Wyważone spojrzenie na polskich komunistów

Prof. Andrzej Friszke to jeden z najlepszych specjalistów od historii najnowszej. Jego książka „Państwo czy rewolucja. Polscy komuniści a odbudowanie państwa polskiego 1892-1920” jest próbą spojrzenia na komunizm z zupełnie innej perspektywy. W sposób wyważony, na chłodno i bez zbędnych emocji. W Polsce o to jednak bardzo trudno.

Komunistów w polskiej debacie publicznej zazwyczaj się pomija, są poza nawiasem życia społecznego. Zwłaszcza ci, którzy działali na przełomie XIX i XX wieku i ostatecznie odpowiedzieli się za rewolucją bolszewicką i przeciw idei niepodległości. Autor proponuje spojrzeć na nich z perspektywy tamtego czasu i przypomina, iż byli jak najbardziej częścią polskiego społeczeństwa i tworzyli jego elitę intelektualną. Nie znaczy to oczywiście, że znakomity historyk próbuje racjonalizować i usprawiedliwiać ich poczynania i wybory. Stara się raczej zrozumieć i pokazać na ponad 500 stronach( z przypisami książka liczy ponad 700 stron) ich walkę, ideały oraz motywy postępowania. Jest to tym bardziej trudne, bowiem jakakolwiek debata na temat komunistów w polskich mediach pełna jest przeinaczeń, ideologicznych uniesień i pełna nieracjonalnych argumentów. Andrzej Friszke stara się wyjść temu wyzwaniu naprzeciw.

Polski ruch robotniczy nie był oczywiście monolitem. Był podzielony i pełen wewnętrznych sporów. Jej internacjonalistyczny odłam w postaci SDKPiL pod koniec XIX wieku nie określał się sam jako „komuniści” ale „socjaldemokraci”. Elitę tej partii tworzyli jej wybitni przedstawiciele: Róża Luksemburg, Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski czy Adolf Warski. Książka odnosi się przede wszystkim do pytania zawartego w tytule- państwo czy rewolucja? Dla działaczy, którzy tworzyć będą zręby bolszewickiej rewolucji, oprócz Róży Luksemburg, bowiem ta została zamordowana w styczniu 1919 roku w Berlinie, odpowiedź na to pytanie była oczywista- rewolucja u boku rosyjskich robotników. Wspomniana Róża Luksemburg, która niewątpliwie przewodziła tej grupie, konsekwentnie opowiadała się przeciwko odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Uważała, że to drobnomieszczańska utopia, która toruje do władzy burżuazję, wywołującą nacjonalistyczną hecę, wbrew klasowym interesom robotników. Dopuszczano jedynie jakiś rodzaj autonomii w ramach jednego ponadnarodowego organizmu.

Andrzej Friszke już w gorzkim wstępie pisze, iż polska historia jest obecnie pełna przekłamań, mitologii i manipulacji. Nie liczą się fakty historyczne, ale prosta kalka- jest dobro i zło, bez wnikania w szczegóły i głębszej refleksji. To niewątpliwie wielka zaleta tej książki, bowiem autor przypomina wiele wydarzeń, o których zdążyliśmy zapomnieć, albo świadomie są w polskiej historii pomijane. Weźmy postać Józefa Piłsudskiego i jego obecne przedstawianie w debacie publicznej. Kojarzymy go już tylko i wyłącznie w Legionach, podczas początków tworzenia zrębów państwa polskiego, jako Naczelnika Państwa i później. Pomija się, pytanie czy świadomie, jego ponad dwudziestoletnią działalność w Polskiej Partii Socjalistycznej, której przewodził i której był liderem. Autor z ironią piszą, że Piłsudskiemu amputowano niemal pół życiorysu i robiąc z niego niemal narodowo-konserwatywnym endekiem. I trudno się z tym nie zgodzić.

Do ogromnych różnic między SDKPiL a PPS doszło podczas Rewolucji 1905 roku. Oba nurty przyjęły zupełnie inną taktykę działania. Towarzyszyły im również inne idee i wartości. Socjaldemokratom zależało przede wszystkim na wartościach klasowych, łączących robotników polskich i rosyjskich. Dla PPS oprócz wymiaru klasowego była to szansa na odzyskanie niepodległości. Partia organizowała zamachy zbrojne na carskich dygnitarzy, znienawidzonych w Królestwie. Na zupełnie przeciwległym biegunie znalazła się Narodowa Demokracja, która podczas trwania rewolucji opowiadała się przeciwko strajkom, powołała do życia Narodowy Związek Robotniczy, chcąc tym samym odebrać partiom lewicowym wpływ na robotników. Przeszła tym samym do legalnego działania biorąc udział w wyborach do rosyjskiej Dumy. Dla endeków socjaliści i Żydzi byli synonimem rozkładu społecznego, który niszczył polską tożsamość narodową. Socjaliści z kolei uznali endeków za sprzymierzeńców Moskali, dla których Rosja nie była wrogiem, ale ewentualnym partnerem. Doszło nawet w tym czasie do walki pomiędzy działaczami lewicy i prawicy. Ginęli działacze po obydwu stronach, był to zatem element wojny domowej. Jak bardzo szeroki zakres objęła rewolucja w Kongresówce świadczy fakt, iż latem 1905 roku każdy robotnik strajkował tu chociaż raz.

Konsekwencje rewolucji były ogromne nie tylko dla społeczeństwa, ale dotknęły również obie partie robotnicze. SDKPiL stała się partią jeszcze bardziej radykalną, część jej działaczy weszła w skład Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji. Do podziału doszło również w PPS. Lewicowe skrzydło tej partii stworzyło PPS-Lewicę, akcentując przede wszystkim kwestie klasowe i ekonomiczne, porzucając ideę odzyskania niepodległości. Nie wszyscy jednak działacze tej partii znajdą się następnie w orbicie wpływów bolszewików lub staną się członkami partii bolszewickiej. Staną się bowiem członkami zjednoczonej PPS, opowiadając się za niepodległością i udowadniając to w swojej działalności publicznej. Wystarczy wspomnieć kilka nazwisk działaczy PPS-Lewicy: Antoni Szczerkowski, Norbert Barlicki czy Adam Pragier. Ci dla których kwestia odzyskania niepodległości była również ważna co rewolucja społeczna, stworzyli PPS-Frakcje Rewolucyjną z Józefem Piłsudskim na czele.

Jeśli nie chcemy zakłamać własnej historii i wielkiej tradycji niepodległościowej lewicy, to musimy tę historie traktować na poważnie a nie ideologicznie. I ten przekaz zdaje się niezwykle bliski Andrzejowi Friszke. Po ponad wiekowej niewoli dziejowa rola odbudowy państwa przypadła właśnie PPS. To gabinety Ignacego Daszyńskiego i Jędrzeja Moraczewskiego wyznaczyły wartości republikańskiego ustroju państwa, z prawem wyborczym dla wszystkich obywateli, bez względu na płeć czy pochodzenie, prawem do strajku, z ośmiogodzinnym dniem pracy, ubezpieczeniami społecznymi czy bezpłatną, powszechna i świecką edukacją. Dziś wydaje się, że to nic nadzwyczajnego, ale wówczas była to wręcz rewolucja, co prawica skrzętnie wykorzystywała nazywając to wszystko jako element bolszewizmu i rozkładu społecznego .Tymczasowy Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, wspierając te reformy, komentował: Gdy przeprowadzamy reformę socjalną, przeciwnicy nasi wołają: „To bolszewizm!”. To nie bolszewizm, to nawet nie socjalizm, to demokracja. Chciałem po prostu przerzucić Polskę z osiemnastego do dwudziestego wieku (…) Jednakże ten skok był konieczny, gdyż trzeba było udzielić ludowi nieco więcej sprawiedliwości socjalnej”. Co prawda w następnych latach drogi Józefa Piłsudskiego z lewicą się rozeszły, ale podwaliny państwa o pewnym bezpieczeństwie socjalnym pozostały.

Komuniści nie byli entuzjastami powstania gabinetu Rządu Ludowego. Byli jego zaciętym wrogiem, nie mniej surowym w ocenach od endecji. Dla SDKPiL i PPS-Lewicy, które w grudniu 1918 roku połączą się w KPRP, program tego rządu sprowadzał się do programu reakcji pod maską demokracji. Dążyli oni przede wszystkim do zradykalizowania robotników, zwłaszcza w fabrykach i zakładach pracy. Powtarzały się zarzuty, które wobec PPS stawiali od dawna: o zdradzie klasy robotniczej, o ugodowej polityce, o socjalpatriotyzmie, który w późniejszym okresie określany będzie „socjalfaszyzmem”. Komuniści na łamach swojej prasy odmawiali nawet uznania rządu Daszyńskiego a następnie Moraczewskiego. Byli przekonani, że rosyjska rewolucja ogarnie proletariat Niemiec, Węgier i Austrii i z pewnością dotrze do Polski. Rząd Jędrzeja Moraczewskiego był zatem według komunistów tymczasowy. Lekceważono zatem jego socjalistyczny program, stawiając na bolszewicką rewolucję. Przeciwstawiali rząd radom robotniczym, które powinny przejąc w kraju władzę. Zatem oddolnie, tak samo, jak miało to miejsce w Rosji.

Te radykalizacje potwierdziło następnie grudniowe połączenie SDKPiL i PPS_Lewicy. 16 grudnia 1918 roku w siedzibie Związku Handlowców powstała Komunistyczna Partia Robotnicza Polski ( niemal dokładnie trzy dekady później a auli Politechniki Warszawskiej dojdzie do tzw. zjednoczenia PPR i PPS w wyniku czego powstanie PZPR). Za jej nazwą, początkowo partia miała nazywać się Komunistyczna Partia Polski, wybitny działacz SDKPiL Adolf Warski. Program przyjął leninowską zasadę centralizmu. Znalazł się ponadto postulat walki u zupełnie nowy ustrój, troska o klasę robotniczą i rozwój jej świadomości klasowej, wpajanie masom solidarności klasowej, bez różnic narodowościowych w imię internacjonalizmu, budowę socjalizmu poprzez wprowadzenie dyktatury proletariatu. Liczono również, podobnie jak w Rosji, na zdemobilizowanych żołnierzy armii zaborczych i ich trudną sytuacje ekonomiczną. Byli oni z pewnością narażeni na komunistyczna propagandę i na to liczono. Wyrazem tego było m.in. powołanie do życia Związku Byłych Wojskowych Polaków, organizacji co prawda bezpartyjnej, ale powołanej z inicjatywy SDKPiL, rewolucyjnej. Nie była to znikoma siła, bowiem w kraju związek liczył około 100 tysięcy członków. Tyle samo ochotników zgłosi się do Wojska Polskiego w dramatycznym okresie wojny w 1920 roku.

Spór pomiędzy komunistami a socjalistami dotyczył wielu kwestii. Były to sprawy funkcjonowania związków zawodowych, organizowania rad robotniczych czy kwestie oceny rewolucji w Rosji i jej skutków. Emanacją sporu okazała się jednak wojna i opowiedzenie się bądź to po stronie państwa polskiego bądź po stronie rewolucji. O ile polscy komuniści nie mieli wątpliwości po której stronie stanąć, o tyle w PPS nie było do końca jednomyślności w tej ocenie. Partia nie popierała „marszu na wschód” i zajęciu w maju 1920 roku Kijowa. Określało to jako wojnę imperialną, która nic dobrego Polsce nie przyniesie. Ówczesny sekretarz generalny PPS krytykował własna partię z pozycji komunistycznych. Przejdzie następnie do KPRP i zostanie nawet posłem komunistycznym w II RP. Apogeum jego sporu z partią wybuchnie w lipcu 1920 roku. Nieco wcześniej PPS po wewnętrznych sporach zdecydowała się wejść do stworzonego Rządu Obrony Narodowej na czele którego stanął lider PSL „Piast” Wincenty Witos a wicepremierem został socjalista Ignacy Daszyński. Rząd miał charakter ponadpartyjny a programem miała być przede wszystkim obrona niepodległości. Nie trudno doszukać się w tym rządzie również przesłanki propagandowej. Bolszewicka propaganda robiła bowiem swoje, rozsiewając plotki o tym, że w Polsce rządzi burżuazja a los robotników i chłopów jest tragiczny i nie mają oni swojej reprezentacji. Aż tu nagle w tej Polsce premierem zostaje chłopski przywódca a jego zastępcą lider partii robotniczej. To musiało mieć również wymiar symboliczny.

PPS wzięła sobie obronę niepodległości do serca. Partia stworzyła własny Wydział Wojskowy na czele którego stanęli przywódcy partii- Arciszewski, Moraczewski i Pużak. Podlegał on bezpośrednio CKW PPS. Werbowano ochotników do wojska, budowano świadomość narodowa wśród robotników, narażonych na bolszewicka agitację. Organizacyjnie wyszło nie najgorzej. PPS stworzyła swój własny 1 Robotniczy Pułk Obrony Warszawy, który liczył 1600 ochotników. Niemal tysiąc robotników trafiło do 201 pułku piechoty, zwanego „pułkiem POW”. W okręgu łódzkim i w Toruniu 60% ochotników było robotnikami. PPS werbunek do wojska prowadziła w siedzibie partii na ulicy Wareckiej 7. Do wojska poszli wybitni liderzy partii m.in. Moraczewski i Jaworowski, oraz mniej znani, jak poseł PPS Aleksander Napiórkowski, który poległ 18 sierpnia 1920 roku pod Ciechanowem ( prof. Andrzej Friszke podał błędnie Warszawę) czy pierwszy komendant Milicji Ludowej i Pogotowia bojowego PPS Józef Korczak.

Polscy komuniści w tym czasie robili wszystko, aby zniechęcić do wstępowania do wojska. I trzeba przyznać, że mieli na tym polu spore osiągnięcia. Prof. Andrzej Friszke przywołuje dramatyczne dane z polskiej wsi, na której pobór do wojska nie przebiegał należycie. Najgorsza sytuacja miała miejsce na wschodzie Kongresówki. Na wsi dochodziło do dezercji a uciekający z armii znajdowali na wsi schronienie i zrozumienie. O niektórych wsiach pisano wprost, że są „zbolszewizowane”. Najbardziej radykalni okazali się robotnicy rolni Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny. Dochodził do tego aspekt międzynarodowy. Lewicowe partie na Zachodnie Europy uległy złudnemu postrzegania bolszewików i nie kryły swojej sympatii w tej wojnie po ich stronie. Dla Polski miało to konsekwencje, nie przepuszczano bowiem pomocy dla wojska w najbardziej dramatycznym okresie.

Do czasu konfliktu zbrojnego pomiędzy Rosją bolszewicką a Polską komunizm traktowany był jako interesująca propozycja dla lewicowej radykalnej inteligencji. Wydawał się on bowiem nader atrakcyjny. Komuniści cierpieli bowiem za Caratu, działali półlegalnie lub całkowicie w ukryciu, walczyli o sprawiedliwy świat, który zamierzali zbudował na zupełnie nowych zasadach. Po klęsce Armii Czerwonej ten obraz zupełnie się zmienił. Traktowali byli oni odtąd jako zdrajcy i obcy agenci. Aby lepiej zrozumieć motywy, jakimi się kierowali na przełomie XIX i XX wieku, z pewnością warto sięgnąć po książkę prof. Andrzeja Friszke i zobaczyć na tym tle, jakie stanowisko zajęła PPS. W starciu internacjonalizmu i niepodległościowego socjalizmu wygrał ten drugi. Historia w PRL-u starała się jednak to podważyć, zakłamując i zarazem zawłaszczając wielką tradycję polskiego niepodległościowego socjalizmu. Książka wybitnego historyka stara się przywrócić tej tradycji należyte miejsce.

Andrzej Friszke, „Państwo czy rewolucja. Polscy komuniści a odbudowanie państwa polskiego 1892-1920”, wyd. Krytyka Polityczna, s. 740, Warszawa 2020

Komuniści a niepodległość Polski

Uwagi na marginesie książki Andrzeja Friszke

Na stanowisku komunistów polskich w kwestii niepodległości polski na przełomie XIX i XX wieku ciążył błąd Róży Luksemburg, która uważała, że ziemie polskie w wyniku przemian kapitalistycznych tak już zrosły się z gospodarkami zaborców, że odbudowanie państwa narodowego jest niemożliwe. Poglądy Róży Luksemburg w kwestii narodowej były sprzeczne z wyrażanymi wcześniej poglądami Marksa i Engelsa, a nawet Jerzego Plechanowa. Stały się też obiektem krytyki ze strony Lenina. Można powiedzieć, że sprawa polska przypominała dylemat współczesnego narodu kurdyjskiego, który zamieszkuje głównie tereny Turcji, Iraku, Iranu i Syrii i nie posiada własnego państwa.

Pod koniec opisywanego przez Andrzeja Friszke okresu, komuniści polscy o istniejącym państwie polskim wyrażali się „w kategoriach ideologicznych, klasowych, negując sam fakt niepodległości jako kategorię polityczną mijającego świata burżuazyjnego” (s. 442). W ich ocenie państwo polskie realizowało klasowe interesy burżuazji i kapitału międzynarodowego. Uważali, że endecja obiecująca niepodległość, dostosowuje się do żądań ententy, czyli głównie Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Komuniści zarzucali socjalistom, że zdradzili interesy polskiej i międzynarodowej klasy robotniczej. Wydaje się dziś, że mieli rację zarzucając socjalistom obronę państwa „burżuazyjnego”. Komuniści na cały świecie traktowali rewolucję w Rosji jako konflikt klasowy, jako rewolucję międzynarodową, jako swoją rewolucję, którą należy wspierać wszelkimi sposobami. Polacy walczący po stronie bolszewików traktowali rewolucję październikową jako wspólne zwycięstwo nad caratem, jako początek rewolucji światowej. Przecież po stronie rewolucji październikowej walczyli przedstawiciele wielu narodów i narodowości. W szeregach Armii Czerwonej walczyło ponad 100 tysięcy Polaków, tworzyli całe pułki, piastowali najwyższe stanowiska partyjne i państwowe. Józef Stalin był Gruzinem. Bunt lewicowych eserowców przeciwko polityce bolszewików został stłumiony głównie przez odziały łotewskie. Komisarzem w Armii Czerwonej był Czech Jaroslaw Hašek, autor Przygód dzielnego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Rewolucyjne wrzenie ogarnęło w ówczesnym okresie setki milionów ludzi na całym świecie.

Ujawniane dokumenty pokazują, że alternatywa dla rewolucyjnego rozwiązania kwestii narodowej i socjalnej, wbrew temu co pisze Andrzej Friszke, była. Fakt, że nie powiodły się rewolucje w Niemczech, na Węgrzech czy w innych krajach nie przeczył możliwości rewolucji w Polsce. Tylko bowiem zbieg różnych okoliczności sprawił, że ta alternatywa się nie ziściła. Sprawy te rozstrzygano wszak przy huku armat, z karabinem i ulotką agitacyjną w ręku. Gdybyśmy takiej alternatywy nie dopuszczali, uznalibyśmy ówczesnych ludzi, za istoty bezmyślne, skazane na wykonywanie „wyroków historii” nie wiadomo przez kogo wydanych. Wszak historia pokazała, że to, co nie stało się w 1920, ziściło się w 1945 i trwało przez dwa pokolenia. Jednak Andrzej Friszke poprzez ukazanie niektórych sprzeczności, dostarcza współczesnemu czytelnikowi dowodów, jak złożona była sytuacja i że różne kierunki jej rozwoju były możliwe. W książce swojej prezentuje nie tylko świetny warsztat naukowy, ale także określone sympatie polityczne.

W wypowiedziach o wojnie polsko-radzieckiej dominuje od lat na poły hagiograficzna narracja. Pokpiwa się z Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, kiedy w swych ulotkach i materiałach propagandowych określała wojnę ze strony polskiej, jako toczonej w interesie imperializmu i polskiego ziemiaństwa. Komunistom zarzuca się, że byli właściwie agentami i szpiegami bolszewików, działali na szkodę armii polskiej. Opowiada się legendy o tym, że poza komunistami społeczeństwo polskie jak jeden mąż popierało wojnę i stawiało się do armii w obronie ojczyzny. W momencie szczególnego zagrożenia wszyscy byli za powołaniem Rządu Obrony Narodowej i udzielili mu bezwarunkowego poparcia, nawet Polska Partia Socjalistyczna, z której wywodził się Józef Piłsudski. W takiej uproszczonej narracji ówczesne społeczeństwo wydaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna historii, bez żadnych wątpliwości i rozterek.

Andrzej Friszke, zachowując antykomunistyczne oceny ówczesnej sytuacji i działań, ukazuje szereg sprzeczności, które wzbogacają obraz społeczeństwa polskiego.

Sprzeczności wśród samych komunistów

Komuniści byli generalnie zgodni w ocenie ówczesnej polityki rządu polskiego, jego burżuazyjno-imperialistycznego charakteru. Uważali zatem, że powinni działać na rzecz Armii Czerwonej i osłabiać ducha walki w armii polskiej. Nie uważali za dyskwalifikujące ich ewentualne objęcie władzy dzięki radzieckim bagnetom.

Na tym tle interesujące wydają się poglądy i działania Juliana Marchlewskiego, który rozważał różne możliwe warianty rozwoju sytuacji. Uważał, że polskie terytorium narodowe rozciąga się od Karpat po ujście Wisły oraz od Odry po Bug. Przewidywał, że Śląsk stanie się przedmiotem rywalizacji polsko-niemieckiej. Opanowanie jego etnograficznie polskiej części mogło stać się warunkiem rozwoju przemysłu polskiego. Jego zdaniem, przemysł polski nie mógł się też odrodzić bez rosyjskich surowców i rynków zbytu. A przemysł rosyjski potrzebował więzi z polskim. Relacjonując poglądy Marchlewskiego Friszke pisał: „Zniesienie granic w wyniku rewolucji dałoby ogromne możliwości rozwoju przemysłu Górnego Śląska – mógłby zaopatrywać w węgiel, żelazo, cynk, artykuły chemiczne Polskę, wschodnią część Niemiec, Litwę, Ukrainę, Białoruś, Węgry. Natomiast kapitalistyczna Polska stałaby się rywalką Niemiec i Czech, a jednocześnie dążyłaby do ekspansji na wschód – na ziemie Litwy, Białorusi, Ukrainy. »Odrodzona kapitalistyczna Polska może stać się jednym z najbardziej niebezpiecznych dla pokoju elementów Europy«” (s. 449).
Marchlewski po powrocie z Niemiec do Polski wystąpił z inicjatywą zabezpieczenia tyłów Armii Czerwonej na froncie zachodnim, aby mogła rozwinąć ofensywę w walce z Denikinem i Kołczakiem. Nie wszyscy polscy komuniści taką taktykę popierali, gdyż, przynajmniej przejściowo, skazywało to ich na własne siły.

Tajne rokowania jakie prowadził Marchlewski w imieniu bolszewików z Piłsudskim, pozwoliły im przerzucić część oddziałów wojskowych do pokonania Kołczaka i Denikina, by następnie powrócić do zmagań z Polską.
Powstaje pytanie, dlaczego Piłsudski wstrzymał ofensywę przeciwko Armii Czerwonej, aby pokonała ona oddziały białych? Wolał bowiem, aby zwycięstwo odnieśli bolszewicy, bo przynajmniej formalnie opowiadali się za prawem narodów do samostanowienia. Natomiast uważał, że ich przeciwnicy dążyli do zapewnienia odrodzenia Rosji w dawnych carskich granicach. Piłsudski wolał przejściowy sojusz z bolszewikami, gdyż nie wierzył w gwarancje dawane przez ententę, że Denikin zgodzi się na odrodzenie państwa polskiego. Negocjacje były podjęte wbrew stanowisku ententy, która zabraniała jakichkolwiek rozmów z Rosją Radziecką. Historia nieraz lubi zaskakiwać jej uczestników. Niezależnie od tego jakie intencje miał Marchlewski przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Imperialistyczny charakter wojny

Taka ocena wojny przez polskich komunistów spotyka się z największą ironią publicystów i historyków, których niesie fala polskiego nacjonalizmu. Ale, jak pisze Andrzej Friszke, kiedy Armia Czerwona zbliżała się do ziem etnicznie polskich, premier Władysław Grabski szukał ratunku podczas konferencji w Spa 9-10 lipca 1920 roku. Od przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch „Usłyszał, że pomoc Polsce może być udzielona tylko pod warunkiem, że zrezygnuje ona ze swojej imperialistycznej i aneksjonistycznej polityki oraz zgodzi się pozostawić decyzję o jej granicach w rękach państw ententy” (s. 489). Ponadto, Grabski zgodził się na granicę państwa polskiego wzdłuż linii Curzona, oddanie Wilna Litwie, a także na rezygnację z plebiscytów na Śląsku Cieszyńskim, Orawie i Spiszu.
W tym czasie socjaliści na zachodzie Europy występowali w obronie Rosji Radzieckiej, dokerzy portowi odmawiali załadowywania na statki broni przeznaczonej dla Polski i zastępować ich musieli żołnierze. A socjaliści polscy weszli w skład Rządu Obrony Narodowej. Ale nie była to decyzja tak oczywista, jak się niektórym wydaje, gdyż naruszała zasady wcześniej głoszone przez PPS. Decyzja o wejściu w skład rządu zapadła na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS stosunkiem głosów 37 do 14. „Wielu działaczy […] uważało wejście do rządu wraz z endekami za błąd, odstąpienie od pryncypialnego stanowiska i pośrednio rozgrzeszanie prawicy. Wielu działaczy oceniało, że taki kompromis będzie niezrozumiany przez robotników. Pamięć represji, uciekanie się do sił porządkowych przeciw strajkującym, nierozliczone zajścia kończące się śmiercią lub ranami, złośliwe działania w walce ze strajkującymi, jak choćby w czasie strajku robotników miejskich Warszawy, wszystko to budowało mur niechęci i głęboką nieufność do endecji, ale też innych ugrupowań prawicowych. Istniała zarazem na lewicy pokusa, by w dramatycznej sytuacji wrócić do koncepcji rządu ludowego, połączyć obronę kraju z jednoznacznie lewicowym programem” (s. 496-497).

We współczesnych publikacjach pisze się o masowym napływie ochotników do polskiej armii. Ale w rzeczywistości proces ten nie przebiegał tak bezboleśnie. Wielu mężczyzn w wieku poborowym ukrywało się w domach, a po ulicach krążyły patrole wojskowe wyłapujące dekowników. „W lutym 1920 roku w powiecie łomżyńskim stawiło się do wojska 60 procent powołanych, w ostrołęckim zaledwie 40 procent. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła”. Do Armii Ochotniczej generała Józefa Hallera zgłaszali się głównie inteligenci, urzędnicy, nauczyciele, studenci, młodzież gimnazjalna i harcerze. Andrzej Friszke powołując się na raporty Oddziału II Ministerstwa Spraw Wojskowych pisze, że wiadomości o porażkach wojska polskiego większość ludności chłopskiej przyjmowała z obojętnością, ukrywała dezerterów. Hasło zaciągu ochotniczego natrafiło na wsi na niepodatny grunt. „W powiecie zamojskim zgłosiło się zaledwie 30 procent poborowych, w dodatku 90 procent z nich poprosiło o odroczenie służby. O niektórych wsiach pisano, że są wręcz »zbolszewizowane«. W Krośnie do poboru miało się stawić 28 gmin, stawiła się jedna” (s. 502). Podobne opory przed wstąpieniem do armii polskiej występowały w środowisku robotników. „W obliczu zagrożenia działania władz lokalnych w wielu miejscowościach kierowały się przeciw wszelkim potencjalnym elementom »wywrotowym«, zamykano lokale związkowe, partyjne, zawieszano pisma, następowały aresztowania podejrzanych. Wśród tak represjonowanych byli działacze PPS, związków zawodowych, zwłaszcza robotników rolnych” (s. 499). Robotników z różnym powodzeniem rekrutowano na masowych wiecach, strasząc ich bolszewickim terrorem, odebraniem ośmiogodzinnego dnia pracy. Identyfikacja chłopów i robotników z państwem polskim nie przebiegała więc bezproblemowo, ich postawy zmieniały się stopniowo.

97 procent ochotników deklarowało się jako „chrześcijanie”. Było jednak tysiące ochotników wyznania mojżeszowego. Nacjonalistyczna propaganda endecji doprowadziła jednak do zaostrzenia stosunków społecznych. Endecka propaganda tworzyła antylewicową histerię, utożsamiała bowiem socjalistów z komunistami, a tych z Żydami. Efektem tego były pogromy, w których zamordowano wielu Żydów. Minister spraw wojskowych generał Antoni Listowski musiał wydać dowódcom okręgów generalnych rozkaz piętnujący ustawiczne ekscesy antyżydowskie i nakładający na dowódców wojskowych obowiązek dbania o dyscyplinę i karania takich występków nawet sądem polowym. Ale w armii też miały miejsce działania nie przynoszące chluby: „Internowano około tysiąca wojskowych, głównie pochodzenia żydowskiego, a młodzież ochotniczą skierowano do kompanii karnych. Około 10 tysięcy Żydów ochotników i poborowych osadzono w obozie w Jabłonnie” (s. 502). Do obozu trafiali nawet Żydzi służący wcześniej w Legionach. Po bitwie warszawskiej istnienie takiego obozu uznano za skandal i przejaw segregowanie obywateli ze względu na wyznawaną religię. Likwidacji obozu i rehabilitacji przetrzymywanych w nim żołnierzy domagali się między innymi Stefan Żeromski i Ludwik Krzywicki.

Rola komunistów polskich

Komuniści polscy byli inwigilowani już przez policje państw zaborczych. Andrzej Friszke pisze, że jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, żandarmeria podległa Radzie Regencyjnej opracowała listę „działaczy bolszewickich” w Warszawie obejmującą 129 osób. „W kwietniu 1919 roku Biuro Wywiadowcze dysponowało listą 856 osób” (s. 460). Postępowania przeciwko polskim komunistom prowadził także Oddział II (wywiad wojskowy), Oddział Śledczy Żandarmerii Wojskowej, Oddział Wywiadowczy Milicji Ludowej, a także policja komunalna. Widzimy więc, że stosunkowo duża liczba instytucji i osób, jak na odradzające się państwo polskie, zajmowała się śledzeniem działań „nic nie znaczących” komunistów. Działania przeciwko komunistom zostały „skoncentrowane w utworzonym w październiku 1919 roku Inspektoracie Defensywy Politycznej. Odrębnie działał nadal Oddział II Sztabu Generalnego, czyli wywiad, zbierający także informacje za granicą, w tym od partnerskich wywiadów Francji i Anglii” (s. 460). Widzimy więc, że komuniści byli „wrogiem publicznym” numer jeden – inwigilowani byli przez wszystkie państwa, niezależnie od tego, czy prowadziły ze sobą wojnę.
Represje, aresztowania, przetrzymywanie w więzieniach bez sądu i morderstwa pozwoliły stosunkowo szybko sparaliżować działania komunistów. Jednak osądzić ich za głoszenie poglądów i działalność polityczną było trudno, zwłaszcza w „młodej demokracji”. Oskarżano więc ich w związku z tym o dążenie do obalenia istniejącego w państwie ustroju. Andrzej Friszke przytacza interesujące uzasadnienie wyroku sędziego Michała Gumińskiego przeciwko Kazimierzowi Stein-Kamińskiemu (Domski).

Sędzia ten z jednej strony uznał, że dążenie do zniesienia istniejących nierówności i przywilejów w drodze dyktatury jednej warstwy nie może mieć ochrony prawnej, a z drugiej uznał, że „Taka walka musi być zabroniona w interesie ogólnym, w interesie całkowitej równości”. Z jednej strony uznał, że „w ogóle walka z ustrojem tzw. burżuazyjno-kapitalistycznym obecnych społeczeństw ma pod wielu względami całkowitą słuszność”, a z drugiej widział niesłusznym skoro chciano „na jego zwaliskach zbudować gmach nowych przywilejów […] tylko z korzyścią innych grup”. Z jednej strony uznał, że „nie można zgodzić się na to, aby wolność jednostki stawiono ponad interes ogólnospołeczny i państwowy”, a z drugiej – „Państwo polskie musi atoli pamiętać o tym, że winno być na wskroś demokratyczne tj. nie może krępować jednostki w granicach jej czynów, nie może atoli krępować niczyich przekonań jako symbolu interesu ogólnego”. Sędzia uważał, że komuniści z jednej strony poprzez organizowanie strajków i podburzanie tłumów osłabiają państwo polskie, z drugiej kończył uzasadnienie, że państwo „Na krytykę ustroju i jego zbawienne leczenie zgodzić się musi” (s. 463-464). Sędzia uznał przynależność do partii komunistycznej za przestępstwo, a ponieważ prokurator nie był w stanie udowodnić członkostwa w partii, więc za samą działalność dziennikarską obywatela nie skazał.

Uzasadnienie wyroku jest pełne sprzeczności. Są one typowe dla demokracji liberalnej. Nie wiemy czy sędzia odczuwał sympatie do komunizmu, czy lęk przed opinią publiczną. Inne sądy w ferowaniu wyroków przeciwko komunistom nie miały tych wątpliwości.

Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski

W miarę stabilizowania się sytuacji w Rosji Radzieckiej komuniści polscy byli zmuszani do działania w ramach Rosyjskiej Komunistycznej Partii Bolszewików [RKP(b)]. Przy KC RKP(b) działało Biuro Polskie, którego kierownicy byli mianowani. Ta reorganizacja, zdaniem Andrzeja Friszke, oznaczała likwidację nawet pozorów autonomii komunistów polskich. Zlikwidowano także polskie biura werbunkowe do Dywizji Strzelców w Rosji. Z nazw pułków usunięto odwołania do nazw miast polskich.

Okazuje się, że na powołanie 23 lipca 1920 roku Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Smoleńsku, komuniści działający na terenie kraju nie mieli żadnego wpływu. Nie mieli też wpływu na ogłoszenie odezwy 30 lipca 1920 roku w Wilnie (Białymstoku). Przynależność Białegostoku do Polski była przez wielu mieszkańców kwestionowana. Kadry do obsadzania różnych stanowisk miały przybyć z Rosji Radzieckiej. Zdaniem Andrzeja Friszke Julian Marchlewski dążył do ograniczenia represji na zajętym przez bolszewików terytorium i liczył na „zachowanie odrębności przez komunistyczną Polskę” (s. 509). Komitet działał właściwie tylko przez kilka tygodni – 22 sierpnia Komitet już opuścił Białystok. A komuniści polscy na terenach nie zajętych przez Armię Czerwoną żadnych istotnych działań nie podjęli, nie wywołali żadnego powstania, czy nawet manifestacji ulicznej, gdyż działalność ich była praktycznie sparaliżowana. Propaganda oficjalna miała jednak tendencję do wyolbrzymiania ich działań i wpływów. W świadomość społeczeństwa polskiego wtłoczono stereotyp, że komunizm związany jest z Rosją i dążeniem do odebrania niepodległości, komuniści zaś są zdrajcami narodu i obcymi dywersantami. Zrobiono tak, chociaż doskonale wiedziano, że idea komunizmu zrodziła się na Zachodzie przed pojawieniem się Marksa i Engelsa na scenie politycznej, że Marks i Engels byli za przyznaniem Polsce niepodległości. Organizująca się nowa władza państwowa potrzebowała jednak swego wroga, aby legitymizować swoje panowanie, i budować tożsamość swoich zwolenników. To urabianie świadomości społecznej miało miejsce dawniej, i ma miejsce dzisiaj.
Odwet na komunistach, rzekomych komunistach i Żydach
W 1919 i 1920 roku mogło dojść do aresztowania około 2 tysięcy komunistów i osób podejrzanych o sympatyzowanie komunizmowi lub kolaborację. Wiele osób więziono na podstawie decyzji administracyjnych, bez postawienia przed sądem. Dochodziło do samosądów i fałszywych oskarżeń szczególnie przeciwko ludności żydowskiej. Utrwalano fałszywe wyobrażenie o tożsamości Żyda i komunisty, które w wielu środowiskach funkcjonuje do dzisiaj. W wyniku działalności sądów doraźnych rozstrzeliwano około 150-osób, a ponadto dezerterów i kryminalistów. Robotników rolnych i służbę folwarczną często poddawano chłoście. Robotnikom rolnym zarzucano popełnienie przestępstw przeciwko władzy państwowej, podczas, gdy mogły to być jedynie wystąpienia przeciwko pracodawcom, nie podlegające zatem wysokim karom. Prasa endecka wzywała do sporządzania list osób sympatyzujących z „bolszewizmem”, co przypomina współczesne listy osób podejrzanych o terroryzm. Rozpoczęła się endecka narracja o „cudzie nad Wisłą” oraz krytyka Piłsudskiego i jego otoczenia. Aresztowanych komunistów wymieniano na zakładników wziętych przez wycofującą się Armię Czerwoną, ale los komunistów w ZSRR nie stał się bezpieczniejszy.

Można powiedzieć, że Piłsudski dzięki pomocy państw ententy, jak na ironię, zrealizował koncepcję Dmowskiego. W granicach państwa polskiego znalazło się od 30-40 procent mniejszości narodowych, z właściwymi dla takiego państwa ograniczeniami narodowościowymi, sprzecznościami i nacjonalizmami.

Ramy chronologiczne książki

Książka Andrzeja Friszke jest bardzo ważną, obejmującą ponad 500 stron tekstu pracą, obfitującą w wiele wątków i problemów politycznych, ale wbrew sugestii zawartej w tytule, nie jest historią tylko komunistów polskich. Powstaje jednak pytanie: dlaczego autor sięgając w przeszłość i pisząc o komunistach polskich, ograniczył się tylko do 1892 roku, kiedy powstała Polska Partia Socjalistyczna, a nie do roku 1882, kiedy powstała pierwsza odwołująca się do marksizmu partia – Międzynarodowa Socjalno-Rewolucyjna Partia Proletariat? Można uznać racje Andrzeja Friszke, że to socjaliści jako pierwsi sformułowali program niepodległościowy. Ale to w Wielkim Proletariacie zawiązały się już podstawowe spory ideologiczne, typowe dla komunistów i socjalistów. Czy fakt powstania jako pierwszej partii wyraźnie klasowej, nie świadczył o tym, że ucisk klasowy był wówczas bardziej odczuwany niż narodowościowy?

Można przypomnieć, że w sierpniu 1885 rozpoczął się w Warszawie proces 29 „proletariatczyków”. W grudniu ogłoszono wyrok skazujący sześciu z nich na karę śmierci, osiemnastu na 16 lat katorgi, dwóch na 8 lat katorgi, zaś dwóch na osiedlenie na Syberii. Po odwołaniach karę śmierci utrzymano dla Piotra Bardowskiego, Jana Pietrusińskiego, Stanisława Kunickiego i Michała Ossowskiego, a wyrok wykonano 28 stycznia 1886, na stokach Cytadeli w Warszawie. Były to pierwsze po powstaniu styczniowym wyroki śmierci, wydane z przyczyn politycznych w zaborze rosyjskim. Można jednak zrozumieć, że partia ta wyłamuje się pewnym wygodnym schematom…

Edward Karolczuk – doktor nauk humanistycznych.

Nie mamy już normalnej demokracji

Polacy są różni i zawsze tacy byli – lewica-prawica, endecja, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy, byli ludzie bardziej otwarci na Zachód i tacy, którzy próbowali zamykać się we własnym gronie, strzec niezmienności – mówi prof. Andrzej Friszke, historyk, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Boi się pan?

ANDRZEJ FRISZKE: Boję się już od paru lat, i to kilku rzeczy. Po pierwsze narastającej nienawiści i przyznam, że nie pamiętam, aby kiedykolwiek była aż taka. Po drugie boję się, że w efekcie tego, co się dzieje, Polska przestanie być krajem demokratycznym, a to był cel naszego zaangażowania w życie publiczne od młodych lat. Po trzecie, że w rezultacie tego wypadniemy z UE i zostaniemy samotnie na rosyjskim przedpolu.

Te wybory mogą mieć aż takie znaczenie?

Trzeba powiedzieć, że istniejący stopień podziału społecznego, w zasadzie po połowie z niewielkimi przechyłami w jedną lub drugą stronę, to jest sytuacja zła. Mamy obecnie w Polsce ostry spór o fundamentalne wartości, spór, który w kraju, w którym nie odbyła się wojna, nie doszło do wielkiej katastrofy, nie powinien mieć miejsca. To jest niezrozumiałe i niewytłumaczalne w świetle naszych doświadczeń historycznych. Takie sytuacje nie zdarzały się na świecie bez doświadczenia wojny czy wielkich klęsk narodowych.

Po drugie, jeżeli odchodzimy od tych pryncypiów, o których wspominałem, czyli demokracji parlamentarnej, wolnego społeczeństwa, wolnych obywateli, mediów, wolnych samorządów i pluralizmu, dialogu i szukania kompromisu, to mamy kryzys państwa i bardzo źle to wróży na przyszłość. A żeby te pryncypia przywrócić, musi nastąpić spluralizowanie najwyższych władz państwa.

W tej chwili wszystkie władze państwa są w rękach jednej partii, a tak naprawdę jednego człowieka. To jest chory system.

Czy ten podział został zaszczepiony z premedytacją?

Oczywiście, że tak. To jest pomysł na nakręcanie spirali konfliktu i polaryzację sceny politycznej, potem postaw zwykłych ludzi, aby na tej polaryzacji dojść do władzy i w moim przekonaniu do jednoprzywództwa, za czym automatycznie stoi zakwestionowanie pluralizmu politycznego. Na to, że te zamiary udało się zrealizować, składa się wiele czynników: katastrofa smoleńska, rozwinięcie się licznych irracjonalnych przekonań, w tym uzdrowiciele, egzorcyści, antyszczepionkowcy.

To wszystko pokazuje ogromny wzrost irracjonalizmu w życiu i zakwestionowania racjonalnych reguł i zasad z wielu dziedzin. Do tego dochodzi oczywiście problem postawy wielkich grup duchowieństwa Kościoła katolickiego, który przez o. Rydzyka i Radio Maryja, teraz abp. Jędraszewskiego, za nimi innych wydał wojnę demokratycznemu państwu jako rzekomemu nośnikowi laicyzacji.

To rodzaj krucjaty przeciwko wszystkim potencjalnym, prawdziwym, mniemanym, wyobrażonym wrogom Kościoła i bardzo tradycyjnej ludowej religijności.

Kolejna jest kwestia pobudzenia w ludziach złych emocji, zawiści, przekonania, że im się więcej należy, rozbudzania wrogości prowincji wobec wielkich miast, jest to też strach przed globalizacją, widzianą jako obce firmy, obce media, a to Polacy powinni być wyłącznymi gospodarzami w kraju. Na tym bazuje też propaganda antyeuropejska, przeciwko niemieckim mediom, przeciw współczesnym prądom myślowym, także przeciw ekologii, obronie klimatu itd. Te skojarzenia i negatywne uderzenia emocjonalne nie są pozbawione potężnych konsekwencji, które mają prowadzić do tego, co powiedział kilka lat temu Jarosław Kaczyński – aby zrobić z Polski samotną wyspę. Wszystko do tego zmierza, tylko że będzie to samotna wyspa na przedpolu rosyjskiej imperialnej polityki.

Czym to grozi?

Po pierwsze rozpadem więzi narodowych, co już obserwujemy; jedna część narodu ma za wrogów drugą część i odmawia jej rozmowy, żąda podporządkowania i milczenia. To może doprowadzić do agresji fizycznej. Niestety pan Duda i TVP odmawiając rozmowy z innymi mediami ten model lansują.

Telewizja jednej partii ubrana teoretycznie w nazwę telewizji publicznej popiera tylko jedną rządzącą partię, lekceważy wszystkich innych i decyduje o tym, kto i na jakich zasadach weźmie udział w debacie publicznej. Jest to jawne zakwestionowanie praw obywatelskich, w tym prawa do pluralizmu. Oddaje jednak modelowy kształt tego, co mamy w Polsce.

Propagandę mamy w wystąpieniach i formach prac parlamentarnych, w zasadzie na każdym kroku, mamy jedną prawdę, jednego wodza, jedno przywództwo i jedną wizję polskości, w ustawach nic nie można zmienić. Inni przeszkadzają jak brzęczące muchy. To jest model autorytarny i znany oczywiście z PRL. Jasne, że można na to odpowiedzieć, że to nieprawda, bo jest TVN i TOK FM, tylko że zasięg tych środków przekazu jest daleko mniejszy, a też co chwila widzimy, jak ten pluralizm władzy bardzo przeszkadza i chcieliby mieć totalny monopol na przekazywanie informacji, prawdy, wszelkich wyobrażeń. To jest model dyktatury.

Czasem słyszę, że to demokracja nieliberalna, ale w moim przekonaniu nie ma czegoś takiego. Żeby istniała demokracja, musi istnieć fundament aksjologiczny, pojęcie obywatela i jego suwerenności we własnych przekonaniach, dokonywaniu wyboru, prawie do prezentowania osądów, swojego systemu wartości i oczywiście równość stron, która się przejawia w wolnej debacie publicznej. Jeżeli tego nie ma, to nie ma demokracji. Można oczywiście różne systemy nazywać demokracją.

Mieliśmy już demokrację ludową w latach powojennych, tylko to nie była żadna demokracja. Ostatecznie można nawet zachować wybory, przecież w Rosji też są wybory.

W PRL też były wybory.

Tak, ale tam nie można było wystawiać kontrkandydatów, a w Rosji teoretycznie można. Tylko kto się odważy, skoro nie ma tam wolnych mediów, nawet jeżeli niepożądany przez władze kandydat zdoła się zarejestrować, to nikt się nie dowie, co ma do powiedzenia. Media reżimowe przedstawią swój obraz kandydata i sprawa będzie załatwiona. W Polsce próbują tak robić z Trzaskowskim, którego głęboko nieprawdziwy obraz przedstawiany jest w mediach „narodowych”. My już nie mamy demokracji w normalnym znaczeniu.

Jak to możliwe, że społeczeństwo, które ma doświadczenia „Solidarności” i zapoczątkowało przemiany prowadzące do upadku żelaznej kurtyny, pozwoliło na to?

Niestety ta teza oddaje pewien fałsz, w którym żyjemy. Nieprawdą jest, że cały naród przeciwstawiał się systemowi PRL. „Solidarność” stworzyły zakłady przemysłowe, robotnicy i inteligenci wielkich miast, raczej Polski centralnej i zachodniej, niż wschodniej, a po rozbiciu „Solidarności” w stanie wojennym aktywność opozycyjną wykazywała niewielka grupa ludzi, kilkadziesiąt tysięcy osób. Najbardziej masowym sposobem na manifestowanie niezgody była próba bojkotowania wyborów. W roku 1984 swój sprzeciw okazało w ten sposób około 40 proc. mieszkańców wielkich miast oraz 10-20 proc. mieszkańców wsi i miasteczek.

Mówienie zatem o masowym oporze jest nieuzasadnione. Oczywiście to nie znaczy, że partii nie krytykowano i nie było negatywnych emocji, ale to rozkładało się różnie w grupach społecznych i w częściach kraju.

Tam, gdzie PiS jest dziś najsilniejszy, tam „Solidarność” była najsłabsza. Polska wschodnia, małe miasteczka, wieś albo w ogóle nie miały zorganizowanych grup „Solidarności”, albo były one bardzo słabe. W wyborach 1984 roku to tam była najwyższa frekwencja i najmniejszy bojkot. Nie było tam poczucia, że system autorytarny jest czymś niedobrym, raczej było praktyczne myślenie o tym, co władza da, czy pozwoli kupić ziemię, da na ciągnik itd.

Zupełnie jak teraz z 500 plus, 300 plus, trzynastą emeryturą itd.

Dokładnie tak. Po drugie, te ośrodki nie przeszły przez dramatyczny dla miast problem kartek. W miastach przez całe lata 80. nie można było nic kupić bez kartek, trzeba było limitować to, co mamy do jedzenia. Małe miasteczka i wieś nie miały tego problemu, bo mieli swoje środki żywnościowe. Dlatego nie wspominają tego systemu tak źle, nie mieli poczucia katastrofy gospodarczej, jaką miały duże miasta. Oczywiście liczne wielkie zakłady przemysłowe zbankrutowały po 1990 roku w wyniku reform gospodarczych, okazały się niezdolne do dostosowania do gospodarki rynkowej i konkurencji zachodniej. Powstał więc silny potencjał odrzucenia tego, co się stało po 1989 roku motywowany poczuciem krzywdy społecznej, dotyczy to także dawnego środowiska robotniczego w miastach.

To bardzo skutecznie wykorzystuje PiS budując narrację o „złodziejskiej Polsce elit”. W tej całej narracji lekceważą prawdę historyczną, czyli o tym, czym był wielki kryzys gospodarczy lat 80. w Polsce, czym była gospodarka socjalistyczna i jak bardzo była zdegradowana. Nie mówi się o zasadzie, na jakiej funkcjonowała, a mianowicie, że mogła istnieć tylko jako dodatek do radzieckiego rynku. Skoro nie mamy radzieckiego rynku, to nie możemy mieć też tych rozmaitych zakładów, które produkowały na tamten rynek po umownych, nierynkowych cenach.

Propaganda prawicy powiązała koszty reform gospodarczych z politycznym sposobem przejścia od dyktatury do demokracji przez kontrakt Okrągłego Stołu, dialog i kompromis, nazywając to „zmową elit”, w domyśle wymierzoną przeciw zwykłym Polakom.

Prezydent Duda rok temu w słynnych gdańskich wystąpieniach oskarżył tę drogę wyjścia z dyktatury jako zbyt kosztowną, a państwo budowane po 1989 jako niesprawiedliwe i właściwie nieprawomocne. Oskarżanie sędziów i atak na niezależność sądów są ciągiem dalszym tej retoryki delegitymizującej państwo.

Czy tak podzielone społeczeństwo może jakoś współegzystować, czy to zawsze oznaczać będzie konflikt?

To zależy od podmiotów na scenie politycznej. Ten konflikt nie powstał teraz, tylko tlił się praktycznie przez cały czas od roku 1989. Mieliśmy partię Tymińskiego, Samoobronę, mieliśmy w pewnych okresach gwałtowny przyrost dla SLD – można się zastanawiać, dlaczego, być może wielu ich ówczesnych wyborców szukało nadziei, że oni cofną zmiany. Mieliśmy bardzo radykalną partię Liga Polskich Rodzin, występującą przeciw wejściu Polski do Unii Europejskiej. Te siły kontestujące ład demokracji parlamentarnej, równości sił politycznych, gospodarki rynkowej oraz integracji z Europą cały czas były obecne. PiS-owi udało się zjednoczyć cały ten obóz i stworzyć ruch, który ma obalić III RP. Zresztą w zasadzie już im się to udało.

Od co najmniej 2016 roku trwa budowanie nowego systemu i nawet tego nie ukrywają. Państwo prawa i procedur zastępowane jest państwem, gdzie decyduje wola polityczna jednej partii.

Jeżeli ktoś z tego obozu, łącznie z samym Dudą, przywołują III RP, to wyłącznie w negatywnych ocenach, w ataku. Nie ma w tej narracji pozytywnych bohaterów, sukcesów, powodów do dumy, nawet „Solidarność” już przestała być czymś ważnym. Budują całkowicie nowe państwo, odcięte od polskich tradycji politycznych, także tych odległych, wojennych, jak Armia Krajowa, czy demokratycznych przedwojennych.

Te wzorce wcielane w życie muszą budzić stanowczy sprzeciw wszystkich, którzy angażowali się w budowanie wolnego państwa polskiego po 1989, którzy nie zapomnieli tradycji „Solidarności”, a także są wrażliwi na wcześniejsze demokratyczne tradycje państwowe. W całej tej tradycji była obecna silna oś przekonań – wymarzona wolna Polska powinna być demokratyczna i europejska, związana z Zachodem.

To, czy Polska będzie się staczać dalej do głębokiego i drastycznego podziału, zależy w dużej mierze od polityków. Oczywiście ci zawsze będą w jakiś sposób skonfliktowani, ale istnieje potrzeba respektowania racji stanu i rozgrywania konfliktu politycznego w pewnych granicach.

Te granice zostały przekroczone, bo jedna ze stron uważa, że tylko oni są prawdziwymi Polakami, reszta to farbowane lisy, „kompradorskie elity”, „komuniści i złodzieje”, obałamuceni, no i agenci. Jeżeli takie wykluczające z narodu określenia się przyjmuje, to w ekstremalnej sytuacji może to nawet prowadzić do wojny domowej.

Polacy są różni i zawsze tacy byli – lewica-prawica, endecja, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy, byli ludzie bardziej otwarci na Zachód i tacy, którzy próbowali zamykać się we własnym gronie, strzec niezmienności.

A może te 30 lat sukcesów, kiedy Polska weszła do Unii, wcześniej do NATO, kiedy rozwijaliśmy się goniąc Zachód to tylko „wypadek przy pracy”? Może to nie przypadek, że przez wiele lat Polska była pod radzieckim butem, wcześniej w ogóle jej nie było…

To bardzo radykalny wniosek, pod którym bym się nie podpisał, ale prawdą jest, że Polacy sami zawinili, że w końcu XVIII wieku Rzeczpospolita przestała istnieć. Taka jest też teza historiografii. Polska przez większą część XVIII w. poniosła ogromne straty, niszcząc oświatę, zdolność modernizowania gospodarki, burząc instynkty państwowe, a wszystkiemu towarzyszyła „wiara” w sarmatyzm, doskonałość i niezmienność własnego stylu życia, wierzeń, także religijnych. Dominowało powiedzenie – za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa. Potem już z pewnego poziomu nie udało się dźwignąć państwa tak, aby wytrzymać nacisk Rosji i innych państw zaborczych.

Dlatego dziś atak na elity, na nauczycieli, lekarzy, prawników, specjalistów z wielu dziedzin jest uderzaniem w podstawę trwania narodu i jego kultury.

Nie jest jednak dla Polski stanem naturalnym, aby być podległym obcym krajom. Polskim dążeniem w XIX i XX wieku było zbudowanie państwa i uczynienie go zdolnym do współdziałania z innymi krajami Europy jako podmiot polityczny. Ludzie mądrzy i myślący wiedzieli, że aby to się stało, trzeba ograniczyć konflikty wewnętrzne, a nie je rozniecać.

Antypaństwowa postawa polega m.in. na tym, że interes partyjny albo ideologiczny dominuje nad potrzebą budowania jedności kraju i kompromisu, a bez tego nie można zbudować trwałości państwa. Państwo to powszechnie uznawane prawo, reguły współżycia i instytucje. Państwo opiera się na kompromisach, także klasowych, jednych grup społecznych z innymi, dobrze zarabiających i słabo zarabiających, bezrobotnych i przedsiębiorców, wierzących i niewierzących, kiedyś dochodzili jeszcze Żydzi, prawosławni, ewangelicy – te wszystkie grupy trzeba było harmonizować, zapewniać im niezbędne prawo do życia i istnienia, aby państwo mogło trwać. Jeżeli próbowano narzucić jedną ideologię i jedno zdanie wszystkim, musiało to wywoływać potężne ruchy odśrodkowe. Druga nauka jest taka, że państwo nie może odstawać od innych krajów europejskich i powinno za nimi podążać.

Nie może stać się żadną wyspą, bo Polska leży między Niemcami a Rosją i może być tylko uczestnikiem sojuszy międzynarodowych, które dają jej bezpieczeństwo. Jeżeli się tego nie rozumie, to nie powinno się brać za politykę.

Dziś buduje się nienawiść

„Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć+ – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) prof. Andrzej Friszke, historyk, członek pierwszego Kolegium IPN (1999-2006) oraz członek Rady IPN (2011-2016).

JUSTYNA KOĆ: Wybory 4 czerwca 1989 roku to początek wolnej Polski czy spisek polityków z SB? Odpowiedź na to pytanie determinuje także dzisiejszą politykę…
PROF. ANDRZEJ FRISZKE: Prawdę mówiąc, wstyd odpowiadać na takie pytanie. Pewni ludzie nieczytający nic wartościowego i niemający zielonego pojęcia o tamtej epoce głoszą tezy mające zdelegitymizować ludzi i formacje tworzące III RP. Nie ma najmniejszych podstaw do zadawania takiego pytania. Od 2002 roku mamy otwarte akta IPN, które są analizowane. Wszystkie istotne już właściwie zostały przejrzane, podobnie teczki personalne, nie ma najmniejszych powodów, żeby takie głupstwa powtarzać.

Jednak wiele osób, także obecnie na najwyższych stanowiskach, tak twierdzi. Tak sugerował np. Andrzej Zybertowicz, powołując się na wypowiedź Andrzeja Gwiazdy. Brakuje elementarnej wiedzy na ten temat. Może powinniśmy bardziej celebrować te wydarzenia, aby zwiększyć świadomość? To powinno być święto narodowe?
Być może tak, tylko żeby opowiedzieć dobrze tę historię, to trzeba coś rozumieć z ówczesnego życia politycznego i mieć świadomość, jak wyglądała sytuacja międzynarodowa oraz na czym polegał kryzys gospodarczy lat 80. Trzeba też myśleć o rządzących wtedy Polską inaczej, niż poprzez schemat budowany na stereotypie stalinizmu. Mam na myśli postrzeganie tamtego okresu przez same morderstwa, zbrodnie itd. Jeżeli nosi się w głowie taki absurdalny obraz rzeczywistości PRL, jaki jest upowszechniany od wielu lat przez polską prawicę, to nigdy się tego nie zrozumie. Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy.

To zacznijmy od początku. Geneza wyborów 4 czerwca to 1985 rok i dojście Gorbaczowa do władzy, a może wcześniejsze Porozumienia Sierpniowe?
Moim zdaniem musimy się cofnąć do epoki przedsolidarnościowej, czyli do 1978 roku, kiedy nastąpił spadek dochodu narodowego o 2 proc. i w zasadzie nigdy to już nie zostało odrobione, mimo różnych podejmowanych przez władze prób. To pokazywało, że system ekonomiczny PRL jest niewydolny i wymaga bardzo poważnych reform. Nie można ich było przeprowadzić z przyczyn politycznych i ideologicznych. Z czasem kryzys stawał się coraz bardziej odczuwany, groził katastrofą. Potrzeba podjęcia bardzo poważnych reform to był główny motyw tego, co się wydarzyło.
To widać w postulatach sierpniowych, gdzie oprócz postulatu wolnych związków zawodowych było sporo postulatów odnośnie do „chleba”.
Porozumienia Sierpniowe podpisano w drugim roku trwania kryzysu, więc ludzie dopiero zaczynali mieć świadomość, że źle się dzieje. Do konkluzji, że to jest kryzys strukturalny, było jeszcze daleko. Przypominam, że zaraz po Sierpniu zostaje powołana sejmowa komisja do spraw reformy gospodarczej, zatem władza wie już o problemie. Okaże się potem, że nie ma warunków politycznych do zmian, zatem mało co się zmieni. Co do zapisów Porozumień, to oczywiście zawsze tak będzie, że strajk, bunt społeczny ma dwa rodzaje żądań: politycznych, ale i ekonomicznych, bo te ostatnie bardziej mobilizują ludzi i zwiększają siłę ruchu. Trzeba też powiedzieć, że propaganda systemu komunistycznego w latach gierkowskich zapewniała, że ludziom się należy pewien poziom życia i dostatku, dostępności do społecznych dóbr, także prawo do mieszkania, i to dawało później świadomość, że system jest niewydolny, bo nie spełnia tych oczekiwań.

Czyli władza sama sobie wyhodowała ten problem?
W perspektywie generalnej tak. Na tym polegał właśnie komunizm, ale tu musimy cofnąć się jeszcze dalej. Do początku komunizmu i tego, co ten system obiecywał: wzrost poziomu życia, zamożności, i do dla ludzi z warstw ludowych, mieszkanie dla każdego, opieka społeczna dla każdego, służba zdrowia… Obiecywał pewną równość. Oczywiście władza miała specjalne przywileje, o czym się nie mówiło, ale każdy wiedział. Ta irytacja na przywileje władzy także ma wyraz w Porozumieniach Sierpniowych.

Wróćmy do lat 80., które przynoszą zaostrzenie sporu rządu z „Solidarnością” i polaryzację, w połowie dekady pojawia się Gorbaczow i w ZSRR kończy się czas „rządów betonu”. Na ile to było ważne dla polskich przemian? Gdyby nie Gorbaczow, nie byłoby 4 czerwca?
Oczywiście. Tu trzeba powiedzieć, jaka była rola ZSRR w całym systemie. Przede wszystkim Moskwa zainstalowała system w Polsce, a następnie dbała o jego niezmienność; żeby kierownictwo partii sprawowało pełną kontrolę nad społeczeństwem, aparatem władzy, gospodarką. I żeby się nic nie zmieniało. Same hasła reform gospodarczych czy próby poluzowania kontroli aparatu władzy nad gospodarką wywoływały skrajnie negatywne reakcje w Moskwie. To jest jedna z głównych przyczyn tego, że nie udało się wprowadzić reform w Polsce. Nagle pojawił się Gorbaczow ze świadomością ich potrzeb, chociaż dodam, że kluczowa była tu też katastrofa w Czarnobylu, która ukazała w pełni niewydolność tego systemu; że grozi realną katastrofą. W ZSRR to obnażyło anachroniczność i niemożność kontynuowania systemu zarządzania i braku kontroli. Pogłębiał się też dystans technologiczny między ZSRR a światem Zachodu. W konsekwencji nagle okazało się, że to ZSRR do reform zachęca. To tworzyło warunki do poszukiwania rozwiązań politycznych. W samym ZSRR oprócz przemian gospodarczych pojawiła się głasnost, czyli jawność, wolność krytyki, potem pomysły na zmiany zasad wyborczych. Krótko mówiąc, ta fala otwierała możliwości liberalizacyjne. Oczywiście to nie było takie proste, bo reżim w PRL miał swoje pokłady konserwatyzmu i bał się rozmowy z tymi, których wsadzał do więzień, oraz powrotu wielkiej fali „Solidarności”, która mogła by ich zmieść. Dlatego to wszystko trwało, Kościół angażował się w mediacje. W końcu nastąpił ruch strajkowy w roku 1988, władza się przestraszyła, że to już ta fala i dopiero wtedy powstały warunki do podjęcia negocjacji.

I tu mamy rozmowy w Magdalence, które doprowadzają do Okrągłego Stołu i w konsekwencji do wyborów 4 czerwca 89, do których, podobno, bardziej parła władza, niż „Solidarność”, która obawiała się, że po wyborach stanie się „kwiatkiem do kożucha”. To prawda?
Tak, ponieważ „Solidarność” przede wszystkim chciała odbudowy związku, bo przecież była zdelegalizowana. Za działanie w „Solidarności”, próby odbudowywania związku groziły represje, bo były to działania nielegalne. Dlatego nadrzędnym postulatem i warunkiem koniecznym było przywrócenie legalności „Solidarności”. Władza natomiast broniła się przed tym, a zależało jej na wciągnięciu ludzi „Solidarności” do legitymizowania systemu i udziału w strukturach parlamentu, żeby zapewnić osłonę dla koniecznych ciężkich reform gospodarczych. Drastyczne reformy były konieczne, bo stan gospodarki był tragiczny. Bez bolesnych refom połączonych z wyraźnym obniżeniem płac i poziomu życia nie było mowy o tym, żeby nawet ruszyć z miejsca. Wiadomo było, że należy podnieść ceny, ale nie płace, zamknąć najbardziej deficytowe zakłady. To zaczął już robić rząd Rakowskiego. Władza potrzebowała też ludzi „Solidarności”, aby pokazać otwartość, wejście na drogę demokratycznych i rynkowych reform, co umożliwi rozmowy z Zachodem o zmniejszeniu obciążeń czy redukcji gigantycznego długu. W zamian chciała dopuścić ich do Sejmu, ale nie do rządu.

Kiedy władze komunistyczne przekonały się, że to się nie uda? Czy to mogła być klęska listy krajowej z największymi dygnitarzami – Rakowskim, Kiszczakiem, Sawickim?
To był akt zamykający, klęska partii, ale już przy Okrągłym Stole „Solidarność” wynegocjowała bardzo duże zmiany ustrojowe, które wcześniej nie były przewidywane, a zmieniły radykalnie sytuację, wspomnę tu chociażby wolne wybory do Senatu. W konsekwencji Senat stał się właściwie całkowicie solidarnościowy: 99 mandatów na 100.

Frekwencja wyborów 4 czerwca to 62 proc. To porażka?
To ważne pytanie, które powinno powrócić w kontekście tego, co mamy obecnie. Na ile społeczeństwo interesowało się strefą publiczną, na ile miało myślenie państwowe? Jednak częściowo przyczyn niskiej frekwencji można szukać w tym, że przez cały PRL udział w wyborach był uważany za obowiązkowy. Po raz pierwszy obywatele dostali wolność, aby nie iść. To niestety bardzo niedobra manifestacja wolności.

Niska frekwencja pozostała. Czy możemy przyczyn upatrywać w tamtych wydarzeniach?
Częściowo może tak, bo wielu ludzi w PRL uważało, że gdy nie pójdą do wyborów, mogą się liczyć z represjami, że dzieci nie przyjmą na studia albo mieszkania się nie dostanie. Zatem lud maszerował i głosował na PZPR jak trzeba. Ciekawe, że w tych rejonach, które są dziś bastionem PiS, „Solidarność” miała najtrudniej, choć to nie znaczy, że tam poparcie miała partia. To były raczej sklerykalizowane regiony, gdzie nie istniała żadna działalność społeczna, mówię o Podkarpaciu, ścianie wschodniej, małych miastach czy wsiach, gdzie w ogóle nie było „Solidarności”. Ludzie szli za księdzem plebanem, co dało w 89 sukces, bo wtedy księża namawiali do głosowania na „Solidarność”.

Dziś mamy elity, które są świadome zagrożenia demokracji, praworządności, zdają sobie sprawę, czym jest trójpodział władzy, protestują w obronie konstytucji, i tych, którzy głosują na PiS. Szukając analogii z PRL, musi dojść do załamania gospodarki, aby przestali popierać władzę?
Mam podobne obawy i sam się zastanawiam, czy społeczeństwu w 89 roku zależało na wolności i demokracji, czy po prostu była to reakcja na kryzys, braki towarów, obniżenie poziomu życia. Pewnie jedno i drugie, bez jednego nie byłoby drugiego. Natomiast rzeczywiście wnioski, jakie się nasuwają, są smutne. Przez 30 lat nie zbudowano przywiązania do wolności, praworządności, odpowiedzialności za siebie, za stan gospodarki.
„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji. Trudno powiedzieć, jak lud zareaguje na tak destrukcyjną propagandę, jaką obserwowaliśmy przy okazji strajku nauczycieli czy kampanii wrogości do sędziów. To kult niekompetencji, braku wykształcenia, kult braku solidnej pracy. Wszystkie te cechy, które są rozwojowe, są dziś opluwane.

Może to jest wina elit III RP, że nie zbudowały społeczeństwa obywatelskiego? Uwierzyły, że demokracja sama się obroni, a wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku?
Ostrożnie z takimi tezami. Gdyby większość tak uważała, nie dopuszczano by do głosu ludzi o innych poglądach w publicznych mediach, tak jak robi się to obecnie. Wolność polega też na możliwości krytykowania, nieuczestniczenia w życiu publicznym, zgłaszania alternatyw, a słuchacze i czytelnicy oceniają i decydują w wyborach.