Szanse determinowane przez COVID-19 – Nowy bodziec wspierający gospodarkę i reformy społeczne

Pomimo faktu, że wystąpienie nowego wirusa powodującego gwałtowną chorobę układu oddechowego (COVID-19) wywarło negatywny wpływ na gospodarkę Chin w 2019, kraj podejmuje wysiłki w celu wznowienia aktywności gospodarczej. Wedle danych CICC (China International Capital Corporation), odsetek osób powracających do pracy osiągnął poziom 60-70, wedle stanu na dzień 28 lutego.

Informacje podawane przez SASAC (State-owned Assets Supervision and Administration Commission) wskazują, że 500 głównych firm produkcyjnych w Chinach wznowiło pracę w 97 proc.. Kolejne korzystne rozwiązania polityczne oraz etapowe ich wdrażanie wskazuje na nadchodzące ożywienie gospodarcze. Ponadto, informacje podawane przez NBS wskazują, że dane dotyczące gospodarki Chin w roku 2019 są korzystne, a faktyczny wzrost PKB wynosi 6,1 proc. . Mając na względzie korzystne tempo wznowienia pracy, a także solidne podstawy zbudowane w 2019 r., wciąż jesteśmy przekonani, że gospodarka Chin wróci do normy już w drugim kwartale 2020 r.
Należy jednak zwrócić uwagę, że w roku 2020 faktycznie można dostrzec realny wpływ COVID-19 na gospodarkę Chin. S&P obniżyło poprzednią prognozę wzrostu PKB Chin (5,7 proc. ) do poziomu 5 proc. , a Citi Bank skorygował wskaźnik do wysokości 5,3 proc. . Oczekuje się, że wskaźnik wzrostu poziomu eksportu utrzyma się w granicach 0 lub obniży do wartości ujemnych. Niemniej jednak, aktualny kryzys stwarza również nowe możliwości dla „nowej rzeczywistości” Chin.
Zakłada się przyspieszenie wzrostu gospodarki cyfrowej w oparciu o technologie IoT (Internet of Things). Praca zdalna jest aktualnie szeroko rozpowszechniona w branżach usługowych, szczególnie w dużych firmach związanych z siecią Internet. Pomimo tego, branża produkcyjna wciąż nie jest w pełni scyfryzowana i zinformatyzowana, co stanowi główną przyczynę spowolnienia pracy sektora wtórnego w trakcie kryzysu związanego z wystąpieniem wirusa COVID-19. Cyfryzacja może być stosunkowo łatwo wdrożona przez liderów branży, lecz będzie stanowiła problem dla małych i średnich przedsiębiorstw. Kryzys pandemii powoduje potrzebę rozbudowania ekosystemu Internet of Things, tj. m.in. rozwiązania pozwalające na przetwarzanie danych „w chmurze” (cloud computing), przechowywanie oraz transfer danych, a także interakcja na linii człowiek-maszyna.
Wzmacnia się także połączenie handlu prowadzonego on-line, jak i off-line. Wirus COVID-19 przyspieszył rozwój „dostawy bezkontaktowej”, a także wpłynął na zmianę „ostatniego etapu” zakupów dokonywanych przez Internet. Zakłada się więc zwiększenie popularności rozwiązań działających na zasadzie skrytek pocztowych, magazynów samoobsługowych oraz sklepów z kasami automatycznymi. Zakupy on-line nie będą więc stanowiły uzupełnienia zakupów dokonywanych stacjonarnie – wyraźnie dostrzeżemy trend łączenia tych dwóch metod sprzedaży. Należy również zakładać przyspieszenie wdrożenia autonomicznych pojazdów oraz dronów na rynek.
