Su-35 zamiast F-35?

Biały Dom wypowiedział się ostatecznie: Turcja nie dostanie amerykańskich myśliwców piątej generacji F-35. Dzień później Moskwa zaoferowała Ankarze swoje maszyny.

Zakup rosyjskich wyrzutni S-400 Triumf przez Turcję wyklucza dostawy najnowszych amerykańskich samolotów F-35 do Ankary – potwierdziła w oświadczeniu rzeczniczka prasowa Białego Domu Stephanie Grisham. Według Amerykanów obecność rosyjskiego systemu przeciwlotniczego w Turcji spowoduje, że za jego pośrednictwem będą gromadzone dane na temat możliwości i systemów wykorzystywanych przez produkowane przez koncern Lockheed-Martin myśliwców Lightning II.
Amerykanie naciskali, aby zamiast rosyjskich S-400, Turcy kupili wyrzutnie Patriot. Jednak Ankara nie uległa presji i zakup rosyjskiej platformy został sfinalizowany. Do Turcji od ubiegłego piątku docierają kolejne transporty z komponentami systemu, a stu tureckich specjalistów wysłano do Rosji na szkolenie w zakresie kompleksów przeciwlotniczych S-400. Według słów prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana, szkolenia w Rosji mogą objąć nawet tysiąc wojskowych. Systemy S-400 zostaną w pełni zainstalowane w Turcji w kwietniu 2020 r. Koszt zakupu Triumfów to 2,5 mld dolarów, z czego połowa została skredytowana przez stronę rosyjską. Nie rzecz jednak tylko w kosztach, znacznie niższych niż kosz Patriotów, których nota bene jeszcze kilka lat temu, w pierwszych konfliktu w Syrii Turcja się gorąco domagała, twierdząc, że są jej niezbędne, gdyż ustawicznie dochodzi do naruszeń tureckiej przestrzeni powietrznej, a na jej terytorium spadają rakiety wystrzeliwane przez wojska wierne prezydentowi Syrii Baszszarowi Al-Assadowi. Pomimo tych apeli Ankara raz po raz spotykała się wówczas z odmową, co też zapewne nie wpłynęło budująco na wzrost jej zaufania do sojuszników z NATO i ich woli aktywnego włączenia się w obronę Turcji w przypadku, gdyby została zaatakowana.
Amerykańskie obawy, że obecność w Turcji zarówno S-400 jak i F-35 mogłaby doprowadzić do ujawnienia utajnionych danych myśliwców i przejęcie ich przez Rosjan, ale warto zwrócić uwagę na inny jeszcze aspekt – kupując inny niż amerykański system obrony przeciwlotniczej Turcy osiągnęli znaczący stopień uniezależnienia się. Chodzi mianowicie o to, że S-400 nie są zintegrowane z platformami natowskimi, a zatem nie będzie możliwe ingerowanie w ich działanie ze strony sojuszników Turcji z Paktu Północnoatlantyckiego. Tymczasem gdyby Turcja używała Patriotów, zawsze mogłoby się to wiązać z możliwością ich zdalnego „wyłączenia”.
Dzień po wypowiedzi rzecznik Grisham z ofertą wystąpił dyrektor generalny państwowego koncernu Rostech Siergiej Czemezow. „Jeśli nasi tureccy koledzy wyrażą taką chęć, to jesteśmy gotowi zorganizować dostawy Su-35” – oświadczył.
O zainteresowaniu Turcji nowymi rosyjskimi myśliwcami informowano już w maju, podczas największych Międzynarodowych Targów Przemysłu Obronnego IDEF-2019, które odbywały się w Stambule.
Su-35 to wersja rozwojowa Su-27, klasyfikowana jako generacja 4++, opracowana jako model przejściowy na czas zanim do służby wejdzie samolot PAK FA, czyli Su 57. Su-35 korzystają z wielu rozwiązań opracowywanych na użytek nowej konstrukcji. Maszyny te mają swoją wersję eksportową – trafiły już do lotnictwa chińskiego i indonezyjskiego. Ich zakupy są także niemile widziane przez Waszyngton – plany ich nabycia przez Egipt kilka miesięcy temu spotkały się z groźbą sankcji.
Wyścig zbrojeń w powietrzu tymczasem osiągnął nowy etap – wicepremier Rosji Jurij Borisow poinformował, że Rosja przystępuje do seryjnej produkcji myśliwców piątej generacji Su-57, a pierwsze dostawy zostaną zrealizowane już w tym roku. Pierwsza partia ma liczyć 76 samolotów. Następne serie mają obejmować maszyny po kolejnych modyfikacjach, między innymi nowe silniki. Przedseryjne Su-57 były już testowane w warunkach bojowych w Syrii.

