„Dobra zmiana” wkroczyła do prawa gospodarczego

W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.

31 sierpnia 2021 r. w Dzienniku Ustaw poz.1598 ogłoszono ustawę o z zmianie ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów, przymusowej restrukturyzacji oraz niektórych innych ustaw. Dowiadujemy się z niej o zmianach w wielu ustawach w ogóle nie związanych z celem czy ogłoszonym tytułem. Jest to kolejny przykład zmian prawa wprowadzonych w ukryciu, bez konsultacji, pokazujący dokąd w prawie gospodarczym zmierzamy.
Na stronie 70 dowiadujemy się, że zmiany dotyczą też ustawy o biegłych rewidentach i o nadzorze publicznym. Nie ma to żadnego związku z tytułem owej noweli, a sposób ujęcia tych zmian wskazuje, że autorom nie zależało na rozgłosie, nie wspominając o trybie konsultowania, procedowania czy uchwalania. Przedstawiono je jako propozycję rządową, a z zapisu procesu legislacyjnego wynika, że żadnej dyskusji parlamentarnej, czy merytorycznego uzasadnienia tych zmian nie było. Nie było też wskazania źródeł pokrycia kosztów – bo wiadomo, że pokryją je biegli rewidenci, czyli pozarządowa organizacja, Polska Izba Biegłych Rewidentów (PIBR), utrzymująca się ze składek. PIBR, najważniejsza w kraju organizacja, nawet nie została o tych zmianach poinformowana, Jeśli ktoś miał wątpliwości o zamiarach władz, to po przeczytaniu  owych  zmian, które weszły w życie 15 września, zapewne się ich pozbył. Podobnych zmian było więcej, tym razem chodzi o przedłużenie do ośmiu lat, czasu gromadzenia dokumentacji, czytaj makulatury, oraz karania biegłych.
Nasuwa się jedno pytanie: czemu owe zmiany mają służyć, jak mają poprawić jakość audytu, o której głośno trąbi PANA (Państwowa Agencja Nadzoru Audytowego) i jak mają pozytywnie wpłynąć na obraz działalności gospodarczej prezentowany w sprawozdaniach?. A rozjazd pomiędzy rzeczywistością gospodarczą i sprawozdawczością, nie tylko się powiększa, ale też władz nie interesuje. Rzeczywistością staje się bardziej to, co głosi się na konferencjach prasowych, zapisze się w dobrych sprawozdaniach, a biegli, jeśli chcieliby jeszcze przeprowadzać jakieś rewizje finansowe, to niech się mają na baczności.
Przypomnijmy, że audyt finansowy/ rewizja finansowa, to kompleksowe badanie sprawozdania finansowego, które ma dostarczyć podstaw do stwierdzenia, że przedstawia ono rzetelnie i jasno sytuację majątkową i finansową oraz wynik finansowy jednostki. Że jest ono zgodne z obowiązującymi jednostkę przepisami, postanowieniami statutu lub umowy, że zostało sporządzone na podstawie ksiąg rachunkowych itd. Wyniki takiej rewizji są przedstawiane w postaci sprawozdania z badania, które zawiera ocenę, czy sytuacja finansowa nie jest zagrożona w okresie przynajmniej 12 najbliższych miesięcy. Tak, 12 miesięcy, bo po nich przychodzi nowy audytor, badający jednostkę ponownie i ocenia sytuację niezależnie od poprzedników. Badany podmiot jest zobowiązany do zachowania dokumentacji źródłowej przez 5 lat, takoż i biegły dokumentujący czynności rewizyjne; z dniem 15.09 będzie to 8 lat. Jakie znaczenie mają mieć wtórne informacje i czego miałyby dowodzić po 8 latach w sytuacji, gdy nie ma już dokumentacji źródłowej? Czemuż miałyby owe robocze notatki służyć, kiedy mamy audyt najnowszy, sprzed dwóch, trzech, czterech czy pięciu lat? Odpowiedź na każde z owych pytań jest prosta: mają one niewielkie znaczenie już po badaniu sporządzonym przez następnego audytora, więc możliwości są dwie: karać bez względu na trafność wydanej opinii (bo czegoś biegły nie zapisał), albo nie karać tych, którzy wydali opinię taką, jakiej oczekiwaliśmy, niezależnie od faktów. Nie ma danych źródłowych, więc opinię obronią notatki!
Zakres wiedzy, którą musi posiąść biegły rewident jest rozległy i obejmuje: teorię i zasady rachunkowości; sporządzanie sprawozdań i ich analizę, rachunek kosztów i rachunkowość zarządczą; kontrolę wewnętrzną; rewizję finansową, etykę zawodową, prawo spółek, ład korporacyjny; prawo upadłościowe i naprawcze; prawo podatkowe, cywilne; prawo pracy i ubezpieczeń społecznych; prawo bankowe, ubezpieczeniowe; technologie informacyjne i systemy komputerowe; mikroekonomię i makroekonomię; matematykę i statystykę, zarządzanie itd. Wydaje się wręcz niemożliwością posiadanie tak rozległej wiedzy, ale tak stanowi prawo. Wskazane byłoby, aby wiedza biegłych była wykorzystana, więc to oni powinni stać na straży jawności i przejrzystości obrotu gospodarczego, a także dbać o właściwy przekaz informacji generowanych przez podmioty gospodarcze.
