Bigos tygodniowy

Lansowaną przez władzę PiS, jej media oraz kościelnego sojusznika tezę, że zachowały się one taktownie i delikatnie w stosunku do rodziny zamordowanego Pawła Adamowicza można włożyć między bajki. Najpierw gdański abepe Głódź, największa Oliwa w polskim Episkopacie, wbrew rodzinie wziął i uparł się, by wygłosić homilię podczas nabożeństwa pogrzebowego w katedrze. I dopiął swego mimo, że rodzina prosiła o innego homilianta. I zrób coś takiemu ćwokowi, który uprze się, że nie odda płaszcza. I co mu zrobisz? Z kolei „Uchodzący za Prezydenta RP” chciał nie tylko zasiąść w na nabożeństwie żałobnym w pierwszym rzędzie, ale nawet zalecał się – za pośrednictwem Przybocznego Szczerskiego – z możliwością wygłoszenia przemówienia sprzed ołtarza, by robić tam politykę. W tej sprawie wiadoma Kancelaria nawet wydzwaniała do wdowy, ale ta nie chciała z nimi rozmawiać. Rodzina zamordowanego z oferty więc nie skorzystała, a organizatorzy pogrzebu czyli Miasto Gdańsk zdecydowanie zażądali, aby „Uchodzący za Prezydenta RP” z młodym Morawieckim i ministrem – pożal się boże – „kultury” Glińskim zasiedli z tyłu, na wyznaczonych im miejscach. A że postanowili w tej sytuacji nie przeginać, więc położyli uszy po sobie. Po nabożeństwie widać było, że „Uchodzący za Prezydenta RP” szybko uszedł z kościoła jak niepyszny, mimo że lubi po kościołach chodzić. Władza PiS jest tym co się stało, wstrząśnięta, ale nie zmieszana i wylewa krokodyle łzy. Wygląda na to że liczyli na zrewanżowanie się przez rodzinę zamordowanego prezydenta z wdzięczności za ten samolot wysłany po Jego małżonkę do Londynu. Czasem też komuś inteligentnemu inaczej, jak funk z TVPiS Klarenbach, wyrwie się fraza typu „jakie życie, taka śmierć”, odnosząca się do Pawła Adamowicza. Klarenbach później za to na wizji przepraszał, ale tak mętnie i pokrętnie, że żałość i zażenowanie dupę ściskały. Przepraszam za odrobinę „rynsztokowego” języka, ale to „rynsztokiem” sprawa.

Podczas tegoż nabożeństwa żałobnego, dominikanin o. Ludwik Wiśniewski (istny Demostenes) wygłosił ostre słowo, które pisowcy wzięli do siebie, choć żadne ze zdań jego sugestywnej filipiki nie było skierowane przeciw nim expressis verbis. Czyli PiS samo siebie zadenuncjowało, niczym podpalacz, który wraca na miejsce spowodowanego przez siebie pożaru, Pojawił się też kolejny, poza Wiśniewskim i Wojciechem Lemańskim, kandydat na dysydenta w sutannie, ksiądz Stanisław Walczak, którzy ochrzanił Beatę Mazurek za mowę nienawiści. Zaraza w Grenadzie się rozprzestrzenia.

Tydzień otworzyło posiedzenie Sejmu RP. Pierwszym punktem miało być oddanie hołdu tragicznie zmarłemu prezydentowi Gdańska. Niestety, nie wszyscy zdążyli… Prezes nie dał rady: wiek, uraz kolanka etc., ale dlaczego nie dotarła na czas para w pełni zdrowia, Mazurkowa i Terlecki, tego nie wie nikt. No tak, holowali chorego.

Wspomniany wyżej Gliński został laureatem plebiscytu „Człowiek Wolności 2018” tygodnika „Sieci”. Laureatami za 2016 i 2017 zostali Prezes i jego Przyłębska. Można by rzec: wolność złapana w sieci. Można też rzec: jaka wolność, tacy laureaci. Na oficjalnym spędzie z tej okazji, z udziałem m.in. Kaczyńskiego, młodego Morawieckiego i innych ważnych pisowskich oficjeli, Bronisław Wildstein wygłosił coś w rodzaju wstępniaka na tę okazję i przy tej okazji, choć pogrzeb był ledwo kilka dni temu, wylał porcję czarnych ekskrementów na zamordowanego Pawła Adamowicza.

Ponad miliard złotych ma uchwalić PiS na utrzymywanie czołowej pisowskiej szczujni (TVP). Trudno o bardziej bezczelną prowokację i pokazanie oponentom gestu Kozakiewicza, zwłaszcza po gdańskim mordzie.

Ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną…” z doskoku, ale jawnie już współuczestniczy jako komentatorka w telewizyjce-plujce bliźniaków Karnowskich. Szczególnie boli ją walka o prawa kobiet. Konwersja z „Dziennika Telewizyjnego” w PRL do kruchty i nacjonalistycznej reakcji. Już był taki podobny jegomość po 1989 roku. Nazywał się – nomen omen – Klechta. Tylko patrzeć jak Jakubowska przyklepie ślub z Karnowskimi felietonem w wydaniu papierowym.

Jurek Owsiak wycofał się ze swojej pierwszej decyzji i nadal będzie dowodził Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Przy okazji złożył do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skargę na nienawistne „Plastusie” niejakiej Pieli, które TVPiS pokazywała. Jurku! Nie licz na obiektywizm pisowskiej KRRiT kierowanej przez pisowca Kołodziejskiego. Lepiej zrób jak Hanna Gronkiewicz-Waltz i złóż pozew do sądu.

Prezes TVPiS działając zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” i „uderz w stół, a nożyce się odezwą” zapowiada pozwy przeciwko Adamowi Bodnarowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Krzysztofowi Skibie i Wojciechowi Sadurskiemu, którzy krytykują jego firmę nakręcanie atmosfery nienawiści i szczucie na przeciwników.

A poza tym Polskę spowijał smog, gorszy niż mowa nienawiści…

Flaczki tygodnia

Pierwszą ofiarą mowy nienawiści w III RP był generał Wojciech Jaruzelski. Jedenastego października 1994 roku został zaatakowany przez Stanisława Helskiego podczas wieczoru autorskiego. Helski uderzył generała Jaruzelskiego zwiniętym w gazetę kamieniem. Chciał w taki sposób wymierzyć mu sprawiedliwość za swe doznane krzywdy i niesprawiedliwość w czasie stanu wojennego.

Generał Jaruzelski przeżył ten atak, nie został ofiarą Helskiego. Wielokrotnie nawoływał aby odstąpić od karania napastnika, wybaczał mu publicznie. Helski został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Za kraty nie trafił. Zmarł w 2004 roku.

Mowę nienawiści zachęcającą do fizycznej rozprawy z wrogami i pierwsze akty przemocy wprowadzili w III RP do polskiej polityki młodzi, prawicowi radykałowie z Ligii Republikańskiej. Potem ich epigoni z poznańskiej „Naszości”. To aktywiści Ligii ku uciesze ówczesnych mediów pokrzykiwali „Znajdzie się kij na Kwaśniew3skiego ryj”. To oni w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych regularnie atakowali warszawskie pochody pierwszomajowe. Obrzucali jajkami lewicowych polityków. Trafiły one prezydenta Kwaśniewskiego, premiera Millera, ministra Wiatra. Wiele razy oberwało też od „jajomiotów” otoczenie lewicowych polityków.

Ponieważ rzucane jajka nie zabijają, nawet nie bolą, i zwykle nie śmierdzą, bo trudno w naszym kraju o prawdziwe „zbuki”, to prawicowi radykałowie rychło sięgnęli po mocniejsze środki. Po kwas żrący i kamienie.
Kwasem oblewali płaszcze uczestników pierwszomajowych pochodów. Kamień, jeden z wielu, wyrzucony z ich szeregów zranił nestora PPS, zasłużonego działacza ruchu socjalistycznego, profesora Krzysztofa Dunina- Wąsowicza.

Ówczesne media, nawet te liberalne, nawet ta „wolnościowa” i propagująca demokratyczne wartości „Gazeta Wyborcza”, totalnie lekceważyły tamtą mowę nienawiści i akty fizycznej agresji. Wówczas w krajowych mediach panował powszechny pogląd, że „komuchom to się zwyczajnie należy”.