Nowe technologie, tj. sztuczna inteligencja i tzw. Big Data wywrą istotny wpływ na pobudzenie gospodarcze. W trakcie kryzysu, część firm opracowało aplikacje korzystające z dużych zasobów danych Big Data, aby przewidzieć rozprzestrzenianie się wirusa w określonych obszarach, co umożliwiło bardziej precyzyjną kontrolę nad przebiegiem epidemii. Ponadto, należy zauważyć, że zwiększenie wykorzystania rozwiązań typu Big Data wywrze również wpływ na dalszy rozwój sztucznej inteligencji. Po ustaniu kryzysu, zarówno władze rządowe, spółki gospodarcze, jak i konsumenci skoncentrują się na zbieraniu informacji oraz na wdrażaniu rozwiązań umożliwiających podejmowanie decyzji w oparciu o dane, co również korzystnie wpłynie na przyspieszenie rozwoju technologii informacyjnych i sztucznej inteligencji.
Wiele firm wdroży tzw. rozwiązania na bazie platform. Największe chińskie przedsiębiorstwa informatyczne wykorzystały istniejący kryzys do zaproponowania rozwiązania „pracowników dzielonych”. Firmy zajmujące się handle detalicznym, taki jak Freshhema – spółka podległa firmy Alibaba, a także JD.com udostępniają własnych pracowników innym firmom z sektora usługowego o niskim progu wejściowym. Pojawienie się „wspólnych pracodawców” stanowi nie tylko wyzwanie dla tradycyjnej formy organizacji przedsiębiorstw, ale również tworzy nowe możliwości dla przyszłych firm. Co za tym idzie, termin „firma” może w przyszłości być kojarzony nie z „fizyczną lokalizacją”, lecz z „platformą”. Podążając dalej, platforma może nie oznaczać wyłącznie jednej firmy, lecz fuzję różnych firm lub pracowników. Nadchodzi czas platform, stwarzających większe możliwości zatrudnienia.
W celu należytego wykorzystania nowych możliwości gospodarczych, Chiny powinny skoncentrować wysiłki na szybkim opracowaniu ulg podatkowych, zapewnić narzędzia wsparcia finansowego, a także wprowadzić dalsze reformy związane z organizacją życia społecznego. Pewność działania jest kluczowym czynnikiem podczas walki z kryzysem. Pewność powinna wynikać nie tylko z możliwości ponownego pobudzenia gospodarki, lecz również z faktu rozwiązywania problemów związanych z kontrolowaniem przebiegu epidemii. Wdrożenie reform związanych z organizacją życia społecznego to kolejny istotny krok, który umożliwi Chinom wykorzystanie szans ekonomicznych stwarzanych przez wirus COVID-19.
Wystąpienie kryzysu związanego z wystąpieniem COVID-19 wskazuje, że rozwiązanie problemów wewnętrznych stanowi priorytet dla Chin. Dalszy rozwój Chin nie zależy od tego, jak kraj będzie postrzegany z zewnątrz, a jedynie od wyborów dokonywanych przez Chiny. Należy zatem skoncentrować się na ocenie, czy rząd Chin posiada możliwość szybkiego wdrażania reform, dostosowania i rozwiązania własnych problemów. Problem kontroli zakażeń to jedynie przykład takich wyzwań – należy rozpatrywać go z uwzględnieniem rzeczywistości Chin i konieczności zaspokajania potrzeb niezwykle rozbudowanego społeczeństwa, w którym dokonywana jest gwałtowna modernizacja. Na świecie nie istnieje inny kraj z którego doświadczeń mogłyby korzystać Chiny. Chiny muszą mierzyć się z problemami na własną rękę i jednocześnie reagować odpowiednio szybko. Chiny powinny skoncentrować się na metodach rozwiązywania problemów i odpowiednim wykorzystaniu własnych zalet gospodarczych i politycznych. Dalsze wdrażanie reform społecznych umożliwi wdrożenie bardziej elastycznych i skutecznych rozwiązań systemowych, a tym samym zapewni Chinom długoterminowy rozwój gospodarczy.