Chcemy czego inni nie chcą

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w USA potwierdziła kurs polityki zagranicznej RP polegający na wasalizacji wobec Stanów Zjednoczonych. Podpisane porozumienie o współpracy obronnej ma przede wszystkim charakter propagandowy.

4,5 tysiąca żołnierzy, którzy docelowo mają znaleźć się w Polsce to element przejmowania dominacji wojskowej nad Europą Środkową i nowego wyścigu zbrojeń. Bazy wojskowe USA mają wymiar bardziej polityczny niż militarny. Stanowią element wzmacniania „wschodniej flanki NATO”, czyli postępowania wojsk amerykańskich na wschód, którego kolejnym etapem będzie zapewne zwiększanie obecności również w państwach bałtyckich, na Ukrainie, w Gruzji i innych krajach byłego ZSRR.
Za podpisanym porozumieniem stoją interesy wielkiego kapitału. Podczas spotkania Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem polskiemu prezydentowi zaprezentowano samoloty F-35 – najnowszy produkt koncernu Lockheed Martin. Przeleciały one nad Białym Domem podczas wspólnego spaceru prezydentów. Takie zaaranżowanie wydarzenia dowodzi, że Trumpowi chodziło o pochwalenie się nie przed partnerem w polityce zagranicznej, lecz wasalem, podatnym na sugestię i propagandę.
Po pokazie polskie media zaczęły określać myśliwiec mianem najlepszego rozwiązania dla rozwoju rodzimego lotnictwa. Chwalono nowoczesność oraz wielozadaniowość F-35, zapominając o wymiarze ekonomicznym propozycji.
Lockheed Martin to koncern, który z Polski uczynił centrum swojej działalności w Europie Środkowej. Zawarł z rządem PiS umowę na dostawy systemów rakietowych HIMARS – intratną dla strony amerykańskiej. Koncern uzyskał duże zyski kosztem polskiego przemysłu obronnego. Pod wpływem politycznych nacisków rząd PiS zakupił zagraniczne rozwiązania, nie domagając się nawet inwestycji offsetowych. Zyski z serwisowania zakupionych systemów również będą trafiać do Lockheed Martin. Dodatkowo wybór amerykańskiego systemu oferowanego jako gotowe rozwiązanie stanowi zagrożenie dla rozwoju polskich technologii.
Podobnie przedstawia się oferta F-35. Strona amerykańska nie udostępni wraz z nim technologii pozwalających na serwisowanie czy wytwarzanie części zamiennych. Polskie zakłady będą wyłączone z procesu dostaw, gdyż Polska nie należy do międzynarodowej sieci współpracy stworzonej przy okazji produkcji i wdrażania F-35. Sugestia włączenia polskich podmiotów do niej nawet się nie pojawiała w kontekście informacji o planowanym zakupie. Dodatkowo pojawi się konieczność unowocześniania infrastruktury oraz rozbudowy baz lotniczych, na czym również skorzystają amerykańscy dostawcy sprzętu. Lockheed Martin zyska również na szkoleniu załóg nowych maszyn.
Dodać też trzeba, że choć bez wątpienia F-35 jest konstrukcją nowoczesną, cierpi na rozmaite „choroby dziecięce” – usterki techniczne i konstrukcyjne wykrywane tych maszynach kilkakrotnie powodowały ich uziemienie. Nie jest to także myśliwiec przewagi powietrznej – choć niektórzy komentatorzy wychwalający planowany zakup tak go określają – jak starszy F-22, który nie jest oferowany na sprzedaż: jego wyłącznym użytkownikiem jest i ma pozostać lotnictwo USA.
Osobną jeszcze kwestią jest porównanie F-35 z nowymi konstrukcjami rosyjskimi i chińskimi, które – co bardzo prawdopodobne – mogą okazać się znacznie bardziej zaawansowane. Warto zauważyć, że propozycję kupna F-35 odrzuciły Niemcy, które prawdopodobnie zdecydują się raczej zaangażować w projekt nowego myśliwca Airbusa. Francja nawet zakupu F-35 nie rozważała, skupiając się na rozwoju rodzimego Rafale wersji F4. Oba kraje planują wspólnie produkować myśliwiec VI generacji bez udziału Amerykanów – miałby on wejść do służby około 2035 roku.
Zakup myśliwców stanowi ogromne obciążenie dla budżetu państwa, w sytuacji gdy coraz poważniejsze jest niedoinwestowanie służby zdrowia czy systemu edukacji. Według informacji Lockheed Martin, cena jednego samolotu F-35 w przyszłym roku ma wynieść około 80 mln USD. Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak zapowiedział już, że rozważany jest zakup 32 takich maszyn (n.b. właśnie tylu maszyn nie dostanie prawdopodobnie Turcja, ukarana w ten sposób za zakup rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej S-400), realizowany w kilku partiach. Dla amerykańskiego koncernu będzie to ogromny dopływ gotówki i istotny kontrakt. Prezydencki minister Andrzej Dera zapowiedział, że wydatki na zakup F-35 będą finansowane z dodatkowego funduszu, a nie środków MON, co jest równoznaczne z ogromnym wzrostem wydatków zbrojeniowych.
Zapłacą polscy obywatele potrzebujący dostępu do publicznej służby zdrowia oraz posyłający dzieci do szkół publicznych.
Za imperializmem politycznym idzie więc również ekonomiczny, polegający na kolonizacji dokonywanej przez wielkie koncerny zbrojeniowe, głównie z USA.
Tymczasem na lotnisku Le Bourget pod Paryżem, gdzie odbywa się największy na świecie salon lotniczy, Turcy pokazali z wielką pompą projekt własnego samolotu bojowego TF-X, który ma być „najlepszym myśliwcem w Europie”. Ma to być odpowiedź na amerykańskie groźby, że nie dostarczą samolotów F-35, w budowie których Turcja uczestniczy. USA są zdenerwowane, że Turcy kupili rosyjski system antyrakietowy S-400, zamiast przestarzałego i bardzo drogiego systemu amerykańskiego Patriot.
TF-X ma budować publiczny koncern Turkish Aerospace, który do tej pory uczestniczył w budowie F-35 dostarczając centralną część kadłuba. Samolot ma być produkowany seryjnie od 2025 r., już za sześć lat, co wielu obserwatorom wydaje się bardzo ambitne, ale trudne do spełnienia. Na początek maszyna będzie mieć silniki General Electric, dopóki nie ruszy własna produkcja z własnym, tureckim silnikiem. W każdym razie Turcja odpowiada w ten sposób na ultimatum Donalda Trumpa nakazującego kupować Patrioty, których nikt, oprócz Polski, nie chce już kupować.
Polska jednak, kupując amerykański system antyrakietowy, który będzie w stanie o ok. 16 minut przedłużyć naszą obronę w razie oczekiwanej przez rząd rosyjskiej napaści, będzie mogła wydać następne miliardy na F-35. W sprzyjających warunkach pozwolą one przedłużyć ewentualną obronę nawet o kilka godzin.
„Rozwój własnego przemysłu obronnego i samowystarczalność w tym względzie pozostaje priorytetem rządu tureckiego” – oświadczył szef Turkish Aerospace Temel Koti w Paryżu.

Kaliningradzka rubież i sępy

– czyli kto kogo prowokuje i czym się to może dla Polski skończyć.

W ostatnich tygodniach jesteśmy świadkami kolejnych odsłon militarnej rozgrywki wokół najbardziej na zachód wysuniętego skrawka Rosji. Okręg Kaliningradzki, niczym samotna wyspa otoczona przez kraje NATO, musi stawić czoła coraz bardziej agresywnym posunięciom członków paktu. Obserwujemy więc pojawienie się nowych rodzajów uzbrojenia, nowe jednostki wojskowe, przesunięcia wojsk NATO w tym żołnierzy USA nad samą granicę z Rosją. Towarzyszą temu intensywne manewry wojsk lądowych i floty, a w ostatnim miesiącu intensywne loty samolotów, w tym amerykańskich bombowców strategicznych B-52, a także potężnych samolotów szpiegowskich oraz WRE (walki radiowo-elektronicznej), które niczym sępy krążyły wokół Okręgu Kaliningradzkiego. Wszystko to jednak pod płaszczykiem hałaśliwej retoryki „powstrzymywania Rosji”, „manifestowania obrony sojuszników przez USA” i opowieści o wielkim zagrożeniu ze strony „państwa Putina”.
Warto prześledzić, co się dzieje naprawdę i jak spirala zbrojeń w regionie zamiast bezpieczeństwo wzmacniać, to osiąga skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Uczciwie trzeba przyznać, Rosjanie ze swej strony nie pozostają bierni i swoimi wojskowymi kontrposunięciami niwelują uzyskiwaną czasowo, niemałym kosztem, regionalną przewagę militarną wojsk USA i krajów NATO, w tym Polski. Powoduje to z kolei „eksplozję” kolejnych pomysłów „nadwiślańskich rusofobicznych jastrzębi”, oczekujących a to nowych baz wojsk USA, a to zakupów nowej broni. Pamiętać należy, że utrzymanie PiS-owskiej wizji tzw. Fortu Trump oraz zakup nowych „zabawek” dla naszej armii z fabryk zbrojeniowych zza oceanu, finansowany będzie z naszej kieszeni, polskich podatników. Nikt się jednak w Polsce tym nie przejmuje, ani sprawujący władzę, ani liberalna opozycja, ani nawet rachityczna dziś polska lewica.
Rządzące aktualnie Polską prawicowe elity nie pojmują, że wyścig zbrojeń jest kontrproduktywny i prowadzi w „ślepą uliczkę”. Potrzeba zaś Rzeczpospolitej dziś polityków z pomysłami niosącymi obniżenie napięcia międzynarodowego. Wizjonerów, ludzi zdolnych do wypracowania procedur deeskalacji na linii NATO-Rosja. Polityków tej miary jak onegdaj minister spraw zagranicznych Adam Rapacki, który na formum ONZ w 1957 r. ogłosił plan denuklearyzacji Europy Środkowej, czy jak szwedzki premier Olof Palme, z jego inicjatywami państw niezaangażowanych, służących obniżeniu napięcia pomiędzy blokiem NATO i USA, a ZSRR i Układem Warszawskim w latach 70. i 80. XX w. Jeszcze w latach 80-tych XX w Polska była inicjatorem ograniczenia zbrojeń i zwiększenia zaufania pomiędzy blokiem NATO a Układem Warszawskim, co zawarte było w memorandum rządu PRL 8 maja 1987 r., tzw. Planie Jaruzelskiego.
Dziś takie inicjatywy płynące z polskich elit – póki co – to marzenie ściętej głowy. Może jednak już czas na głos w tej kwestii polskiej lewicy, gdyż to lewica całego świata zawsze stoi na pozycjach zachowania pokoju i w kontrze do prawicy i liberałów forsujących jak zbrojenia.

Marcowe „przeciąganie liny”, czyli kto i jak daleko kontroluje przestrzeń powietrzną

Obecnie w brytyjskiej bazie RAF Fairford stacjonuje sześć amerykańskich bombowców strategicznych B-52H, należących do 2 Skrzydła Lotnictwa Bombowego USAF. Przybyły one 14 i 15 marca z Barksdale Air Force Base w Luizjanie, między innymi w celu odbycia szeregu ćwiczeń z „wysuniętymi nawigatorami naprowadzania w Polsce i na Litwie”.
Ambasada USA w Warszawie informuje językiem propagandowej nowomowy, że „operowanie „z wysuniętych pozycji” umacnia współdziałanie obronne w ramach NATO, a jednocześnie umożliwia „rozpiętość działań strategiczno-operacyjnych niezbędnych dla odstraszania przeciwnika oraz zapewnienia bezpieczeństwa” sojusznikom i partnerom. „Bombowce B-52 prowadzą szkolenie z NATO-wskimi Joint Terminal Attack Controllers (wysuniętymi nawigatorami naprowadzania lotnictwa), przydzielonymi do wielonarodowej batalionowej grupy bojowej na Litwie oraz ćwiczyły z Grupą Bojową Polska. Na terenie Litwy B-52 dokonywały zrzutu bomb bez materiału wybuchowego oraz doskonaliły elementy bezpośredniego wsparcia lotniczego z udziałem litewskich odrzutowców szkoleniowych L-39 Albatros”.
W rzeczywistości potężne amerykańskie bombowce startowały z bazy Fairford zbliżały się na ok 130 km od bazy Floty Bałtyckiej w Kaliningradzie symulując nalot i zawracały nad Polską, na wysokości Lęborka, z powrotem. W innych przypadkach latały wokół Okręgu Kaliningradzkiego, dokonując bombardowań na poligonach w Estonii czy na Litwie i zbliżając się na 190 km od drugiego miasta Rosji – Sankt Petersburga. Równocześnie z lotami bombowców, np. 20 marca, samolot zwiadu elektronicznego i dowodzenia Boeing E-3 „Sentry” AWACS śledził sytuację nad Kaliningradem latając nad linią Ostrołęką-Łomża, a brytyjski ciężki samolot zwiadu elektronicznego RC-135W, wylatujący z bazy w Middelton w Wielkiej Brytanii, krążył nad Bałtykiem i prowadził misje szpiegowską polegającą na namierzaniu rosyjskich emisji radarowych w Okręgu Kaliningradzkim. W kolejnych dniach w celu identyfikacji nadlatujących bombowców, aby nie włączać określonych radarów, z rosyjskiej bazy w Czkałowsku startowały myśliwce Su-27SM, przechwytując i eskortując amerykańskie bombowce nad wodami międzynarodowymi Bałtyku. Wobec takiego ruchu 25 marca w Polsce na lotnisku w Powidzu pojawiły się amerykańskie myśliwce F-15E Strike Eagle należące do 48 skrzydła myśliwskiego stacjonującego w bazie Lakenheath w Wielkiej Brytanii. Według informacji amerykańskiej ambasady w Warszawie „doskonalą kolektywną gotowość, umacniają relacje z sojusznikami NATO i krajami partnerskimi oraz dowodzą zaangażowania USA na rzecz regionalnego bezpieczeństwa. Ćwiczenia „Rapid Panther” nie mają odniesienia do jakiejkolwiek sytuacji rzeczywistej na świecie”.
Wbrew tym deklaracjom ambasady, mają i to bardzo dużo. Skąd ta nagła aktywność i testowanie możliwości obronnych rosyjskiej OPL w Okręgu Kaliningradzkim?
Otóż 13 stycznia Rosjanie poinformowali, że przystąpili do odtwarzania w bazie Czkałowsk legendarnego 689 Gwardyjskiego Pułku Myśliwskiego im asa radzickiego lotnictwa Aleksandra Pokryszkina. Pułk uzbrojono w myśliwce Su-27SM3, z opcją przezbrojenia w najbliższym czasie na Su-35.
4 marca 2019 r. służby prasowe Zachodniego Okręgu Wojskowego FR poinformowały, że obrona powietrzna w Obwodzie Kaliningradzkim została wzmocniona przez pułk rakiet przeciwlotniczych wyposażony w rakiety dalekiego zasięgu S-400 „Triumf”, który wszedł w skład sił Floty Bałtyckiej.
Pułk wyposażony w systemy S-400 „Triumf” dotarł na stację stałego bazowania w Obwodzie Kaliningradzkim z terenu poligonu Kapustin Jar w Regionie Astrachańskim, gdzie przeprowadzono intensywne szkolenie, w tym z strzelania rakietowe. Rozwinięty przez Rosjan pułk przeciwlotniczy to element ochrony rosyjskich granic powietrznych najbardziej wysunięty na zachód. Pozycje ogniowe i radiolokacyjne jego dywizjonów znajdują się na i w pobliżu Mierzei Wiślanej. Stąd rubież kontroli przestrzeni powietrznej, sięga daleko w głąb terytorium Polski nad Hel, Trójmiasto i w głąb Województw Pomorskiego i Warmińsko-Mazurskiego.
Przezbrojony w systemy S-400, to relatywnie słabszy bo dwudywizjonowy 1545 Pułk Przeciwlotniczy, który wchodzi w skład 44 Dywizji Obrony Przeciwlotniczej Floty Bałtyckiej. Fundamentem siły bojowej 44 dywizji OPL jest bowiem 183 Gwardyjski Mołodeczeński Pułk Rakietowy, dysponujący aż czterema dywizjonami S-400 „Triumf” i dwoma dywizjonami S-300PS „Faworit”.
Tak więc na dziś, przeciwlotnicze zgrupowanie rakietowe 44 Dywizji Obrony Powietrznej Floty Bałtyckiej w Obwodzie Kaliningradzkim, składa się z sześciu dywizjonów rakietowych sytemu S-400 „Triumf” i dwóch dywizjonów rakietowych wyposażonych w S-300PS. Nie wykluczone, że w rezerwie 1545 pułku, znajdują się nie rozwinięte na pozycjach bojowych rezerwowe S-300PS . Żołnierze tej rosyjskiej jednostki są na nim przeszkoleni, przezbroili się na S-400 „Triumf”, jednak na wypadek wojny, rezerwiści mogą obsadzić zdany na magazyn sprzęt lub stanowi on po prostu rezerwę, na wypadek zniszczenia przez przeciwnika sprzętu etatowego. Osłonę dywizjonom rakiet dalekiego zasięgu zapewniają organiczne poddziały wyposażone w przeciwlotnicze artyleryjsko rakietowe systemy krótkiego zasięgu „Pancyr-S” zdolne do niszczenia rakiet manewrujących, bezpilotowców, a nawet artyleryjskich pocisków rakietowych. W skład 44 Dywizji Obrony Powietrznej Floty Bałtyckiej wchodzi również 81 Pułk Radiotechniczny.
Reasumując, przezbrojenie pułków OPL Floty Bałtyckiej w systemy S-400 „Triumf” w Obwodzie Kaliningradzkim to element budowania przez Federację Rosyjską systemu antydostępowego. Polega on na tym, aby jak najdalej od granic Rosji można było zwalczać ewentualne środki napadu powietrznego potencjalnego przeciwnika, bądź wykrywać i reagować na jego ofensywne ruchy w powietrzu. W tym konkretnym przypadku Rosjanie kontrolują przestrzeń powietrzną i mogą razić cele powietrzne w promieniu do 400 km.
System S-400 „Triumf” pozwala niszczyć tak samoloty, śmigłowce i pociski manewrujące jak i rakiety balistyczne. Instalacja amerykańskiej „Tarczy antyrakietowej” w Rędzikowie pod Słupskiem i wystrzeliwane stamtąd rakiety mogą być zatem skutecznie przez Rosjan niszczone. Ponadto „parasol przeciwlotniczy” osłania własne rosyjskie zgrupowanie wojsk, w tym lotniska i pozycje 152 gwardyjskiej brygady rakietowej wyposażonej w rakiety „Iskander-M”. Celem rakiet owej brygady według specjalistów jest unieszkodliwienie w przypadku wojny z USA, amerykańskiej bazy w Rędzikowie. Tym samym budowana wielkim kosztem baza amerykańska, główny port Polskiej Marynarki Wojennej na Oksywiu, oraz lotniska w Babich Dołach, w Gdańsku, Pruszczu Pomorskim i Malborku, skąd dziś operują portugalskie F-16, znalazły się w polu oddziaływania tak rosyjskiej OPL jak i rakiet operacyjno-taktycznych.
I to właśnie przetestowaniu tego rosyjskiego systemu antydostępowego służy kompleks manewrów i ćwiczeń NATO, w tym lotnictwa strategicznego USA, prowadzonych właśnie teraz, w znacznej części powietrzu nad polskim wybrzeżem Bałtyku i wprost nad Polską
Warto jednak pamiętać natchnionym tym wspólnym z Amerykanami „testowaniem Rosjan” nadwiślańskim strategom, o schłodzeniu rozgrzanej głowy. Marzącym o powtórce „Cudu nad Wisłą” i chwale zwycięstwa nad Pregołą, którzy widzą się już roli zwyciężającego Moskali Józefa Piłsudskiego, warto przestudiować smutny losy prezydenta Gruzji Michaiła Saakaszwilego i operację „Przymuszenie Gruzji do pokoju”.
Cierpliwość rosyjska ma bowiem swoje granice. Prezydent Władimir Putin w jednym z wywiadów przywołał jedno z doświadczeń życiowych wyniesionych z czasów dzieciństwa, jaką dała mu ulica Leningradzka. „Jeśli draka nieizbieżna, bit’ nada pierwym” – „Jeśli awantura jest nieunikniona, bić trzeba jako pierwszy”. Obyśmy w tych amerykańskich manewrach i ćwiczeniach wokół Kaliningradu się nie zagalopowali, a nasze polskie i naszych sojuszników z NATO intencje ćwiczebne nie zostały błędnie zinterpretowane w Moskwie jako atak. Bo jeśli nastąpi rosyjskie prewencyjne „przymuszenie Polski do pokoju”, to w kilka dni zostaniemy cofnięci cywilizacyjnie kilka dekad wstecz.
I wcale nie musi nastąpić to za pomocą broni jądrowej. Zrobią to Rosjanie z chirurgiczną precyzją, najnowocześniejszą, dokładną bronią, której moc pokazali w Syrii. Może zamiast „warczeć” i zaczepiać, z podpuszczenia sojuszniczego zaoceanicznego supermocarstwa, warto z wschodnim sąsiadem zacząć, zapewne bardzo trudny, ale jakże potrzebny dialog. Nikt nas Polaków w tym nie wyręczy.