Czy sądy są PiSowi rzeczywiście potrzebne?

Jeśli przyjrzeć się dokonywanemu przez PiS rozbiorowi sądownictwa, coś mi tu nie gra. Po co właściwie PiSowi sądy? Pytanie wydaje się absurdalne, lecz tylko z pozoru. Partia mająca w nazwie kluczowe dla społeczeństwa pojęcia: prawo i sprawiedliwość, doskonale radzi sobie z wymierzaniem swoiście pojętej sprawiedliwości poza obiegiem procedur sądowych.

Arbitralna wola ponad wyrokami sądów

PiS niczym ruski tank, z rykiem propagandowych silników prze ku całkowitemu przejęciu i poddaniu swej kontroli systemu sądownictwa. To główne na tym etapie zadanie grupy trzymającej władzę. Cel wydaje się oczywisty; za pomocą sądów utrwalać władzę przedstawicieli pisowskiego ludu i niczym rasowi bolszewicy nigdy raz zdobytej władzy nie oddać. Popatrzmy jednak na dorobek legislacyjny pisowskiego rządu. Gdy przypomnimy sobie jak PiS w ferowaniu konkluzji, stanowieniu karykatur ustaw, decyzji o charakterze represyjno-odwetowym, obywało się bez wyroków sądowych, ignorowało je lub obchodziło bokiem, dostrzegamy naraz, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego właściwie sądów nie potrzebuje (!). Sądem najwyższym i ostatecznym orzecznikiem jest jego osobista wola realizowana przez posłusznych i sterroryzowanych dworaków. Ta arbitralna wola nie potrzebuje oparcia o prawno-sądowe zaplecze, choć niewątpliwie komfortowo byłoby czuć bezpieczeństwo płynące z świadomości, że w razie potrzeby ma się za sobą sędziego o złamanym kręgosłupie.

Sądy sądami, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Jak więc w praktyce pisowscy demolatorzy państwa prawa rozstrzygali sprawy bez udziału sądów i instytucji wymiaru sprawiedliwości. W 2004 r. PiS jeszcze nie rządził, ale to w tamtejszych gronach firmowanych twarzą mgr Zbigniewa Ziobry wyprodukowano wyrok w sprawie afery Rywina, a sejm większością głosów przyklepał pisowską wersję ogłaszając co jest prawdą, a co nie jest. Sejm z inicjatywy pisowskiego grona wyręczył sądy, oskarżając czołowych polityków SLD w procesowo niedowiedzionej korupcji. Co charakterystyczne: jednak po przejęciu władzy przez PiS i objęciu stanowiska ministra sprawiedliwości przez Ziobrę, żadne postępowanie sądowe przeciw kierownictwu SLD w tym kontekście nie zostało wdrożone. Powód? Pisowscy łowcy głów dobrze wiedzieli, że droga sądowa nie doprowadzi ich do politycznego celu jakim było zniszczenie politycznego konkurenta.

Pamiętna, choć i nieco zapomniana sytuacja ignorowania przez PiS niewygodnych wyroków sądowych i zarazem zastępowania ich decyzją pisowskiego funkcjonariusza, zaistniała w 2005 r. podczas kampanii prezydenckiej. Knujący wówczas przeciw Donaldowi Tuskowi Jacek Kurski wyraźnie zapędził się nie tylko z ,,dziadkiem z Wehrmachtu”, lecz i rzekomo nielegalnym finasowaniem przez PZU bilbordów Tuska. Lech Kaczyński wsparł Kurskiego w tych niedorzecznych oskarżeniach, a sąd obydwóm nakazał przeproszenie Tuska, co resztą nigdy nie nastąpiło. W rozmowie w TOKFM sprawujący już funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Ziobro powiedział wówczas rzecz karygodną: ,,jeśli ktoś głęboko nie zgadza się z wyrokiem sądu, ma poczucie niesprawiedliwości, nie musi go wykonywać”. Trudno o lepszą drogę ku demolowaniu społecznego odbioru prawa i praworządności, ku demoralizowaniu obywateli i podważaniu zaufania do aparatu sądowego. W praktyce wiec prawomocny wyrok sądu został podważony przez publicystyczną wypowiedź pisowskiego działacza.

Sytuacji ignorowania i podważania wyroków sądowych podczas 5 lat rządów PiS zebrało się całkiem sporo. Już nie tylko prokurator generalny i kandydat na prezydenta, lecz i kancelaria premier Beaty Szydło, ustami Beaty Kempy, odmówiła wykonania obowiązku publikacji wyroku TK w sprawie list poparcia kandydatów do neo KRS, a kancelaria sejmu wyroku TSA w sprawie nieprzekazania tychże do Sądu Okręgowego w Olsztynie. Szczytem pogardy dla prawa i wyroków sądowych stała się zapowiedź szefowej kancelarii sejmu, że wraz z prawnikami przeanalizuje wezwanie do sądu i zastanowi się, co z nim zrobić. Cyniczny obrońca po pisowsku rozumianej praworządności Stanisław Piotrowicz przekonywał, że decyzja pisowskiego zresztą szefa GUS jest ważniejsza od uchwały SN i dlatego nie może ona być brane pod uwagę. Jeśli w sprawie list poparcia do KRS poseł Tadeusz Cymański wyraził pogląd, że to społeczeństwo powinno zdecydować o tej kwestii, to jest już to nie tylko prymitywny populizm, cynizm, ale i pospolita głupota tego polityka, choć nie tylko jego, bo wyraźnie nawiązywał tymi słowami do kuriozalnej wypowiedzi Kornela Morawieckiego o dobru narodu, które ma stać ponad prawem (!). Tylko gdzie w tej niedorzecznej rzeczywistości kreowanej przez PiS miejsce na praworządność i szacunek do orzeczeń sądowych ? Tymczasem ośmielony pozasądowymi rozstrzygnięciami i bezprawnymi procedurami starszych kolegów Patryk Jaki podważał na komisji sejmowej ds. reprywatyzacji prawomocne wyroki sądu, a inny młodociany aktywista partyjny o nazwisku nie wartym przytoczenia, sprawdzający się na odcinku bycia wiceministrem twoerdził, że ma w nosie orzeczenie 60 sędziów SN i ma dość ,,tych inteligenckich glindzeń” . Czy nie bolszewia w krystalicznej postaci? Tak wiec przedstawiciele władzy wykonawczej śmią oceniać uchwały SN i twierdzić, że są nieprawomocne, a nawet sprzeczne z Konstytucją (!). Tak tez robił Morawiecki i Ziobro, choć ich pseudo oceny były dokonywane poza jakimkolwiek trybem proceduralnym.

Inny przypadek omijania procedur sądowych to tzw. ,,zbrodnia smoleńska”. Antoni Macierewicz nie raz z naciskiem i determinacją mówił o zamordowaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego i 98 pasażerów lotu do Smoleńska, wskazywał na 27 kolejno prezentowanych wersji dokonania tego zamachu i sugerował kto zaangażowany był w jego wykonanie. W PiS bynajmniej nie traktowano Antoniego jak szaleńca. Przeciwnie, wszyscy bardziej lub mniej uzasadniali jego racje lub sugerowali to. Sam Kaczyński jednoznacznie wspierał zamachowe teorie mówiąc o ,,ohydnej zbrodni” lub zwracając się do opozycji: ,,zamordowaliści mi brata”. W 2015 r. PiS przejął władzę i dokonał skoku na sądownictwo. I co z tego wynikło dla skazania rzekomych zbrodniarzy smoleńskich ? Nic, bo pisowcy wiedzą, że nawet posłuszny im sąd nie będzie w stanie wykazać zaistnienie tu czynu przestępczego, który doskonale posłużyłby budowaniu mitu prezydenta, by znów posłużyć się słowami Antoniego – ,,bohatersko poległego pod Smoleńskiem w obronie Ojczyzny”.

Kaczyński zaufania nie ma do nikogo. Nie ufa nawet uległym sądom. Wizerunkową katastrofą PiSu byłoby orzeczenie sądu o zaistnieniu zwyczajnej katastrofy komunikacyjnej. A jeśli zdarzyłoby się, że sądowo udowodniono by, że to nie Donald Tusk czy Arabski winni są niedopatrzeń i lekceważenia procedur, a wina leży po stronie urzędników kancelarii prezydenta, jak choćby Jacek Sasin ? Dlatego pisowcy opętani wizją największego w historii zamachu, nie odwołują się do sądów, a powołują i utrzymują za ogromne pieniądze, dyletancką jak cały PiS, podkomisję złożoną z entomuzykologów, akustyków, antropologów, architektów, weryfikatorów komisji wyrzucającej z armii doświadczonych, najlepszych oficerów i innych dziwaków, specjalistów od zgniatania puszek, rozgotowywania parówek i wykańczania Caracali. Inna sprawa, że i to groteskowe grono, podobnie jak i sąd, nie jest i nie będzie w stanie dowieść prawdziwości obłąkańczych wizji zamachowych. Jednak w odczuciu połowy społeczeństwa wyrok w tej sprawie zapadł, a niedowiedziona nigdy w sądowej procedurze ,,zbrodnia” na długo podzieliła Polaków.

Budzący głębokie zatroskanie ogromnej części Polaków prezydent Andrzej Duda także nie dał szans sądowi na wykazanie się w sprawie przeciw Michałowi Kamińskiemu oskarżonemu o uciekanie się do bezprawnych, zabronionych prowokacji jakie stosowało kierowane przez niego CBA. Ten czołowy aktywista partyjny, siedziałby bezwarunkowo gdyby nie absurdalna i wręcz karykaturalna interwencja Dudy, który z dziecięcą beztroską, kompromitującą go jako prezydenta i polityka, oświadczyło swojej intencji wyręczenia sądu. Wypowiedział te słowa po swoim kuriozalnym ułaskawieniu Kamińskiego jeszcze przed wydaniem prawomocnego wyroku sądowego.

Mając tak nonszalanckie i pogardliwe podejście do praworządności i takie kadry zapewniające bezkarność poprzez ignorowanie wyroków sądowych lub też pomijanie procedur sądowych, faktycznie nie sposób nie zastanawiać się czy cały mozolny i konfliktogenny proces zagarniania sądownictwa pod swoją całkowitą kontrolę, jest dla PiSu grą wartą świeczki.

Oskarżenie bez żadnego trybu

Ale co powiedzieć na wyręczenie sądów w kwestii ustawy represyjnej, nazywanej przez odrażającą pisowską propagandę ustawą dezubekizacyjną? Pisowscy aparatczycy nazywają dotkniętych nią oprawcami, łotrami i ubekami. Powiedzmy sobie, że faktycznych ustawa ta ubeków dotyczy najmniej lub w zerowym stopniu. To ludzie, którzy albo nie żyją od dawna lub są przed setką i jest ich mikroskopijna garstka, którym ustawa i tak nie czyni krzywdy bo redukcja emerytur wynikająca z ustawy nie dotyka ich z powodu posiadanych przez nich tych świadczeń już na minimalnym poziomie. Dotyczy natomiast 50 tys. osób, takich jak zasłużeni dla III RP generałowie Adam Rapacki twórca CBS, Sławomir Petelicki, założyciel i dowódca naszej chluby – GROMu, Gromosław Czempiński, któremu Polska zawdzięcza umorzenie 16 mld dol. długu za brawurową akcję Samum w Iraku, którą wykonali podlegli jemu agenci. Im zresztą też ustawa ta odebrała należne emerytury. Im i innym agentom wywiadu, analitykom kontrwywiadu, tłumaczom, paniom z Dep. PESEL, paszportowcom, lekarzom i pielęgniarkom szpitala MSW, BORowcom, żołnierzom Straży Granicznej i zwiadu, strażakom, sportowcom przypisanym do klubów milicyjnych, policjantom walczącym i poległym w walce z bandziorami, a nawet wdowom i sierotom po poległych, wszystkim mundurowym podległym MSW, za to, że choćby 1 dzień przesłużyli przed czerwcem 1989 r. Wszystkich ich pozbawiono 70 % emerytur i publicznie oszkalowano na honorze jako zbrodniarzy. Zwróćmy jednak uwagę na kluczowy wątek tej sprawy. Jeśli ci wszyscy ludzi to łotry zasługujący na karę i popełnili konkretne czyny karalne, to dlaczego PiS wprowadzając ustawę represyjną budzącym ogromne zastrzeżenia trybem, ukarał ich pozbawieniem emerytur na zasadzie sądu kapturowego, poprzez decyzję gremium partyjnego, w głosowaniu sejmowym, zupełnie jakby wymiar kary zależał od większości parlamentarnej, a sejm jako władza zastąpił władze sądowniczą i przyznał sobie prerogatywy do ferowania quasi sądowniczych wyroków. Otóż pisowscy obsesjoniści zemsty doskonale wiedzą, że nie ma możliwości wytoczyć pokazowych procesów 50 tys. ludziom, bo faktycznie nie popełnili oni żadnego czynu zabronionego, nie ma ku temu jakichkolwiek podstaw, dlatego pomijają drogę sądową, dlatego szukają innej drogi zemsty, dotkliwie i z gruntu niesprawiedliwie karzą dosłownie każdego mundurowego funkcjonariusza bez próby postawienia choćby jednego z ich przed obliczem sędziego. Każdy rozumny człowiek musi przyznać, że od wymierzania kar są sądy i ich werdykty, nie posłowie na Sejm i ich ustawy.

Przedmiotową ustawę nie sposób uznać za sprawiedliwą i zgodną z prawem, narusza bowiem zasadę nieodbierania praw nabytych (także tych po 1989 r.), wprowadza niedopuszczalną odpowiedzialność zbiorową, godzi w rzymską zasadę obowiązującą we współczesnym, cywilizowanym świecie, mówiącą o niedziałaniu prawa wstecz, jest sprzeczna z sądową zasadą niekarania dwukrotnie za ten sam inkryminowany czyn (10 lat wstecz taką samą ustawę represyjną zastosowała przecież PO), jest wyrazem dyskryminacji funkcjonariuszy ze względu na wiek oraz wykonywany zawód, podważa zaufanie obywatela do państwa, godzi w zawartą niegdyś umowę o pracy i zawarte w niej warunki odejścia na emeryturę i wreszcie jest sprzeczna z prawem unijnym sprzeniewierzając się zasadzie rzetelności stanowionego prawa. I tu wyraźnie uwidacznia się powód nieskierowania spraw przeciw tym funkcjonariuszom do sądów; żaden sąd i żadna szanująca prawo instancja wymiaru sprawiedliwości nie wydałaby wyroków zgodnych z oczekiwaniem pisowskich funkcjonariuszy i autorów tej ustawy, bo po prostu musiałyby sprzeniewierzyć się prawu.
Pis wykreował abstrakcyjną, absurdalną i niedorzeczną sytuację, gdzie na wolności bezkarnie przebywa 50 tys. rzekomych zbrodniarzy, którzy za swe przewiny nie stanęli przed prokuratorem, a jedyną sankcję za ich niewykazane przestępstwa, stało się odebranie im emerytur, czyli kara w ogóle nie przewidziana w kodeksie karnym (!). Sytuacja jest analogiczna do tej, w której propagandowo oskarża się całą Platformę Obywatelską o przestępstwa nadużyć, kradzieży, sprzyjanie jakimś efemerycznym mafiom VAT-owskim i paliwowym, a jednocześnie zapomina się postawić przed sądem choćby jednego, rzekomego przestępcę z PO. Powód jest oczywisty; brak jakichkolwiek dowodów i przekonanie, że bezpodstawnie narzucona infamia ma większą siłę nośną od prawomocnego wyroku sądowego.
Sądy często są więc istną zawadą dla niecnych poczynań PiSu, zbędnym brzemieniem. To omijanie sądów, ignorowanie ich, wiele mówi czym jest PiS i ludzie tej opcji. Świadczy o ich nieprzystawaniu do cywilizacyjnych i prawnych norm Europy i współczesnego świata, daje świadectwo ich małego formatu, mściwości charakteryzującej tego typu osobników, krętactwa, kombinatorstwa, opętania obsesją zemsty i odwetu, zaślepienia w nienawiści, ignorowania prawa i sądów, pogardy dla instytucji sądownictwa. To wszystko pokazuje, że jest to partia bezprawia i niesprawiedliwości, a także absurdu, niedorzeczności, indolencji i dyletanctwa. A nieufność do sądów, obchodzenie ich konstytucyjnych funkcji, zastępowanie wyroków partyjnymi werdyktami, to wyraz hołdowania zasadzie ,,władza dla władzy”, bo taką władzą napawają się ludzie marnej reputacji i podłej konduity. Sądy chcą mieć na wszelki wypadek, lecz też dlatego, że są dotknięci obłędem bolszewickiego wszechwładztwa i kontroli nad wszystkimi sferami życia.

Niezależne sądy – to podstawa demokracji

W obronie „ciemnego ludu”.

Przeczytałem ostatnio wypowiedź Adama Hofmana, byłego spin doctora PiSu, na temat tzw. afery Piebiaka w Ministerstwie Sprawiedliwości, którą próbuje sprowadzić do współczesnego pola walki. Według niego dla JK (jak można się domyślić – dla Jarosława Kaczyńskiego) tylko „tacy zawodnicy się liczą”, którzy w takiej walce biorą udział, a jedyny ich błąd polegał na tym, że nie przekazali zadań do realizacji na zewnątrz i w końcu się wydało. Gdyby afera nie wyszła na jaw, problemu by nie było. Podobnie jak w przypadku lotów marszałka Kuchcińskiego, który pewnie by dalej sobie latał z żoną, pociotkami, krewnymi i znajomymi pisowcami do Rzeszowa, gdyby nie wredne niezależne media, które sprawę wywęszyły, doprowadzając do jego dymisji. Jak niemal filozoficznie podsumował Hofman, „ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi parówki”, tym samym twórczo rozwijając koncepcję Jacka Kurskiego, że „ciemny lud wszystko kupi”.

Im gorszy tym lepszy w nienawiści

Mam wciąż jednak nadzieję, że ludzie nie uwierzą w wersję zdarzeń promowaną w tzw. mediach narodowych o tym, że afera Piebiaka to konflikt pomiędzy dwoma grupami sędziów – tymi, którzy za „dobrej zmiany” awansowali oraz tymi, którzy w jej wyniku stracili stołki. To, co się wydarzyło w Ministerstwie Sprawiedliwości, i niewykluczone, że dalej w nim się dzieje, to kolejny przejaw ataku na niezależne sądownictwo oraz oznaka postępującego w zastraszającym tempie totalnego psucia państwa. W normalnym kraju urzędnicy publiczni nie wykorzystują metod polegających na opluwaniu, oczernianiu i pomawianiu osób, z którymi się nie zgadzają po to, aby je zdyskredytować i zastraszyć. W normalnym kraju po takiej aferze do dymisji podałby się cały rząd, a nie tylko sam vice – minister Piebiak, oraz natychmiast rozpisano by przedterminowe wybory.
Wszystko na to wskazuje, że w Ministerstwie Sprawiedliwości za takimi właśnie zorganizowanymi działaniami przeciwko sędziom otwarcie sprzeciwiającym się niszczeniu niezależności sądownictwa stali sędziowie powiązani ze Zbigniewem Ziobro, zawdzięczający mu swoje wielokrotne awanse „w żadnym trybie”, bez względu na kwalifikacje, albo raczej z uwagi na ich brak. Można powiedzieć, że ideał sięgnął bruku, bo przecież sędzia powinien spełniać szczególnie wysokie wymogi moralne. Jednocześnie działania tych osób można traktować jako dalszy ciąg żenującej kampanii propagandowej wymierzonej w sądy i sędziów prowadzonej w ubiegłym roku za pieniądze podatników (czyli za nasze) przez Polską Fundację Narodową.
Sędziowie, którzy wciąż walczą o niezależność sądów, stali się przedmiotem zmasowanych ataków w internecie, na portalach społecznościowych i w tzw. mediach narodowych, gdzie nie tylko obrzuca się ich oszczerstwami, ale również udostępnia się informacje z życia prywatnego, które państwo ma obowiązek chronić, a nie ujawniać. Celem tych działań jest z jednej strony zdyskredytowanie konkretnych sędziów, ale z drugiej – zastraszenie wszystkich pozostałych, którzy na co dzień unikają wypowiedzi publicznych na temat zmian w sądownictwie i po prostu starają się możliwie najlepiej wykonywać swoją pracę. Sygnał dla wszystkich jest jasny – macie nie protestować przeciwko temu, co robimy, bo w przeciwnym razie zostaniecie obrzuceni błotem. Nie każdy będzie w stanie taki atak wytrzymać.

Brzeszcze, dwie wieże – czyli bezkarność

Łatwo powiedzieć, że walka sędziów to ich sprawa, mnie ona nie dotyczy, a z sądami lepiej nie mieć nic wspólnego. Nic bardziej mylnego, bo przecież sądy nie tylko rozstrzygają spory, ale przede wszystkim chronią nas przed samowolą ze strony państwa. To ostatnie staje się szczególnie ważne, kiedy tzw. władza ma w głębokim lekceważeniu nie tylko Konstytucję, ustawy, ale – co już wielokrotnie pokazywała – również prawomocne wyroki sądowe. Wystarczy przypomnieć odmowę opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego, o którym politycy PiS mówili, że jest to ledwie opinia kilku prawników wyrażona przy kawie. Podobnie kancelaria Sejmu otwarcie odmawia wykonania wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego nakazującego opublikowanie list sędziów, którzy poparli listy kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, powołując się na konieczność jego sprawdzenia pod kątem zgodności z ustawą o ochronie danych osobowych. Nieważne, że zostało to już zbadane przez sąd, nieistotne, że wyrok jest prawomocny, jedyne, co się liczy to fakt, że nie podoba się on PiSowi. Można jedynie spekulować, dlaczego. Albo zapytać słynną małą Emi, czy coś o tym wie, a jeżeli tak, to czy zechce ujawnić.
Aby zrozumieć stopień zagrożenia wynikający z ewentualnego zniszczenia niezależności sędziów i sądów, do czego wyraźnie dąży PiS, nie potrzeba abstrakcyjnych przykładów. Wystarczy wspomnieć przypadek chłopaka, który miał nieszczęście zderzyć się z kolumną samochodów odwożącą premier Szydło na weekend do Brzeszcz. Sprawa, która w normalnych okolicznościach powinna się dawno skończyć, trwa już ponad rok, do tego w dużej mierze z wyłączeniem jawności. Pojawia się pytanie, wcale nie teoretyczne, co będzie, jeżeli wydany w końcu wyrok nie spodoba się PiSowi, bo chłopak zostanie uniewinniony od stawianego mu zarzutu. Czy w takim wypadku jego wykonanie zostanie wstrzymane przez np. Głównego Inspektora Transportu Drogowego, który stwierdzi, że wprawdzie sąd ustalił jedno, ale jego zdaniem wydarzyło się drugie?
Oczywiście nie każdemu, ale zdarzają się i będą się zdarzać sprawy, gdzie stroną przeciwną jest prominentny działacz PiSu. W państwie prawa zarówno prokurator jak i sędzia traktuje taką sprawę jak każdą inną, z poszanowaniem równości stron, działając zgodnie z literą prawa, na podstawie oceny zgromadzonych dowodów i doświadczenia życiowego, nie zwracając uwagi na powiązania polityczne. W państwie, w którym te zasady nie obowiązują, członek partii rządzącej będzie traktowany szczególnie, tak aby chronić jego interes, a nie dbać o sprawiedliwość. I znowu nie trzeba szukać daleko, bo takie sytuacje już się dzieją. Piękny przykład – sprawa słynnych dwóch wież, które chce wybudować w stolicy Jarosław Kaczyński. W normalnych okolicznościach prokurator już dawno zdecydowałby o tym, czy wszcząć postępowanie. W tej sprawie nie podejmuje żadnej decyzji, pomimo że miał na to 30 dni od momentu otrzymania zawiadomienia od pokrzywdzonego Austriaka. Prokurator unika wydania jakiejkolwiek, bo wie, że w razie wszczęcia narazi się partii rządzącej, a w razie odmowy sprawa trafi z zażaleniem pokrzywdzonego do wciąż niezależnego sądu, który może nakazać prowadzenie śledztwa. Nie sposób przemilczeć – pani prokurator Renata Śpiewak za bezprawne wstrzymywanie postępowania została awansowana do prokuratury okręgowej.

Sprawiedliwość to wolność i demokracja

Podobnie niezależne sądy potrzebne są, aby zdecydować o roszczeniach kilkudziesięciu tysięcy osób, których pozbawiono w 2016 r. wyższych emerytur na podstawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Postępowania w większości tych spraw zostały zawieszone w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego kierowanego przez Julię Przyłębską, czyli odkrycie towarzyskie prezesa Kaczyńskiego. Kto wie, czy wyrok w sprawie obniżonych emerytur nie został już uzgodniony w trakcie jednego ze wspólnych niedzielnych obiadów.
Znalazł się jednak ostatnio sędzia – Marek Przysucha z Sądu Okręgowego w Częstochowie, który postanowił nie czekać na decyzję upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego i nakazał zwrot świadczeń odebranych byłemu funkcjonariuszowi SB. W uzasadnieniu wytknął, że istnienie przepisów ustawy dezubekizacyjnej jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa. Nie wiadomo, czy to orzeczenie będzie utrzymane w mocy, ale najważniejsze, żeby rozstrzygnął o tym niezależny sąd na podstawie Konstytucji, prawa europejskiego oraz z uwzględnieniem praw człowieka, nie kierując się interesami jakichkolwiek grup politycznych. Można się znowu zastanawiać, czy pisowska władza w razie prawomocnej wygranej przed sądami przez takie osoby uszanuje te wyroki, czy też posunie się do kolejnego wybiegu.
Sędziowie wciąż walczą i to nie o siebie, ale o naszą wolność. Nie będzie ona istnieć nie tylko bez nich, ale również bez niezależnych mediów, bo to one wykrywają i nagłaśniają kolejne afery PiSu: Piebiaka, lotów Kuchcińskiego, działek Morawieckiego, dwóch wież Kaczyńskiego, KNFu, SKOKów, nagród, które się po prostu należały, pedofilii w Kościele, korupcji w MONie, finansowania Rydzyka, nepotyzmu, układów i wielu innych, których nie sposób tu wymienić. Niezależne sądy i niezależne media nie przetrwają kolejnych lat pisowskich rządów, tak jak wydarzyło się to na Węgrzech. Dlatego nadchodzące wybory możemy tylko wygrać. Inaczej przegramy wolność i demokrację.

Strajk fundamentów

… albo kto naprawdę walczy z dobrą zmianą.

 

W sądownictwie między 9 a 11 grudnia rozpoczął się strajk „chorobowy”, jedyna realnie dostępna dla pracowników sądów forma protestu – a zarazem kolejny epizod walk pracowniczych, w jakie druga połowa tego roku obfituje. Rząd PiS od początku uznawał sądownictwo, podobnie jak edukację, za dziedzinę strategiczną aparatu państwa, która miała zostać „totalnie zreformowana”. Okazuje się jednak, że dziś są to najbardziej problematyczne dziedziny budżetówki. Za sprawą ludzi, którzy tu pracują.
Nauczyciele od prawie trzech lat protestują przeciw narzucanym im „dobrym zmianom”. Nie są już odosobnieni. W miarę tego, jak z rządu bankstera Morawieckiego opada „socjalna” maska, walkę podjęli w różnej formie m.in. policjanci, straż graniczna, lekarze i personel medyczny, pracownicy i pracownice PLL LOT oraz Portów Lotniczych i inne grupy zawodowe budżetówki. W wypadku sądownictwa strajk zorganizowali jednak nie sędziowie, którzy byli do tej pory „wrogiem publicznym numer jeden” polityki konfliktu kreowanej przez rząd.
Walkę prowadzą „ludzie-cienie” sądownictwa, jego niewidzialny fundament; protokolantki, asystentki i sekretarze sądowi. To oni nadają prawu jego duszę, argumentując między innymi wyroki sędziów czy organizując i wspierając przebieg procesów. Zarabiają przy tym katastrofalnie mało. Asystentki i sekretarze zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych netto. To i tak dużo w porównaniu z zarobkiem protokolantek, którym płaci się 1530 zł na rękę.

 

Od czego się zaczęło?

– Od dojścia do władzy PiS-u sądy były miejscem dyskusji kuluarowych, nie wiadomo było, co może się wydarzyć w przyszłych miesiącach. Dyskusje te słabły i nasilały się naprzemiennie przez te 3 lata. Wraz z wystąpieniami zawodów budżetówki, a szczególnie mundurowych, zaczął kiełkować pomysł strajku – opowiedziała mi aktywna uczestniczka protestów, pracownica jednego z warszawskich sądów. Zastrzega przy tym anonimowość. Boi się represji – a te mają charakter indywidualny i wyszukany. Niepokornych znienacka przenosi się z wydziału do wydziału w ramach jednej placówki sądowej albo też okazuje się, że nieaktualne już są nieformalne ustalenia dotyczące między innymi godzin pracy. – W końcu wybraliśmy tę jedyną formę walki nam przysługującą, która byłaby w stanie zająć opinię publiczną i władzę. Strajk chorobowy dał mundurowym podwyżki około 1100 złotych brutto w przeciągu dwóch lat. My też walczymy o podwyżki podobnej wysokości.
17 grudnia założono Komitet Protestacyjny Pracowników Polskich Sądów, do którego należą KNSZZ „Ad Rem” z siedzibą we Wrocławiu, ZZ Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości z siedzibą w Warszawie, NZZ Pracowników Sądów Okręgu Piotrkowskiego z siedzibą w Piotrkowie. Wszystkie one należą do Forum Związków Zawodowych, które udzieliło poparcia całej inicjatywie oficjalnie trzy dni później Przed samymi świętami, pracowniczki (zawody, o których mowa, są niezwykle sfeminizowane, ponad 70-80 proc. osób je wykonujących to kobiety) protestowały w trakcie przerw w pracy (która ma miejsce około południa) lub szły na demonstracyjne L4.
– Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą – tłumaczy mi Justyna Przybylska, przewodnicząca KNSZZ „Ad Rem”. – Sądy zaczęły z powodu niskich zarobków świecić pustymi etatami, a to dokładało już zatrudnionym kolejnych obciążeń. Od niewykonanej pracy uginały się już nie tylko półki, ale i podłogi oraz parapety. Wtedy dyrektorzy obniżali nagrody (śmieszne kwoty nawet rzędu 200-250 zł, wypłacane dwa razy do roku), już za nieobecność w pracy od 5 dni. Pracownicy tyrali w nadgodzinach i przychodzili do pracy chorzy.
Strajk jest sieciowy, nie ma jednego centrum. Protesty miały miejsce m.in. w sądach w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Gorzowie Wielkopolskim, Lęborku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Międzyrzeczu, Olsztynie, Płocku, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Sulęcinie, Toruniu, Warszawie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Jest też całkowicie oddolny. Protestujący nikogo nie prosili o pomoc czy wstawiennictwo, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce.

Przybylska przekonuje, że pracownikami kierowała również obywatelska świadomość. Nikt lepiej niż oni nie rozumie, że przez złe zarządzanie sądami obywatele nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia procesów, które wloką się miesiącami. To budzi oburzenie – ale nie będzie inaczej, dopóki zarobki w sądach nie osiągną godnego pułapu.

 

Solidarność pracownicza, represje i opór

Czy postulaty zostaną spełnione? Najważniejszym czynnikiem nie będzie rząd, tylko to, czy pracownicy i pracowniczki budżetówki połączą siły. Czy tak bardzo różnorodne grupy zawodowe z sektora edukacji, sądownictwa, administracji czy też spółek i przedsiębiorstw państwowych, które są podzielone na dziesiątki związków zawodowych, będą zdolne do współpracy?
Widzieliśmy jej przykłady już wcześniej. Współdziałały związki zrzeszające stewardessy i pilotów LOT, Straż Graniczna demonstrowała wraz ze Służbą Więzienną i policją. W sądownictwie jest to też możliwe. Na stronie stowarzyszenia Iustitia, które stało się solą w oku rządu PiS, opublikowano deklarację: „Przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich (…) popierają postulaty płacowe wszystkich pracowników sądów powszechnych i administracyjnych, w tym asystentów sędziego – adekwatnie do ich wysokich kwalifikacji zawodowych”.
Do KNSZZ „Ad Rem” napływają, za pośrednictwem Facebooka, listy poparcia od innych związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Komitet Protestacyjny PPS od 18 grudnia prowadzi oficjalne rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy udało się uchronić strajkujących „chorobowo” przed represjami, w tym wypadku zabraniem nagród, i wywalczono 1000 złotych nagrody dla wszystkich pracowników. Utrzymano proponowane przez MS podwyżki w wysokości 200 złotych od 2018 roku. Wielu pracowników nie satysfakcjonuje jednak powyższe porozumienie. Protestują dalej.
Prócz wyrazów wsparcia pod zdjęciami relacjonującymi listowne negocjacje Komitetu Protestacyjnego PPS z Ministerstwem Sprawiedliwości możemy między innymi przeczytać :„Podwyżki?! Drobniaki…. I jakim kosztem?! Że Sędziowie będą tak od razu mieć zamrożone pieniądze na dojazdy!!! Oni, którzy nas najbardziej wspierają i którymi pomiata całe społeczeństwo!!!’ Super rozwiązanie!!!!” „Co robicie??? Wspieracie?? To chyba jakiś żart….Wybraliście świetny sposób na wspieranie – trzy podpisy….aż żal że wam długopisy z rąk nie powypadały”.
Niestety jest to również poletko do rozgrywki dla przedstawicieli rządu, nie wahających się szczuć na siebie związkowców i pracowników.
Dzień przed rozpoczęciem świątecznego okresu wypoczynkowego do niektórych organizacji pracowników sądownictwa dotarł list z Ministerstwa Sprawiedliwości. List ten, opublikowany między innymi na profilu facebookowym „Sędziowie łódzcy” został napisany w taki sposób, by móc z niego wywnioskować wszystko, w tym to, że ustalenia z 18 grudnia są nieważne. Nie dziwi więc potok gniewu wylany przez protestujących na ich przedstawicieli, w tym wypadku Komitet Protestacyjny PPS. Na szczęście po kilku dniach przedstawicielom związków zawodowych udało się uspokoić sytuację i wytłumaczyć, że jest to tylko tani blef rządu. List został usunięty z Facebooka, z pewnością po to, aby nie pogłębiać podziałów w środowisku.

 

Wspólna walka budżetówki

Bezpieczeństwo polityczne rządu wymaga, by demonstracje nie wymykały się spod kontroli. To dało policji argument nie do odparcia w walce o podwyżkę płac, które były śmiesznie niskie. „Psia grypa” zdała swój egzamin w październiku i listopadzie.
Teraz w ślady zwycięskich mundurowych i wciąż walczących pracowniczek sądów chce iść prezes ZNP Sławomir Broniarz, zaczynając grozić rządzącym strajkami w trakcie matur, które są ogólnospołecznym wydarzeniem i momentem przesilenia podczas każdego roku szkolnego. Sądy i prokuratury, niewydolne i przeładowane przez cały rok, nie muszą wybierać dokładnej daty, panują w nich notoryczne braki kadrowe i chaos. Jak opowiedziały mi uczestniczki strajku z Warszawy, na 10 sędziów przypada dwójka lub trójka asystentów. Nawet jeśli różne grupy zawodowe budżetówki nie współpracują ze sobą jeszcze instytucjonalnie, ich równoległe wystąpienia potęgują siłę przebicia wszystkich.

Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą.

Mój kraj wpadł w ręce politycznych złoczyńców WYWIAD

Z profesorem nauk społecznych RADOSŁAWEM MARKOWSKIM, politologiem, socjologiem, specjalistą w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Od trzech lat mam coraz większe problemy z sondażami. Coraz mniej mówią mi o rzeczywistym poziomie poparcia dla sił politycznych, a coraz bardziej są narzędziem walki politycznej, pałką zamiast barometrem. No i zapewne źródłem dochodów pracowni badawczych. Są więc może przydatne politykom, zwłaszcza obozu rządzącego, ale nie wyborcom… Skąd ta ich niestabilność? Jednego dnia PiS ma według badań CBOS, w jednym sondażu 43 procent, trzecią siłą jest Kukiz ’15, a SLD jest pod progiem, a następnego dnia, w innym sondażu, czytam, że PiS ma 38 procent a Kukiz ’15 i SLD zamieniają się miejscami. I co biedny obserwator patrzący na takie wyniki ma myśleć?

W demokracji każdy obywatel ma prawo wiedzieć po pierwsze co sądzą na różne tematy ich współobywatele, a także co zamierzają czynić politycy. Niestety część dziennikarzy i tzw. intelektualistów publicznych głosi pogląd odnośnie do wyborów, nawiązujący do metafory rynku, że politycy to swoiste towary a my, konsumenci je kupujemy, przy czym kampanie to rodzaj promocji towarów. Nic bardziej błędnego niż ta metafora rynku. Oferty politycznej nie kupuje się jak czekolady, spodni czy auta. Trafna jest raczej metafora giełdy. Idąc na wybory inwestujemy swój czas, energię oraz wiedzę o politykach. I nasz ewentualny zysk czy strata zależą od tego, jak postąpią inni akcjonariusze. My nie możemy sami „kupić” sobie jakiegoś ugrupowania by rządziło, to wspólny wynik naszych decyzji powoduje, ze ktoś dochodzi do władzy. A teraz co do sondaży. Ponad dwadzieścia lat temu byłem wicedyrektorem CBOS. Wtedy badania były realizowane tak, ze trafialiśmy do ponad 80 procent wylosowanej próby; dzisiaj realizacja wynosi około 40proc., a i to jak się ma szczęście… I nie byłoby wielkiego problemu gdyby te 40 proc. było takie samo jak 60 proc. do którego docieramy mniej losowo. Ale nie jest. Co więcej, owa realizacja na poziomie 40 proc. nie jest równo rozłożona w kraju – mieszkańcy wielkich miast są w nich niedoreprezentowani, a mieszkańcy prowincji, wsi i np. ściany wschodniej nadreprezentowani. Problemem tych ośrodków jest to, że zatrzymały się na metodologii z lat siedemdziesiątych. By temu problemowi zaradzić na świecie stosowana jest metoda tzw. wielokrotnych imputacji, czyli sztucznego niejako dorzucania do badania cech osób, o których wiemy, że powinni się znaleźć w naszej próbie byśmy odpowiedzialni mogli mówić że próba jest reprezentatywna, a – z wyżej opisanych powodów technicznych – ich tam nie ma. Polskie ośrodki tego nie robią. Problem polega także na tym, że są one zdominowane przez socjologów, i socjologiczne przekonania o tym, jak wygląda społeczeństwo, podczas gdy na świecie są w nich także politolodzy i psycholodzy społeczni. I otóż ci socjolodzy ważą daną próbę według wieku, wykształcenia, płci, miejsca zamieszkania, a to nie ma wiele wspólnego ze społecznością polityczną – tą połową Polaków, która chodzi głosować. Zatem jeśli chcemy wiedzieć jak wygląda rzeczywiste poparcie dla partii politycznych powinniśmy „ważyć” – by użyć statystycznego żargonu – (niedoskonale zrealizowaną) próbę politycznie, a nie socjologicznie. Ci którzy głosują i ci którzy nie głosują, to są dwa różne zbiory – należy docierać do wspólnoty wyborczej, do tej połowy i na nich opierać prognozy wyników. W 2015 roku PiS dostało nieco ponad 37 procent ze wspomnianych 50 procent głosujących, obywateli. Inaczej: spośród 31 milionów osób uprawnionych do głosowania, otrzymało 5 mln 700 tysięcy głosów, czyli 18,6 procent Polaków uprawnionych do głosowania. A to oznacza, że 81 procent Polaków uprawnionych do głosowania nie poparło PiS albo aktywnie, popierając innych, albo biernie, nie popierając nikogo, nie idąc do wyborów. Mój aktualny szacunek jest taki, że z tych 5 mln 700 tysięcy zostało najwyżej około 5 mln 200 tysięcy. Nie należy wierzyć wynikom wspomnianych badań, dopóki nie przekonamy się, że badana jest owa wspólnota polityczna – czy konkretniej – wyborcza, a nie całe społeczeństwo i że dokonuje się owych imputacji, zastępowania poważnych luk w realizacji próby, a nie jedynie waży socjologicznie. Bez spełnienia tych warunków nie ma sobie co zaprzątać głowy takimi `wynikami`.

 

Poza metodologią badań, o której Pan mówi, w przestrzeni publicznej pojawiają się jednak także podejrzenia o manipulacje dokonywane w ośrodkach. To uzasadnione podejrzenie?

Choć nie wiem co jest gorsze, niechlujstwo czy manipulacja, to nie sądzę, aby dokonywano manipulacji poprzez proste dodawanie punktów do niektórych wyników. Co do znanych ośrodków obaw nie mam tym bardziej, że napisano wagony książek na temat tego jak można wpływać na wyniki badań innymi zabiegami, jak kolejność zadawania pytań, bądź stosowanie odpowiedniego słownictwa.

 

Po 2015 roku w przestrzeni publicznej pojawiła się jeszcze jedna hipoteza co do czynników zniekształcających wyniki badań: lęk przed takim deklarowaniem wyborczych preferencji, które mogłyby nie podobać się władzy. Czy to uzasadniona hipoteza?

Ośrodki wysyłają listy zapowiednie do wylosowanych, zapraszające ich do udziału w badaniu. Gdy odbiorca takiego zaproszenia zorientuje się, że firma, która się do niego zwraca, jest np. rządowa, a ten rząd zajmuje się także zastraszaniem różnych grup społecznych, to – rzecz jasna nie wszyscy – ale powiedzmy jakieś 10-20 procent bardziej lękliwych, albo takich, którzy mieszkają w rejonie w którym władza wyjątkowo parszywie się zachowuje, może obawiać się udzielania uczciwych odpowiedzi na temat swych politycznych preferencji. I nawet niekoniecznie muszą zadeklarować głosowanie na PiS, wystarczy, że ukryją to, że głosują na inną partię. W tej atmosferze, którą wytworzyła telewizja – nazywana dowcipnie – „publiczną” i cała machina propagandowa PiS, która demontuje demokrację w naszym kraju, która rozkłada trójpodział władz, ma za nic sądownictwo, która zastrasza, takie obawy są zasadne. Ja to zjawisko nazywam autorytarnym klientelizmem – tu pokazują marchewkę, tu cukierka, a tu kij. Klientelizm polega nie tylko na tym, że się daje, ale także na mechanizmie, zgodnie z którym ten, który daje, oczekuje później rewanżu w postaci poparcia w wyborach. Najlepszym przykładem nowinki techniczne w nowej ordynacji: przezroczysta urna, kamerka rejestrującą zachowanie ludzi (a kto wie co jeszcze – wszak można powiększenie zrobić!), bodygarda, który strzeże urny, jest działaniem psychologicznym mającym przekonać wyborów, że „władza patrzy”, jest formą pośredniego zastraszania.

 

Co by się nie powiedziało o sondażach, to jedno jest w nich stałe: PiS zawsze jest na pierwszym miejscu. Z Pana wypowiedzi dla mediów odnotowałem, że kilkakrotnie powtórzył Pan pogląd, iż PiS-owi nie wzrosło, mimo, że pisowskie media nieustannie pieją, że poparcie dla tej partii ciągle rośnie.

Gdyby „ciągle rosło” to by przekroczyli już 100 procent…ale nie zajmujmy się wyziewami – jak ich nazywam – „dziennikarzopodobnych wyrobów”, świadczących swe usługi w propagandowych tubach….Procenty to cudowna rzecz. Ta sama liczba 5 mln 700 tysięcy przy różnej podstawie procentowania,ma inny procentowy wyraz i co innego politycznie oznacza. Dziś PiS w liczbach bezwzględnych ma mniej więcej około 5 mln głosów, ale wynik wyborczy zależy od tego, ile mają pozostałe partie. Im mają więcej, tym te 5 milionów da PiS mniej mandatów. Warto przyglądać się Węgrom, gdzie opozycja jest słaba i rozbita. Orbán nawet podtrzymuje rozbicie opozycji, w tym socjalistów, Gyurcsaniego, bo to jest w jego żywotnym interesie. I w Polsce PiS nie będzie musiał nic robić żeby wygrać, jeśli po lewej stronie będzie tak jak jest. Lewica jest Polsce żywotnie potrzebna, lewica mądra, skoncentrowana na edukacji, prawach kobiet, sensownej redystrybucji czy transporcie publicznym. Proszę nie wierzyć opowieściom, że w Polsce dokonał się jakiś wyraźny zwrot konserwatywny. Nie dokonał się, jeśli pominąć werbalną autoidentyfikację na osi prawica-lewica. Jeśli jednak zapytać o szczegółowe poglądy, to 35 do 40 procent Polaków, tych ze wspólnoty politycznej, ma poglądy lewicowe i to zarówno w sferze ekonomicznej jak i kulturowej. Problem polega na tym, że lewica nie jest ich w stanie przekonać co do swego programu, jak i zdolności sprawczej – by ludzie uwierzyli, że dani politycy są godni zaufania, że spełnią swoje deklaracje, gdy do władzy dojdą. Plus całkowity brak przekonującego lidera. Tymczasem w Polsce mamy kuriozalną sytuację, w której 18,8 procenta poparcia uprawnionych do głosowania Polaków – w ordynacji proporcjonalnej – przekształciło się w 51 procent mandatów w Sejmie zagarniętych przez jedną partię. Takiej dysproporcjonalności Europa nie zna.
Ten wynik był proceduralnym wypadkiem przy pracy. Stało się tak, gdyż 17 procent głosów zostało wyrzucone do kosza, w tym blisko 8 procent zjednoczonej lewicy, prawie 4 procent dla Razem i jeszcze kilku pomniejszych. Podstawa procentowania się zmniejszyła i to sztucznie nabiło wynik PiS. A teraz, dlaczego opłaca się łączyć w bloki i koalicje wyborcze, w takiej ordynacji jaka dziś obowiązuje. W ostatnich wyborach „Nowoczesna” dostała 7,6. Z jednego procenta takiego wyniku uzyskuje się około trzy i pół mandatu. Platforma z wyniku 24,1 procenta uzyskała niemal 6 mandatów z jednego procenta. Gdyby wystąpiły razem, uzyskały by odpowiednio większą liczbę mandatów, bo PiS z wynikiem 37,6 dostał z jednego procenta 6,3 mandatu. