Księga Wyjścia (63)

Ballada bez radości.

Gdyby w końcu znudzę Was pisaniem o perturbacjach literackich, których ostatnio nie szczędzę, to napiszcie w komentarzu „dość” a będę wiedział o co chodzi i przestanę zanudzać. Przeszliśmy chyba wspólnie cały cykl. Od początku opisywałem proces wydawniczy, pierwsze targi, potknięcia, opóznienie, wpadki edytorskie itp. Ponieważ wciąż jeszcze jest w przedsprzedaży, czyli można ją kupić jedynie bezpośrednio u mnie lub w wydawnictwie – Faktoria, nadal borykam się z wieloma problemami. W zasadzie wszystkimi problemami jakie może mieć autor, próbujący wejść na rynek sprzedawca itp. Na całe szczęście od samego początku bardzo mnie wspiera i pomaga jedna z blogerek literackich Góralka Czyta.pl – czyli Iwona.
Wspomniałem wcześniej, w którymś z poprzednich felietonów, że cały dochód zamierzamy przeznaczyć na jakiś dobry punkt w stolicy. Tym, którzy tego nie czytali przypomnę, jak to wygląda. Żeby wystawić książkę w modnym EMPIKu, trzeba zapłacić 20 tysięcy, tyle kosztuje jedna półka w jednym punkcie, zaczęliśmy wiec szukać innych dystrybutorów, księgarni czy saloników prasowych. Głownie w modnych stołecznych galeriach, gdzie przypadkiem może trafić w ręce ludzi, do których najbardziej chciałbym dotrzeć, czyli klasy średniej przekonanej, że hahlajf jest wieczny. Książka jest opisem upadku z tego właśnie stanu nieświadomego dobrobytu.
Chcę im pokazać, że to dno, którego na codzień nie widzą, które wcale nie jest tak odległe. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, nie traktuję tego jako misję, zwyczajnie dzielę się własnym doświadczeniem i tym, czego sam doświadczyłem. Ot, nadałem literacką formę faktom, zmieniając jedynie imiona i niektóre szczegóły, które mogłyby zdemaskować opisywanych przeze mnie towarzyszy w upadku i wykluczeniu.
Zanim jednak skończyłem ją pisać przestało mieć to znaczenie, ponieważ prawie wszyscy zmarli, lub zostali zabici. Nie zmieniałem natomiast imion ludzi, którzy pomogli mi się z tego wygrzebać. Tylko tyle jest tam z fikcji, cala reszta reszta to zapamiętane i opisane fakty widziane z mojej perspektywy. Mimo, że nie czuję żadnej misji naprawy świata, to zależy mi by przeczytali ją ci, którzy sądzą, że im się nic takiego nie przytrafi.
Być może to tylko moja przekora chce utrzeć zadarte nosy pseudocelebrytom i ich wielbicielom z klasy średniej za pogardę, którą mi wówczas okazywali, a może po ludzku coś mi każe ich wszystkich przestrzec. Choć tak naprawdę chyba najbardziej zależy mi na tym, by społeczeństwo inaczej spojrzało na bezdomnych, żeby ludzie nie odwracali wzroku od ludzi nazywanych pogardliwie „żulami”, „nurkami” czy „menelami” i dostrzegli żywego człowieka skrytego pod skorupą brudu – bo nie zawsze wygląda to tak, jak w przyjętej powszechnej opinii – sam sobie winien.
Nie będę zdradzał najistotniejszych szczegółów, chociaż te bezpieczne fragmenty już zamieszczałem. Mam cichą nadzieję, że może ktoś z dna nie doświadczy poniżenia i pogardy od kogoś, kto przeczyta i zrozumie przekaz. Żeby skończyć ten wątek to jeszcze dopiszę, że czytając poznacie smak jedzenia ze śmietnika, ludzi dzielących ze mną ten los, wspólne grzebaliśmy w kontenerach w poszukiwaniu kromki spleśniałego chleba podpitego pózniej denaturatem. Ludzie z którymi tam byłem, wcześniej wiedli normalne, a niektórzy nawet zamożne życie. Jeden z nich ukończył trzy fakultety, jeden był prezesem jakiejś spółdzielni mieszkaniowej, był też żołnierz zawodowy, marynarz i dwóch bez większego dorobku zawodowego. Czyli pełny przekrój społeczny. W zasadzie tytuł powinien brzmieć smak pleśni na chlebie popitym denaturatem. Ale pomyślałem, że nie jest to zbyt dobry pomysł marketingowy.
Przedsprzedaż idzie całkiem dobrze, co jest bardzo miłe. Niemal każdego dnia chodzę na pocztę i rozsyłam książki po świecie. Tak, zamówienia pojawiły się z całej Europy. To jedna z przyjemniejszych czynności, a gdy wracają opinie czytelników, to już rewelacja. Nie zawsze jest jednak słodko. Istnieje coś takiego, o czym nie miałem pojęcia, czyli literacki hejt. To perfidny sposób, który wydaje się być powszechnie stosowany żeby zniszczyć innego autora.
Wyjaśnię pokrótce na czym to polega. W Internecie działa najbardziej opiniotwórczy portal literacki w Polsce czyli – Lubimy Czytać.pl. Jest on wyznacznikiem jakości, popularności czy aktualnych trendów. Większość autorów zamieszcza tam swoje utwory wystawiając je pod ocenę czytelników. Bywa rożna. Nikt się nie patyczkuje, szmirę nazywa szmirą i to uzasadnia. Można też ocenić anonimowo bez uzasadnienia stawiając jedynie gwiazdki – a to pole dla hejterów. Maksymalna ocena to dziesięć punktów, minimalna jeden lub brak. Po dwudniowym sporze, a nawet kłótni na FB dotyczącej rocznicy dotarcia Kolumba do brzegów Ameryki. Kłótnia przerodziła się w personalne wyzwiska i awanturę, by przejść do deprecjonowania mojego dorobku literackiego.
