jak w latach ubiegłych, zgromadzenie upamiętniające Gabriela Narutowicza zostało zorganizowane przez Fundację im. Kazimierza Łyszczyńskiego, upominającą się o świeckość państwa i prawa osób niewierzących. Do wydarzenia przyłączyły się głównie organizacje lewicowe i propracownicze: Razem, Zieloni, Inicjatywa Feministyczna, SLD, mazowiecka rada OPZZ.
Atmosferę, w jakiej dokonał się zamach na pierwszego prezydenta niepodległej Polski opisał krótko dla Portalu Strajk Piotr Ciszewski z Inicjatywy Historia Czerwona. Przypomniał, iż endecja nie mogła pogodzić się z tym, że wyborów głowy państwa nie wygrał Maurycy Zamoyski, wielki posiadacz ziemski i kandydat prawicy. Opowiedział o próbach zablokowania zaprzysiężenia Narutowicza przez narodowców i o tym, jak łamaniu zasad demokracji sprzeciwili się robotnicy, zwolennicy i członkowie PPS.
Występujący w imieniu Zielonych Igor Skórzyński przypomniał o zasługach Narutowicza jako ministra robót publicznych, zaangażowanego w odbudowę wiejskich szkół w całej Polsce, reprezentantka Inicjatywy Feministycznej Katarzyna Kądziela wskazywała na niepokojące podobieństwa między nagonką endeków przeciwko Narutowiczowi a mową nienawiści, jaką posługuje się we współczesnej Polsce nacjonalistyczna prawica. Podobnie Weronika Sarnowska z Razem wskazała na agresywny język, jakim prawicowy rząd i popierane przez niego organizacje mówią o swoich oponentach, w szczególności atakując i zohydzając wszelką lewicę. Piotr Szumlewicz, przewodniczący mazowieckiej rady OPZZ, nawiązał w swoim wystąpieniu do całej epoki międzywojennej, przypominając, że zabójstwo prezydenta nie było jedynym haniebnym wydarzeniem w tym czasie – II Rzeczpospolita, którą zachwycają się prawicowi historycy, to także państwo ogromnych nierówności społecznych, więzień politycznych czy gett ławkowych.
Związkowiec zauważył także, że pod Zachętą powinny 16 grudnia gromadzić się wszystkie siły polityczne. – To nie jest „lewacka rocznica” – powiedział.
Zgodził się z nim Maciej Bajkowski z ORD, podkreślając, że nie jest lewakiem. Również przedstawicielka organizatorów zauważyła, iż Narutowicz był człowiekiem o liberalnych przekonaniach. Najwyraźniej jednak osoby, które dziś hołdują podobnej linii politycznej, nie chcą brać udziału w uroczystościach ku czci ofiary nacjonalistów…

 

Czarzasty o odwołaniu Sokala

 

Zdzisław Sokal został odwołany z funkcji przedstawiciela prezydenta w KNF. Zastąpi go Cezary Kochalski.
Zdaniem Włodzimierza Czarzastego jest to działanie, które ma na celu jedynie przysporzenie PiS większego poparcia w sondażach.
– Na pewno nie w takich kategoriach, że rozsądek wraca, bo nie wierzę w rozsądek. To jest tak – jest duże skłócenie społeczeństwa, są w związku z tym wysokie frekwencje w wyborach. Na wysokiej frekwencje traci PiS. Żeby frekwencja była niższa trzeba leczyć snem. W związku z tym trzeba powiedzieć tak: Pani Gersdorf wraca, żeśmy się tutaj troszeczkę pomylili, przesadziliśmy; Unia Europejska – byliśmy za ostrzy, już będziemy fajni i grzeczni; pani profesor Pawłowicz już nie będzie kandydowała; pan Macierewicz – nie za bardzo go widzimy; pan Sokal – wycofamy go, bo to już nie jest fajna karta – mówił Włodzimierz Czarzasty w „Wydarzeniach i Opiniach” w Polsat News.
Info za: sld.org.pl

Głos lewicy

Protest zawieszony

Marcin Ilski z Fundacji „Polska Myśląca” komentuje zawieszenie protestu niepełnosprawnych w Sejmie:

Najbardziej przeraża mnie to, że sprawę rodziców osób niepełnosprawnych i samych niepełnosprawnych spokojnie można było rozwiązać tak, że i rządzący wyszliby na empatycznych i sami zainteresowaniu otrzymaliby to, czego zwyczajnie potrzebują. Dlaczego mnie to przeraża? Bo ważniejsza okazała się partyjna polityka, skrajna nieufność wobec intencji obywateli i wizja państwa, które obywatelami zarządza, a nie tworzy z nimi relację partnerską. No i okazało się, że rządzą nami osoby bez wyobraźni, bez umiejętności myślenia strategicznego, bez jakiejkolwiek wizji realnego, a nie symbolicznego tylko państwa dodatkowo zamknięte mentalnie w syndromie oblężonej przez wrogów twierdzy. I że nawet nie umieją one zatrudnić dobrych fachowców od negocjacji.

 

Prestiż niepatriotyczny

Czesław Cyrul tym razem komentuje życie kulturalne:

Olga Tokarczuk otrzymała prestiżową nagrodę Bookera za powieść „Bieguni”. To prawie Nobel. Ale nasza prawica rada by zapomnieć o tej postępowej pisarce. Swego czasu powiedziała, w wywiadzie telewizyjnym, że Polacy powinni swoją historię i zachowania względem mniejszości narodowych poważnie zweryfikować. Bardzo to nie spodobało się „Noworudzkim patriotom”, młodzieży chowanej na wzór nacjonalistyczno-patriotyczny z domieszką kibolstwa. Owi patrioci domagali się od władz miasta, by te pozbawiły pisarki honorowego obywatelstwa Nowej Rudy, bo jest ona tego niegodna. …Pisze za żydowskie pieniądze jest ukraińską k.. i takie tam podobne określenia kierowano pod adresem Olgi Tokarczuk. Pisarka w pobliżu Nowej Rudy ma swój dom. Nie sądzę, aby noworudzcy patrioci czytali jakieś książki pisarki, oni kierują się wytycznymi swoich politycznych mentorów. W minionym roku organizowali historyczną rekonstrukcję. Patronatem objął ją prezydent Andrzej Duda i to wiele wyjaśnia. Nie wiem czy pogratulował on pisarce tej prestiżowej nagrody.
Prawica reprezentowana w wysokiej kulturze jest dość ubogo. Zdecydowana większość twórców odcina się od obecnej „dobrej zmiany”. Ta władza marzy o kulturze na wysokie „c” z domieszką aktualnej polityki historycznej. Były takie plany, ale jakoś o ich realizacji cicho. Wyprodukowano film o Smoleńsku, ale czym prędzej schowano go do szafy. Było jeszcze kilka innych, ”słusznych” prób z podobnym skutkiem. Wrocławski Teatr Polski przejęty przez prawicowego dyrektora i popierany przez prawicowe władze popadł w zapomnienie, a był czołową sceną w kraju. I tak można sypać przykładami. W kulturze za co prawica się weźmie to to zaraz w nicość się obraca. Czy obywatelom nie zależy na dobrych książkach, dobrych filmach i spektaklach, bo widać, że choć PiS ma duże poparcie to do kultury w wydaniu tej partii obywatele się nie garną. Jest więc jakaś nadzieja, że przyszła władza, bo nie ta, będzie nagradzać twórców za dobre książki, spektakle i filmy zamiast topić pieniądze w patriotycznych jasełkach.

 

W kupie siła

Działacz lewicowy Piotr Ciszewski proponuje na Facebooku receptę na uleczenie problemów trawiących rozproszoną lewicę przed wyborami:

Mam pomysł – siądźmy wreszcie w realu i porozmawiajmy jak można by ogarnąć ekipę na zdrowych zasadach (bez gwiazdorstwa i „znanych działaczy”) i zacząć wreszcie robić jakąś zorganizowaną grupę polityczną mającą podstawy programowe i plan akcji. Nie da się skutecznie działać jako „wolne elektrony” czy też różne komitety występujące od mobilizacji do mobilizacji.
(…) Niestety, ale koalicje na wybory to trzeba było robić pół roku temu, a teraz zaraz przyjdzie sezon wakacyjny i we wrześniu wszyscy obudzą się z ręką w nocniku. W Warszawie będziemy mieli co najmniej 3 lewicowych czy okołolewicowych kandydatów na prezydenta (Ikonowicz, Śpiewak, kandytdat/kandydatka ruchów miejskich, kandydat/kandydatka SLD) i po kilka konkurujących list do rad dzielnic i rady miasta.