Mao Yinhui – Dyrektor Instytutu Polonistyki, Wydział Języków i Kultur Europejskich, Kantoński Uniwersytet Spraw Międzynarodowych

Han Yonghui, – profesor w Instytucie Strategii Międzynarodowych, Kantoński Uniwersytet Spraw Międzynarodowych

Program rządu nas nie uratuje

Epidemia to wielkie wyzwanie dla polskiego państwa, a zarazem szansa, by przemyśleć sytuację i przyjąć odważne rozwiązania, które sprawiłyby, że jakość naszego życia mogłaby się trwale poprawić. Niestety rząd z tej szansy nie korzysta – mówi Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

W wystąpieniu poprzedzającym ogłoszenie pięciu filarów tzw. Tarczy Antykryzysowej prezydent Andrzej Duda zapewnił, że koszty kryzysu wywołanego epidemią zostaną sprawiedliwie rozłożone między przedsiębiorców, pracowników i państwo. Czy faktycznie program idzie w tym kierunku?

Koszty kryzysów prawie zawsze ponoszą przede wszystkim najsłabsi. I tym razem nie będzie inaczej. Nie usłyszałem w rządowych deklaracjach niczego o wyodrębnionych środkach na wsparcie dla osób bezrobotnych, bezdomnych, niepełnosprawnych czy pracowników zatrudnionych w ramach umów niestandardowych. Co dziwi i bardzo niepokoi, nie ma nawet wyodrębnionego wsparcia dla seniorów, których życie i zdrowie podczas epidemii jest najbardziej zagrożone. Nie ma też przygotowanego planu rozwoju usług opiekuńczych, które w czasie kryzysu są bardzo istotne.

Rząd twierdzi, że uratuje sytuację na rynku pracy, biorąc na siebie wypłacenie 40 proc. pensji osobom, które są zatrudnione w firmach dotkniętych przez kryzys (drugie 40 proc. miałby nadal płacić pracodawca). W przypadku samozatrudnienia, umów o dzieło i zlecenie padła deklaracja o 80 proc., ale potem pojawiły się sugestie, że tylko jednorazowo.

Pierwsza sprzeczność: z jednej strony słyszymy o potrzebie stymulowania popytu, z drugiej rząd wprost mówi o bardzo poważnej obniżce płac. 20 proc. to naprawdę dużo. Cóż to za stymulowanie popytu, które opiera się na obniżaniu wynagrodzeń?!

Dalej: rozwiązania wobec osób pracujących na umowach zlecenie i o dzieło oraz samozatrudnionych są ogólnikowe i bardzo ograniczone. Rząd proponuje, aby pracownicy zatrudnieni w ramach umów niestandardowych otrzymali zaledwie 80 proc. minimalnego wynagrodzenia. To głodowa stawka, która nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb! W polskim prawie pracy mamy minimalną płacę i żaden pracownik nie powinien otrzymywać wynagrodzenia poniżej tej kwoty. Rząd jawnie dyskryminuje pracowników zatrudnionych w ramach umów niestandardowych i umacnia ich wykluczenie.

Na dodatek nie jest jasne, jak władza chce pomagać tym osobom. Czy pomoc ma być udzielana co miesiąc, czy jednorazowo? Jeśli tylko raz, to trudno to nawet skomentować. To jałmużna. Jeśli co miesiąc, to nasuwają się kolejne pytania: czy pracownicy wykonujący umowę o dzieło otrzymają uprawnienia pracowników etatowych? Czy pracodawcy, którzy wymuszali fikcyjne samozatrudnienie lub umowy zlecenia, będą ponosić jakiekolwiek koszty związane z pogorszeniem sytuacji pracowników, którzy dotychczas wykonywali dla nich pracę? Pytania są, odpowiedzi nie ma.

Czyli należałoby zadziałać bardziej stanowczo? Przyjrzeć się umowom śmieciowym i skasować je wszędzie tam, gdzie Kodeks Pracy przewidywałby etat?

Związkowa Alternatywa uważa, że kryzys powinien być wykorzystany do radykalnego ograniczenia umów niestandardowych. W Polsce setki tysięcy pracowników ochrony, handlu, gastronomii i wielu innych branż ma umowy zlecenia lub jest na samozatrudnieniu w sytuacji, gdy są spełnione wszystkie kryteria umowy etatowej. W sytuacji kryzysu widać, jak destrukcyjne są skutki utrzymywania setek tysięcy prekariuszy, pozbawionych podstawowej ochrony.

Dlatego zaproponowaliśmy abolicję dla pracodawców, którzy teraz zamienią umowy niestandardowe na etaty. Państwo nie karałoby ich za to, że dotychczas omijali umowy etatowe, a wręcz pomogłoby im w utrzymaniu nowopowstałych etatów. Gdyby jednak firmy wciąż łamały przepisy, po kilku miesiącach musiałyby zapłacić wysokie kary.

W chwili próby „solidarny” PiS okazał się neoliberalny?

Rozwiązania antykryzysowe koalicji PO-PSL były zbliżone do rozwiązań przedstawianych dziś przez rząd Mateusza Morawieckiego. Wtedy też przewidziano dopłaty dla przedsiębiorców przy jednoczesnej obniżce płac, ale też możliwość wzrostu elastyczności czasu pracy.

Lewica chce, by rząd wspierał pracodawców, ale pod warunkiem, że ci nie będą zwalniać.

Taką zasadę popieram: wsparcie dla firm pod warunkiem zachowania miejsc pracy. Obawiam się sytuacji, w której pracodawca zwolni połowę pracowników, a pozostali otrzymają niższe wynagrodzenie, na dodatek współfinansowane z budżetu. W ten sposób wzrosłoby bezrobocie, spadł poziom wynagrodzeń, a jedynym beneficjentem świadczeń rządowych byłby pracodawca.

Brakuje w rekomendacjach Lewicy rozwiązań na rzecz rozkręcenia koniunktury i stworzenia nowych miejsc pracy. Pompowanie setek miliardów złotych w upadające firmy bez perspektywy ożywienia gospodarki to tylko odraczanie katastrofy. W perspektywie miesiąca tę strategię można zrozumieć, ale jeżeli epidemia potrwa ponad trzy miesiące, czeka nas zapaść. Środki pomocowe szybko się skończą, a skala bezrobocia i upadłości firm będzie rosnąć, zaś popyt będzie spadał.

Program rządu chwilowo uratuje gospodarkę, ale jej nie uleczy. Jeżeli rząd na masową skalę pozwoli na przesunięcie płacenia składek na ubezpieczenia społeczne, odroczy spłaty rat kredytów, uruchomi program niskooprocentowanych pożyczek, będzie dopłacać do niedziałających firm, to jeżeli gospodarka szybko nie ruszy, po kilku miesiącach system rozsypie się jak domek z kart. Ani osób prywatnych, ani firm nie będzie bowiem stać na spłatę narosłych zobowiązań, a dodatkowo państwo będzie stopniowo pozbawiane możliwości interwencji. Plan rządu nie jest więc obliczony na systemowe przeciwdziałanie recesji, tylko na leczenie bieżących objawów kryzysu.

Testy nieważne, chodzi o nasz sukces

PiS gra zdrowiem i życiem Polaków. Prominenci partii rządzącej próbują wykorzystać epidemię koronawirusa dla swych niskich celów politycznych.

Polska walczy z koronawirusem. Kraj zamarł, a te dziedziny które funkcjonują, działają w trybie wyjątkowym. Nie wolno organizować zebrań, spotkań, imprez, kandydaci przerwali swe kampanie prezydenckie, Polacy dla bezpieczeństwa własnego i innych powinni jak najrzadziej opuszczać domy.
Prezydenta Andrzeja Dudy nie dotyczą wszystkie te ograniczenia. On swoją kampanię prowadzi w najlepsze. Jeździ po kraju, spotyka się, rozmawia, rządowa telewizja „publiczna” pokazuje każdy jego krok. Razem z nim jeżdżą propagandyści z TVP, ochroniarze, służby medyczne, kolumna transportowa, na miejscu czekają lokalne władze oraz ci, z którymi prezydent zapragnął się spotkać.
Tu już nie obowiązują względy ostrożności sanitarnej i obawy przed rozwleczeniem wirusa. Tu jest kampania prezydencka kandydata PiS, więc liczy się tylko to, co może posłużyć jego sukcesowi, bez znaczenia, jak bardzo utrudni walkę z epidemią. 11 marca prezydent Duda spotykał się w Kołbaskowie, Szczecinie, Drawsku Pomorskim; 13.03 w Ciechanowie i Krakowie; 14.03 w Garwolinie,
Wszystkie te spotkania nie miały żadnego znaczenia dla kogokolwiek, niczego nie zmieniały, o niczym nie decydowały. Służyły wyłacznie propagandowemu pokazaniu Andrzeja Dudy jako kandydata, który ma sprawiać wrażenie, że się troszczy, dba, składa gospodarskie wizyty (jak kiedyś Edward Gierek), słowem, udaje, iż robi co tylko może dla dobra kraju – oczywiście w odróżnieniu od pozostałych kandydatów. Oni się nie spotykają, bo zakazują im tego przepisy o walce z wirusem.
A po co przesuwać?
Zrozumiałe, że konkurenci Andrzeja Dudy, ale także i wszyscy rozsądni działacze polityczni (oczywiście z wyjątkiem prominentów Prawa i Sprawiedliwości) uważają, że wybory prezydenckie nalezy przesunąć – po to, by pozostali kandydaci mieli choć minimalnie zbliżone warunki prowadzenia swej kampanii, w porównaniu z obecnym prezydentem.
Taką możliwość daje wprowadzenie stanu wyjątkowego. Art 230 Konstytucji RP stanowi, że: „W razie zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów może wprowadzić, na czas oznaczony, nie dłuższy niż 90 dni, stan wyjątkowy na części albo na całym terytorium państwa. Przedłużenie stanu wyjątkowego może nastąpić tylko raz, za zgodą Sejmu i na czas nie dłuższy niż 60 dni”.
Czyli, wybory prezydenckie mogłyby zostać przesunięte o maksymalnie 240 dni (choć oczywiście mógłby to być znacznie krótszy okres). Zgodnie bowiem z art. 228 Konstytucji o stanach nadzwyczajnych, „W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie może być skrócona kadencja Sejmu, przeprowadzane referendum ogólnokrajowe, nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu”.Oczywiście, dla nikogo przy zdrowych zmysłach nie ulega wątpliwości, iż mamy obecnie w kraju sytuację wyjątkową, zagrażającą bezpieczeństwu obywateli, dokładnie taką, jaką opisuje art. 230 Konstytucji. Dla nikogo – z wyjątkiem działaczy PiS. Według nich wszystko w Polsce przebiega normalnie, nie dzieje się nic nadzwyczajnego, więc nie ma powodu, by stosować przepis Konstytucji o stanach nadzwyczajnych. Poseł Adam Bielan, z właściwym sobie refleksem, jako pierwszy pośpieszył z usłużnym zapewnieniem, iż: „Nie ma możliwości przesunięcia wyborów, chyba, że w Polsce zostanie wprowadzony któryś ze stanów nadzwyczajnych, a pamiętajmy, że po 1989 roku to się jeszcze nie zdarzyło. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji”.
No rzeczywiście, że Adam Bielan sobie tego nie wyobraża. Zapewne jego zdaniem, po 1989 r. polską codziennością były epidemie, zakazy wjazdu obcokrajów, zamykanie placówek publicznych, przerywanie komunikacji międzynarodowej – a nikomu z tego powodu nie przychodziło do glowy, by odkładać wybory. Dlaczego więc miałyby być odłożone tym razem, kiedy to również nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a w dodatku chodzi o zwycięstwo wyborcze kandydata PiS, który to cel, jak wiadomo uświęca środki?.
Nieco bardziej rozsądnie od Adama Bielana wypowiedział się prezydent Duda, któremu, jako startującemu kandydatowi, nie wypada kategorycznie odrzucać możliwości odłożenia wyborów, a poza tym jeszcze nie wie, co zdecyduje Jarosław Kaczyński. Prezydent stwierdził tylko: „Nie ma w tej chwili żadnego wniosku o to, żeby wprowadzać stan wyjątkowy, w związku z czym na razie w ogóle nie mówimy o przesunięciu terminu wyborów”. Najprawdopodobniej, według prezydenta, obecne apele o przesunięcie wyborów, to nie są żadne wnioski. Andrzejowi Dudzie, jako prawnikowi warto zaś podpowiedzieć, że i bez wprowadzania stanu wyjątkowego, nie naruszając Konstytucji, a zwłaszcza jej art. 128, można przesunąć wybory prezydenckie z obecnego 10 maja na niedzielę 24 maja (muszą się odbyć nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego prezydenta).
Już jest stan wyjątkowy
W Polsce, niezależnie od decyzji PiS-owskich dygnitarzy, mamy już stan jak najbardziej wyjątkowy. Nie wiadomo jak długo potrwa, bo rządowi nie najlepiej wychodzi walka z epidemią. Procedury niby są, lecz z ich przestrzeganiem bywa różnie.
Na przykład, na największym w Polsce lotnisku Okęcie, miały byc kontrole sanitarne, ale ich nie było. Zostały wprowadzone dopiero po alarmującym wpisie popularnej dziennikarki (która nie była zresztą ani pierwszą, ani jedyną osobą alarmującą, że na Okęciu coś jest nie tak). W celu dokonywania tych kontroli, na lotnisko posłano obronę terytorialną. Dobrze, wreszcie się na coś przyda.
Zdarzało się też, że nikt nie reagował na sygnał o zakażeniu. Przykładowo, lekarz w Starym Dzikowie podejrzewał koronawirusa u 60-letniego mężczyzny, który zjawił się w przychodni. Lekarz zadzwonił do stosownych służb sanitarnych i usłyszał, by chory sam wrócił do domu. Sanepid odmówił transportu karetką do szpitala, nie zdecydował o kwarantannie czy choćby dezynfekcji przychodni. Lekarz wystawił więc skierowanie do szpitala, a chory pojechał tam własnym samochodem.
Trudno zrozumieć, dlaczego w Polsce wykonuje się tak mało testów na koronawirusa – o co najmniej o 25 proc. mniej w stosunku do liczby ludności, niż w wielu państwach Europy (a są i takie, które przeprowadzają proporcjonalnie dwa razy więcej testów niż nasz kraj). Czyżby chodziło o to, by statystyki nie pokazywały zbyt dużej liczby zakażeń?
Karygodne jest wręcz, że dotychczas nie zrobiono testów wszystkim lekarzom pracującym na pierwszej linii frontu z epidemią. Przecież oni mogą nieświadomie przenosić zakażenie na swoich kolejnych pacjentów.
Naczelna Rada Lekarska zaapelowała do ministra zdrowia o radykalne zwiększenie dostępu do badań na wykrycie koronawirusa – choćby dla tych, którzy mają objawy wskazane w zaleceniach epidemiologicznych. Zaapelowała też o umożliwienie dostępu do odpowiednich środków ochrony osobistej.
Prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, komentując małą liczbę przeprowadzanych testów, powiedział, iż obawia się, że Polska idzie drogą Włoch z ich tragicznym bilansem zachorowań i zgonów – a listy do premiera i Głównego Inspektora Sanitarnego pozostają bez odpowiedzi.
Oby te lekarskie apele i ostrzeżenia nie pozostały głosem wołającego na puszczy.
Do listy zaniedbań mozna też dodać chaos z powrotami Polaków, którzy nie mają jak wrócić do kraju i czekają na kompetentne informacje.
Ministrowi zdrowia wolno
Niestety, wszystko wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość chce uzyskać własne, partyjne korzyści za sprawą epidemii. Słusznie powiedziała pos. Joanna Mucha, że władza wykorzystuje koronawirusa dla celów politycznych.
Zdumiewającym wręcz – nawet jak na standardy Prawa i Sprawiedliwości – przykładem cynizmu może być wystąpienie wicemarszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, który wraz z senatorami PiS zaproponował kolegom z PSL, by przeszli na stronę PiS – i w ten sposób „odbili” izbę wyższą dla partii rządzącej. Pretekstem ma być to, że marszałek Senatu Tomasz Grodzki był na nartach we Włoszech, a po powrocie, bez kwarantanny, od razu wrócił do pracy, co zdaniem senatorów PiS stanowiło: „popis wybitnej nieodpowiedzialności i lekceważenia zdrowia i życia Polaków”.
Wicemarszałek Karczewski w imieniu PiS wystosował list do szefa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, w którym wezwał go „do natychmiastowej reakcji i przeciwstawienia się swojemu koalicjantowi”. Wicemarszałek stwierdził, iż senatorowie PiS liczą na to, że PSL doprowadzi do zmiany marszałka Senatu.
Powszechnie wiadomo, że minister zdrowia Łukasz Szumowski też był na nartach we Włoszech i bez kwarantanny od razu wrócił do pracy, czym dał identyczny, jeśli nie większy „popis wybitnej nieodpowiedzialności i lekceważenia zdrowia i życia Polaków”. Ale dla wicemarszałka Karczewskiego i senatorów PiS nie ma to żadnego znaczenia, bo przecież nie chodzi im o zdrowie i życie Polaków, lecz o odzyskanie Senatu dla partii rządzącej.
Tak samo nie ma to znaczenia dla szczujących na Tomasza Grodzkiego propagandystów z rządowej TVP, którym nie przeszkadza, że minister zdrowia również wczasował się w północnej Italii.
Władysław Kosiniak-Kamysz kulturalnie wytknął PiS-owi, że jest to uprawianie polityki na koronawirusie – i wezwał, by w obliczu tak dużego kryzysu oraz zagrożenia życia i zdrowia rodaków, nie wykorzystywali politycznie epidemii.
Partia rządząca oczywiście jednak robi swoje. Dlatego pod adresem wicemarszałka Stanisława Karczewskiego oraz senatorów Prawa i Sprawiedliwości warto skierować pytanie: Jak mogliście upaść aż tak nisko?