Odetchnąłem gdy to szaleństwo ustało. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego ranka wszystkie moje książki miały maksymalnie zaniżone ogólne oceny. Ktoś anonimowo hurtem pododawał jedynki do wszystkich zamieszczonych tam książek. Tam gdzie była jedna czy dwie oceny, a trudno o więcej opinii książki, która w ubiegłym miesiącu wyszła z drukarni, z maksymalnych dziesięciu punktów które przyznała jedna z czytelniczek, zostało 5,5. W poprzedniej aż tak mocno nie zaniżyło. Książka wydana trzy lata temu, więc uzbierała już całkiem dużo wysokich i najwyższych ocen, więc tutaj ta jedynka wielkiej szkody nie zrobiła. Oczywiście bez żadnej opinii uzasadnienia czy nazwiska.
Zgłosiłem oczywiście do administracji portalu, nie wiem czy zgłoszenie przyjmie prokuratura, bo straty mogą być wymierne. Zarówno moje, jak i wydawnictwa. Będę drążył zobaczymy co z tego wyjdzie.
Ten świat wysokich lotów i literatury, który wydawałby się jądrem kultury, okazał się totalnym Szambem.
Doskonale znam za to przepis na bestseller i chociaż z niego nie skorzystałem, to widząc co się dzieje może zamienię ideały na pieniądze i częste zaproszenia do telewizji śniadaniowych. Sam nie skorzystałem, chciałem przekazać wspomniane wcześniej treści. No i mam. A mogło być tak pięknie – Jakby powiedział Maksio z Seksmisji „wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy”. Stosując się do przepisu, sukces murowany co udowodniła pewna Blanka, która przeszczepiła na polski rynek pieciesiat twarzy Greya.
Jestem niemal pewien, że większość spotkanych na ulicy ludzi, słysząc nazwisko Gray, w wyobraźni widzi książkę z błyszczącą męską klatką piersiową rozpiętą koszulę i przekrzywiony krawat no i tytuł ile ten ktoś ma twarzach.
Są jeszcze jednak ludzie – którzy na hasło Gray przechodzą następujący proces myślowy – Gray? Dorian Gray, Portret Doriana Graya, autor Oscar Wilde! Genialna książka – myślą i przypominają sobie jej mroczne, fantastyczne i erudycyjnie genialne fragmenty, a gdy dowiadują się, że chodzi o erotyczną szmirę, to zmieniają temat. Jestem przekonany, że bestsellerowa telewizyjnosniadaniowa gwiazda nieliteracka, autorka klona wspomnianej szmiry Blanka czy Bianka (nie mylić z Bianką Kunicką Chudzikowską, która jest wybitną polską poetką i pisarką) nie wie kim był Dorian Gray, a jeśli słyszała o książce Wide’a, to jej nie czytała.
Jeśli się mylę to z góry przepraszam – ale watpię.
Gdyby swoje kariery literackie zaczynali teraz tacy autorzy jak Stachura, Hłasko, Redlinski, Pilch czy Głowacki, myśle że zniknęliby w otchłani infantylnych czytanek dla dorosłych.
Pamietam jak dorastałem w czasach PRL, mieszkaliśmy w bloku. Na bardzo mieszanym osiedlu. Mieszkali tam nauczyciele pobliskiej podstawówki, pracownicy naukowi nieodległego instytutu naukowego, robotnicy z żelatyny, zakładów azotowych, małżeństwo lekarzy, wojskowi, policjanci, sprzątaczki, hydraulicy, konserwatorzy. I mimo tak rożnych profesji ludzie ci potrafili ze sobą rozmawiać, był nawet stół do ping ponga w specjalnie zrobionym pomieszczeniu w jednym z bloków. Prawie wszyscy tam chodzili i wszyscy ze sobą rozmawiali.
Dyskusje były zażarte, niezależnie czy lekarz z robotnikiem, czy hydraulik z naukowcem. Dotyczyły wszystkiego, wiadomo, że nikt nie pouczał hydraulika jak założyć instalację, ani lekarza jak leczyć cukrzyce czy podagrę. Były inne tematy, było ich pod dostatkiem, bo sąsiedzi też w tej sali do ping ponga wymieniali się książkami. Wiecznie je sobie pożyczali i potem zwykle o nich rozmawiano. Wiedza ogólna przeciętnego człowieka była na takim poziomie, że pewnie teraz tamta sprzątaczka, czy tamten hydraulik, bez problemu napisaliby wnukom prace licencjackią.
A teraz uwaga, będzie przepis jak zostać milionerem. Niemalże identycznie jak obecnie w Polsce, wyglądało to sześćdziesiąt lat temu w USA. Kilkudziesięciu dziennikarzy postanowiło sobie zakpić z rynku wydawniczego. Jakoś tak w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Przerażeni tępotą społeczeństwa i koszmarnym poziomem czytelnictwa, dwudziestu czterech dziennikarzy postanowiło napisać najgorszą powieść na świecie, ale według przepisu. Każdy napisał po rozdziale, nie wiem czy to potem wymieszali czy nie, podpisali zmyślonym damskim imieniem i nazwiskiem – Penelope jakaśtam chyba Asch, okładka podobna do tej o twarzach Greya, tylko w damskiej wersji, czyli fragment nagiego ramienia, talii, biodra i tytuł: „Nago przyszedł obcy”.
Książka zrobiła furorę, mimo, ze nie było tam ładu, składu, sensu, ani ciagłości, momentalnie wystrzeliła na szczyt bestselerów. Wszystkie stacje telewizyjne zabijały się, by zaprosić do siebie autorkę czyli tą Penelopę, której juz dorobiono historię genialnej gospodyni domowej. Jednak ta wyimaginowana autorka przez podstawionego agenta odrzucała zaproszenia, a rozbawieni i przerażeni – to się nie wyklucza – dziennikarze obserwowali co będzie się działo.
Do tego ich pozorowanego agenta zgłaszali się kolejni, żądni zysku wydawcy i to z całego świata. Została więc też przetłumaczona na kilka języków. W końcu autorzy nie wytrzymali i ujawnili prawdę. Wystąpili wspólnie we wszystkich telewizjach, powiedzieli, że to najgorsze co mogli napisać, że zrobili to celowo licząc, że przerwą ten sen wariata. I wiecie, że sprzedaż wcale nie spadła.
Zamiast się wznosić w przestworza, aż do granic galaktyki, to współczesne książki szybują na poziomie elektrycznej hulajnogi bez kół. Alternatywnie miały być wysokie loty szybowcem w obłokach wrażeń i wyobraźni, a siedzimy w poduszkowcu na pokrytym oparami bagnie. Smutne. Ale prawdziwe.