W czerwcu 1997 roku bojówka prawicowych radykałów, związana z ówczesną Liga Republikańską zaatakowała zebranie ruchu „NIE” w lokalu krajowskiej „Kuźnicy”. Najpierw obrzucili prowadzącego zebranie redaktora Piotra Gadzinowskiego jajkami, potem odpalili świecę dymną. Uciekając zablokowali drzwi. Aby zebrani podusili się. Taką komorę gazową urządzili „komuchom”.

Ponaglana policja zatrzymała powszechnie znanych w Krakowie sprawców, a tamtejsza prokuratura rozpoczęła postępowanie. Okazało się jednak, że zebrane dowody napadu tajemniczo „zginęły” na policji. A prokuratura tak prowadziła postępowanie żeby je w końcu umorzyć. Działo się to w czasach, kiedy formalnie rządził rząd SLD-PSL. Ale politycy SLD dali sobie wtedy wmówić, że SLD „mniej wolno”.

Ataki na lewicowe pochody osłabły za rządów AWS- Unia Wolności. Kiedy ówczesny wódź Ligii Republikańskiej pan Mariusz Kamiński został posłem na Sejm RP i rozpoczął karierę polityczną. Inni, liczni prawicowi radykałowie też rozpoczęli wtedy kariery w administracji państwowej. Dzisiaj znajdziemy ich w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, spec służbach i ministerstwie spraw zagranicznych.

Wczoraj przeżyliśmy niezwykle uroczysty pogrzeb zamordowanego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Ceremonię z oprawą godną pogrzebu prezydenta Polski. Zabójstwo prezydenta Adamowicza stało się powodem licznych apeli o zakończenie wyniszczającej Polskę wojny polskich prawic. Prawicy PiS z prawicą PO, zwanej nieprecyzyjnie wojną polsko- polską. Apele takie padały z licznych, zwykle znanych medialnie ust.

Niestety już sama oprawa pogrzebu dowodzi, że zabójstwo prezydenta Adamowicza nie zakończy, tylko rozpali trwającą wojnę. Każdy z obserwujących ceremonię bez trudu zauważył brak pana prezydenta Dudy i pana premiera Morawickiego na honorowych, widocznych miejscach.
Można nie akceptować politycznie pana prezydenta i pana premiera, ale trzeba szanować ich jako instytucje państwowe. I zgodnie z protokołem należało obu ich posadzić w pierwszych rzędach. A nie pozwalać na to by pan prezydent pałętał się w piątym szeregu, a pan premier jeszcze dalej. Takiego braku respektu dla obu liderów PiS ich zwolennicy nigdy nie zapomną.

W Polsce nie dba się o obowiązujące procedury, protokoły dyplomatyczne, przyjęte reguły. Na oficjalnych imprezach organizatorzy honorują zaroszonych gości wedle swego uważania. Zwykle najpierw wita się biskupa, potem władzę świecką. Na pewno odesłanie prezydenta i premiera na gorsze honorowo miejsca szybko zostanie „pomszczona” przez ultrasów z PiS.
Zwłaszcza, że PiS stworzył swą wspólnotę polityczną na fundamencie patriotyzmu kibolskiego. Na podziale obywateli RP na patriotów i zdrajców. Na nienawiści do „komuny” i teraz do „Postkomuny”. Bohaterami PiS są bandyci zwani przez nich „żołnierzami wyklętymi”. Nie znający litości i przebaczenia.

W Polsce nie dba się o procedury, zasady i obowiązujące prawo, bo polskimi elitami rządzi „tupolewizm”. Czyli „skłonność do robienia rzeczy bez należytego przygotowania i bez odpowiedniego zapasu czasu”. Taką szeroką definicję tego pojęcia podał jego autor, Piotr Stankiewicz w książce „21 polskich grzechów głównych”.

Ofiarami „tupolewizmu” byli generałowie lotnictwa zabici w wypadku transportowej CASy. To „tupolewizm” doprowadził do katastrofy smoleńskiej w 2010 roku i do niedawnej śmierci pięciu nastolatek w koszalińskim „escape – roomie”.

Czy prezydent Adamowicz też jest ofiarą polskiego „tupolewizmu”? Przecież gdyby służby więzienne, policja poważnie potraktowały sygnały o patologicznym charakterze Stefana W., może nie doszłoby do morderstwa?

Kolejnym przykładem „tupolewizmu” była ochrona, a raczej jej brak, podczas gdańskiego koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ochrony policyjnej nie było, bo rządząca ekipa uznaje imprezy WOŚP za skupiska opozycji politycznej. Profesjonalnej ochrony z prywatnej firmy też tam nie było, bo organizatorzy zapewne chcieli zminimalizować koszty imprezy.

Już od dzisiaj mają ruszyć w szkołach lekcje o mowie nienawiści. Zapewne prorządowi nauczyciele będą eksponować przykłady pochodzące z ust opozycji, a opozycyjni nauczyciele z ust elit obecnie rządzących. Wojna PiS – PO wybuchnie na nowym froncie.

Ożyje też spór kto jest winny ostatnim zabójstwom politycznym. Kto skierował Ryszarda Cybę aby zamordował Marka Rosiaka, a kto Stefana W. aby zabił Pawła Adamowicza. Niebawem będziemy mieli wybory do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu i Senatu. „Czary nienawiści” już się napełniają.

Bigos tygodniowy

Młody Morawiecki zadebiutował jako komik stand-upowy. Z trybuny sejmowej perlił się dowcipem, kpił, ironizował, szydził. Pewien aktor, który postanowił wyjątkowo zabłysnąć w pewnej roli, więc dwoił się i troił na scenie, zapytał po spektaklu o opinię reżysera Kazimierza Dejmka. Ten mu odpowiedział: „Był taki bułgarski cyrkowiec. Jeździł na jednokołowym rowerze, jednocześnie lewą ręką żonglując piłeczkami a prawą wirował talerzykiem na czubku kija. Pan był lepszy”. Z rzeczy poważniejszych, które poruszył MM, to deklaracja wycofania się z podwyżki cen prądu. Pisiory przelękły się paryskiej lekcji „żółtych kamizelek”? Tylko jak to zbilansują finansowo? Zaczyna być pod górkę?

 

***

„Jest pan wybitnym mężem stanu i wielkim historykiem, w związku z tym chciałbym zapytać, czy do pana już dotarło, że w czasie II wojny światowej Węgry były sojusznikiem Hitlera, a nie koalicji antyhitlerowskiej. Jak słyszę wasze ujadania, jak widzę wasze narodowe twarze, to chciałbym sparafrazować wielkiego Wojciecha Młynarskiego, „bom ja już nie pachole, żebym ja bym taki zdrowy, jak ja was… szanuję” – powiedział w Sejmie Stefan Niesiołowski do Młodego Morawieckiego. I pomyśleć, że ja kiedyś, w zamierzchłych czasach nie cierpiałem „Niesioła” za ZChN i za klerykalizm. Tempora mutantur…

 

***

Po długotrwałym okresie martwego milczenia (spokój panował w Budapeszcie), w stolicy Węgier niepodziewanie wybuchła fala protestów społecznych przeciw posunięciom rządu Wiktora Orbana. W kilkudniowych już zamieszkach ulicznych, w których biorą udział tysiące ludzi, zatrzymano kilkadziesiąt osób, a kilkunastu policjantów odniosło rany. Doszło też do wtargnięcia protestujących do gmachu rządowej telewizji i do brutalnego potraktowania ich przez siły porządkowe. Impulsem, który sprowokował protesty była ustawa zwiększająca limit obowiązkowych nadgodzin i znacznie opóźniająca wypłatę za ich odpracowanie, nazwana ustawą „niewolniczą”. Wielu protestujących uważa jednak, że ten protest nie dotyczy tylko jednej konkretnej sprawy, lecz jest iskrą antyorbanowskiego przebudzenia na Węgrzech. Orban wydał oświadczenie, że za protestami stoi Soros i jacyś przestępcy i że nie jest to słuszny protest klasy robotniczej. Czyżby ci, którzy przewidywali, że rządy Orbana trwać będą tysiąc lat, jak III Rzesza, jednak się pomylili się i właśnie zaczął się początek końca węgierskiego dyktatora?

 

***

Powtórka serialu „Czarne chmury”. Doskonały humor i optymizm w propisowskich mediach (z wyjątkiem TVPiS) gdzieś prysnął. Zastąpiło je zwątpienie i jeremiada. W „Gazecie Polskiej” Jerzy Targalski: „W styczniu biegliśmy do centrum po większość konstytucyjną. Nic z tego. Pytania prejudycjalne podporządkowują polskie ustawodawstwo bezpośrednio TSUE. Hasło stabilizacji oznacza, że żadnych reform nie będzie. Remont Republiki Okrągłego Stołu okazał się jej cienkim przypudrowaniem. Mieszkańcy miast nie chcą głosować na PiS. Posłanka PiS Joanna Lichocka: „Warto napisać to wprost – istnieje realne prawdopodobieństwo, że ludzie systemu III RP mogą wrócić do władzy. Pokazał to niebezpiecznie wynik wyborczy do samorządów”. Nad „czarnymi chmurami” płacze też Robert Tekieli: „Coraz trudniej pisze mi się te felietony. Coraz ciemniejsze barwy mają te zdjęcia kolejnych tygodni” (…) „do tego wróg wewnętrzny, gdy rodzice w pewnym przedszkolu w Poznaniu dowiedzieli się, że ich dzieci mają wziąć udział w jasełkach, zaprotestowali. Zamiast tego chcą bałwankowo-snieżnego przedstawienia”. Trudno się dziwić rodzicom, że mają po uszy tej klerykalizacji szkół i dyktatury religianctwa. Także niektórzy radni warszawscy i Fundacja Wolność od Religii upominają się o przestrzeganie w końcu neutralności światopoglądowej państwa przez władze publiczne. Miejmy nadzieję, że przekształci się to w areligijny ruch „me to”, walczący o wolność od złego dotyku religijnego. A co do minorowych nastrojów w pisowskich szczujniach, to więcej wiary jest u Pawła Lisickiego w „Do rzeczy”, a w „Sieciach pisentuzjastów Karnowskich to niemal całkiem wesoło, alleluja i do przodu. Dobra mina do gorszej gry?

 

***

To, co odważni rodzice uskubali w szkole, PiS odrobiło na stanowisku Rzecznika Praw Dziecka, którym został jakiś koszmarny klerykał o powierzchowności kleryka, niejaki Mikołaj Pawlak, prawnik jakichś sądów biskupich (czyżby zajmował się dziewicami konsystorskimi?). Ten jegomość jest oczywiście gorliwym zwolennikiem zakazu aborcji, a metodę in vitro określił jako „niegodziwą”. Wygląda na psychicznie przecwelonego wychowanka klechów. Oj, nie przysłuży się ten Mikołaj dzieciom, oj nie przysłuży.

 

***

Siedmioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego zbuntowało się przeciw sposobowi zarządzania firmą i napisało list protestacyjny do Przyłębskiej. Wśród nich jest Piotr Pszczółkowski, niegdyś pisowski kandydat, który był albo czyimś koniem trojańskim albo zbiesił się dopiero po objęciu stanowiska w TK. Tak czy owak PiS ma kolejny punkt zapalny w kolejnym organie sądownictwa. A Niezłomny musiał ukorzyć się przed TSUE i podpisać ustawę o SN. Uginanie się to jednak dla niego, Niezłomnego, chleb powszedni.

 

***

Po policjantach, także pracownicy administracyjni sądów i nauczyciele postanowili zastosować formułę strajku typu L4. To genialny sposób na strajki płacowe. I do tego uczciwy, uczciwszy niż typowy strajk stacjonarny. W końcu, kto z nas jest aż tak zdrowy, żeby nie zasługiwać na zwolnienie lekarskie w każdej chwili?

 

***

PiS pieni się z powodu dwóch spraw warszawskich. Po pierwsze, unosi się oburzeniem na perspektywę przywrócenia dawnych, „komunistycznych” nazw ulic, co oznacza pożegnanie się z patronami klerykalno-nacjonalistycznej reakcji w rodzaju nieszczęsnej „Inki”. W drugiej sprawie, nowe władze Warszawy zachowały się kompletnie niepolitycznie, dając PiS gotową amunicję przeciw sobie. Zmniejszenie bonifikaty mieszkaniowej z 98 procent do 60 procent było strzałem w stopę, a i tak prawdopodobnie będzie trzeba się z tego wycofać i zaproponować jakieś salomonowe rozwiązanie. A co do patronów ulic, to ja się pytam: dlaczego w przestrzeni publicznej ma nadal panować dyktat strony prawicowo-klerykalno-nacjonalistycznej? Z jakiej racji? Jeśli chcą mianować ulice swoimi „Inkami”, Wojtyłami itd., to niech szukają nowych, wolnych miejsc, a odczepią się od lewicowych patronów. Nie wszyscy z nich byli bez skazy, ale patroni nacjonalistyczno-klerykalni także nie, więc o co chodzi?

Flaczki tygodnia

Bojkotujcie księży przychodzących „po kolędzie”. Odmawiajcie rozmowy z nimi, skoro hierarchia polskiego kościoła katolickiego milczy. Skoro najwyżsi pasterze nie chcą rozmawiać ze swymi owieczkami o zbrodniach pedofilskich.
Milczą niezwykle wymownie.

 

***

Bojkotujcie księży pragnących przyjść do was „po kolędzie”. Tylko taki bojkot zmusi Episkopat polskiego kościoła kat. do zabrania głosu.
Nie liczcie, że przyjmiecie księdza i porozmawiacie z nim o pedofilii.
A potem on napisze raport o tym palącym problemie, apel o ujawnienia prawdy, i prześle go Wyżej.
A to Wyżej prześle jeszcze Wyżej.
I po kolejnych szczebelkach hierarchicznej drabiny wasze rozterki dotrą Najwyżej.

 

***

I wtedy światłe kierownictwo polskiego kościoła kat. zaśpiewa radośnie:
„Abba Ojcze!
Wszyscy jesteśmy braćmi
Jesteśmy jedną rodziną.
Tej prawdy nic już nie zaćmi
I teraz jest jej godzina”.
I podzieli się prawdą z „braćmi”, tą „jedną rodziną”.

 

***

Nie podzielą się. Nawet najbardziej zdeklarowani polscy katolicy nie wierzą w to. Nawet Tomasz Terlikowski, ten który publicznie wyrażał radość z utraty mandatu poselskiego przez redaktora Piotra Gadzinowskiego, bo cieszył się, że posła – antyklerykała w Sejmie już nie będzie, też przestał już wierzyć w prawdomówność hierarchów polskiego kościoła kat.

 

***

W wywiadzie udzielonym w „Dzienniku. Gazeta Prawna” dziś postuluje: „Powinna zostać powołana niezależna komisja do spraw zbrodni pedofilskich. Powinna składać się z ludzi świeckich”.
I dodaje: „Niech to będą prawnicy, etycy… Nie może się ona składać z samych biskupów, księży, lecz także ze świeckich ludzi Kościoła. Amerykanie zrobili to w najprostszy sposób – zlecili zbadanie pedofilii niezależnemu instytutowi kryminologicznemu Johna Jaya. Przygotowano bardzo mocny raport. Zróbmy to, zanim będzie za późno”.

 

***

Terlikowski wierzy w boga i jeszcze wierzy w swój kościół kat. Ale hierarchom swego kościoła nie ufa. Boi się, że pedofile w kościele kat. chronieni są przez związanych z nimi hierarchów.
Przypomina zasługi kardynała Stanisława Dziwisza w tuszowaniu prawdy o ekscesach seksualnych Maciela Degollado i jego Legionu Chrystusa.
Pyta: „Dlaczego Dziwisz chronił Maciela, homoseksualistę, mobbera, oszusta? Tak samo, jak kluczowe jest pytanie o to, dlaczego to Wanda Półtawska, przyjaciółka Jana Pawła II, musiała zanieść papieżowi dokumenty dotyczące abpa Paetza. Nie zwalałbym całej odpowiedzialności na kardynała Dziwisza, ale odpowiedzialni, a więc i współodpowiedzialni, powinni być wskazani. O lawendowej mafii w Watykanie mówi się od dawna”.

 

***

O „Lawendowej mafii” w Watykanie, i w polskim Episkopacie też, od dawna wspominają księża i wierzący nadal w boga publicyści katoliccy. Środowiska lewicowe rzadko. Może dlatego, że wiąże im usta poprawność polityczna. Bo za „Lawendową mafię” uważa się grupę wpływowych hierarchów kościoła kat. o homoseksualnej orientacji seksualnej. Homoseksualizm nie jest w Polsce zakazany, za to polskich kościół kat. uważa go za grzech. Jednocześnie powszechnie znani są homoseksualni hierarchowie polskiego kościoła katolickiego. Podejrzewani, że awansują swych podwładnych za seks. Symbolem postawy „awans, praca za seks” stał się arcybiskup Juliusz Paetz.

 

***

Pasterze – hierarchowie zapewne milczą o problemie pedofilii, bo boją się rozpoczęcia publicznej dyskusji o seksualności w kościele kat. W Polsce „ciemny lud”, jak go określił zdeklarowany katolik pan prezes Jacek Kurski, zwykle nie odróżnia pedofila od homoseksualisty. Zwykle ci i ci to są „pederaści”. Zatem wielu homoseksualnych hierarchów i księży może okryć się infamią, bo zostaną wrzuceni do jednego pedofilskiego worka. Zwłaszcza, kiedy ujawniona zostanie też lista homoseksualnych pedofilii.

 

***

Pastuszkowie – hierarchowie milczą, bo zapewne boją się o swoje pieniądze. Boją się, że kiedy ujawnią prawdę i skalę pedofilskich zbrodni, to ruszy lawina procesów i finansowych odszkodowań.
W polskich kościele katolickim prawdziwym bogiem jest mamona. Dla pieniędzy wielu księży katolickich zrobi wszystko. Bez pieniędzy paluszkiem nie kiwną. Bez tradycyjnego „Co łaska” żadnej „łaski boskiej” nie uświadczysz.

 

***

Dlatego bojkotujcie księży przychodzących do was po kolędzie. Tych, który przychodzą po kopertę z tradycyjnym „co łaska”. Tylko brak kopert uświadomi księżom i hierarchom potrzebę ujawnienia prawdy o pedofilii. O hierarchach akceptujących i tuszujących zbrodnie.

 

***

Hierarchowie i księża polskiego kościoła kat. powinni być wdzięczni władzom Polski Ludowej. Modlić się nawet za nich. Za odsunięcie księży i sióstr zakonnych od instytucji związanych z wychowaniem dzieci. Dzięki temu zbrodnie pedofilskie kościoła kat. zostały ograniczone.

 

***

Nie lękajcie się. Nie przyjmujcie księży na duszpasterskich wizytach. Róbcie to dla dobra waszych dzieci, dobra wszystkich dzieci w naszym kraju.

 

***

Prawda was wyzwoli.

Bigos tygodniowy

Marek Cha, człowiek o najwyższych standardach etycznych, mąż nieposzlakowanej uczciwości i patriotyzmu – osadzony w turmie! I to przez dobrych katolików i patriotów! Panie Boże, ty patrzysz i nie grzmisz? Tymczasem protektor „Glapa”, prezes NBP, zamienił się w głównego cenzora kraju i chce zakazać publikacji tekstów o jego podejrzanych ruchach.

***

Jarosław Gowin wzdął się godnością na ambasador Georgette Mosbacher z powodu jej listu w obronie – tak to ogólnie nazwijmy – wolności mediów i odwołał zaplanowane z nią spotkanie. Po tym wzdęciu jego wspaniały i dostojny profil godny rzymskiego patrycjusza wygląda jeszcze szlachetniej niż do tej pory. A co do samego listu i oburzenia PiS. Z jednej strony cóż się dziwić – protektor wspomaga, protektor wymaga, więc wiernopoddańcza wobec USA władza PiS nie powinna się aż tak dziwić ani oburzać tym apodyktycznym, rugającym tonem. Z drugiej, trudno nie odczuć satysfakcji, że protektor tak brutalnie utarł podwładnym nochala, także przecież w obronie własnego interesu, acz summa sumarum także w obronie wolności mediów w końcu. Kończący się rok PiS zaczął od zadarcia z protektorem i podobnie też rok kończy. Zawsze jednak mogą sobie przypomnieć na pociechę nasładzające do mdłości, infantylne i infantylnie przez tubylców odebrane warszawskie przemówienie Trumpa z lipca 2017. Szczególik: pisiorów przeciw Mosbacher wsparła też dawna eseldówka-senatorka, dziś zagorzała pisówka, Grabowska Genowefa.

***

W reakcji na tę hańbę, ksiądz Isakowicz-Zaleski zaćwierkał: „Uległość rządu Polski wobec USA sprowadziła nasz kraj do poziomu Portoryko, w którym o wszystkim decyduje Waszyngton”. Portoryko? Cóż za wybujałe ambicje księdza dobrodzieja.

***

„Gazeta Wyborcza” uporczywie nazywa Cezarego Morawskiego „aktorem serialowym”. Odwołany właśnie ze stanowiska dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu ani mi brat ani swat, ale ten pogardliwy ton nie jest ani ładny ani – przede wszystkim – uzasadniony. Tak rozumując, można by lekceważącym mianem „aktorów serialowych” określić całą galerię wybitnych aktorów teatralnych, którzy brali lub biorą udział w serialach, z Teresą Lipowską, Witoldem Pyrkoszem, Franciszkiem Pieczką, Krzysztofem Kowalewskim, Andrzejem Grabowskim i dziesiątkami innych. A choć Morawski nie jest aktorem aż tej klasy, to przecież profesjonalnym, który lata całe grał w teatrze i w dziesiątkach filmów, n.p. u Zanussiego. Morawski sam jest sobie winien, bo zgodził się przyjąć rolę wrednego, nasłanego z zewnątrz pisiora, ale szacunek dla faktów obowiązuje.

***

Ordo Iuris rozszerza swoją reakcyjną ofertę poza kwestie aborcyjne oraz obyczajowe i wystąpiło do sądu przeciw TVN o propagowanie faszyzmu (sprawa głośnego materiału z „urodzin Hitlera”). Ciągle intryguje mnie uparta, fanatyczna zapalczywość tego dziwnego towarzystwa działającego w duchu krańcowo konserwatywnego, do granic sekciarstwa, katolicyzmu, źródła jego finansowej zasobności i pytanie o to, na kogo można by natrafić, gdyby skutecznie zajrzeć im za plecy.

***

Zawarczał ostrzegawczo, zupełnie jak to robi mój piesek, arcybiskup Stanisław Gądecki: „Ja myślę, że oczekiwanie i zniecierpliwienie ze strony katolików i także wyborców partii rządzącej jest pod tym względem ogromne. Wycofanie się PiS z tej obietnicy byłoby wielkim wyrzutem sumienia, który będzie miał dla nich złe skutki” – powiedział w wywiadzie dla częstochowskiej „Niedzieli”, wskazując m.in. na zahamowany w Sejmie projekt Kai Godek „Zatrzymaj Aborcję” – Tego głosu nie można od tak sobie zlekceważyć. (…) Oni wszyscy są coraz bardziej zniecierpliwieni i rozczarowani”. Miał też na myśli przetrzymywanie od roku w TK wniosku 79 posłów, głównie PiS, o uznanie aborcji eugenicznej za nielegalną. Takie napieranie ultrasów w sytuacji, gdy PiS ma same kłopoty, doprawdy pachnie co najmniej nielojalnością. Prawdziwych przyjaciół poznaje się przecież w biedzie.

***

Jak doniosła Wirtualna Polska (swoją drogą – co za piękna, odlotowa nazwa!), 22 października odbyło się tajne spotkanie na szczycie, Kaczyński-Rydzyk: „Relacje na linii Kaczyński – o. Rydzyk osłabły po rekonstrukcji rządu. Stanowiska stracili wtedy m.in. kojarzeni z toruńską rozgłośnią szef MON Antoni Macierewicz i minister środowiska Jan Szyszko” – napisali w WP. Według Wirtualnej „na spotkaniu 22 października wraz z prezesem PiS stawili się jego najbliżsi współpracownicy – minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i szef MSWiA Joachim Brudziński. Z kolei dyrektorowi Radia Maryja towarzyszyli biskup drohiczyński Antoni Dydycz i kapitan żeglugi wielkiej Mirosław Sielatycki”. Byłażby to grupa trzymająca władzę razem i w porozumieniu? Kapitan Sielatycki też? Czyżby gdzieś zamierzali odpłynąć?

***

O tempora, o mores! Kiedyś to była skala czynów, gdy sam towarzysz „Wiesław” aresztował obraz samej Matki Boskiej Częstochowskiej. A dziś co? W Galerii Dobro w Olsztynie zwykli stójkowi zaaresztowali portrety orła i kobiety z fallusami.

***

Pisiory sfinansowały Szczyt Klimatyczny w Katowicach z pieniędzy od największych trucicieli powietrza. Całe PiS. Całe one. To tak, jakby z pieniędzy Wilka sfinansować dla Babci dom spokojnej starości, a stypendium dla Czerwonego Kapturka. Wegańska uczta w szlachtuzie.

***

Według zamówionego przez rząd raportu, program mieszkanie plus poniósł klęskę. W raporcie, obok twardych danych padło też sformułowanie o rozbudzeniu nadmiernych, nierealistycznych oczekiwań.

***

Anonimowy minister rządu PiS ostrzegł w jednej z gazet przed przyszłoroczną przegraną wyborczą jego formacji. Instytut Badań Pollster wykazał, że zjednoczona opozycja mogłaby wygrać z PiS 50 do 38 procent, a szef rządowego Centrum Badań Strategicznych prof. Waldemar Paruch przestrzega obóz rządzący przed syndromem roku 2007. Może to płynące z takich wieści lęki powodują wyjątkowe dewocyjne wzmożenie w PiS? Pasażerowie PKP będą być może mogli natknąć się w wagonach kolejowych na konfesjonały ze spowiednikami w środku, a znacząca część pisowskiej wierchuszki udała się do Torunia na 27 urodziny radia Rydzyka. Tam Młody Morawiecki (MM) wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, a dostojni goście, włącznie z Ziobrą, Macierewiczem i MM wzięli się za ręce i kołysali w takt pieśni. To klerykalizm prawdziwie pornograficzny. Był tam także prokurator Piotrowicz z różańcem wielkim jak pejcz. Jemu złośliwi internauci poświęcili taką oto litaniję: „Tajemnica Radosna – Piotrowicz zamyka pierwszego opozycjonistę, Tajemnica Świetlista – Piotrowicz dostaje błyszczący krzyż zasługi,Tajemnica Bolesna – Piotrowiczowi rozpada się PRL,
Tajemnica Chwalebna – Piotrowicz znowu ma Pana, któremu włazi w d…”. I tylko Prezes był w Toruniu nieobecny i to była – po prawdzie nie do końca tajemnicza – dodatkowa Tajemnica Bolesna tego spędu. I tylko Dudusia, „fspaniałego mufcy”, nie było, ale jaka tam z niego wierchuszka.

Bajaderka

…w zastępstwie za Flaczki.

 

Pamiętacie, co to bajaderka? To ciastko o wdzięcznej nazwie, przywodzącej na myśl rozkosze Orientu, wytwarzane jest z okruchów z różnych ciast. Smaczne, ale trochę pogardzane jako produkt gorszego sortu. Taką bajaderkę przygotowałem na czas nieobecności flaczków.

***

Taki już garbaty los naszego współczesnego Nikodema Dyzmy czyli Andrzeja Dudy, by od początku kadencji robić z siebie pośmiewisko. Zaczął tę praktykę podczas mowy inauguracyjnej w sierpniu 2015 roku, kiedy to sam siebie nazwał „człowiekiem niezłomnym”, wznosząc się na szczyty żenującego kabotyństwa, tak obciachowego, że czerwieniłem się za niego w środku. Potem były przeszło trzy lata wypełnione festiwalem pośmiewiska, które znalazło swoją syntezę w postaci Adriana z „Ucha prezesa”. Nasz Nikodem Dyzma jednak nie ustaje w uprawianiu obciachu. Tym razem za sprawą żarówki. Podczas swojej wizyty w Niemczech, w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmaiera wyraził żal, że w polskich sklepach nie można kupić zwykłej żarówki, a tylko – psiakość panie – energooszczędną. Hm, jakby to powiedzieć… No właśnie, otóż ową żarówkę energooszczędną wymyślono i wprowadzono w Unii Europejskiej do sprzedaży, eliminując żarówki starego typu, tak jak wprowadza się do użytku nowe, bardziej ekologiczne auta, czy nowe technologie ogrzewania pomieszczeń, zaniechawszy produkcji i sprzedaży starych „kopciuchów”. Jest w tym rodzaj administracyjnego przymusu, ale zbawiennego dla ratowania środowiska naturalnego. Równoległe zachowanie dostępności nowych i starych technologii byłoby działaniem mijającym się z celem, szkodliwym i sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem. Jednak by to rozumieć, trzeba umieć wydobyć się z mentalnego, prowincjonalnego myślowego zadupia…

***

A dlaczego Nikodem Dyzma? Otóż, jak wiadomo, Nikodem Dyzma z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza dostał się na polityczne salony i zrobił tytułową karierę przez czysty przypadek: znalazł na chodniku zaproszenie na rządowy raut. Gdyby znalazł je ktoś inny, może to on by zrobił karierę. Gdyby prezes PiS wyznaczył wtedy na prezydenckiego kandydata na przykład Marka Suskiego, Krystynę Pawłowicz, konia z Janowa Podlaskiego czy któregoś ze swych kotów, niechybnie ktoś z tej czwórki zostałby prezydentem.

***

Towarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną i….ką” prawusków działającą z doskoku, lecz stałą autorką portalu „w potylicę” bliźniaków Karnowskich. Przeszła więc konwersję pełną gębą, co się zowie. Od spikerowania w PRL-owskim „Dzienniku Telewizyjnym” poprzez udział w rządzie Leszka Millera („i czasopisma”) zawędrowała w końcu do jednej z pisowskich szczujni. Kto wie, czy to nie większy skok niż w przypadku skromnego, nikomu kiedyś nieznanego prokuratora Piotrowicza.

***

Gdy kilka miesięcy temu przeczytałem wywiad z Moniką Jaruzelską, w którym krytykowała walkę o liberalizację prawa aborcyjnego, tknęło mnie przeczucie, że jest to być może kandydatka dobra w sam raz, dajmy na to, do Koalicji Obywatelskiej, ale nie do SLD – Lewica Razem i zapachniało mi zupą OGÓRKOWĄ. Jednak dopiero po jej negatywnej wypowiedzi na temat „Tęczowego piątku” Krzysztof Gawkowski wezwał ją do złożenia świeżo zdobytego mandatu. Rychło w czas, choć Jaruzelska i tak mandatu nie złoży, bo „co mi pan zrobi”. Niestety, niedawno Leszek Miller znów nie skorzystał z okazji, by nie podzielić się swoim kolejnym genialnym pomysłem politycznym i sufluje Jaruzelską na SLD-owską kandydatkę w wyborach prezydenckich 2020. Wypichcona trzy lata temu przez Millera zupa OGÓRKOWA do dziś odbija się Sojuszowi niesmakiem. Szkoda, że to sam Miller osobiście nie musiał skonsumować zupy, której nawarzył. Konsumpcji drugiej zupy według jego przepisu SLD może tym razem już nie przeżyć. Jeśli do tego dodać, że przed laty ogłaszał „lwicą lewicy” Aleksandrę Jakubowską, która dziś wysługuje się Karnowskim, to nie sposób nie zauważyć, że Leszek Miller na queenmakera lewicy zupełnie, ale to zupełnie się nie nadaje. Z jego „lwic lewicy” wychodzą na koniec mieszczańskie, konserwatywne damulki.

***

Beata „Kraksa” Szydło i Andrzej „Kraksa” Duda już po raz drugi uczestniczyli w kolizjach wiozących ich samochodowych kolumn. Po prawdzie nie ma się z czego śmiać, bo jak tak dalej pójdzie, to kogoś w końcu zabiją na pasach i to dopiero będzie jazda. Moja hipoteza co do przyczyn tej pechowej serii jest następująca. Pisiory to typ spoconych osobników w pogoni za władzą. Rządzą chciwie, nerwowo, pośpiesznie, bez cienia luzu, z zaciętymi ustami i złym, przekrwionym wzrokiem. A że jeżdżą po kraju gorączkowo, jak opętani, jak najęci, wiecznie gdzieś są spóźnieni, wiecznie gdzieś nie mogą zdążyć. Ta nerwowość, ta presja udziela się więc też siłą rzeczy „dołowi” czyli takiemu personelowi jak właśnie choćby ich biedni kierowcy, do tego na ogół niedoświadczeni, świeżo przyjęci po odejściu poprzedniej kadry. Jeżdżą więc ci kierowcy szybko, nerwowo, ściskając kierownicę drżącymi z emocji dłońmi i spoglądając w lusterku na zacięte, rozdrażnione oblicze pryncypałów, a w takich warunkach o błąd nietrudno. Lot prezydenckiego tupolewa, 10 kwietnia 2010 do Smoleńska… A, dajmy temu pokój.

***

Pisiory i ich media bardzo były oburzone z powodu proklamowania (bo z realizacją było słabiej) „Tęczowego piątku” w szkołach. Podniósł się wrzask, że to homoindoktrynacja, deprawacja i tak dalej w znanym stylu. Jeśli jednak są tak wrażliwi na indoktrynację i deprawację, to niech przestaną promować takową w szkołach w postaci nasyłania na młodzież kleru, znanego z filmu „Kler”, krzewienia bredni religijnej oraz hołdowania pamięci „bandytów wyklętych”. Kler w szkole – to jest dopiero deprawacja.

***

Na bardzo długo przed niedawnymi wyborami Antoni Macierewicz zniknął z ekranów TVPiS i został ukryty w schowku. Wiadomo – żeby nie odstraszyć umiarkowanego elektoratu. I oto już w chwilę po wyborach Antoni pojawił się na pisowskim ekranie, niczym diabeł z pudełka, do tego z deklaracją, że jego podkomisja smoleńska jeszcze nie umarła, pracuje i za jakiś czas ujawni owoce swej wiekopomnej pracy. Nie można było dla pozoru poczekać choć tydzień-dwa?

***

Profesor Wojciech Sadurski sporządził akt oskarżenia przeciwko Andrzejowi Sebastianowi Dudzie, ur. 16 maja 1972 w Krakowie, Beacie Marii Szydło, ur. 15 kwietnia 1963 w Oświęcimiu, Mateuszowi Jakubowi Morawieckiemu, ur. 20 czerwca 1968 we Wrocławiu, Zbigniewowi Tadeuszowi Ziobrze, ur. 18 sierpnia 1970 w Krakowie, Julii Annie Przyłębskiej, ur. 16 listopada 1959 w Bydgoszczy i Jarosławowi Aleksandrowi Kaczyńskiemu, ur. 18 czerwca 1949 w Warszawie. Profesor zastosował formułę skróconą, bo brakuje imion rodziców oraz miejsc zamieszkania. Te braki trzeba będzie w przyszłości uzupełnić.

Wspomnienia ze współczesności

W szaleńczo zmieniającym się współczesnym świecie łacińska sentencja Nihil novi sub sole, czyli nic nowego pod słońcem,  tylko z pozoru wydaje się anachronizmem.

 

W roku obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości warto przypomnieć zapomnianą postać wybitnego polskiego intelektualisty, działacza niepodległościowego i socjalisty, członka m. in. w Związku Zagranicznym Socjalistów Polskich – Kazimierza Kelles-Krauza. Nie miejsce tu na jego obszerną biografię, w której znalazła by się konspiracyjna działalność z lat młodzieńczych, publicystyka w socjalistycznych krajowych i zagranicznych tytułach, studia i praca naukowa na ważnych europejskich uczelniach, wreszcie głoszony pogląd, że tylko robotnicy mają interes w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, bowiem wszystkie pozostałe klasy mogą być przekupione przez zaborców. W naukach społecznych, jako że opierał się na myśli marksistowskiej, jest obecnie pomijany, acz jego dorobek nie ma nic z ortodoksji, a sformułowane „prawo retrospekcji przewrotowej” wpisało się na stałe do rozważań myśli filozoficznej i socjologicznej.

 

Te ideały

Mówi ono – w największym skrócie – „Ideały, którymi wszelki ruch reformacyjny pragnie zastąpić istniejące normy społeczne, podobne są zawsze do norm z bardziej lub mniej oddalonej przeszłości”. Wspominam osobę i myśl Kelles-Krauza z uwagi na minioną rocznicę jego śmierci (zmarł mając 34 lata), również ze względu na poważne ubytki wiedzy, powszechne dziś lekceważenie bądź w niepamięć odrzucanie przeszłości, która wpływa na dzisiejszość i nadal kształtować będzie przyszłość.
Przykładów we wszystkich sferach naszego życia co nie miara.

 

Konflikt pomiędzy

spełnieniem uczuć łączących zakochanych, a obowiązującymi zwyczajami, normami prawa oraz innymi barierami jest znanym od wieków motywem literackim. Nabiera szczególnego znaczenia gdy dotyka współczesności, a w jeszcze większym stopniu, kiedy zderza się z wrogimi nam dekretami, nakazami, rozporządzeniami i ukazami o charakterze politycznym. Na takim właśnie tle wydarzeń minionej zimnej wojny z połowy lat 50. ubiegłego wieku zbudowany jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”. W pamięci mam zapisany podobny temat, przedstawiany z nadzwyczaj wielkim powodzeniem na ówczesnych radzieckich scenach teatralnych w minionych latach 70. „Warszawska melodia” Leonida Zorina z 1967 roku opisuje historię miłości Rosjanina i Polki studiującej w moskiewskim konserwatorium, której uwieńczeniem nie stanie się wymarzony ślub, bowiem w 1947 roku Stalin zabronił swoim obywatelom małżeństw z cudzoziemcami. Zakochani spotykają się w życiu jeszcze nie raz, ale finał ich znajomości wyznaczył dyktator. Dla ówczesnej radzieckiej widowni był ten spektakl, w ramach trwającej politycznej odwilży, pierwszym teatralnym przekazem prawdy o ludzkim losie naznaczonym niedawną polityką, ale w polskich realiach „Warszawska melodia” wielkiej kariery nie zrobiła, bowiem byliśmy o wiele bogatsi w wiedzę o daleko bardziej idących, porażających skutkach stalinizmu. Dość przypomnieć, że na początku lat 60. „Polityka” w masowym nakładzie drukowała w odcinkach łagierne opowiadanie Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.
Nie zmienia to oczywiście, oddalonych w czasie, acz powtarzających się jak mantra, dramatów Zuli i Wiktora oraz Heli i Witi, a także Wiery i Michała z „Małej Moskwy”.

 

Wracając do współczesności,

to Tomasz Lis widzi ją, jako koniec pewnego świata wartości i zasad. „Zastępuje go świat, w którym najważniejsze są interesy i siła. W pierwszym świecie relacje były regulowane przez porozumienia i kompromisy. W tym drugim określa je dominacja silniejszego”, a amerykański prezydent nie jest już liderem wolnego świata (Newsweek z 18.06.2018). Ta sentencja wprawia w głębokie zaniepokojenie, bowiem potwierdza, że Pan Redaktor wygłaszając bajkowe czyli propagandowe slogany, nie tylko mija się z prawdą ale nadto objawia podstawowy brak wiedzy historycznej i politologicznej.
Niestety, jak świat światem, zawsze tak bywało, że najważniejsze były w polityce rozliczne interesy, których osiągniecie zapewniała na ogół siła (oczywiście, że nie tylko zbrojna), zaś porozumienia i kompromisy wynikały z czasowej równowagi mocy przeciwników, bądź braku pewności zwycięstwa w ewentualnym konflikcie. Dobra wola, szacunek dla słabszego i inne takie to albo banialuki, albo marzenia do których być może nie wiedzie, nas na to oczekujących, żadna droga.
Pojęcie „wolny świat” zrodzone w okresie rywalizacji dwóch supermocarstw było niestety ówczesnym fake newsem, gdyż w tym wolnym świecie wiele milionów nie cieszyło się wcale wolnością, będąc pod dominacją USA i innych zachodnich mocarstw. Równie daleko było też do wolnego świata krajom obozu socjalistycznego. Dziś przytaczanie tego pojęcia odnawia podział na dobrych i złych, w miejsce uznania i akceptacji inności, oraz afirmację doktryny o niesieniu demokracji, często zresztą militarnymi środkami.

 

Ameryka najpierw

Trump poprzez hasło „America First” wcale nie odżegnał się od udziału w światowej polityce, potwierdza jedynie w praktyce nadrzędny wpływ na nią Stanów Zjednoczonych innym, niż poprzednicy, postępowaniem i dyplomatycznymi grami, ale w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Wyniki szczytu G-7 tak komentuje Lis: „Zamiast racji stanu – stan infantylizmu równie znaczący co kartka papieru, którą wymachiwał po powrocie z Monachium premier Chamberlain, zapewniając, że właśnie zapewnił światu pokój. Kartka Chamberlaina symbolizowała appeasement. Kartka ze szczytu – koniec pewnego świata.” Porównanie tamtego wydarzenia ze współczesnym stanem stosunków międzynarodowych jest nieadekwatne, bowiem tzw. „koniec pewnego świata” nie wróży przecież kolejnego globalnego konfliktu. Obecnie, poza żądnym kolejnych zamówień kompleksem przemysłowo-militarnym, wojskowymi marzącymi o awansach i orderach, politykami przykrywającymi straszeniem obywateli swoje błędy, a także armią propagandzistów z tego żyjących, nic realnie nie wskazuje na groźbę nowej światowej wojny
Autor omaszcza swoje dywagacje bliskimi wszystkim kibicom rozważaniami o piłkarskich mistrzostwach świata: „Rosja nie odegra zapewne wielkiej roli… Na piłkarskich mistrzostwach mamy szansę na całkiem dobre miejsce.” Aktualne wyniki to wyjście Rosjan z grupy i totalna klęska Polaków. Takie to są udane prognozy Pana Redaktora dotyczące i polityki, i sportu.

 

Przejść do ataku

proponuje w tym samym wydaniu Newsweeka Cezary Michalski, bo „Jeśli liberałowie nie potrafią podjąć odważnych politycznych decyzji zrobią to za nich wrogowie. Jeśli skapitulują przed prawicą i przed lewicowym populizmem, to walkowerem oddadzą polityczną scenę.” „Lewicowy populizm” powtarza się w tekście kilkukrotnie co świadczy albo o nierozróżnianiu pojęć „populizm” i „polityka prospołeczna”, które znaczą przecież coś zupełnie innego tak w swoich celach i osiąganych efektach, albo też stanowi dezawuowanie lewicowego programu, co równie dobrze mógłby autor zastąpić np. „postkomunistyczną lewicą”. Ale nie, bo zapewne dotyczyć ma to także, w intencji Michalskiego, programów Barbary Nowackiej i partii Razem.
Wyrażane apele pod adresem liberałów też budzą zdziwienie, bo mieli, abstrahując pod jakimi szyldami partyjnymi występowali, wiele szans i lat na to, aby podejmować odważne decyzje, z których, jak się okazało, wykluł się PiS w znanym nam powszechnie wydaniu.

 

Zaniki pamięci

Te zaniki pamięci z nie tak odległych czasów są drobiazgiem w porównaniu do zakończenia artykułu: „Tylko najszersze liberalne centrum [czytaj Platforma Obywatelska – Z.T.] – sięgające od Michała Kazimierza Ujazdowskiego na konserwatywnym skrzydle, aż po Danutę Hubner, Dariusza Rosatiego czy Bartosza Arłukowicza na skrzydle socjalliberalnym – ma szansę uratować demokrację w Polsce. Polskie mieszczaństwo, polska klasa średnia, czekają na wyrazisty język swoich reprezentantów i na ich odważne decyzje.”
Okazuje się więc, że linia programowa pisma zmierza skutecznie w kierunku przedziwnych wyobrażeń i przypowieści, przy których miesięcznik „Wróżka” jest wiarygodnym tytułem.

 

Wspomnienia i doświadczenia

z nieodległej przeszłości: okrucieństwo żołnierzy wyklętych mordujących sąsiadów na małopolskiej wsi, szanse nauki i wyższego wykształcenia jaki dał nowy ustrój chłopskiemu synowi, wreszcie oświatowa działalność i przychylna ludziom wiceprezydentura, nie zapominając o pasji ważnego działacza związku piłkarskiego, zawarły się w godnej, mądrej, wspaniałej postaci Jana Nowaka. W ten miniony, gorący emocjami Mundialu i nadspodziewanie wysoką temperaturą dzień, żegnaliśmy Janka (żył 90 lat) – jednego z nas ludzi lewicy – na krakowskim cmentarzu.

Gdy rozum śpi

…to brak mądrych wypowiedzi, głębszych refleksji i sensownych pomysłów, co w końcu utrwala przebudzone upiory.

 

Miniona rocznica czerwcowych wyborów z 1989 roku przeszła właściwie niezauważona być może dlatego, że to nie okrągła data, co tylko pozornie wyjaśnia ciszę wokół niej panującą. Rządzący, postsolidarnościowy PiS rocznicę zdezawuował, a tamten czas uznał za symbol zdrady i zmowy elit. Cicho było w opozycyjnej postsolidarnościowej Platformie Obywatelskiej, być może z racji okazywanej przez nią od dawna niemocy. Lewica natomiast przypomniała, że od wspaniałych obietnic do codzienności wiodła, i wiedzie nadal, daleka droga, pełna straconych szans, nieobliczalnych pomysłów i decyzji, licznych ofiar, co zdaniem Piotra Szmulewicza oznacza, że 4 czerwca to święto dla wybranych. Przypieczętowuje tę ocenę Jacek Żakowski twierdząc, że przez ostatnie 30 lat „równym krokiem zmierzaliśmy do samobójstwa”, bo nie nauczyliśmy społeczeństwa demokracji.

 

Stanowczy odpór

wszystkim tym opiniom dała w redakcyjnym komentarzu „Gazety Wyborczej” (6.06.2018) Dominika Wielowiejska uważając, że 4 czerwca powinien być polskim świętem narodowym. Autorka pisze: „Przy ocenie III RP nie chodzi mi o lukrowanie rzeczywistości, ale o zachowanie odpowiednich proporcji. Bo jeśli będziemy nieustannie narzekać, że po 4 czerwca nie wszystko było idealne – co jest prawdą – to tym bardziej powinniśmy wykreślić z kalendarza 11 listopada 1918 r. i anulować obchody 100-lecia niepodległości. Przecież II RP była państwem opresyjnym wobec wielu grup społecznych czy narodowych. Nie wspomnę o niesamowitej biedzie sporej części jej obywateli.”
Pani Wielowiejskiej po prostu pomyliły się obchody z oceną, albo też zaakceptowała, zapewne nieświadomie, ich PiS-owską wersję. Rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, uznawana przez gros obywateli bez względu na ich polityczne wybory, nie może się żadną miarą, jak chce Wielowiejska, wiązać się z jakąkolwiek oceną tego, co po 11 listopada nastąpiło, czyli II Rzeczpospolitą. To są dwa odmienne polityczne fakty i byty, związane tylko ciągiem wydarzeń, a niczym innym.
Tamto, sprzed 100 lat, historyczne zdarzenie było wielkim sukcesem odmiennych, a często wrogich sobie, ruchów, ugrupowań, stronnictw i partii politycznych, które w imię dobra wyższego – niepodległej Polski – potrafiły wspólnie osiągnąć tryumf. Natomiast II Rzeczpospolitą, poza okresem uchwalenia Konstytucji marcowej, a szczególnie po zamachu majowym, trudno by nazwać matką dla wszystkich Polaków. Identycznie rzecz ma się z przywołanym 4 czerwca i III RP, która nader często występowała, i nadal to czyni, w roli macochy.

 

Kolejny wywód

autorki to ponowna pomyłka, tym razem dotycząca pojęcia czasu : „Natomiast z lewej strony słyszę, że nie ma czego świętować, bo wielu ludzi nie ma poczucia, by w Polsce żyło im się dobrze. Tak jakby rząd Tadeusza Mazowieckiego odziedziczył państwo kwitnące, a nie zbankrutowane, ze skorumpowanymi i słabymi instytucjami.”
Warto wiec przypomnieć, że znaną zasadą tłumaczenia niepowodzeń przez rządzących jest zwalanie winy na poprzedników. Minęło jednak zbyt wiele czasu by dzisiejszy stan opinii o Polsce tłumaczyć daleką przeszłością, tym bardziej, że nie tylko idzie tu o poziom materialnego życia. Jeżeli bierze się odpowiedzialność za państwo, a Solidarność rwała się do tego wyjątkowo, to także ze wszystkimi konsekwencjami, po prawie 30 latach sprawowania władzy. Nadto wiedzieć trzeba, że zadłużenie PRL było niższe niż dzisiejszej RP, ówczesna korupcja (nota bene, czy ktoś widział bogatego komunistę, na wzór dzisiejszych np. niektórych polityków?) w stosunku do aktualnej na wyżynach władzy to hetka-pętelka, a z instytucjami też bardzo różnie dziś bywa.

 

Samobójstwo,

o którym pisze Żakowski wynika tylko w pewnej mierze z braku edukacji demokracji. Uczyć jej niewątpliwie należy, z uwagi na fakt, że pod tym pojęciem kryje się nie tylko system rządów i forma sprawowania władzy, ale równie ważny, a raczej ważniejszy, zespół wartości demokratycznych, obejmujących całokształt warunków, zachowań i praw przynależnych obywatelowi i od niego oczekiwanych. W postsolidarnościowej praktyce sprowadzały się one jedynie do samego systemu władzy i apologii wolności, rozumianej głównie jako niepodległość i suwerenność. Pozostałe desygnaty pojęcia wartości demokratyczne w III RP były przez postsolidarnościowe rządy i partie, a także towarzyszące im kręgi opiniotwórcze, w ograniczonej-niewielkiej skali przestrzegane. Stąd brak nie tylko skutku nauk, o których pisze Żakowski, ale od lat zła, lekceważąca elementarne ludzkie potrzeby i podstawowe wartości, działalność państwowej władzy prowadzi nas wszystkich do samobójstwa. Natomiast Wielowiejska uważa, że : „Musimy stawiać słupy milowe, które będą dla społeczeństwa drogowskazami. Warto poszukać choćby jednej daty, która nas łączy, i włożyć więcej wysiłku w to, aby to święto wypromować.” Powyższe remedium to leczenie ciężkiej choroby opowiadaniem świątecznych bajek.

 

Wspomniany komentarz

potwierdza także pośrednio, że miłość redakcji „GW” do II i III RP jest w stanie wszystko wybaczyć, w odróżnieniu do PRL, któremu i daty 22 lipca, i wielkich dokonań – mimo niewątpliwych błędów i krzywd – które przyniósł, nigdy nie odpuści. I z takim stosunkiem do milionów ludzi, którzy dobrze pamiętają okres Polski Ludowej, bądź zachowują umiar i odpowiedzialność w ocenie minionych czasów, chce p. Wielowiejska wspólnie celebrować wymyślone, polskie święto ogólnonarodowe.

 

Zbliżony ogląd rzeczywistości

prezentuje Adam Szlapka („GW” – „Konstytuanta 2019” – 4.06.2018), który nawołując do wspólnego pójścia opozycji w najbliższych wyborach parlamentarnych, uzdrowienie i zabezpieczenie na przyszłość Polski przez podobnymi jak PiS, widzi w realizacji czterech elementów: przywrócenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości, dodatkowe zabezpieczenia w konstytucji, silniejsze zakorzenienie w Europie i otwartość systemu parlamentarnego. W konkluzji czytamy: „Po latach od 4 czerwca 1989 r. potrzebujemy nowej umowy społecznej, która stanie się podstawą konstytuanty po PiS. Warto rozpocząć tę dyskusję i w jej czasie pamiętać nie tylko o wolności, ale również o solidarności – fundamentalnej wartości, której naruszanie przypomniało 40 dni protestu osób z niepełnosprawnościami. Po porozumieniu o praworządności i demokracji nową umowę społeczną można rozszerzać o kolejne elementy.”
Autor, uwiedziony PiS-owskim i aktualnego prezydenta pomysłem o nowej Konstytucji, nie tylko obecnie obowiązującej nie dezawuuje, ale nadto wyobraża sobie, że poprzez przepisy w nowej ustawie zasadniczej można w pełni kreować pożądaną rzeczywistość. Jeżeli by tak było, to obecna dewastacja wymiaru sprawiedliwości nie miałaby miejsca, rozdział kościoła od państwa byłby przestrzegany, a zapisana w Konstytucji z 1952 roku wolność słowa obowiązywałaby wtedy.

 

Praktyka polityczna dowiodła,

że nie tylko konstytucyjne przepisy mogą być pomijane, łamane, albo falandyzowane (przypomnę, że to określenie pochodzi od interpretacji przepisów Konstytucji dokonywanych przez Lech Falandysza – doradcy ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy), czyli naginane do aktualnych potrzeb rządzących. Zapewne działo się to także z głębokiego przekonania do określonych ideologicznych racji, chęci szybkich zmian bądź najzwyklejszego braku głębszej refleksji.
Po latach Marcin Król mówi, że byliśmy głupi i dodaje : „Zło powszechne wylazło wszędzie, psuje ustrój państwa, instytucje, relacje międzyludzkie, język…Rewolucja przeprowadzona przez liberałów w 1989 roku była zafascynowana wolnością. Wolność stanowiła najważniejszą wartość, na ołtarzu której złożyliśmy wszystkie inne” („Newsweek” nr. 20/2018).
Andrzej Zoll w swoim czasie oświadczył: „Trybunał rozpatrywał instrukcję wprowadzającą religię do szkół. Była duża różnica zdań(….) Orzekliśmy, że instrukcja jest zgodna z Konstytucją. Ale dziś uważam, że głosowałem źle i źle orzekaliśmy. Do szkół powinno być wprowadzone religioznawstwo, nauka o różnych religiach i ich znaczeniu dla kultury. Katecheza powinna odbywać się w kościołach.” Wówczas Trybunał rozpatrywał skargę SLD na niekonstytucyjność instrukcji ministra oświaty wprowadzającej religię do szkół, co oznacza, że i prof. Samsonowicz powinien przyznać się do błędu. I jeszcze kolejni przewodniczący i członkowie Trybunału orzekający na temat tzw. dezubekizacji. I nie tylko.
W sprawie podpisanego w swoim czasie konkordatu wyraża gorycz i żal Stefan Frankiewicz (m. in. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej), a dla byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego – patrona żołnierzy wyklętych – nie są dziś oni ani wyklęci, ani niezłomni („GW”, 24.02.2018). I dodaje, że: „Koniec końców historia przyznała racje tym, którzy nie czekali na III wojnę światową, ale poszli na studia, do pracy, odbudowywać kraj.”

 

Zadziwia w tym kontekście

résumé Adama Szlapki, w którym nie bacząc na dotychczasowe polskie doświadczenia, jako ewentualny dodatkowy element projektowanej umowy społecznej, widzi – ale tylko być może – jeszcze jedną, ale podstawową i powszechnie oczekiwaną zasadę, jaką jest sprawiedliwość społeczna.
Bez niej bowiem tuczą się obecne upiory, i powstaną nowe.