Syty głodnego nie zrozumie

Niech politycy wreszcie na własnej skórze odczują, co znaczy „tanie państwo”.

Prawie połowa Polaków obniżyłaby pensje posłom do 5 tys. zł brutto – wynika z sondażu Ariadny przeprowadzonego dla gazety.pl. Taki stan rzeczy, przerażający w ostatecznym rozrachunku, wynika z kilku paradoksów.
I wcale nie przyczynił się do tego płomienny apel Jarosława Kaczyńskiego o to, że „potrzeba skromności w życiu publicznym”. Wcale nie. Większość wyborców tak naprawdę popiera sowite wynagrodzenia dla posłów – nie dlatego, że szczególnie sobie ceni naszych wybrańców narodu, ale w obawie przed tym, by nie chodzili na pasku biznesu.
Zwłaszcza, że w całej aferze z nagrodami rozpętanej przez prezesa PiS, posłowie i senatorowie tak naprawdę oberwali rykoszetem. Bo to rząd wziął od Szydło „drugie pensje”, nie oni. A to im prawdopodobnie obniżą ustawą miesięczne zarobki o dwa tysiące. Wprawdzie ministrowie i wiceministrowie też musieli oddać nagrody (zgodnie z tym co mówiła Beata Mazurek, oddali prawie wszyscy, choć niekoniecznie akurat na Caritas), ale zwrócili po prostu zbyt lekką ręką przyznane bonusy. Ich wynagrodzenie zasadniczo jednak pozostanie bez zmian.
I tu rację mają posłowie opozycji, którzy wymachują tym faktem niczym sztandarem. Tylko że teraz mało kto im współczuje. Mija 35. dzień, gdy niepełnosprawni razem z rodzicami leżą z materacami na sejmowych korytarzach i czekają na swoje 500 zł. Nikt nie spodziewał się, że tak trudno będzie wydrzeć je z gardła socjalnej ekipie. W tej sytuacji nawet zadeklarowani obrońcy poselskich wynagrodzeń uśmiechają się złośliwie: „niech się teraz przejdą w naszych butach”.
Wreszcie – zwraca się trwające całymi latami psioczenie o tym, że potrzebne jest tańsze państwo (jak celnie stwierdził publicysta Łukasz Moll: „kto Balcerowiczem wojuje, od Balcerowicza ginie”). Bo państwo tanie dla zarządzających to także państwo dziadoskie dla zarządzanych, oszczędzające na zasiłkach, na NFZ, na przewozach, na szkolnictwie.
49 procent ankietowanych w sondażu wyceniło poselską pracę na 5 tys. brutto – czyli 3350 zł do tak zwanej ręki. I ma to być górna granica.
Osobiście uważam, że oszczędzić można w zupełnie inny sposób. Po co nam aż 460 posłów? Po co 100 senatorów? Lepiej mieć połowę albo jedną trzecią mniej, ale wynagradzanych sowicie (z tym, że bez przywilejów takich jak obsadzanie spółek państwowych, zakaz łączenia funkcji posła i ministra, ograniczenia liczby kadencji – ale też wyższe emerytury dla polityków). Inaczej będziemy mieć chmarę ludzi wynagradzanych poniżej odpowiedzialności i to się na nas zemści w kolejnej kadencji, kiedy „w posły” przyjdą tacy, że przy nich ci dzisiejsi to arystokracja.