Księga Wyjścia (42)

Ballada jak „DT” zdobyła serce Afryki. I jak nie dać się zabić polskiemu myśliwemu.

To bardzo miłe gdy wolontariusze fundacji Edu Afryka przysłali mi film, na którym zarejestrowali jak dzieci w Beninie oglądają zdjęcie swoje i swoich prac, które było w jednym z odcinków Księgi wyjścia. Oprócz tego dostałem zdjęcie, gdzie pięknie oprawiona, w antyramach gazeta z tym felietonem i zdjęciem, zdobi świetlicę fundacji i dzieciaków. Mogę więc śmiało napisać, że Dziennik Trybuna zapuścił trwałe korzenie na kontynencie afrykańskim. A ja miałem w tym swój udział.
To wprawdzie drugi mój felieton w tym roku, ale w pierwszym chyba nie podzieliłem się wrażeniami ze świąt i nowego roku. Po kilku miesiącach ankietowania podwarszawskich gmin, dotarłem do swojego mieszkania, poczułem się jak na ekskluzywnych wczasach. Wśród własnej „patologii”, jaką teraz podobno są książki, przed własnym telewizorem, we własnym łóżku i z dala od ludzi, byłem szczęśliwy, że mogę spać, czytać, oglądać czyli zająć się tym, co naprawdę lubię.
„Widmo krąży nad Europą”. Może nie widmo i nie nad całą Europą, ale po pierwsze, szykuje się bezzasadna rzeź dzików w Polsce. Sejm proceduje ustawę zakazującą spacerów podczas polowań, zgroza, pójdę na grzyby i mogą mnie bezkarnie odstrzelić, tylko dlatego, że nie zobaczyłem kartki z napisem polowanie, którą myśliwi powiesili z drugiej strony lasu i w gablotce Urzędu Gminy. Po drugie kolejny tydzień leżę przykuty do łóżka. To chyba wystarczy, by mieć wrażenie krążącego widma. Być może gdyby nie moja niefrasobliwość, wychodziłbym już powoli z tej zarazy, która mnie dopadła. Ale przez kilka nieprzemyślanych ruchów, sam zrobiłem z siebie niewolnika łóżka i kołdry. A mimo pierwotnego zachwytu, jest to naprawdę coś fantastycznego jeśli jesteśmy zdrowi i z wściekłością zerkamy na kalendarz, że niebawem trzeba będzie opuścić ciepłe gniazdko tej „patologii” i ruszyć dalej spisywać kominy. Naprawdę trudno zadowolić człowieka.
Czuję się wielokrotnie gorzej niż przed tygodniem, gdy już wtedy pisałem że mnie rozłożyło. Ponieważ jestem na etapie w którym miesza mi się jawa z fikcją, jest to jeden z najtrudniejszych felietonów, z jakimi miałem okazję się w Dzienniku Trybuna zmierzyć. Piszę więc krótkimi akapitami w równie krótkich przebłyskach świadomości. Poczucie obowiązku i punktualność, to moje dwa natręctwa. Bardzo uciążliwe, dlatego zamierzam jak co tydzień oddać felieton do redakcji o czasie. Antybiotyk skończył mi się w sobotę, zadowolony i pewny uzdrowienia i współczesnej medycyny, pojechałem tego samego dnia do Lublina na moją terapię związaną z innymi przypadłościami. Akurat trafiłem na deszcz, a że nie wziąłem parasolki, to oczywiście zmokłem. Wciąż ufając w magiczną moc antybiotyku następnego dnia, czyli w niedzielę pojechałem do Warszawy, by w poniedziałkowy poranek zawitać do Halo.Radio, gdzie miałem wystąpić z samego rana jako gość. Zależało mi bardzo na tym by wziąć udział w tej audycji, ale gdy potem ją obejrzałem, to chyba lepiej gdybym nie jednak nie pojechał w tym stanie. Wiem, wiem było dużo głosów, że wyszło super, ale mam poczucie, że wyszedłem na totalnie nieprzygotowanego. Mimo, że starałem się nie pogubić w notatkach, to i tak wyglądało to jakby Romek Kurkiewicz był gościem, a ja jedynie mu przytakiwałem. Za przecenienia swoich sił najmocniej, tych co oglądali najmocniej przepraszam. Nie powiedziałem połowy tego co zamierzałem, chociaż prowadzący wielokrotnie dał mi tę możliwość. Nie powiedziałem o problemach polskiej psychiatrii, ośrodkach uzależnień, nie wspomniałem co było bardzo ważne, kto tak naprawdę odpowiada za śmierć pasażerów ukraińskiego samolotu, który wystartował z Teheranu. Ale skoro przy tym jestem, a słowa te nie padły na antenie, to tutaj je napiszę. Postawcie się na chwilę w sytuacji irańskiego dowódcy obrony rakietowej, albo wyobraźcie że zamach ten miał miejsce na lotnisku gdzieś w Polsce. Kilka godzin wcześniej obcy kraj – bez uprzedzenia, bez wypowiedzenia wojny, zgody ONZ, ani żadnej konsultacji – przeprowadził zamach rakietowy. Dokładnie taki sam jak zamachowcy samobójcy z pasem Shahida. W pewnym momencie zaczynają lecieć bomby. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Ginie w nich jeden z generałów.
Zanim ucichło echo, na niebie znowu coś się pojawia. Dowódca obrony ma sekundę, może pół na podjęcie decyzji co ma zrobić. Obiekt jest nad stolicą. Jaką byście podjęli, wiedząc, że przed chwilą podstępnie Was zaatakowano? Jaką decyzję może podjąć dowódca odpowiedzialny za obronę miasta? Przypomnę, na decyzję ma kilkadziesiąt sekund. Oczywiście, można mieć pretensje do Iranu, że nie zamknął przestrzeni powietrznej, ale oni byli w szoku, gdyby Ameryka, wypowiedziała wojnę, to wtedy ten zarzut byłby zasadny.
A w tej sytuacji odpowiedzialność za to, że ten samolot wystartował rozmywa się pomiędzy przewoźnika, międzynarodowe agencje oraz Iran. Krew tych ludzi, którzy zginęli ma na rękach Trump. I tego też nie powiedziałem.
Po programie, mieliśmy z dawną ekipą, ponownie zająć się spisywaniem kominów. Przynajmniej taki był plan, by wrócić do przerwanego przed świętami zajęcia. Okazało się, że wszyscy z którymi współpracowałem również leżą wyłożenie tym afrykańskim pomorem świń i nie było wyjścia, przełożyliśmy pracę o tydzień. Jeśli nie dojdziemy samodzielnie to grupa myśliwych podobno skutecznie leczy tę chorobę, którą ponoć sami też umiejętnie aplikują, by mieć pretekst do zorganizowania obławy.
Może to zwykły fejknews, bo trudno uwierzyć, że ludzie są aż tak perfidni, by specjalnie zarażać swoje świnie, żeby potem mieć pretekst strzelania do bezbronnej zwierzyny. Sam jestem zapalonym strzelcem, uwielbiam broń, zwłaszcza krótką, ale korzystam z niej tylko w odpowiednich do tego miejscach, a celem nigdy nie jest żywa istota, tylko tarcza, poper – blaszana sylwetka, plastikowe butelki czy zwykła zabawa z lotkami na koncesjonowanej strzelnicy z daleka od siedzib ludzi i leśnych zwierząt.
Trochę odbiegłem od głównego wątku, ale być może przekonam kogoś, że można doskonale bawić się bronią, mało tego, kupić tego czarnoprochowca, co daje jeszcze więcej frajdy, zwłaszcza gdy wystrzałowi towarzyszy półmetrowy płomień wylatujący z lufy tuż za pociskiem. Niedawno pisałem jak taką broń legalnie można kupić. Bez jakiegokolwiek pozwolenia czy choćby rejestracji. Odkryłem też przypadkiem, całkiem niedrogie i bardzo zgrabne rewolwery polskiej produkcji, tylko wykonane z bardzo topornego materiału przypominającego żeliwo. Choć to nie repliki, również nie potrzeba mieć zezwolenia, a strzelają amunicją 0.38 czyli 10 mm. W oryginale ładuje się je krótkimi ślepakami, ale między pociskiem, a nabojem inicjującym jest tak duża przestrzeń, że spokojnie może być używany jako czarnoprochowiec.
Ciekawe czy po tej informacji nie będę miał problemów karnych, mimo, że tylko publicznie napisałem to, co każdy kto to trzymał go w rękach od razu zauważył. Nie ryzykowałbym jednak z przesadnym sypaniem prochu, bo nie znam wytrzymałości bębenka. Poza tym, bez specjalnego zezwolenia, ten stary, czarny proch jest w Polsce teoretycznie nielegalny, w przeciwieństwie do współczesnego prochu nitro, który można sobie wydłubać i wysypać z tych dłuższych ślepaków, które już można kupić bez żadnego zezwolenia w każdym sklepie z bronią czy na stoiskach bazarowych.
Ciekawe ile osób zapamiętało szczegóły kupna i całej tej kombinacji, z kupnem , a ile dlaczego nie warto tego robić. To taki eksperyment, jakie informacje przyjmuje nasz mózg, a jakie odrzuca. Ale i tutaj nie będę się powtarzał.
Tak czy inaczej myśliwi znają się na tej czy innej chorobie jak mało kto. Gdy człowiek leży w malignie i naprawdę przeżywa męki, to nie zastanawia się skąd się to przyplątało, i kto może pomóc. Myśliwi twierdzą, że oni. Ja jednak wolałem ponownie odwiedzić lekarza.
We wtorek, słaniając się już na nogach, wyruszyłem do swojej przychodni i swojego lekarza rodzinnego. Zawsze chodzę do tego samego, przez co wizyty się przedłużają, ale doskonale wie z czym się zmagam, jakie leki mogę brać, a jakich mi nie wolno. Gdy zobaczył nazwę antybiotyku, który dostałem tydzień wcześniej był przerażony, to podobno jakiś najmocniejszy specyfik i nic dziwnego, że ledwo chodzę. Dostałem całą masę witamin i elektrolitów, by naprawić jakoś spustoszenie jakie ów lek wywołał. A potem jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. Nie mógł uwierzyć, że najbardziej krwawym konfliktem zbrojnym XX wieku była wojna Iracko Irańska. Pospieraliśmy się na ten temat przez dobrą chwilę i wróciłem do domu uzbrojony już w odpowiednie leki, które powinny mnie teraz wyleczyć ze skutków tego antybiotyku.
Ufam mojemu lekarzowi rodzinnemu, więc jestem przekonany, że to ostatni tydzień męki. A wracając do broni. Jeśli faktycznie wejdzie w życie ustawa forsowana przez lobby łowieckie, czyli ta o zakazie spacerów w lasach, w których myśliwi zamierzają dokonywać rzezi nazywanej przez nich sportem, odszczekam to co pisałem na temat wyrzucania broni i w kolejnych odcinkach będę pisał w jaki sposób w miarę tanio i skutecznie uzbroić się na spacer. Nie dajmy się im pozabijać. Tak naprawdę afrykański pomór świń jest świetnym pretekstem, by w przypadku postrzelenia spacerowicza, który nadszedł z innej strony niż wisiały ogłoszenia, lub nie zna polskiego, myśliwy nie poniósł żadnych karnych konsekwencji. To nie jest ustawa chroniąca obywateli, to ustawa, która zapewnia bezkarność myśliwemu, który zastrzeli zbłąkanego w lesie czlowieka. Argument, z tym afrykańskim pomorem naprawdę jest dęty. wszystko wskazuje, że ustawa ta jednak przejdzie. Mam jeszcze jeden pomysł, by uchronić zwierzęta. Pisałem wcześniej, że lepiej je wypłoszyć je z miejsca kaźni, niż pozwolić wystrzelać żądnym krwi leśnym mordercom. Można to zrobić bez spacerowania po lesie i bez łamania przepisów. Wystarczy, że przeciwnicy polowań i jednocześnie posiadacze dronów wyślą swoją eskadrę nad planowanym łowów. A każdy dron zostanie uzbrojony w głośnik i nadając na full disco polo jakieś 20 minut przed hasłem darz bór i trąbką rozpoczynająca polowanie. Drony będą sobie latać i uprzyjemniając myśliwym spacer po lesie. Spacer, bo oprócz dżdżownic już tam zwierzyny nie znajdą.

Jerzy Putrament – homo politicus na szlaku literatury

Proza Jerzego Putramenta, wieloletniego wiceprezesa Związku Literatów Polskich, a poza tym człowieka niezliczonych funkcji środowiskowych i politycznych, znajduje się od lat w sferze najmroczniejszego cienia. Dawno już wyrzucona z list lektur, kompletnie zapomniana, nieobecna w księgarniach, bo nie wznawiana i znikająca z bibliotek publicznych. Jednak jeszcze grubo przedtem, nim nad jego pisarstwem zapadła ciężka cisza zapomnienia, utarła się opinia o nim, że był pisarzem słabym, który z partyjnej kariery politycznej w Polsce Ludowej uczynił podpórkę dla swej pozycji i roli w literaturze.

 

Korzystając z okazji 32. (a więc bynajmniej nie okrągłej) rocznicy śmierci Jerzego Putramenta (14.11.1910 – 23.06.1986) postanowiłem zaprzeczyć tym opiniom, przypominając jego twórczość, a przy okazji jej niewątpliwe walory. Imperatyw powracania do lektury niektórych jego powieści, choćby „Września”, „Rzeczywistości” czy „Małowiernych”, a także jego pamiętnikarskiego cyklu „Pół wieku”, skłonił mnie do zastanowienia się nad tym, co mnie do tych zupełnie przecież spontanicznych powrotów skłania. Bo przecież nie przekora ani wyłącznie mój indywidualny literacki gust o tym stanowią, jako że i ta pierwsza i ten drugi stanowią kryteria, najoględniej rzecz ujmując, dalece niewystarczające.

 

„Zły poeta”, „zły prozaik”, demoniczny Gamma, zły towarzysz „Pucio”

Otóż w moim odbiorze, choć od razu zaznaczam, że nie tylko w moim, Putrament był dobrym, często bardzo dobrym, na pewno warsztatowo profesjonalnym, a fragmentami nawet wybitnym pisarzem. A że są pośród jego literackich prac rzeczy słabsze, a także słabe – to nie ulega wątpliwości. Tyle tylko, że zaoferuję tzw. konia z rzędem temu (bardzo anachroniczna figura stylistyczna, ale nie mam na podorędziu innej), kto wskaże pisarza, także pośród koronowanych literackich wielkości wszechczasów, który nie miałby na swoim koncie twórczym rzeczy słabych lub nawet bardzo słabych, czasem niedojrzałych owoców młodości, czasem – pisarskiego wyczerpania.