Rewizja finansowa jest systemowym badaniem polegającym na obiektywnym ustaleniu prawdziwości i ocenie stwierdzeń na temat wyników działalności gospodarczej oraz stopnia zgodności z rzeczywistością gospodarczą. Wyniki tych badań przedstawia się akcjonariuszom, udziałowcom, bankom, właścicielom, a w przypadku jednostek zaufania publicznego, także społeczeństwu. Nie ma innego zawodu w Polsce, który wymagałby tak szerokiej merytorycznej wiedzy! Ale informacja o wynikach rewizji finansowej jest coraz bardziej ograniczana, a nawet utajniana!.
Jak wynika z art. 64 ustawy o rachunkowości, badaniu podlegają roczne sprawozdania finansowe – kontynuujących działalność: banków, zakładów ubezpieczeń, spółdzielczych kas, jednostek działających na podstawie przepisów o obrocie papierami wartościowymi oraz przepisów o funduszach inwestycyjnych, funduszy emerytalnych, instytucji płatniczych, spółek kapitałowych z wyłączeniem mikro i małych przedsiębiorstw. Dla nich audyt stanowią rozliczenia podatkowe, a ponieważ zarządzają majątkiem własnym, nie jest niezbędny arbiter w postaci biegłego rewidenta. Natomiast w sytuacji przedsiębiorstw i organizacji większych, gdzie zarządza się majątkiem nie swoim, rewizja finansowa jest konieczna. Znamienne jest też, że badaniu podlegają podmioty „kontynuujące działalność”, więc jeśli podmiot zaufania publicznego ogłosi, że nie zamierza jej kontynuować (zostanie poddany likwidacji, restrukturyzacji itp.) to rewizji finansowej uniknie. To jest idealna furtka do uniknięcia kontroli. Może zamiast 8-letnej karalności, należałoby się zastanowić nad korektą tego zapisu?
Obecne zmiany prowadzą do tego, że znaczenie audytu ulega zmniejszeniu, a problemy rosną. Dodatkowe obciążenia i obowiązki firm audytorskich wyeliminują następne podmioty z rynku, który staje się powoli oligopolem. Kontrolowanie działalności audytowej w zakresie takim, jaki planuje PANA, wzmacnia nadzór publiczny nad działalnością PIBR, co nie jest z gruntu złe, ale nie ma tam nic, co wzmacniałoby rolę audytu i prowadziło do niwelowania rozbieżności między rzeczywistością a sprawozdawczością! Tak rozumiana reforma audytu pozwala sterować, kto ma badać najważniejsze podmioty i organizacje w państwie i jaki ma być efekt owej rewizji. Spośród 1,3 tysiąca firm audytorskich, jedynie 70 z nich badały jednostki zaufania publicznego. Rynek audytu banków, funduszy, zakładów ubezpieczeń, spółek akcyjnych i innych jzp jest już owładnięty przez nielicznych. Pojedynczy biegły ma niewielkie szanse konkurowania z gigantami: po pierwsze: jego opinia niewiele znaczy, a po drugie: zamawiający nie ma pewności jakąż to opinię ów biegły wyda. Dlatego zamawia audytora, któremu płaci dużo, ale otrzymuje opinię taką, jakiej oczekuje. Przykładów na to jest mnóstwo.
Scentralizowany nadzór nad firmami audytowymi miał zmniejszyć możliwości działania spółek niezgodne z prawem. Ale przecież nie tylko o spółki tu chodzi, lecz również partie, fundacje, jednostki budżetowe i wszelkie inne podmioty korzystające ze środków publicznych. Kontrola audytu to niewielka część całości, najważniejsze są kompetencje i umiejętność formułowania wniosków z audytu, czyli tzw. eksperckiego osądu. Dlaczego z procesu kontroli oraz zmian prawa wyłączono PIBR i inne organizacje skupiające biegłych? Jakie względy merytorycznie za tym przemawiają? Czy PANA, działająca od roku, jest tak kompetentną organizacją, że nie potrzebuje z nikim współpracować? Dotychczasowe próby to raczej pozory współpracy, bo PANA jako organ władczy i tak postanowi, jak zechce. Potwierdzają to dyskusje, które dotychczas się odbyły.
Właściciele jednostek oprócz opinii na temat sprawozdania, chcieliby też wiedzieć, czy i co robią nie tak, co należałoby usprawnić itp. Wizyta biegłego u przedsiębiorcy była ważna – ale teraz biegłemu nie wolno udzielić żadnych porad! Jest to absurd oznaczający, że od chwili wprowadzenia zapisu art. 56 ustawy, zawód ten w oczach przedsiębiorców przestał mieć merytoryczne znaczenie. A przecież dla zachowania niezależności wystarczyłoby wymienić usługi wtedy wyświadczone. No ale zwyciężył interes innych zawodów, więc nie pora lać łez na biegłymi, którym w nagrodę dodano obowiązków administracyjnych.
Od chwili likwidacji Krajowej Komisji Nadzoru, zawód biegłego rewidenta nie jest już wolnym zawodem; ma co prawda mnóstwo ważnych obowiązków, lecz uprawnień niewiele, a samorządności żadnej. W tym kontekście należałoby zapytać: kto się odważy sprzeciwić wynikom finansowym ogłoszonym przez popieranych politycznie czempionów? Po drugie: co i w jaki sposób mają poprawić owe przedłużone terminy karania/dokumentowania? Skoro żadnego uzasadnienia nie przedstawiono, podpowiedzmy: nie poprawią nic!.
Gdyby natomiast chodziło o podniesienie rangi audytu i jego wpływu na rzeczywistość gospodarczą, należałoby, wzorem krajów Unii Europejskiej doprecyzować następujące sprawy:
1) uznać, że sprawozdanie z badania zawiera wiążące dane dla wszystkich którzy się tym posługują – urzędów, sądów, inwestorów, właścicieli, chyba że wykaże się jego nieprawidłowości w toku kontroli, którą zaostrza PANA. Po co zatem zwiększone restrykcje wobec biegłych, kiedy nie zwiększamy/poszerzamy znaczenia audytu? Dziś w przeważającej większości audyt to niepotrzebny wydatek, niemal zło konieczne: by raport złożyć do KRS! Tak rozumują przedsiębiorcy!
2) objęcie audytem partii politycznych, w miejsce formalnego potwierdzania sporządzonych tabelek, że pieniądze wpłynęły na prawidłowe konto itp. Takie sprawdzania (bo przecież nie audyt) mogą robić urzędnicy np. Państwowej Komisji Wyborczej. Natomiast audyt partii winien obejmować ocenę jej działalności finansowej wraz z zasadnością ponoszonych wydatków na cele statutowe. Dotychczas nie podlegają one kontroli i wystarczy, że koszt urządzonej imprezy partia nazwie konwencją, by wszystkie związane z nią koszty jak zakup alkoholu, najem kwater, ochrona prywatnych osób, uważać za koszty statutowe. Jak uznać koncert Zenka na imprezie partyjnej za koszt statutowy? Partie mogłyby ponosić sobie te koszty, gdyby nie korzystały z pieniędzy publicznych! Dla porównania – przedsiębiorcom takich kosztów ponosić nie wolno, mimo, że finansują je z własnych środków. Jak długo mamy czekać na zlikwidowanie tego absurdu?
3) rozgraniczenie wydatków  na cele państwa oraz na cele partii. W tym zakresie nie różnimy się wiele od Korei Płn. Merytorycznie łatwo to zrobić, trzeba jedynie politycznej woli. Jak długo klasa polityczna ma pasożytować na państwie? W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to jest kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.
4) wszelkie nietrafione inwestycje, wieże, przekopy, porty, zapasy strategiczne itp muszą podlegać audytowi, czyli wycenie według wartości godziwej, a różnice odpisywane w straty. Jako składniki aktywów, czyli majątku narodowego, mogą być uznane tylko te, które w przyszłości przysporzą korzyści ekonomicznych. Jeśli jakaś wartość nie spełnia tego kryterium, nie może stanowić składnika majątku.
5) uściślenie wymogów audytorskich wobec spółek Skarbu Państwa, na równi z innymi podmiotami po to, by zapobiec budowaniu ” wydmuszek narodowych”. Dotyczy to również wydatków na finansowanie politycznych przedsięwzięć, niezwiązanych z działalnością gospodarczą tych podmiotów.
6) egzekwowanie wymogów sprawozdawczych firm inwestorskich, funduszy, spółek giełdowych, których majątek w pomad 90 proc. zależy od wyceny wszelkiego rodzaju papierów, często wbrew nazwie, bezwartościowych. Audyt tych podmiotów wymaga szczególnych rygorów wyceny!
7) Żadne wydatkowanie pieniędzy publicznych nie może pozostać bez kontroli, czyli standardowego audytu. Takie prawo w zasadzie jest, ale funkcjonuje wybiórczo.
8) uczestnictwo biegłych w procedurach upadłościowych. Każde sprawozdanie sporządzone na moment upadłości musi być poddane rewizji, by syndyk rozliczył się z majątku, który przejmuje. Nie może się on w procesie upadłości rozpływać. To w upadłościach mamy największy rozjazd między sprawozdawczością a rzeczywistością gospodarczą, sięgający czasem 100 proc., a procesy upadłości trwają wiele lat, po których rzadko kiedy zostaje cokolwiek do podziału wierzycielom. Dlaczego, nadzorując audyt, PANA tego nie dostrzega?
10) wzmocnienie roli prawa bilansowego w ewidencji gospodarczej oraz sprawozdawczości wszystkich podmiotów, w tym państwa. Dotychczas jest ono rozumiane jako niemal „lex imperfecta” (prawo pozbawione sankcji, niemożliwe do wyegzekwowania).
11) uczestnictwo biegłych w przygotowaniach zmian przepisów prawa gospodarczego i bilansowego na każdym etapie jego tworzenia. Czy najnowsze zmiany były z kimkolwiek  konsultowane? Dla skuteczności kontroli działalności gospodarczej, dostęp do informacji jest niezbędny, wręcz kluczowy, dlatego ograniczanie dostępu do informacji podmiotów zaufania publicznego, świadczy że działania władz zmierzają w kierunku przeciwnym niż deklaracje. Aby to stwierdzić, wystarczy dokładnie analizować bieżące nowele prawa.
Przypomnijmy też, że rząd zamierza znowelizować kodeks spółek handlowych, co ma rzekomo odpowiadać potrzebom polskich przedsiębiorców, ale nikt ich o to nie pytał! Ministerstwo Aktywów Państwowych przedstawia zmiany jako największą reformę kodeksu od 20 lat. Główne cele to wprowadzenie tzw. prawa holdingowego, wdrożenie przepisów o „grupie spółek”, zapewnienie spółce dominującej sprawnego zarządzania grupą oraz rzekome zwiększenie odpowiedzialności rad nadzorczych – jak wskazuje MAP. Ale zmiany te budzą wiele zastrzeżeń o charakterze fundamentalnym – także co do zgodności z Konstytucją, zasadami techniki prawodawczej, prawem unijnym, systemowej spójności i zgodności z podstawami prawa handlowego i prawa cywilnego, czyli prawa prywatnego, którego podstawową funkcją jest ochrona praw jednostki. Z decyzją powinna być zawsze związana odpowiedzialność, a tu proponuje się oderwanie tej zależności
Proponowane rozwiązania prowadzą do ograniczenia swobody przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału. Stwarzają możliwości drenażu majątku spółek zależnych przez spółki dominujące, które mogą łatwo uniknąć odpowiedzialności cywilnoprawnej. Obniżą próg ochronny dla spółek zależnych, ich wspólników/akcjonariuszy oraz wierzycieli tychże spółek. Już sama wielość zmian powoduje zamieszanie przez brak korelacji z pozostałymi przepisami kodeksu spółek handlowych. Ma to pozornie zwiększyć efektywność rad nadzorczych, ale chodzi tu raczej o uzasadnienie wysokich zarobków członków tych rad. Wiele rozwiązań zakłóca, a wręcz zaburza istniejący system nadzoru korporacyjnego, przerzucając obowiązki nadzorcze na zarząd spółki. Nie są one też zgodne z prawem unijnym ponieważ dla spółek z UE niektóre postanowienia będą nie do spełnienia. A największy problem to „przeregulowanie” przepisów i nadmierny formalizm, który w działalności gospodarczej już staje się udręką.
Pomijając fakt, że dotychczasowe ksh w zasadzie regulują wszystkie sprawy w sposób wystarczający oraz że owe zmiany nie były konsultowane ze środowiskiem biegłych rewidentów, podkreślmy, że po wprowadzeniu nowych przepisów spółki kapitałowe zaczną działać jak urzędy, a ludzie nie będą podejmowali inicjatyw, dopóki nie dostaną polecenia z góry. Nowela zakłada, że spółka dominująca będzie mogła żądać od spółki zależnej wykupienia udziałów mniejszościowych. Nowe przepisy ułatwiają pozbywanie się takich udziałowców. Wprowadza się też zwolnienie członków zarządu i rad nadzorczych z odpowiedzialności wobec spółki za daną czynność, jeżeli osoby te działały w sposób lojalny wobec spółki. Ma wzmocnić rolę spółek dominujących poprzez wprowadzenie szeregu uprawnień wobec spółek zależnych.
Proponowane zmiany zdaniem MAP mają ułatwić wiele procesów, które zachodzą dzisiaj w praktyce działania grup kapitałowych, za którymi rzekomo nie nadąża prawo. Ale te regulacje nie uwzględniają rzeczywistej i obowiązującej już praktyki zarządzania grupami spółek, gdzie z założenia członkowie zarządów i rad nadzorczych mają znać prawo. Nowe regulacje takiego założenia nie podtrzymują. Ma powstać wielotorowość w stosowaniu prawa, znaczna część problemów holdingowych będzie rozwiązywana przy pomocy instrumentów nie tylko prawa spółek i prawa cywilnego, ale też prawa administracyjnego i karnego, co może doprowadzić do dodatkowych problemów na niższych poziomach zarządzania grup. Problem przeregulowania i nadmiernego formalizmu, pozwoli szczeblom wyższym na znaczącą dowolność w sprawowaniu nadzoru przez rady nadzorcze spółek dominujących nad realizacją zadań przez spółki zależne.
Regulacje prawa holdingowego mają rzekomo zapewnić skuteczny nadzór nad instytucjami finansowymi, co będzie zależało od woli samych zainteresowanych – a to oznacza, że na wyższych szczeblach mogą one być wykorzystywane do ochrony interesów członków zarządów i rad nadzorczych, oraz przypisywania odpowiedzialności niższym szczeblom zarządzania grup spółek. Niezależnie od ostatecznej wersji proponowanych zmian, ich intencje są dość widoczne, choć w zamęcie wielosłowia nie zawsze łatwe do identyfikacji.

Niech Bambo nadal w Afryce mieszka

Nikt nie kwapi się, by w naszym kraju stworzyć warunki, zachęcające cudzoziemców do pracy w deficytowych zawodach.
Mamy w Polsce coraz więcej obcokrajowców, których imigracja do naszego kraju motywowana była najczęściej czynnikami ekonomicznymi, a oni traktują ją jako sytuację przejściową.
Oznacza to, że trafiają do nas przede wszystkim osoby wykonujące prace fizyczne, o relatywnie niskich kwalifikacjach lub też pracujące poniżej swoich kwalifikacji (mimo, że w swoich krajach często ukończyły studia), chcące pozostać w naszym kraju tylko przez jakiś czas.
Polsce są natomiast na wiele lat potrzebni specjaliści, których u nas brakuje. Rodzime korporacje zawodowe, przy wsparciu urzędników, pilnują jednak, aby droga obcokrajowców do podejmowania w naszym kraju różnych deficytowych profesji była maksymalnie utrudniona. I pod rządami Prawa i Sprawiedliwości udawało się ich skutecznie zniechęcać.
Dla przykładu, jak policzyła Najwyższa Izba Kontroli, w 2019 r. prawo wykonywania zawodu lekarza lub lekarza dentysty miało w naszym kraju zaledwie 1 823 cudzoziemców, co stanowiło nieco ponad 1 proc. ogółu lekarzy i lekarzy dentystów. W Niemczech ten odsetek wynosił wówczas 15 proc., w Wielkiej Brytanii 27 proc., a w Izraelu aż 58 proc.
Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika także, że na koniec 2019 r. wśród cudzoziemców (a raczej cudzoziemek) mających w Polsce prawo wykonywania zawodu były zaledwie 243 pielęgniarki (0,10 proc. wszystkich aktywnych zawodowo pielęgniarek w naszym kraju) oraz 15 położnych (jedynie 0,05 proc. wszystkich aktywnych zawodowo położnych).
Pierwszą, najtrudniejszą, a dla części obcokrajowców wręcz niemożliwą do pokonania barierą w procesie uznawania kwalifikacji, była nostryfikacja dyplomu zdobytego w krajach nienależących do Unii Europejskiej. Była – bo dziś nostryfikacja została już zastąpiona innymi procedurami weryfikacyjnymi. Powodem trudności z nostryfikacją były przyjęte na poszczególnych uczelniach regulacje, często sprzeczne z powszechnie obowiązującymi w Polce przepisami.
Jak ustaliła NIK, w latach 2017-2020 (I półrocze), na pięciu dużych uniwersytetach medycznych złożono 1778 wniosków o przeprowadzenie postępowań nostryfikacyjnych. Najwięcej na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku – 856 (uznano niespełna 46 proc. dyplomów), a najmniej na Śląskim Uniwersytecie Medycznym – tylko 16 (nie uznano żadnego).
Trudności przed obcokrajowcami mnożono bardzo pomysłowo. NIK stwierdziła, że wbrew obowiązującym przepisom na trzech uniwersytetach (Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, Śląskim Uniwersytecie Medycznym oraz na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi) żądano dostarczenia wymaganych dokumentów przetłumaczonych w Polsce przez tłumacza przysięgłego, zaś tłumaczenie wykonane za granicą musiał potwierdzić właściwy konsul.
To oczywiście wydłużało czas kompletowania dokumentów, ale przede wszystkim oznaczało dla starającego się konieczność ponoszenia dodatkowych kosztów, które mogły wynosić od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jeden z uniwersytetów, niezależne od opłaty za przeprowadzenie postępowania nostryfikacyjnego, pobierał także opłatę za przeprowadzenie egzaminów, związanych ze stwierdzonymi różnicami w programie studiów, efektach kształcenia lub czasie trwania studiów. Jedna uczelnia przeprowadzała egzamin weryfikujący stan wiedzy osób ubiegających się o uznanie dyplomu zanim w ogóle rozpoczęła postępowanie nostryfikacyjne.
Generalnie, trudności przed obcokrajowcami piętrzono w sposób dowolny. Tylko na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku ramowe zasady przeprowadzania takich postępowań, w całym kontrolowanym okresie, regulowały zarządzenia rektora, doprecyzowane uchwałami rad poszczególnych wydziałów. I właśnie na tej uczelni złożonych zostało najwięcej wniosków o nostryfikację dyplomu, zaś najwięcej postępowań zakończyło się pozytywnie. Na trzech kontrolowanych uniwersytetach jednolite regulacje zostały wdrożone dopiero w latach 2019-2020. Na jednym – Uniwersytecie Medycznym w Łodzi – nie wprowadzono ich także później.
Jak w ogóle wyglądał proces nostryfikacji dyplomu studiów medycznych? Na wszystkich uczelniach porównanie programu studiów, efektów uczenia się, uprawnień i praktyk zawodowych oraz czasu trwania studiów polegało najpierw na analizie dostarczonej dokumentacji.
W przypadku stwierdzenia różnic, w zależności od uczelni i poszczególnych wydziałów, osoby ubiegające się o nostryfikację zobowiązane były do zdania egzaminu w formie ustnej albo pisemnej, ewentualnie do odbycia praktyki. Najczęściej był to pisemny test obejmujący od 100 do 150 pytań, przy czym próg zdawalności ustalony został na poziomie od 55 proc. do 70 proc. prawidłowych odpowiedzi (co wydaje się stosunkowo niską granicą). Na przykład, na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, na wydziałach lekarskim oraz farmaceutycznym różnice w efektach kształcenia oceniano na podstawie egzaminu testowego z dziedzin określonych przez radę wydziału, którego zaliczenie oznaczało nostryfikację dyplomu.
W 2020 r. Minister Zdrowia zainicjował i doprowadził do uchwalenia rozwiązań prawnych częściowo ułatwiających lekarzom i lekarzom dentystom spoza UE uznanie ich kwalifikacji zawodowych. Od 1 stycznia 2021 r. nie jest już konieczna nostryfikacja dyplomu, wystarczy zaliczenie Lekarskiego Egzaminu Weryfikacyjnego (LEW) lub Lekarsko-Dentystycznego Egzaminu Weryfikacyjnego (LDEW). Obcokrajowcy mogą także odbyć staż podyplomowy na zasadach obowiązujących obywateli polskich (możliwe jest sfinansowanie jego kosztów przez marszałka województwa). Zniesiono również obowiązek uzyskania zgody Ministerstwa Zdrowia na odbywanie szkolenia specjalizacyjnego w Polsce. Ministerstwo Zdrowia nie podejmowało natomiast działań zachęcających cudzoziemców do osiedlania się w Polsce i do zatrudniania w zawodach medycznych.
Po nostryfikowaniu dokumentów, kolejnym etapem na drodze do zatrudnienia w Polsce było – i pozostaje nadal – uzyskanie od izb lekarskich, czy izb pielęgniarek i położnych, prawa wykonywania zawodu (na czas określony, nieokreślony lub w celu odbycia stażu podyplomowego). Najczęściej wnioskodawcy spoza UE pochodzili z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Jeśli chodzi o pielęgniarki i położne, to wnioski składały głównie panie także z Ukrainy, Białorusi oraz Rosji, ale i z Kazachstanu, Kamerunu, Egiptu, Indii.
W przypadku pielęgniarek i położnych wykształconych poza Unią Europejską, utrudnieniem w uzyskaniu pozwolenia wykonywania zawodu były także nieprzejrzyste procedury Okręgowych Izb Pielęgniarek i Położnych. Niejednolite wymagania dotyczące dostarczenia niezbędnych dokumentów miały zaś wpływ na ponoszone przez wnioskodawczynie koszty. W OIPiP w Poznaniu wymagano np. zaświadczenia o stanie zdrowia wydanego przez lekarza medycyny pracy, co wiązało się z dodatkowymi wydatkami na badania, podczas gdy warszawskiej izbie wystarczało oświadczenie samej osoby wnioskującej.
Odmowy prawa wykonywania zawodu wiążą się na ogół z brakiem odpowiedniego poziomu wykształcenia, znajomości języka polskiego w mowie i piśmie udokumentowanej urzędowym poświadczeniem, ważnego zezwolenia na pobyt stały, a także z nieukończeniem przez kandydatów studiów pomostowych, mających wyrównywać różnice w kwalifikacjach zawodowych.
Ta ostatnia kwestia pozostała dotychczas nierozstrzygnięta. Zdaniem Ministerstwa Zdrowia, pielęgniarki np. z Ukrainy mające dyplomy ukończenia szkół pielęgniarskich we własnych krajach, mogą się kształcić na studiach pomostowych w Polsce, a po ich zakończeniu będą mogły podjąć pracę w naszym kraju. Jednak według Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych, prawo wykonywania zawodu można wydać wyłącznie osobie, która ukończyła stacjonarne studia licencjackie trwające co najmniej 6 semestrów i obejmujące zarówno praktykę jak i teorię. Studia pomostowe – zaoczne i trwające do 5 semestrów – to zdaniem NIPiP rozwiązanie wprowadzone wyłącznie dla polskich pielęgniarek wykształconych w poprzednim systemie, czyli w liceach i zawodowych szkołach medycznych. Daje im ono możliwość ukończenia studiów pierwszego stopnia, zaocznie i w krótszym czasie. W wyniku tych różnic zdań, niektóre osoby z zagranicy mające dyplomy ukończenia studiów pomostowych kierowały sprawy do sądów, bo odmówiono im prawa wykonywania zawodu. Brak informacji, by rozstrzygnięcia sądów pozwoliły im uzyskać to prawo.
Generalnie, w Polsce nie opracowano ani rozwiązań tworzących system uznawania kwalifikacji cudzoziemców spoza UE, ani takich, które mogłyby ich wspierać w staraniach o uznanie wykształcenia.
„Nadal nie mamy spójnego systemu uznawania kwalifikacji cudzoziemców wykształconych poza Unią Europejską. To nie zachęca ich do szukania pracy w Polsce” – stwierdza NIK i zauważa, że nie udało się zahamować niekorzystnych trendów na naszym rynku pracy. Przeciwnie, funkcjonujące rozwiązania wręcz ograniczyły napływ obcokrajowców, mogących podejmować pracę w zawodach pożądanych przez polską gospodarkę.

Koncepcja Wielkiego Przeskoku

Tym razem rząd PiS opowiada bajki o bezpośrednim „przeskoku” z dominującej w Polsce produkcji ręcznej do przemysłu cyfrowego – a dokładniej, do „autonomicznych cyberfizycznych systemów produkcyjnych”.
Polska jest na tle Europy wysoko, ale mało innowacyjnie uprzemysłowionym państwem. Udział sektora wytwórczego w wartości dodanej wytwarzanej w naszym kraju wyniósł w 2019 r. 18,9 proc. wobec wartości dla Unii Europejskiej równej 15,5 proc. Wartość dodana w polskim sektorze przemysłowym od 2015 r. rośnie (w cenach stałych) o średnio 3,9 proc. rocznie.
Gdy spojrzeć na poszczególne działy przetwórstwa przemysłowego, to zauważymy, że największą gałęzią polskiego przemysłu jest przetwórstwo spożywcze (18 proc. produkcji sprzedanej całego przemysłu), a następnie branża motoryzacyjna (11 proc.), produkcja wyrobów z metali (9 proc.), produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (7 proc. ) oraz produkcja koksu i przetwórstwo ropy naftowej (6 proc.).
Jeśli natomiast spojrzymy na działy, które najszybciej rozwijały się w ostatnich 5 latach, to na pierwszym miejscu znajduje się, niezbyt sprzyjająca zdrowiu, produkcja wyrobów tytoniowych (aż 69 proc. wzrostu), która jednak stanowi jedynie 0,5 proc. całego przemysłu. Nieco wolniej rosła produkcja wyrobów z gumy (45 proc. wzrostu), produkcja wyrobów z mineralnych surowców niemetalicznych (44 proc), a także produkcja koksu i przetwórstwo ropy oraz produkcja urządzeń elektrycznych (po 43 proc.).
Przemysł to sektor, do którego kierowana jest największa część inwestycji dokonywanych w Polsce. Wartość inwestycji przemysłowych wzrosła od 2012 do 2019 r. o 82,8 proc. w cenach stałych, a ich udział we wszystkich inwestycjach, z 16,5 proc. do poziomu 23,4 proc.
Analiza produktywności polskiego przetwórstwa przemysłowego może dostarczyć optymistycznych wiadomości. Dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) podają, że wartość dodana na jedną przepracowaną godzinę w przemyśle, wzrosła w rekordowym pod tym względem dla naszego kraju 2019 roku o 9,1 proc., co jest tempem zdecydowanie szybszym niż w państwach strefy euro. Tamte kraje, znacznie lepiej rozwinięte niż Polska, już dawno osiągnęły taki poziom produktywności przemysłu, którego nie da się szybko podnieść. Polska natomiast wciąż startuje z niskiej bazy. W każdym razie, biorąc pod uwagę ostatnie kilka lat, znajdujemy się już w gronie państw z szybkim przyrostem produktywności, osiągając od 2015 roku jej wzrost o 14,3 proc.
Pod względem liczby pracujących w przemyśle, różnica między Polską a średnią unijną jest wyraźnie zauważalna – w Polsce pracownicy przemysłowi stanowią 20,5 proc. wszystkich zatrudnionych, podczas gdy w całej Unii Europejskiej – 13,6 proc. W wartościach absolutnych oznacza to, że w Polsce 3,35 mln osób pracuje w sektorze wytwórczym.
Choć dziś największy rozgłos uzyskują firmy usługowe działające w branży internetowej i handlowej, to wciąż przemysł pozostaje sektorem, który najsilniej wpływa na kondycję gospodarki narodowej w perspektywie długookresowej. Zgodnie z tym podejściem, Unia Europejska w dokumencie „Nowa strategia przemysłowa dla Europy” uznała silny przemysł za sektor napędzający gospodarkę i gwarant suwerenności ekonomicznej.
Znaczenie przemysłu dla gospodarki wykracza poza wytwarzaną w nim bezpośrednią produkcję. Rozwijający się przemysł tworzy miejsca pracy w sektorze usług, wspierających produkcję przemysłową, np. przy badaniach i rozwoju, handlu towarami czy, coraz ważniejszej dziś, obsłudze systemów cyfrowych.
W ramach przemysłu funkcjonują również typy produkcji, mające większe oddziaływanie zewnętrzne od pozostałych. Jak wskazuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii są to przede wszystkim firmy będące tzw. integratorami łańcuchów wartości, które projektują finalne produkty i organizują ich produkcję na wielu etapach, często współorganizując produkcję kilkudziesięciu zakładów dostarczających półproduktów. Tego typu przedsiębiorstwa są szczególnie istotne dla rozwoju krajowej gospodarki, ponieważ generują największe pozytywne efekty zewnętrzne.
Silny krajowy przemysł wytwórczy okazuje się szczególnie istotny w momentach załamania międzynarodowego handlu, tak jak miało to miejsce na początku pandemii COVID-19. Istotne okazuje się wówczas ulokowanie produkcji kluczowych, strategicznych dóbr w kraju, w którym konieczne jest ich wykorzystywanie. Posiadanie silnego sektora przemysłowego buduje strategiczną autonomię i wpływa na bezpieczeństwo gospodarcze (np. w dostępie do żywności i leków.
Dotychczas realizowane w Polsce polityki rozwoju miały na celu poprawę warunków prowadzenia działalności gospodarczej dla wszystkich przedsiębiorstw. Dziś wydaje się, że działania takie muszą być uzupełnione o szytą na miarę, dopasowaną do potrzeb branż, politykę przemysłową. Niezwykle ważne dla polityki przemysłowej będą te branże, które cechują się dużą złożonością produkcji i wysoką wartością dodaną wytwarzaną w krajowych ogniwach łańcucha produkcji, a także znacznym potencjałem eksportowym. Odpowiednio ukierunkowane wsparcie powinno nadać impetu rozwojowego w poszczególnych branżach, a otoczenie instytucjonalne i rozsądna deregulacja – wspomóc budowanie przewag konkurencyjnych polskiego przemysłu.
Wszystkie te cechy polityki przemysłowej nie stanowią w Polsce żadnej nowości. Mówi się o nich w naszym kraju co najmniej od półwiecza. Efekt – czyli stały brak skutecznej polityki przemysłowej – też nie jest niczym nowym. Mamy branże tradycyjnie mocne, przed którymi stoją jednak poważne wyzwania (np. transformacja niskoemisyjna, cyfrowa, 4.0, o obiegu zamkniętym). Ale są i takie przed którymi skutki pandemii otworzyły nowe perspektywy rozwojowe. Rozumna polityka przemysłowa powinna brać to pod uwagę.
Przykładem może tu być cyfryzacja, która jako ciągły proces zbliżania rzeczywistego i wirtualnego świata staje się głównym motorem innowacji i zmian w większości sektorów gospodarki. Państwo polskie nie jest w stanie wpływać na całokształt gospodarki scyfryzowanej, ale mogłoby spróbować skupić się na tych obszarach jego działalności, które są w stanie zbudować środowisko infrastrukturalne dla dynamicznego wzrostu wykorzystania narzędzi cyfrowych, w celu zwiększenia produktywności i innowacyjności gospodarki.
Powszechny dostęp do szybkiego łącza internetowego jest dziś niemal równie ważny co dostęp wszystkich obszarów kraju do powszechnej sieci dróg czy sieci energetycznej. Czynnikiem, bez którego cyfryzacja nie wykorzysta swojego potencjału modernizacyjnego dla gospodarki, są jednak głównie dane cyfrowe.
Dlatego Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii oświadcza: „Państwo powinno tworzyć infrastrukturę instytucjonalną, zachęcającą sektor prywatny (firmy, organizację i obywateli) do bezpiecznego udostępniania i wielokrotnego wykorzystywania danych. Potrzebne są odpowiednie regulacje, chroniące prywatność i interes ekonomiczny konsumentów-generatorów danych”.
Święte słowa! O tym, co powinno tworzyć państwo i o potrzebie ochrony prywatności konsumentów, wiadomo już od kilkudziesięciu lat. I właściwie nie trzeba dodawać, że państwo rządzone przez PiS nic w tym kierunku nie zrobiło, mimo ponad pięciu lat panowania tego ugrupowania. Przeciwnie, pojawiają się regulacje prowadzące do naruszania prywatności i powszechnego inwigilowania konsumentów. A o tym, jak wygląda bezpieczeństwo danych pod rządami Prawa i Sprawiedliwości pokazują ostatnie włamania na strony ważne dla polskiego państwa. W tej sytuacji rząd PiS umie tylko biadolić: „W ostatnim czasie jesteśmy przedmiotem bezprecedensowego ataku cybernetycznego na Polskę, na polskie instytucje i użytkowników skrzynek internetowych” – ogłasza rzecznik rządu.
W tym kontekście warte podkreślenia jest, że cyfryzacja działalności gospodarczej wykracza daleko poza internetową sprzedaż lub komunikację z klientem, a ważnym jej wymiarem jest właśnie zbieranie i analiza danych cyfrowych. Należy się spodziewać, że w najbliższych latach dane cyfrowe i odpowiednie ich wykorzystanie staną się jednym z głównych motorów innowacyjności – ale chyba nie w Polsce.
Tym niemniej, na świecie już rozwija się koncepcja przemysłu 4.0, która opiera się na wykorzystaniu całych systemów cyberfizycznych, tj. łączących wykorzystanie robotów przemysłowych z bieżącym, automatycznym zarządzaniem nimi przez programy przetwarzające duże zbiory danych, pozyskiwane w toku tej produkcji oraz z zewnątrz. Podstawą takiej cyfryzacji jest wykorzystanie czujników, udostępniających dane o właściwościach, działaniu lub lokalizacji maszyn, materiałów czy produktów.
Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii zauważa: ” Wśród elementów typowych dla czwartej rewolucji przemysłowej, stanowiących część głównych wyzwań przed którymi stoją gospodarki aspirujące do miana cyfrowych, wskazać należy: personalizację produktu, czyli odejście od masowości w kierunku rozwiązań indywidualnych; rozwój produktów hybrydowych łączących cechy fizyczne z dostarczeniem wymaganej przez klienta funkcjonalności; przejście w systemach wytwarzania z modeli scentralizowanych, w których produkt opisywany jest w formie „recepty” przekazywanej następnie do systemu produkcyjnego, gdzie rozdzielane są zadania, na systemy zdecentralizowane; lean manufacturing – tradycyjne maksymalizowanie efektu przy minimalizacji kosztów zmienia się w maksymalne monetyzowanie rynkowego potencjału przy minimalnych kosztach poprzez bezpośredni kontakt z rynkiem i ucyfrowienie przepływających danych. Taki model produkcji niesie za sobą wiele korzyści, które wyznaczą nowy standard produkcji w państwach rozwiniętych. Dostarczy on produkty lepiej dopasowane do indywidualnych potrzeb, a dla producentów oznacza oszczędności w procesie produkcji”.
Jak widać, w teoretyzowaniu, zwłaszcza na temat państw rozwiniętych, Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii jest całkiem niezłe. Tylko z praktyką mu nie wychodzi. Co tu mówić o epoce czwartej rewolucji przemysłowej, skoro w naszej gospodarce nie ma nawet powszechnego wykorzystania zdobyczy trzeciej rewolucji – czyli automatyzacji produkcji z wykorzystaniem robotów przemysłowych sterowanych komputerowo.
„Dlatego, aby zachować międzynarodową konkurencyjność w warunkach przemysłu 4.0, konieczny będzie „przeskok” z produkcji ręcznej bezpośrednio do autonomicznych cyberfizycznych systemów produkcyjnych” – przedstawia swą receptę Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii.
Jasne! Już widzimy ten bezpośredni wielki przeskok w wykonaniu rządu PiS.