Czy być cwaniakiem, czy być frajerem…

… tylko ten pierwszy może zostać milionerem.

W swoich „Flaczkach tygodnia” nasz znakomity prześmiewca Piotr Gadzinowski zachęca do dzielenia się swoimi przemyśleniami i prowokuje do przysyłania swoich tekstów do coraz lepszych wydań TRYBUNY.Te wydania to przecież żywo redagowana gazeta polskiej lewicowości , której autorzy nie mają zamiaru się wstydzić.

Czytam TRYBUNĘ od wielu lat , podziwiam wspaniałe artykuły , które aż proszą się o wykonanie odbitek – jak w czasach „niezłomnej Solidarności”.
Ostatnio zainspirowały mnie refleksyjnie cztery artykuły :

– Rafała Skąpskiego „Przed rozmową z wnukami”
– Marka Barańskiego „Pisie misie”
– Piotra Jastrzębskiego – Księga wyjścia (51)
i Piotra Gadzinowskiego „Tacy azjatyccy Polacy” na których podstawie chciałbym podzielić się swoimi refleksjami.

Piotr Jastrzębski pisze m.in. „Żeby lepiej uzmysłowić w którym miejscu drabiny społecznej jesteśmy, jakiś czas temu przygotowałem pewną teorię……Prawdziwa wolność zaczyna się tam , gdzie kończy się strach o byt i bezpieczeństwo ekonomiczne.”  Jest to wg mnie jedno z kluczowych rozstrzygnięć , jakie trzeba podjąć w życiu. Często wśród moich koleżeństwa pokutuje takie powiedzonko „Jestem niezależny, mam swój rozum, wiem na kogo głosować i nikt mną nie będzie pomiatał.”

Piotr Jastrzębski kończy swój artykuł takim stwierdzeniem:

„Najsprytniejszą zagrywką kapitalistów było to , że wmówili ludziom , że każdy może zostać milionerem. Wciąż w to wierzycie?”. Często odpowiadam moim rozmówcom, że są zależni od ZUS-u. Nie dostaję odpowiedzi na pytanie:  „A co będzie jeśli ZUS nie wypłaci ci twej renty lub emerytury? Jest tylko gest machnięcia ręką i niedowierzania , że coś takiego może się stać.

Tu wracam do mego tytułu niniejszego artykułu. Kim być – cwaniakiem czy frajerem? Kolejny autor daje na to odpowiedź w tekście „Pisie misie”. Wytrawny znawca polskich realiów Marek Barański , przytacza nawet odpowiedź na wątpliwość – „Skąd się taki Miś wziął? M.in. Miś jak to Miś jest dzieckiem PRL-u” Jest to odpowiedź prześmiewcza. Bo ci, co trochę lat przeżyli, wiedzą dobrze, że takie misie pojawiają się w każdej epoce, w każdym ustroju, w każdej partii, w każdym środowisku. Słynne zawołanie pewnego klasyka doprecyzowało jednoznacznie „Kadry decydują o wszystkim”. Wielu działaczy zna to powiedzonko rozszerzająco:
„B-M-W – bierny , mierny ale wierny”. Nie jest to ładnie przytaczać tego typu przygany, bowiem wiemy, że wielokrotnie opieraliśmy się na takich „misiach” a co z tego wyszło, możemy sami sobie dopowiedzieć. Do dnia dzisiejszego nie możemy się dopracować takiej polityki kadrowej w naszych formacjach lewicowych , która by preferowała ludzi nieskazitelnych – jak choćby Krystyna Łybacka – cześć jej pamięci!

Rafał Skąpski w swym artykule „ Przed rozmową z wnukami” przedstawia wzorcową wręcz refleksję na temat pełnienia funkcji rządowych. Prawdą jest , że nie każdy dyplom uczelni jest oznaką mądrości właściciela, a funkcja rządowa nie jest żadnym wytłumaczeniem różnorodnych decyzji podejmowanych w imieniu rządzących. Trzeba wrócić do słynnego Procesu Norymberskiego , na którym każdy oskarżony powoływał się na wykonywanie rozkazów Fuhrera. To samo się dzieje dzisiaj.

Gdzie są wasze rozumy, drodzy ministrowie, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów  urzędnicy każdego rządu , jeśli wykonywaliście rozkazy , nakazy, zalecenia, stanowiska itp. T u  l e ż y niezwykła odpowiedź na poczynania każdej władzy , która ma zawsze jakieś wytłumaczenia na swe decyzje. T o  s i ę  p o w i e l a w każdej władzy, w każdym ustroju ,bo to jest istota władzy. Żeby ją pełnić, trzeba wykonywać rozkazy, a później powoływać się na wodza, PolitBiuro, wyższą konieczność,
umiejętnie lawirować – b y ć  c w a n i a k i e m. Frajer będzie skazany na swoje zdanie, na swój umysł wobec niedorzeczności, na utratę dobrze płatnego stanowiska, na zgodę ze swoim sumieniem. Najgorsze jest to, że frajer ma przeważnie rację, że słynnego „a nie mówiłem” nikt nie chce słuchać. Wódz powiedział „tak ma być”, „wykonać”, „odmaszerować”, w ostateczności „zwalniam was”.

Od bardzo wielu lat nie dajemy sobie z tym rady.

Dość uważnie czytam TRYBUNĘ i zauważam takie teksty, po których chce się „wyć”, jak choćby artykuł dr Kazimierza Golinowskiego „Czy mogło pójść inaczej” i przedstawione procedury likwidacji polskich central handlowych, po tylu latach ujawnionych działań wręcz nieetycznych, dlatego nie akceptowanych przez uczciwych frajerów, oszukanych przez cwaniaków.  Tu dochodzimy do sedna sprawy. Patrząc na to, co się dzieje w polskiej polityce, dostrzegam jakąś dziwną manierę naszych polityków, czy to z obozu rządzącego, czy też opozycji, że nie wyciągają wniosków z naszych błędów i wypaczeń systemu demokratycznego.

Pierwszym błędem jest propaganda sukcesu.

Nikomu nie w smak jak ponosi porażkę, jest nawet powiedzonko „Zwycięzców się nie sądzi”. Uważam, że należy głośno mówić o rozliczaniu z prowadzonej polityki. Niech każdy polityk ma w swej świadomości , że za swe czyny zostanie sprawiedliwie rozliczony – i w zgodzie z prawem. Niech prawo znaczy prawo, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Musi nastąpić koniec z pobłażaniem.

Drugim błędem jest manipulacja historią Polski.

Może to banał – ale ocena czasów II Rzeczpospolitej, to także spojrzenie na klęskę 1939 roku i jej wszelkie konsekwencje. Jeśli straciliśmy wielkie połacie terenu, a konferencje Wielkiej Koalicji ustaliły nowe obszary Polski, to wysiłek historyków winien zmierzać ku uświadamianiu suwerena, że aktualny kształt Polski jest przez naród zaakceptowany, a kraj dobrze się w tym kształcie rozwijał. Może teraz – po niespotykanej nauczce koronawirusa – powinnniśmy przypominać na każdym kroku i w każdym czasie podstawowe hasło lat 20 i 30 XX wieku: „PRACY I CHLEBA”. To hasło było priorytetem lat PRL i ci, którzy obiektywnie na nie spoglądają, mogą potwierdzić, że obydwu nie brakowało. Dziś tymczasem hasło może znowu stać się aktualne.

Trzecim błędem jest niezwykle zagmatwana sytuacja w gospodarce kraju.
Tak nieśmiało można stwierdzić, że jest szansa na to, że Naród nie musi się bać o żywność polską. Jeśli zadbamy o prawidłową gospodarkę wodną, mamy szansę na pozytywny rozwój tej produkcji. Władze socjalistyczne nie umiały rozwinąć zagadnień zaopatrzeniowych w podstawowe środki do egzystencji. Mimo, że stworzono PSS-y, GS-y, MHD-my, to zawsze czegoś brakowało, a już wyjątkowo smutne było wprowadzanie przydziałów kartkowych. Dziś już o to martwić się nie trzeba.

Natomiast niezwykle ważnym zagadnieniem jest powrót do nieźle rozwiniętych różnorodnych gałęzi przemysłu. Tu się kłaniają doskonałe artykuły Piotra Gadzinowskiego – specjalisty wysokiej klasy od spraw chińskich i wietnamskich. Jeśli są te dwa kraje, z którymi mieliśmy doskonałe kontakty gospodarcze i polityczne, a w przypadku Wietnamu także społeczne (Łódź była pełna studiujących Wietnamczyków), to należy iść w tym kierunku, a nie szukać fałszywych przyjaciół na II półkuli.

Błąd czwarty – to stosunki Państwo – Kościół.

Jeśli Naród przyznaje się do przynależności do Przedmurza Chrześcijaństwa, to niech nim będzie. Jeśli tradycja w tej materii jest nie do dyskusji, to trzeba wolę Narodu uszanować. Choć my, działacze Lewicy wiemy, jak jest naprawdę, to niech to będzie zmartwieniem hierarchów. Natomiast musimy prowadzić dialog z Narodem, jak ma wyglądać państwo świeckie. Aż się prosi przypomnienie Episkopatowi, co to jest teologia wyzwolenia. Niewiele w tej materii czynimy.

Błąd piąty – to reakcja na konflikty społeczne.

Może mi ktoś zarzucać, że tak uparcie zwracam uwagę partii lewicowych na reakcje antykryzysowe, szczególnie konflikty społeczne i sposób ich rozwiązywania, ale nie wyobrażam sobie, aby rozwiązywać je siłowo. Tu władza ludowa zachowała się jak przedwojenne siły reżimowe , czyli strzelając i zabijając demonstrujących. To jest nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. W roku 1989 pokazaliśmy , że można władzę oddać pokojowo. „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”. Co z tego wyszło – dziś ani śladu po socjalizmie, ale wypaczeń nie zlikwidowano.

Przyszedł więc czas rozliczenia – PRL utrzymał się 40 lat, nowa Rzeczpospolita ma już prawie 31 lat. Mamy bardzo wielu mądrych naukowców, praktyków gospodarczych, działaczy społecznych
i politycznych. Może przyszedł czas wystawienia rachunku? Wystawmy go!

Nieprzyjazny rozdział od państwa

W pełni zdawaliśmy sobie sprawę z trudności jakie napotkamy. Wynikają one ze znikomej wiedzy w społeczeństwie o prawdziwym obliczu Kościoła katolickiego w realizacji jego zakulisowych wpływów, instytucjonalnego dostępu do władzy oraz braku informacji o skali otrzymywanych z różnych źródeł środków pieniężnych.

Przede wszystkim jednak z niedostatku wiedzy polityków i osób publicznych zajmujących się sprawami relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi o ich prawnych uwarunkowaniach.
Uważamy, że konstytucyjne postanowienia przyjęte w pięć lat po podpisaniu Konkordatu przyczyniły się w decydującej mierze do nadania Polsce ipso facto (faktycznego) charakteru państwa wyznaniowego, nawet jeżeli nie takie były zamiary jej twórców. Niestety, doprowadzili oni do sytuacji, w której pochodzące z demokratycznych wyborów władze państwowe zobowiązane są do dzielenia się sprawowana władzą z niedemokratyczną, hierarchicznie zorganizowaną działającą sekretnie i zakulisowo. Jest to więc współuczestnictwo we władzy, a wiec znacznie więcej niż tylko instytucjonalny do niej dostęp.
Art.25 Konstytucji, umieszczony w rozdziale I poświęconym państwu i jego instytucjom, co najmniej zrównuje z nimi instytucje wyznaniowe jeżeli wręcz nie przydaje im charakteru instytucji państwowych. Odwrócone zostało pierwszeństwo należne zasadzie pierwotnej tj. zasadzie wolności myśli, sumienia i wyznania indywidualnego człowieka i niezasadnie przyznane pierwszeństwo wolności kolektywnej kościołów i związków wyznaniowych która przecież jest pochodną wolności jednostki .Na marginesie wypada zauważyć, że art.53 ust.1 zubaża zasadę wolności indywidualnej ograniczając ją jedynie do wolności sumienia i wyznania, a w ust.2 precyzuje ją wyłącznie w zakresie wolności religii.
W konsekwencji nadrzędne potraktowanie wolności kolektywnej wzmacnia pozycję kościołów i związków wyznaniowych zrównanych z państwem w swej autonomii i niezależności i dodatkowo ubogaca przewidzianym w art.25 ust.3 obowiązkiem współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.
Cóż to za dobro wspólne ? Jak je zdefiniować ? Nie inaczej niż poprzez treść art.1 Konstytucji RP. Tym dobrem jest Rzeczpospolita – zgodnie bowiem z treścią tego przepisu stanowi ona dobro wspólne wszystkich obywateli !
Stąd logiczny wniosek wypływać musi, że współdziałanie obejmuje wszystkie sprawy jakie dla dobra wspólnego i dobra człowieka zostaną uznane za istotne. Jest to podstawowe uzasadnienie wagi i znaczenia komisji wspólnej rządu i episkopatu, w której pracach rząd jest reprezentowany jako instytucja działająca „in corpore” – w całości, chociaż praktycznie czynią to delegowani doń ministrowie. Art.25 ust.3 konstytuuje zasadę bilateralizmu jako zasadę współdecydowania władzy publicznej i kościoła w całym spektrum spraw, które dosyć swobodnie kościół może uznawać za istotne i mieszczące się w jego sferze autonomii i niezależności – w jego zakresie – jak stanowi przepis konstytucyjny czy też – w jego dziedzinie jak postanowiono w konkordacie. Jednocześnie art.25 ust.4 Konstytucji odsyła w zakresie stosunków państwa z Kościołem katolickim do konkordatu jako szczególnej, przewidzianej w Ustawie Zasadniczej formie regulacji relacji wzajemnych. Nie można przy tym nie zauważyć, że oba fundamentalne dla struktury prawnej państwa dokumenty są powiązane w wielu kwestiach komplementarnie. Konkordat w tych postanowieniach, które zostały na rzecz Kościoła zawarowane na tyle konkretnie by mógł twardo bronić przywilejów instytucji kościelnych (jak. np. prawo prowadzenia placówek oświatowych i wychowawczych ) nie ma potrzeby poszukiwania dodatkowego wzmocnienia, ale już w odniesieniu do katechezy szkolnej, która mogła być realizowana w różny sposób, w tym w sposób obciążający instytucje Kościoła, to dla zabezpieczenia jego interesów sięga się do przepisu konstytucyjnego o bezpłatnej edukacji publicznej, a w innych wypadkach, gdy reguły konkordatowe są sformułowane ogólnie czy nie dosyć jasno Kościół stara się je poszerzać jak np. w zakresie przywilejów finansowych (art.22 ust 2 przewidujący powstanie komisji, która może decydować o ewentualnych zmianach w istniejącym ustawodawstwie w odniesieniu do spraw finansowych instytucji i dóbr kościelnych) . Komisja taka jednak nigdy nie powstała co daje możliwość zgłaszania rządowi aspiracji do szczególnie dogodnego traktowania instytucji kościelnych.
Można zrozumieć, że twórcy Konstytucji byli pod presją zarówno polityczną jak i prawną wynikająca z Konkordatu, niemniej jednak również w szeregu innych postanowień Ustawy Zasadniczej widać, że wola domknięcia szerokich praw Kościoła została w pełni zrealizowana. Zgodnie z art.191 ust 1 pkt. 5 i ust. 2 kościoły i związki wyznaniowe otrzymały prawo do wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego w zakresie spraw objętych ich zakresem działania, a więc pytanie jakich konkretnie ?
Może we wszystkich dotyczących dobra człowieka i dobra wspólnego jak należałoby logicznie wywnioskować z wcześniej wspomnianego postanowienia. Nie znajdziemy bowiem za wyjątkiem szerokiego ujęcia w art.19 ust 2 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 1989 roku poświęconego czynnościom przy wypełnianiu funkcji religijnych, wskazówek dotyczących ustalenia zakresu spraw mieszczących się w owej autonomii i niezależności, nie znajdziemy w treści konstytucji odpowiednika art. 10 wyżej wspomnianej ustawy dotyczącego świeckiego statusu państwa i neutralności światopoglądowej. Zrezygnowano ze świeckości instytucji publicznych, zbyt szeroko określono treść wolności do ekspresji religijnej (art.53 ust.5) czy też zrezygnowano w art.48 z ograniczenia rodziców w wychowywaniu dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami w tym wypadku religijnymi. Ogólne postanowienie o stwierdzeniu uwzględnienia stopnia dojrzałości jest nieprecyzyjne i w mojej ocenie nie adekwatne do obecnego stanu rozwoju młodzieży, a ponadto zupełnie nie zauważa przepisu art.15 k.c. przyznającego takim małoletnim ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a więc również do kształtowania swojej świadomości i światopoglądu zgodnie z art. 47 Konstytucji RP. Wszystkie przytoczone tu przykładowo postanowienia znakomicie utrudniają możliwość dokonywania jakichkolwiek zmian w aktualnym porządku prawnym odnoszącym się do relacji z kościołami i związkami wyznaniowymi.
Osobnym problemem, który można jedynie zasygnalizować na potrzeby niniejszego tekstu jest problem recepcji prawa, czyli mówiąc potocznie jego przyswojenia, wprowadzenia do obowiązującego systemu prawa stanowionego przez państwo norm prawnych pochodzących z innych niż państwowy systemów prawnych. Obserwujemy z niepokojem, że proces ten dotyczy prawa wewnętrznego Kościoła katolickiego. Dokonuje się on w Polsce np. w drodze orzecznictwa Sądu Najwyższego bezpodstawnie rozstrzygającego spory przy zastosowaniu prawa kościelnego np. w zakresie ważności umów zawieranych przez kościelne osoby prawne. Jest to niezgodnie z zasadami prawidłowej recepcji prawa wymagającymi aprobaty władzy ustawodawczej dla uznania za prawo obowiązujące takich unormowań.
Podaje ten przykład nie tylko dlatego by przybliżyć skalę problemów i podejmowanych w ramach Kongresu Świeckości działań dla ich rozwiązania, ale przede wszystkim dlatego, że problemy te mają, a przynajmniej powinny mieć podstawowe znaczenie dla praktyki politycznej. Poza potrzebą szerokiej akcji edukacyjnej społeczeństwa tylko umiejętnie realizowane działania polityków mogą zmienić istniejący stan rzeczy i tylko dlatego, że przestaje funkcjonować przekonanie o wartościowym poparciu społecznym zapewnianym przez Kościół każdej kolejnej ekipie rządowej.
Kościół zerwał pakt o tzw. „przyjaznym rozdziale z państwem” stając się przyjacielem tylko jednej opcji politycznej i ta okoliczność nie powinna pozostać bez znaczenia!
Jako Kongres Świeckości zostaliśmy zaproszeni do udziału w wyborach i mogliśmy przedstawić naszych kandydatów w celu umieszczenia ich na listach wyborczych lewicy. Niestety, zarówno ilość uwzględnionych propozycji osobowych jaki i odległe miejsca na listach wyborczych nie są dla nas satysfakcjonujące, a zgłaszane uwagi programowe w tym przede wszystkim do tematyki jaką mieli poruszać kandydaci wypowiadający się o kwestiach relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi nie zostały uwzględnione w zadowalającym nas rozmiarze.
Tymczasem bieg spraw w Polsce wskazuje, że partia rządząca w koalicji z Kościołem w wypadku wygrania wyborów parlamentarnych będzie dążyła do zmiany obowiązującego prawa, a nawet Konstytucji RP. W wypadku uzyskania odpowiedniej większości w Sejmie będzie dążyła do wprowadzenia prawnego zabezpieczenia statusu Kościoła lub nawet do formalnego potwierdzenia prawnego wyznaniowego charakteru państwa. Leży to nie tylko w interesie Kościoła, ale i zabezpiecza interesy partii rządzącej.
Dodatkowo nie można też powiedzieć, aby sprzyjała nam sytuacja międzynarodowa. Kwestie stanowiące dla nas podstawowe znaczenie nie są zasadniczo objęte traktatami europejskimi, o Unii Europejskiej i o funkcjonowaniu Unii , a konflikt polskich władz z władzami UE w wielu kwestiach dotyczących pryncypialnych zasad ustrojowych powodować będzie raczej niechęć instytucji unijnych do rozszerzania sporu na temat przestrzegania zasad świeckości państwa.
W tym stanie rzeczy apelujemy do wszystkich sił politycznych i organizacji społecznych, obywatelskich i ludzi dobrej woli o współdziałanie i wspieranie w dostępnych formach w tym finansowe naszych działań, które będą skoncentrowane na prezentowaniu, popularyzacji i edukacji w sprawach świeckości państwa, którą utraciliśmy faktycznie, a istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że utracić możemy poprzez zmiany w obowiązującym prawie.
Tekst został wygłoszony na Kongresie Świeckości.

Koniec epoki

Na polskiej drodze rozwoju cywilizacyjnego ważną rolę odegrała sztuka filmowa. Rozbudzała ona emocje i otwierała oczy, które lepiej postrzegały przeszłość, ale i przyszłość. Moje pokolenie ma w swej pamięci kilka produkcji filmowych, które nie poszły w zapomnienie. Są to na pewno zaliczane do tzw. kultowych: „Popiół i diament” (1958), „Rejs” (1970), „Człowiek z marmuru” (1976), „Miś” (1980), Seksmisja (1983). Z logiki zdarzeń ostatnich dni wynika, że na liście tej znajdzie się również „Kler”. Filmy te wyszły z ręki wielkich polskich reżyserów, którzy potrafili mądrze i zrozumiale osadzić losy jednostki na tle epoki. Tak się składało, że filmy powstawały w momentach wielkich przełomów w życiu narodu, na styku epok. Nie wszyscy to rozumieli, ale nie ma na to rady. Logika rozwoju dopadała nas zawsze i zaskakiwała w momentach trudno przewidywalnych.

W mojej pamięci utrwalił się do dziś wyraźny obraz pierwszej projekcji filmu „Rejs” w kinie „Femina” w Warszawie, który oglądaliśmy w listopadzie 1970 roku z kolegami z grupy studenckiej. Reakcje sali i późniejsze komentarze nie budziły wątpliwości, film ten trafił w społeczne widzenie otaczającej nas, siermiężnej, trudnej do wytrzymania rzeczywistości. Później, bo już w grudniu mieliśmy trzy ważne, epokowe wydarzenia – podpisanie traktatu granicznego Polska – RFN, który zamykał problem bezpieczeństwa naszej granicy zachodniej, starcia zbrojne na Wybrzeżu, które odzwierciedlały konflikt dotyczący strategii rozwoju kraju i sporu o demokrację oraz zmianę ekipy rządzącej. Pamiętamy pojawienie się Edwarda Gierka i jego koncepcje modernizacyjne, zarówno w sferze przemysłowej, jak i społecznej, a także wielkie poparcie, jakie zyskał.

Przypomnienie to jest ważne, bowiem uświadamia, że na późniejszej, historycznej drodze rozwoju Polacy mieli tak wielkie wydarzenia, jak Sierpień 1980, stan wojenny i przełom 1989/1990, kiedy rozpoczęła się tzw. transformacja ustrojowa. Wszystko to odbywało się na tle wielkich przemian w świecie, znamionowanych przez trzecią rewolucję przemysłową (po silniku parowym i odkryciu zjawiska elektryczności), kiedy weszliśmy w komputeryzację. Dziś po trzydziestu latach stoimy na progu czwartej, najważniejszej – wejścia w erę cyfrową, co powoduje ogromne przyspieszenie w obiegu informacji i swoisty przełom w relacjach człowiek – maszyna. Nie chcę tutaj przeceniać zjawiska tzw. determinizmu technologicznego, niemniej jednak nie można nie zauważyć, że nowe technologie informacyjne już dziś zdominowały nasze życie i nasze myślenie.

Problem Polski, ale dotyczy to nie tylko naszego kraju, polega na tym, że żyjemy w społeczeństwie bardzo zróżnicowanym pod względem kulturowym i cywilizacyjnym. Jedną nogą jesteśmy w świecie maszyny parowej, co znamionuje narracja współczesna części naszej oficjalnej pedagogiki i mającego ogromny wpływ na opinie Kościoła. Drugą nogą jesteśmy w nowoczesnym świecie informacji, co przejawia się trzymanym w większości rąk smartfonem, stanowiącym często istotę życia i relacji z innymi ludźmi.

Film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego powstał na tle zarysowującego się coraz bardziej w Polsce konfliktu o charakterze cywilizacyjnym. Wynika on głównie z niezrozumienia przez część konserwatywnych elit, które występują we wszystkich obozach politycznych, logiki rozwoju i skutków, jakie nastąpiły w ostatnich latach w świadomości społecznej. Pokolenie „Nowego Millenium” weszło już dziś w dojrzałe życie, ma swoją wiedzę, doświadczenia, potrafi korzystać przy pomocy nowoczesnych narzędzi z wiedzy innych, również w skali globalnej. Potrafi ono oceniać, mimo nachalnej propagandy, świat wokół siebie i zjawiska w kraju na tle innych.

Ostatnie lata pokazują szczególnie w Polsce, niepotykane w innych krajach zjawiska klerykalizacji i podporządkowania praktyki działania państwa wpływom Kościoła. Instytucja ta pełniła w historii Polski różne role, nie można nie docenić znaczenia takich wielkich jego przedstawicieli, jak Stefan Wyszyński czy Karol Wojtyła. Nie można jednak nie zauważyć praktyk wzajemnych relacji między państwem i Kościołem dziś. Są one naganne w sensie społecznym i konstytucyjnym, wykraczają poza ustalenia obowiązującego Konkordatu. Niedopuszczalna staje się praktyka monetyzacji wiary i odnotowanych zjawisk patologicznych wśród kleru. Ze zjawiskami tymi próbuje walczyć papież Franciszek, przez co napotyka m.in. w Polsce na krytyczne opinie płynące ze środowiska kościelnych.

Film „Kler” tafia na podatny grunt, milion widzów w ciągu kilku dni prezentacji filmu w kinach, to swoisty rekord ostatnich lat. Świadczy on o randze problemów, które ukazuje. Film ten, jak można przypuszczać z naszych polskich doświadczeń, może być zwiastunem przełomu, zapowiadać konieczność nowego spojrzenia w Polsce na wiele odłożonych pod przysłowiowy dywan spraw.
Nie można filmu „Kler” nie zauważyć, zlekceważyć lub obśmiać. Będzie on miał bez wątpienia wpływ na decyzje obywateli przy kartkach wyborczych za dwa tygodnie.