Ojcem złej, lekceważącej, a nawet wrogiej recepcji Putramenta jako pisarza, otaczającej go złej famy, był Czesław Miłosz, który uczynił go jednym z czterech bohaterów sławnego (czy, jeśli kto woli, osławionego) pamfletu „Zniewolony umysł” (1951), portretując go jako Gammę. Miłosz, przedwojenny, wileński kolega Putramenta z literackiego pisma „Żagary”, o jego pisaniu wyrażał się tak: „Jego utwory zbywano milczeniem. W istocie był w nich jakiś niedowład talentu. Gamma miał tę umiejętność techniki, jakiej wymagała nowoczesna poezja, ale to co pisał, było jak nieruchoma sadzawka (…) wiersze Gammy były układanką starannie dobranych metafor i właściwie nie wyrażały nic”. I dalej: „Myślę, że pisząc swoje wiersze pozbawione namiętności czuł się źle. Nie był stworzony do literatury. Zasiadając nad papierem czuł w sobie pustkę. Nie był w stanie przeżywać upojeń pisarza – ani upojeń procesu twórczego ani upojeń nasyconej ambicji”./”mógł być nastrojony tylko na jeden ton”/ „wie, że to co pisze, to drewno” / „Gamma grał w brydża nie dlatego, że był zmęczony, ale dlatego, że uwalniało go to od znalezienia się sam na sam z ćwiartką niezapisanego papieru”/”czuł się pusty jak sito, przez które wieje wiatr”. Odnosząc się do jednego tylko utworu prozatorskiego Putramenta, do „Rzeczywistości”, zarzucił mu, że nie dostało się do tej powieści nic z „malowniczości” przedwojennego Wilna, co miało być jednym z dowodów na jedną ze słabości jego pisarstwa – braku daru zmysłowości i bezbarwność, ograniczenie wyłącznie do relacji o zdarzeniach i ludziach. I tylko w jednym miejscu Miłosz uczciwie zauważał, że „w ciągu tych lat stał się lepszym pisarzem niż był przed wojną”, choć dodawał od razu, że „jego nieduży talent nie mógł istnieć bez podpory doktryny”, co akurat jest w najlepszym razie tzw. półprawdą, a w odniesieniu do niektórych utworów nawet nieprawdą zupełną. W swoim wstępie do „Dzieł zebranych” Putramenta, których edycja rozpoczęła się w 1979 roku, znakomity krytyk Wacław Sadkowski tak odniósł się do kwestii stylu pisarza: „Przez wiele lat (…) Putrament programowo lekceważył styl, traktował go jako robocze narzędzie, które powinno być tu i ówdzie wyszczerbione, zabrudzone i w ogóle sposobne do ciężkiej pracy (…)”

Nie da się nie zauważyć, że przywołana wcześniej miłoszowa psychoanaliza pisarskiej jaźni Putramenta jest tyleż efektowna, by nie powiedzieć efekciarska, co żywcem wyrastająca z romantycznego widzenia procesu twórczego, a zatem już w momencie jej pisania mocno anachroniczna. Jak wyżej obiecałem, zajmę się tu tylko pracą literacką Putramenta, więc tylko w prawdziwie telegraficznym skrócie, dla porządku przypomnę, że związany z młodoliterackim, głównie poetyckim środowiskiem Wilna lat trzydziestych (wspomniane „Żagary”) lewicowy, komunizujący student Putrament znalazł się także w orbicie kierowanego przez Henryka Dembińskiego pisma „Po prostu”, cudem uniknął procesu sądowego i więzienia, a po kliku latach wojenne losy rzuciły go, via Lwów, do ZSRR, gdzie znalazł się, obok m.in. Wandy Wasilewskiej i Włodzimierza Sokorskiego wśród założycieli Związku Patriotów Polskich i został oficerem politycznym I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Po powojennym powrocie do kraju podjął działalność dziennikarską i polityczną, która, po kilkuletnim epizodzie dyplomatycznym w Szwajcarii i we Francji zawiodła go na długie lata na krzesło członka Komitetu Centralnego PZPR, w końcu, począwszy od 1959 roku na stanowisko wiceprezesa Związku Literatów Polskich u boku Jarosława Iwaszkiewicza, aż do jego śmierci w roku 1980. To właśnie ta rola, przez nieprzychylnych mu określana jako rola „partyjnego nadzorcy pisarzy i literatury” przysporzyła mu złej sławy, sławy – dodajmy – co prawda do pewnego stopnia oddającej charakter jego roli, co nie znaczy, że w zupełności zasłużonej, a już na pewno w dużym stopniu dalekiej od sprawiedliwości i od zwykłego szacunku dla faktów oraz elementarnego obiektywizmu. Taka właśnie jednostronna ocena osoby i roli Putramenta dominowała wśród nieprzyjaciół PRL przez cały okres jej istnienia, znajdując odbicie w licznych publikacjach (bezdebitowych) w kraju i emigracyjnych. Po zmianie ustrojowej 1989 roku ocena ta nabrała cechy oficjalnej legitymizacji, a tych którzy chcieliby poznać literę i ducha oraz kwintesencję tej oceny odsyłam do, epigońskiego w stosunku do pamfletu Miłosza, rozdziału popularnej książki Sławomira Kopera „Życie prywatne elit władzy PRL”, zatytułowanego „Towarzysz „Pucio”, a poświęconego właśnie Putramentowi. Jest tam portret cokolwiek demonicznego i apodyktycznego aparatczyka (skłonnego co prawda – co autor zauważa – do altruistycznych odruchów „dobrego paniska” i suwerennych zachowań w życiu partyjnym), z pominięciem jego pisarstwu.

 

Intrygujące „Pół wieku”

Moje osobiste pierwsze spotkanie z pisarstwem Putramenta nie zaczęło się od lektury prozy powieściowej, lecz od pamiętnikarskiego cyklu „Pół wieku”. Lektury jeszcze bardzo młodzieńczej i niedojrzałej, ale fascynującej. We wspomnianym „Zniewolonym umyśle” Miłosz pomieścił też takie zdanie o Putramencie: „Brak skrępowania, z jakim mówił o sprawach uważanych przez innych komunistów za drażliwe, budził zaufanie u rozmówców”. Kiedy je po wielu latach od tamtej lektury przeczytałem, uświadomiłem sobie źródło tamtej fascynacji lekturą „Pół wieku”. Przyzwyczajony do wszechobecnej w radiu, telewizji i prasie tzw. socjalistycznej nowomowy partyjnej (moje dzieciństwo i młodość to czasy gomułkowskie i gierkowskie) znalazłem w języku i stylu partyjnego bądź co bądź pisarza-dygnitarza, jakąś niespotykaną na ogół wokoło tonację swobodnej nieoficjalności, jakiś ton gawędziarskiej poufałości i dezynwoltury w czynieniu uwag o nudnych i drętwych referatach sekretarzy partyjnych, o ziewaniu na zebraniach, o nudnych i niedorzecznych mowach niektórych dygnitarzy – tych samych dygnitarzy i sekretarzy, o których w ówczesnych mediach wyrażano się na ogół w tonie zbliżonym do nabożnego szacunku. Putrament swoich kolegów i towarzyszy ze świata partii ukazywał w „nieheroicznych pozach” (W. Sadkowski). Bogate walory faktograficzne „Pół wieku” były dla mnie wtedy na drugim planie, doceniłem je po latach, znajdując satysfakcję także w tym, że tak wymagający krytyk literacki jak Tomasz Burek wysoko ocenił walory kronikarskie tego cyklu, choć z drugiej strony ukłuł autora szpilą zarzutu o „pustą tożsamość”. Gdy podjąłem moją pierwszą lekturę „Pół wieku” istniały wtedy tylko trzy pierwsze tomy: „Młodość”, „Wojna” i „Zagranica”, ale odtąd, przez lata z przyjemnością sięgałem po ukazujące się co kilka lat kolejne tomy, obejmujące kolejne okresy działalności pisarskiej i politycznej autora w Polsce Ludowej. Wacław Sadkowski napisał o „Pół wieku”, że to „nowoczesna” pod każdym względem powieść o własnych wspomnieniach” (przez analogię do „powieści o powieści”). „Jest to po prostu powieść o Putramencie, o jego własnym życiu, ujęta w kształt kompozycyjny wspomnień czy pamiętników” – pisał znakomity krytyk.
Nawiasem – nie tylko w pamiętnikarskich ocenach dygnitarzy partyjnych wyrażała się odważna bezceremonialność Putramenta. Jako redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Literatura” (1972-1986) regularnie publikował na jej łamach zapiski Jerzego Andrzejewskiego, w okresie gdy twórca „Popiołu i diamentu” był już mocno zaangażowanym współzałożycielem i działaczem Komitetu Obrony Robotników, który jako pierwsza jawnie działająca organizacja opozycyjna rzucił wyzwanie ekipie Edwarda Gierka i władzy PZPR. W tamtych warunkach politycznych gest ten bardzo wiele znaczył i z pewnością nie należał do łatwych czy mało kosztownych i był świadectwem swoistej suwerenności, na którą Putrament potrafił się zdobyć.

 

Szlachcic litewski w KC

Było w nim coś z hałaśliwego, zadzierzystego, jowialnego, ale i zaczepnego, niepokornego litewskiego szlachcica, co podkreślał także tzw. wileński akcent jego wymowy. Ponadto nazwisko Putrament pojawia się, wśród innych nazwisk litewskiej szlachty, na kartach mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, o czym zdarzało mu się wspominać z nutką wyczuwalnej satysfakcji.
Mieczysław Wojtczak, w latach siedemdziesiątych wiceminister kultury i sztuki oraz szef kinematografii, autor cenionych książek poświęconych wzajemnym oddziaływaniom kultury i polityki w czasach Polski Ludowej, którego z Putramentem łączyły relacje służbowe i przyjacielskie wspomina go jako działacza, który nigdy nie należał do tzw. potulnych: – Toczył ostre spory z własnym środowiskiem literackim, ale jednocześnie potrafił ostro bronić swobód twórczych i liberalnej, na ile to było możliwe, polityki kulturalnej, więc wchodził także w konflikty z wysokiej rangi towarzyszami z KC i kierownictwa partii. Dlatego bywał nielubiany po obu stronach. W 1949 roku, kiedy pod przewodem Jakuba Bermana zainicjowano doktrynę socjalistycznego realizmu w kulturze, wysłał z Paryża, gdzie był wtedy ambasadorem, list, w którym krytykował zatwierdzony przez komisję KC film „Robinson warszawski”, zarzucając mu wulgarne upolitycznienie i przestrzegał, że skompromituje on za granicą polską kinematografię. Wpłynęło to później na przerwanie jego kariery dyplomatycznej. Lata później bronił też przed posłaniem na półkę filmu Skolimowskiego „Ręce do góry”, bo uważał go za ciekawy głos na temat polskiego stalinizmu. Jeszcze później, jako jedyny członek KC, wystąpił na plenum w obronie „Człowieka z marmuru” Wajdy. Był człowiekiem odważnym, potrafiącym zachować się suwerennie, nie bał się narażać, bronić swojego zdania – wspomina M. Wojtczak.

 

„Śmierć Hektora” i fiasko metempsychozy

Wspomniane wcześniej cierpkie i deprecjonujące uwagi Miłosza o walorach (czy raczej ich braku) poezji młodego Putramenta były o tyle trafieniem kulą w płot, że ich obiekt był człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru, zmysłem autoironii i sam, bez pomocy kolegi, wybitnego w przyszłości poety, rozumiał, że ta gałąź pisania nie jest jego mocną stroną. Dowcipnie nawiązując do ambitnych marzeń swojej matki, która w fakcie, że jej syn urodził się siedem dni po śmierci Lwa Tołstoja na stacji Astapowo i w końcu nie w astronomicznej odległości od tego miejsca ( w Mińsku Białoruskim czyli także w Cesarstwie Rosyjskim) upatrywała źródła nadziei na to, że dusza twórcy „Wojny i pokoju” metodą metempsychozy zamieszka w ciele jej rodzonego Jurka, Putrament wspominał po latach z finezyjną autodrwiną: „Próbowałem więc wyróżnić się wśród rywali do spadku tołstojowskiego (…) Zapełniałem jeden po drugim zeszyty wierszami na tematy liryczne, satyryczne i historyczne. Przez jakiś czas zdawało mi się, że dusza Tołstoja zaczyna przecież puszczać we mnie pędy. W czwartej klasie napisałem trzynastozgłoskowcem dramat pt. „Śmierć Hektora”. W siódmej zacząłem pisać sonety podwójnie rymowane, lubowałem się w męskich rymach, wreszcie targnąłem się na triolety. Pojechałem na uniwersytet pełen zapału i pewności: Tołstoj się we mnie nie zmarnuje. (…) Jako mistrz miasta Lidy w podwójnie rymowanym sonecie pałałem niecierpliwością zmierzenia się z luminarzami innych Suwałk czy Kobryniów”. Wspomnienie to spuentował Putrament uwagą, że „wszystko to nadaje się w sam raz do śmietnika”, a „metempsychoza wzięła w łeb”. Autoironia towarzyszyła zresztą Putramentowi przez całe życie, choćby we fragmencie „Pół wieku”, w którym wspominając ceremonię składania listów uwierzytelniających prezydentowi Szwajcarii, rysował taki oto, odrobinę gogolowski obrazek: „Idę w („błazeńskim”, napisałem wtedy, dziś bym chyba wymyślił inny przymiotnik) cylindrze odpowiadając na liczne ukłony”.

 

Proza bez metempsychozy

Toteż choć w 1951 roku zdecydował się Putrament na wydanie tomu swoich wierszy, było to zapewne jedynie czymś w rodzaju pożegnania z tą bronią literacką i od tej pory zajął się wyłącznie (na literackiej ścieżce swojej aktywności) prozą nowelistyczną i powieściową. Już w pierwszych opowiadaniach z 1945 roku („Święta kulo” i „Początek eposu”) objawiły się walory jego stylu: zwięzłość, lakoniczność, dar wnikliwej obserwacji, obrazowość, także w opisach przyrody, choć nie nazbyt zmysłowa, ale także kipiąca pasja moralna, egzystencjalna, polityczna, rozmach, jak również drwina, sarkazm i groteska, które należały do najmocniejszych stron jego pisarskiej marki. Krytyk literacki Jerzy Wyszomirski ujął cechy prozy Putramenta określeniem „ostrowidztwo”, a krytyk francuski Jean B. Neveux nazwał oba opowiadania „arcydziełami mimo pozornej oschłości stylu, wywołującymi silniejsze wzruszenia, niż mogłyby to uczynić popisy krasomówcze”. Tę ocenę odniósł Neveux zapewne przede wszystkim do „Święta kulo”, w którym pisarz objawił mistrzostwo w ukazywaniu człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Nieprzypadkowo podczas studiów polonistycznych w Wilnie Putrament napisał pracę dyplomową poświęconą analizie struktury opowiadań Bolesława Prusa. „Małe formy” nie tylko były mu bliskie jako czytelnikowi, ale sam osiągnął w nich dużą biegłość, a momentami mistrzostwo i być może osiągnąłby znacznie więcej na polu „metempsychozy” z Maupassantem, Czechowem czy Prusem na zapleczu, gdyby nie fakt, że zarzucił ten gatunek na rzecz dużej formy, czyli powieści, głównie społeczno-politycznej.

 

„Rzeczywistość”, „Wrzesień”, Rozstaje”

Choć rację miał Miłosz, zarzucając powieści „Rzeczywistość” (1947) brak zmysłowego i rodzajowego obrazu Wilna, to przecież niekoniecznie należało robić z tego zarzut autorowi. Putrament zamyślił tę pracę jako powieść polityczną, czy może polityczno-publicystyczną „z kluczem”, nawiązującą do doświadczeń autobiograficznych, w tym do procesu lewicowej młodzieży wileńskiej oskarżonej o sympatie komunistyczne i raczej świadomie stronił od „nastrojów”, od klimatów, zapachów i uczuć wileńskich, a także od psychologii, zwłaszcza introspekcyjnej. Jednak postacie powieści były ciekawie zindywidualizowane, akcja dynamiczna, struktura utworu spójna. O ile „Rzeczywistość” była powieścią dość kameralną, zamkniętą w kilku spojonych ze sobą wątkach i postaciach, o tyle „Wrzesień” (1953) miał już cechy panoramy polskiego Września 1939 roku. „Obraz skomponowany na sposób filmowy zagrał pełnią barw. Chaos i zamęt ostatnich dni sierpnia i pierwszych dni września znalazły w tej powieści tchnące prawdą odzwierciedlenie, tym bardziej, że autor nie znał tych dni warszawskich z własnych przeżyć” – napisała Maria Wisłowska, autorka krótkiej monografii twórczości Putramenta (1966). Wybitnym walorem tej powieści były partie groteskowo-satyryczne, wykorzystane w obrazie sanacyjnej elity polityczno-dowódczej, a jej walory wielkim uznaniem podkreślił wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig, stwierdzając w recenzji dla „Kunst und Literatur” (1957), że „nazwisko Jerzego Putramenta stawia od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki”. Słabsze od tych dwóch powieści były „Rozstaje” (1954), zbyt odzwierciedlające w swej strukturze zasady realizmu socjalistycznego, zwłaszcza w biało-czarnym obrazie walczących stron. Niezależnie od tego, rysunek postaci Turonia, okrutnego, brutalnego i władczego dowódcy z tzw. antykomunistycznego podziemia, czyli „leśnych”, dziś patetycznie pasowanych przez władzę na „żołnierzy wyklętych”, który wtedy mógł się wydawać rysunkiem skrajnie przeczernionym dla celów ideologiczno-propagandowych, osobliwie dziś koresponduje z ciemnymi kartami tej idealizowanej i otaczanej quasi-religijnym, fałszywym kultem formacji.

 

„Pasierbowie”, „Odyniec” i wolty gatunkowe

Ten sam nurt prozy skoncentrowanej tematycznie na dramatycznych latach powojennego czasu „utrwalania władzy ludowej” i związanych z tym dylematów, dramatów i tragedii kontynuował Putrament w „Pasierbach” (1963) i „Odyńcu” (1964). W tej drugiej po raz pierwszy znalazła odzwierciedlenie kwestia, która wyraźnie nurtowała pisarza, bo podjął ją ponownie, bardziej gruntownie w „Bołdynie”, zagadnienie kultu jednostki i proces wyradzania się ludzi ideowych, z gruntu szlachetnych w samowładców i tyranów politycznych. W roku 1956 roku pisarz zastosował „na chwilę” płodozmian gatunkowy i wydał „Wakacje”, powieść dla młodzieży, której przygodowo-sensacyjna, wartka i pełna humoru akcja z młodocianymi bohaterami na pierwszym planie rozgrywa się „w krainie czarów” czyli na ukochanych putramentowych Mazurach, których natura przypominała mu krajobraz białoruskiej i wileńskiej młodości. Kolejnymi woltami gatunkowymi były „Strachy w Biesalu” (1958), powieść kryminalna z „przymrużeniem oka”, rodzaj pastiszu prozy Agaty Christie oraz „Arka Noego” (1960), fabularyzowany reportaż o tematyce „terrorystycznej”, bo poświęcony wybuchowi bomby w samolocie połączony z panoramą współczesnej tematyki moralnej, psychologicznej, religijnej i społecznej. W tej niepolitycznej prozie lekkość pióra, lapidarność, barwność i plastyczność stylu oraz wysoką próbę talentu Putramenta widać najwyraźniej. Niezmiennie jednak pozostawał surowy i samokrytyczny w ocenie swojego pisarstwa. Wspominając o codziennej porannej porcji pracy pisarskiej, rzadko rezygnował ze zdań w rodzaju: „Zawsze to samo: przecież niedobre, com dzisiaj zrobił…”. W „Pasierbach” i „Odyńcu” objawił Putrament inny jeszcze, i dla wielu mogący być zaskoczeniem rys jego talentu: znajomość psychiki kobiecej i dar oddania w prozie jej komplikacji. Ten twardy, gwałtowny, bardzo „męski”, „samczy” nawet mężczyzna miał dar wzruszającego oddawania kobiecych emocji miłosnych jak mało który z powojennych polskich pisarzy. Przywołana wcześniej Maria Wisłowska napisała nawet o „Odyńcu” jako o – także – „iście flaubertowskim studium duszy kobiecej”, ale i przywołuje z tej powieści kolejną erupcję daru groteskowo-satyrycznego pisarza w obrazie „zwariowanego domku na Saskiej Kępie”, nawiasem mówiąc mogącego wzbudzić skojarzenie z jednym z wątków gombrowiczowskiej „Ferdydurke”. Inni autorzy, krytycy i okazjonalni recenzenci, którzy pisali o prozie Putramenta, wspominali też o innych rysach jej stylu i tematyki: bliskości z naturą, a nawet miłości do niej (Stanisław Grochowiak, Jarosław Iwaszkiewicz), nostalgicznym smutku przenikającym zewnętrzną, chłodną rzeczowość cyklu „Pół wieku” (Lesław M. Bartelski), wyczulenia na wielkie tematy i postacie Historii oraz talent do kreślenia indywidualnych portretów (Janusz Wilhelmi), iście kresowego daru gawędziarskiego (Tadeusz Bujnicki), co nawiasem mówiąc zabawnie koresponduje z wspomnianym wyżej sarmacko-kresowym rysem osobowości i stylu bycia pisarza.

Wacław Sadkowski pisał o powieści „Puszcza”, że wbrew znanej chropowatości stylu Putramenta, jest to proza „przemyślnie wystylizowana”, „finezyjna igraszka stylistyczna”. Pisząc o „Pasierbach” wspominany wcześniej Jean B. Neveux tak podsumowywał cechy tej prozy en general: „Putrament umie opowiadać, umie przyspieszać nagle akcję w kilku wierszach, ażeby potem na kilku stronicach zwolnić jej tok; jego powieść przypomina napady gorączki, nasilającej się coraz bardziej i pozostawiającej wyczerpanie, bezsilność i stan prawie beznadziejny.
Żadna z postaci powieściowych nie jest ani bez zastrzeżeń sympatyczna, ani całkiem antypatyczna, autor unika ułatwionego dualizmu utworów „zaangażowanych”; sądzę, ze spod jego pióra wyszło arcydzieło, mogące stanąć w jednym szeregu nielicznych arcydzieł, jakie dała nam literatura powojenna; nie obawiam się porównać go ze Stendhalem i Fitzgeraldem”.
Jeśli ktoś myśli, że łatwo było i jest znaleźć pośród z urodzenia złośliwych francuskich krytyków, kogoś skłonnego do bezinteresownych komplementów (12 lat po opuszczeniu przez Putramenta gmachu ambasady polskiej w Paryżu), to się głęboko myli.

 

„Małowierni”

Kolejną dużą powieścią polityczną o tematyce krajowej, jaką dał czytelnikom Jerzy Putrament byli „Małowierni” (1967). We wspomnianym wstępie do wydania „Dzieł zebranych” pisarza, Wacław Sadkowski napisał o niej bardzo krytycznie: „Z perspektywy lat, które minęły od chwili pojawienia się tej powieści, widać już wyraźnie, że jako „roman a clé”, powieść z kluczem zdezaktualizowała się zupełnie, pozostała nieciekawą i banalną plotką o nieciekawych ludziach, z którymi los zetknął autora w latach pięćdziesiątych, określanych w języku politycznym okresem „kultu jednostki”.

W wizji współczesności, tworzonej przez Putramenta, w całym jego pisarstwie, ta powieść pozostanie raczej błahym epizodem o nikłej nośności metaforycznej”.
Z oceną sformułowaną przez znakomitego krytyka i wybornego znawcy literatury wypada się generalnie zgodzić; „Małowierni” są artystycznie niewątpliwie słabszą prozą niż „Bołdyn”, „Pasierbowie” czy „Odyniec”. Trzeba jednak pamiętać, że Sadkowski formułował swoją ocenę blisko czterdzieści lat temu, mniej więcej ćwierć wieku od czasu akcji „Małowiernych” i wtedy rzeczywiście można było odbierać tę prozę jako mocno zwietrzałą publicystykę. Dziś, po upływie ponad sześćdziesięciu lat od czasu akcji powieściowej walor „Małowiernych” jako „powieści z kluczem” przebrzmiał już całkowicie i może mieć jakiekolwiek znaczenie jedynie dla garstki koneserów literackich archiwaliów. A jednak paradoksalnie, mimo to, skłonny jestem zaryzykować ocenę, że powieść ta wraz z upływem lat nabrała nieco wartości, jako obraz osaczenia i osamotnienia jednostki poddanej potężnemu, brutalnemu ciśnieniu systemu politycznego. A będąc, po dziesięcioleciach wysypu – mogącego budzić nawet doznanie przesytu – literatury poświęconej okresowi stalinowskiemu, wolną od jakichś szczególnych od niej oczekiwań, powieść „Małowierni” nabrała cech swoistej psychodramy politycznej, która wraz z upływem czasu zyskała nawet co nieco na „nośności metaforycznej”, której przed czterdziestu laty zabrakło w tym utworze Wacławowi Sadkowskiemu.

 

„Akropolis” i „Wybrańcy” – pisarz „nieuleczalnie” polityczny

Mimo gatunkowych „skoków w bok” pozostał Putrament wierny swojej największej pasji – pisarskiej i życiowej: polityce. O ile jednak „Akropolis” (1975) jest stricte politycznym, niemal reportażowym portretem powojennej wojny domowej w Grecji, o tyle cykl „Wybrańcy”, który zaczął pisać pod koniec lat siedemdziesiątych, mający cechy powieści z kluczem i PRL-owskiego fresku społeczno-politycznego, jest silnie nasycony tworzywem psychologicznym, uwzględniającym wrażliwość duchową, osobistą, nieraz sentymentalną pisarza.

 

Życiopisanie i élan vital Jerzego Putramenta

Za życia Jerzego Putramenta określenie „życiopisanie” nie istniało. Powstało dużo później na określenie typu pisarstwa, które oparte jest na realnej egzystencji pisarza i stanowi jej niejako bezpośredni zapis, podążanie za nią. Nie mam pewności, czy pełną rację miał W. Sadkowski, gdy pisał, że „zaryzykować można by wręcz przypuszczenie, że Putrament nie byłby w stanie chyba w ogóle pisać, gdyby nie uprawiał tej bogatej działalności społecznej, w której formowała się jego osobowość, jego stosunek do życia, ludzi, sztuki”. Nie mam tej pewności (Sadkowski zresztą też jej nie miał, o czym świadczy przypuszczający tryb jego sformułowania), jako że Putrament udowodnił, iż nie jest mu zupełnie obce tworzywo prozy kreacyjnej. Niewątpliwie jednak siła putramentowego pisarstwa byłaby nieporównywalnie słabsza, gdyby nie to stałe „turbodoładowanie”, które czerpał z przeżywanej i obserwowanej rzeczywistości, nade wszystko politycznej oraz ze swojej dynamicznej osobowości i przyrodzonego aktywizmu homo faber, ze swojego „élan vital”.