Krystyny Jandy skoki z wysokości

Od samego początku swojej artystycznej drogi Krystyna Janda zawarła przymierze z widzami.
Zawsze wiedziała, do kogo, po co i dlaczego mówi.

 

Przy czym przymierze to miało swój awers i rewers, ton serio i buffo, niczym w walce karnawału z postem. Toteż nigdy nie dziwiło sąsiedztwo takich premier jak „Pomoc domowa” i „Zapiski z wygnania”. To przymierze pozostało fundamentalną zasadą jej twórczej pracy, sprzyjało licznym osiągnięciom, mierzonym otrzymywanymi nagrodami na rozmaitych festiwalach, w konkursach i plebiscytach czytelników czy widzów. Strona e-teatru, rejestrująca nagrody odnotowuje ich 75, tyle otrzymała do tej pory artystka – tak więc Nagroda im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya, która właśnie otrzymała, nosi numer kolejny „76”.
Jeśli by szukać jakiegoś mianownika artystycznych dokonań Laureatki, na pierwszym miejscu trzeba by wymienić odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań. Właściwie to sama artystka podsuwa ten mianownik tytułem jednego ze swych spektakli solistycznych, które przygotowała w Teatrze Polonia – mam na myśli „Skok z wysokości” Leslie Ayvasian.
To było bardzo zabawne spotkanie – Krystyna Janda w kąpielowym szlafroku, uśmiechnięta, przyjmowała swoich widzów-gości w Teatrze Polonia (na scence w foyer, „Fioletowe pończochy”), zapraszając do wspólnej zabawy. Jej współpracownice rozdawały ponad 20 „ról”, niektóre bardzo malutkie, ale dwie, ho ho, to rola męża i syna. Widzowie się nie opierali, przygotowani na tę „niespodziankę” przez poprzedzający premierę rozgłos. Tylko recenzentka „Naszego Dziennika” odmówiła, zapewne dlatego, aby zachować odpowiedni dystans, tak potrzebny krytykowi. Widzowie użyci jako domniemani partnerzy mieli wypowiadać rozdane kwestie, najlepiej „na biało”, czyli bez przesadnej interpretacji, aktorka robiła resztę: oto kobieta, która ma lęk wysokości, a właśnie obiecała synowi, że skoczy z wieży do basenu.
Może to tylko figura stylistyczna, ale odnoszę wrażenie, że aktorska ścieżka Krystyny Jandy rozpoczęła się od „skoku z wysokości”. Mam na myśli jej szalony debiut w telewizyjnej inscenizacji „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa – było to w roku 1974. Wtedy Aleksander Bardini postanowił zaangażować do głównych ról utalentowane studentki warszawskiej PWST: Krystynę Jandę, Joannę Szczepkowską i Ewę Ziętek. Jeszcze przed realizacją spektaklu sam zamysł obsady spotkał się z frontalną krytyką, ale Bardini, wytrawny reżyser i niedościgły pedagog, nie dał sobie pomysłu wyperswadować. I wygrał.
To, co nastąpiło po spektaklu, trudno sobie dzisiaj nawet wyobrazić. Teatr telewizji miał wówczas rangę pierwszego Teatru Rzeczpospolitej. Spektakle oglądała cała Polska. Przed początkującą aktorką otworzyły się wszystkie drzwi, mogła przebierać w propozycjach. Wybrała Ateneum. Tradycyjny teatr aktorski, słynący gwiazdorskim zespołem. To był już drugi skok z wysokości – grać u boku samej Aleksandry Śląskiej stanowiło nie lada wyzwanie, a tak się przecież stało już w debiucie teatralnym, na początek zagrała Anielę w „Ślubach panieńskich” reżyserowanych przez Jana Świderskiego – Aleksandra Śląska grała wtedy panią Dobrójską, ale wkrótce znowu dostała rolę z teki Czechowa – tym razem Niny Zariecznej w „Mewie”, także u boku Śląskiej w roli Arkadiny (1977).
Tak więc Czechow niezmiennie jej towarzyszy – najpierw to dzieło w pewnym sensie przypadku, ale potem świadomych decyzji, na pierwszy jubileusz wszak wybierze „Mewę” w Teatrze Studio – tym razem wystąpi w roli Arkadiny (2003), także na dużej scenie Polonii będzie współreżyserować z Natashą Parry „Trzy siostry”, a Teatrze Telewizji z ducha czechowowskie „Rosyjskie konfitury” wg Ludmiły Ulickiej (2011) – sama zagra też jedną z głównych ról.
Wróćmy jednak do roku 1977, który zaważył na gwałtownym przyspieszeniu kariery artystki: poza wspomnianą rolą Maszy zadebiutowała wtedy na ekranie w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” (film nakręcono w roku 1976, ale premiera odbyła się 25 lutego 1977), a na opolskim festiwalu dynamicznym wykonaniem piosenki „Guma do żucia” Marka Grechuty. Kto widział i słyszał, nie zapomni tej szalonej chrypki, tych gorączkowo wyrzucanych słów i gumowo-wężowego ruchu wykonawczyni. Występ w Opolu zakończył się bisem, stając się początkiem trwającego do dzisiaj związku artystki z piosenką – dość powiedzieć, że płyta „Guma do żucia” to prawdziwe cymelium, prawie nie do zdobycia na Allegro, a przecież aktorka wątpiła w swoje możliwości wokalne i pełna obaw wstępowała na tę drogę. To były kolejne skoki na głęboką wodę, które wynosiły aktorkę na sam szczyt. Lekko neurotyczna początkująca dziennikarka Agnieszka z filmu Wajdy wniosła nowy powiew na ekran, stała się postacią symbolizującą buntowniczo nastrojone pokolenie, które nie da się zbyć byle czym, które żąda prawdy. To było mocne wejście, paradoksalnie wzmocnione niechęcią władz do tego filmu, ledwie rozpowszechnianego i obrzucanego pisanymi na propagandowe zamówienie paszkwilami.
To, co wydarzyło się 40 lat temu, w roku 1977, stanowiło kapitał założycielski artystki, a dla niejednej zapewne aktorki byłoby to dość, aby odcinać kupony od sukcesów. Udała się jej bowiem rzecz arcyrzadka – stała się nie tylko rozpoznawalna, ale stworzyła postać, kreację, którą można było długo eksploatować. Wyczuli to wówczas nieomylnie jurorzy Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego wyróżniając ją tą nagrodą za błyskotliwy debiut. Tak bowiem, jak przed laty Cybulski w roli Maćka Chełmickiego stał się idolem pokolenia końca lat 50., tak teraz Agnieszka Jandy uchodziła za ucieleśnienie gorączkowej energii młodego pokolenia końca lat 70.
A jednak Krystyna Janda nie zatrzymała się na powtarzaniu czy kopiowaniu już odniesionego sukcesu, ale wciąż stawiała sobie nowe cele. Już statystycznie wygląda to imponująco, świadczy o jej gigantycznej wręcz pracowitości. Nasza Laureatka bowiem ma za sobą: ponad 70 ról teatralnych, 65 ról telewizyjnych, ponad 50 ról filmowych, 31 reżyserii teatralnych,14 reżyserii teatrów telewizji i 1 serialu (Męskie-żeńskie), 4 scenariusze spektakli tv i 2 adaptacje, role w 9 serialach telewizyjnych.
W tym wykazie brakuje (a trzeba by przecież dodać) licznych ról radiowych, koncertów i rozmaitych okazjonalnych występów. Można by tym bogactwem obdzielić co najmniej kilka wcale poważnych biografii artystycznych. A jeśli do tego dodać opublikowane książki, prowadzony blog, pracę w Fundacji, kierowanie teatrami i w końcu pełnienie funkcji Bardzo Ważnej Instytucji – uznawanego autorytetu, wypada tylko z podziwem się pokłonić.
Rzecz nie w rozległości obowiązków, godnej uznania aktywności – wciąż pozostaje aktualny przywołany na początku mianownik jej poszukiwań, ponawiane nagminnie skoki z wysokości. Wspomnę już tylko o kilku, bo o wszystkich mówić tu nie sposób. Ale nie można pominąć niezwykle odważnego wejścia Krystyny Jandy na terytorium wielkiej klasyki, a zwłaszcza tragedii – docenił to zachwycony Maciej Nowak, który po premierze „Medei” (1988, w reżyserii Zygmunta Hübnera na scenie Teatru Powszechnego, to była jego ostatnia praca reżyserska) tak pisał:
„Aktorka w pełni podporządkowała się wymogom klasycznego tekstu, co znowu nie znaczy, że zrezygnowała z nadania mitycznej boha­terce indywidualnego rysu. Jest to Medea bliska poprzednim wcieleniom Jandy poprzez swoją wybuchowość, nieopanowanie graniczące momentami z histerią, nerwowość gestów i zachowań, ale też – odległa, gdyż bogatsza od nich o umiejętność nadawania swym namiętnościom wymiaru monumentalnego”.
Innym przejawem nieustannego podejmowania nowych wyzwań, było wejście aktorki na grząski teren monodramu. Ten kolejny debiut, wspomagany reżysersko przez Magdę Umer, odbyła aktorka „Białą bluzką” Agnieszki Osieckiej, spektaklem na tyle wyrazistym i znaczącym, że po jego wznowieniu po latach na deskach Och-teatru znowu wybrzmiał niezwykle mocno, choć inaczej, bo nie była to powtórka. Wciąż poszukiwała nowych tonów. Jednym z najbardziej odważnych „skoków z wysokości” stał się jej monodram Mała Steinberg Lee Hall, początkowo trudny do zaakceptowania, aktora bowiem grała 10-letnią, cierpiąca na autyzm dziewczynkę. Ale w miarę upływu minut „widz się poddaje – pisałem. – Cisza na widowni przytłacza, coraz trudniej oddychać, coś ściska za gardło, chce się uciekać i chce się nadal słuchać tej wstrząsającej opowieści o świecie pełnym obezwładniającej samotności, szczerości aż do bólu, ale i radości życia”.
To samo uczucie towarzyszyło mi niedawno, kiedy oglądałem najnowszy spektakl jednoosobowy Krystyny Jandy (choć z towarzyszeniem grupy muzyków), „Zapiski z wygnania”. I tym razem rzecz opracowała reżysersko Magda Umer, a wiem, że impuls do podjęcia tego nowego wyzwania dała Gołda Tencer. Marzena Dobosz swoją wnikliwą recenzję tego spektaklu-wydarzenia rozpoczęła bardzo emocjonalnie: „W głuchej ciszy widzowie wpatrują się w czarno-białą twarz Krystyny Jandy widoczną na półprzezroczystym ekranie rozpostartym niczym kurtyna przed sceną. Wstrzymują oddech podczas monologu aktorki, by ze ściśniętych gardeł nie wyrwał się szloch. nadaremnie jednak, pod koniec spektaklu nikt już nie ukrywa łez…”. Tak prawdziwie opowiadała Krystyna Janda o wygnańcach z Polski po marcu 1968 roku.
Fałszywy jednak byłby wniosek, że życie się słało Krystynie Jandzie u stóp. Było różnie, bywała nękana srogimi zarzutami, jak teraz fake’ami za jej postawę społeczną, krytykowana tak bardzo, że kiedyś nie wytrzymał nawet mistrz Wajda, chwycił za pióro i stanął w obronie artystki przeciw harcownikom-recenzentom. Nie trzeba tak daleko szukać, także najnowsza jej premiera w Polonii spotkała się z połajankami, że za dużo brzydkich słów, że banalna literatura, że żaden to teatr. Mam na myśli „Mój pierwszy raz, spektakl, w którym opowiada za pośrednictwem zapisów internetowych o pierwszych doświadczeniach seksualnych. Byłbym ostrożny z tymi połajankami, bo pewnie znowu okaże się, że artystka miała rację, wkładając kij w mrowisko, nie uciekając od tematu tabu. W końcu nie na darmo zawarła przymierze z widzami. Robi to, co zwykle – znowu skacze z wysokości.

 

fot. Zbigniew Kresowaty/Wikimedia Commons

Ruska wojna hybrydowa w Ciechocinku

Początkowo nic nie zapowiadało nieszczęścia. Słońce wstało, tak jak wstać miało – o godzinie 5.57.  Panie i panowie – różnie. Jedni dopiero kładli się spać, drudzy właśnie zasnęli, jeszcze inni zastanawiali się, gdzie są i z kim śpią właściwie. Jak to „u wód” po upojnej, dancingowej sobocie.

 

Choć proboszcz rozdzwonił się już o 6.30, to pierwsze oczy zaczęły się przecierać ok. 8.00. W tej sytuacji kuracjusze uznali, że najlepsze pora na niedzielną mszę, to godz. 10.00. Dziesiąta jest w sam raz. Człowiek jest już na tyle przytomny, że rozumie całe zło, jakiego się pod wpływem gorzały dopuścił. Ona, ta gorzała – wiadomo – robi z człowiekiem, co chce. Choćby najbardziej bogobojnym. A nawet z najbardziej bogobojnym szczególnie.

 

Po wyznaniu grzechów,

przynajmniej do obiadu tutejsze „małżeństwa poznańskie”, zderzały się z pełnymi nagany spojrzeniami. Po obiedzie obyczaje powoli zdawały się wracać do normy, a więc i ci, którzy „poznali się” podczas turnusu, lub wręcz swoje „poznańskie małżeństwo” zawarli minionej nocy, też mogli liczyć na zrozumienie. Słowem w niedzielę w Ciechocinku panował spokój pomieszany z poczuciem niejakiego smutku, bo przecież turnus bezlitośnie dobiegał końca.
Czy to może ta wczesnojesienna, posobotnia nostalgia, czy zmęczenie, czy co, w każdym razie początkowo nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ot, facet, jak inni. Że rozstawiał stojaki, jakieś wzmacniacze, komputer – no, to co? Uważnego obserwatora dziwić mogło tylko, że miał klucz do otwierania ulicznych skrzynek elektrycznych i swobodnie zasilił się w prąd. Jakby był u siebie! A poza tym? Nic, uliczny grajek po prostu. W Ciechocinku, na co drugiej płycie chodnikowej rozkwita muzyczny talent. Może tu nie ma hydraulików, może trafić na szewca trudno, ale muzyków jest pod dostatkiem. Stary skrzypek-rzępolista, dwie nastolatki pitolące jedna na gitarze, druga na skrzypcach, Indianie peruwiańscy (meksykańscy, ekwadorscy, kolumbijscy?) wygrywający swe niepokojące rytmy na okarynach i fujarach, duo disco polo ze „Zdrojowej”… Artystów jest tu takie zatrzęsienie, że jeszcze jeden rozkładający graty na chodniku nie zwracał niczyjej uwagi.
Ten błąd okazał się tragiczny w skutkach – dla Polski i polskości. To był Ruski! Nikt się tego nie spodziewał, a jednak. Znowu wbili nam nóż w plecy. I to we wrześniu! Tym razem nóż w postaci klucza wiolinowego. Bez najmniejszych wątpliwości był to przejaw ruskiej wojny hybrydowej w czystej, wręcz podręcznikowej postaci. Dobrze zaplanowanej i zgranej w czasie z wcześniej napisanym planem. Napisanym cyrylicą, rzecz jasna.
Dość powiedzieć, że podczas występu młodziana, wolno, zupełnie jakby na wstecznym biegu, przeleciał nad Ciechocinkiem, na wysokości 10 tys. metrów samolot udający pasażerski. Leciał na wschód. Nagle, niby to przygotowujący się do popisu młody człowiek, zniknął na chwilę. To znaczy był, ale jakby jakaś mgła go otuliła, może chmura? W tym samym czasie on – raz prawą ręką, raz lewą, a na końcu obiema – dotykał swych dużych, bardzo ciemnych okularów zasłaniających mu pół twarzy. Przypadek? Tylko ktoś bardzo naiwny wierzy w takie przypadki. Oni, to znaczy ten na dole i ci tam, na wysokości 10 tys. metrów, wyraźnie zgrywali częstotliwości nadawania i odbierania.
Po chwili wszystko wróciło do normy. Mgła się rozproszyła tak samo nie wiedzieć kiedy, jak się pojawiała.
Pierwszy dźwięk, którym zaatakował Ciechocinek, był mocny i czysty. To nie były jakieś dwie drewniane łyżki, na których – uderzając nimi o kolano – prawdziwi, prości Rosjanie grają zdumiewająco pięknie. To nawet nie była bałałajka, na której co drugi Ruski od dzieciństwa przygrywa sobie do obiadu. To była najprawdziwsza, elektryczna gitara wysokiej klasy… Tak ich teraz wyposażają!
Ponownie szarpnął struny. Publiczność zwróciła ku niemu głowy. U stóp fontanny zdobiącej Tarasy Hellwiga zrobiło się jasno-srebrzyście, gdyż przeważały głowy siwe.
– Proszę Panstwa, odezwał się miło swą ruszczyzną-polszczyzną. Młody, prosty jak struna, ładnie ubrany, cały na jasno, czyściutki, uśmiechnięty… Żadnego kiksu, żadnego przypadku – warząchwią można takiego jeść. Panie od razu dały wyraz swej sympatii, witając go miłymi brawkami.
– Proszę Panstwa. Przyjechałem tu, żeby razem z Panstwem trochę pośpiewać znanych piosenek. Rosyjskich i radzieckich… Nawet się z tym nie krył, niczego nie udawał – radzieckich! Łapią Państwo, jaka to bezczelność?! Proponować Polakom w wolnej Polsce, radzieckie piosenki?…
– Które znajom Panstwo i chętnie śpiewają. Zacznę od starej ballady…
Ale ich szkolą! Od „Briadiagi” zaczął…

Po dikim stiepiam Zabajkalja,
gdie zolota rojut w garach
Bradiaga sudbu preklinaja
taszczitsja z sumoj na plecziach.

Rozumiecie istotę podstępu?… Że niby los zesłańców polskich wywiezionych na Sybir, ich tęsknota za ojczyzną, za rodziną, że niby ból i cierpienie, zadane przez cara były… Nie przez Ruskich, przez cara… A car – ten wszystkich gnębił… Ruskich też… Znaczy oni nas w łańcuchy zakuwali, a ten tu śpiewa, że wspólnie cierpieliśmy! No, ja bardzo przepraszam, ale zakuwany i zakuwający może i cierpią wspólnie, ale ten drugi tylko wtedy jak młotkiem w palec trafi, a nie w zamek od łańcucha…
Tymczasem ludzie zasłuchani, z oczami zasnutymi jakimś marzeniem, w ogóle na to nie zwracali uwagi. Zatopieni we wspomnieniach… Młodości? Obozów harcerskich, kolonii, na które komuna dzieci polskie masowo wywoziła, żeby je właśnie takimi balladkami karmić?… Tą jedną piosenką Ruski ugotował publikę na miękko.
Jeszcze tylko ksiądz z pobliskiego kościoła, widząc, co się dzieje, próbował ratować ducha narodowego uderzając w dzwony, ale i on w gruncie rzeczy ograniczył się do standardowego dzwonienia – jak to na nieszpory. Ruski przeczekał, a publika razem z nim, drwiąc przy okazji ze świętych dla każdego prawdziwego Polaka dźwięków.
Ledwo więc one zamilkły, ten znowu uderzył w struny i nad całym Ciechocinkiem (wzmacniacze miał po byku) popłynęło:

Serce to najpiękniejsze słowo świata
Serce to w życiu najcudniejszy skarb
Serce – miłości hymn co w słońce wzlata
To baśń skrzydlata to szczęście i zaklęty czar

W Rosji Radzieckiej piosenka słynnej Lubow Orłowej była typową „maskirowką”, kamuflażem przykrywającym grozę stalinowskiej czystki lat 30-tych. W wolnym Ciechocinku zaś, to było swoiste memento przemycone tu podstępnie w niedzielne popołudnie. Takie: uważajcie Polaczki, bo jeszcze zatańczycie, jak my wam zagramy… A mimo to wszyscy śpiewali. Niektórzy nawet po rosyjsku, choć sam zapiewajło śpiewał po polsku.
Jakie on jeszcze nuty niczym piach rzucał w tryby naszej odradzającej się polskości? Proszę bardzo:

 

„Smuglianka-Mołdawanka”,

napisana w 1940 roku, już po zajęciu Kresów Wschodnich. Gdyby ich nie zajęli, sami byśmy sobie taką napisali. Może nawet i lepszą! W końcu i my kiedyś z Mołdawią graniczyliśmy i mieliśmy z Mołdawiankami własne doświadczenia.
A oto następna ruska agitka:

Ciemna dziś noc
Świszczą kule po stepie i znów
Za depeszą depeszę przez mrok
Wiatr po drutach przesyła…

Kto to śpiewał w oryginale? Mark Naumowicz Bernes. Łapiecie ten niuans? Wiecie, kto robił Rewolucję Październikową? No… A kto piosenkę z rosyjskiego przetłumaczył? Tuwim!…
I po tylu latach prawdziwi Polscy znoszą to wszystko bez mrugnięcia okiem… Chociaż nie, niektórzy mrugali, ocierając łzy wzruszenia. To jest nie do zaakceptowania! To jest w całkowitej sprzeczności z naszym patriotycznym etosem.
Było jeszcze, a jakże:

Zawsze niech będzie słońce,
Zawsze niech będzie niebo,
Zawsze niech będzie mama,
Zawsze niech będę ja…

Tak – Miansarowa. Tamara. Za tę piosenkę dostała w Sopocie Bursztynowego Słowika. W 1963 roku… I po to ten Ruski do Ciechocinka przyjechał, żeby nam wygrzebywać Gomułkowskie trupy z szafy? Mamy swój, czysto polski, Sopot Hit Festival i to nam w zupełności wystarczy.
Tymczasem, jakby po złości, jakby kontynuując, Ruski zaśpiewał jeszcze: „To były piękne dni”. Niestety – wygrzebany z naftaliny przebój bez reszty rozruszał podstarzałą widownię. Pani o ramionach rozłożystych jak konary baobabu i o piersiach jak „grudź” ruskiego „gieroja” rozhuśtała w jej rytmie swoje wdzięki, aż gałęzie pobliskich krzewów się ugięły. Gdyby w tym momencie ktoś wjechał w pobliże fontanny ze stołem zastawionym kawiorem i szampanem, to ona bez namysłu wskoczyłaby pomiędzy kieliszki, żeby ostatni raz zatańczyć panom swój szalony, kipiący zwierzęcym erotyzmem taniec. Z powodu braku stołu musiała się ograniczyć do ławki, na której tańczyła na siedząco.
Za to z kolei nic a nic nie ograniczało pań młodszych od niej, na oko „wczesnych sześćdziesiątek”, które – tak! tak! – wywijały między rabatami hopaka z prysiudami. Bo „Katiuszą”, eksportową piosenką radzieckiego imperializmu, zakończył swą wojnę hybrydową ruski „zielony ludzik”, na użytek Ciechocinka przebrany na biało. Wojnę zakończoną, nie bójmy się tego, całkowitym jego zwycięstwem. Nie dość, że przekazano mu liczne znaki pokoju w postaci miłych uśmiechów, słów serdecznych, ale też w postaci żywej gotówki, która aż mu się na boki rozsypywała, gdyż każdy wyciągał rękę po jego płyty. I to jest prawdziwa miara naszej klęski – nie dość, że znów nas zruszczył, to jeszcze na tym zarobił.
Nie smućmy się jednak, nie rozrywajmy szat. Publiczność jego stanowili ludzie urodzeni grubo przed 1989 rokiem, rokiem wolności…

 

To ludzie straceni dla Niepodległej.

Niczego nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. Komuna w jeszcze żywej postaci. Ale, już niedługo.
Jednak nawet tam, na deptaku w Ciechocinku, podczas zdradzieckiego koncertu ruskiego śpiewaka, pośród wrogiego Niepodległej tłumu, znaleźli się obywatele godni swej polskości. Byli, a jakoby ich nie było…
On na oko miał pod 90-tkę, wyraźnie oparty już o Pana Boga. Ona z dziesięć lat młodsza. Gdyby nie odrosty, to kruczo-czarna. Ruski grał, a oni nie reagowali. Byli jak skała tatrzańska – całkowicie niepodatni na jego propagandę.
On zdawał się w ogóle nie wiedzieć, gdzie jest i co się dzieje. Ona – wyraźnie chcąc zdążyć przed Panem Bogiem – na szybko załatwiała wszystkie zaległości:
– Widzisz cholerniku, na co ci przyszło! Idź, lataj za tymi babami, jak zawsze latałeś. No, idź. Nie możesz, co? To kara za moje krzywdy. Za moje łzy wylane przez tyle lat. Niech te dziwki teraz o ciebie dbają! Niech cię karmią, ubierają… One rozbierać cię tylko potrafiły. A czapkę na ten pusty łeb przez baby wypalony, to ja muszę ci nakładać. Dobra, nałożę. Jak nie nałożę, to będę musiała koło ciebie skakać, bo przecież porażenia dostaniesz, łajdusie jeden…
Rozległy się brawa. Przez chwilę myślała, że to jej myśli tak głośne się zrobiły, że wszyscy usłyszeli. Ale nie, to temu Ruskiemu klaskali…
– Człowiek ze swoimi problemami zawsze zostaje sam, pomyślała gorzko i poprawiła mężowi czapkę, bo znowu na oczy mu się zsunęła. Jedyna niepokalana ruszczyzną w tym zdradzieckim towarzystwie babka-Polka.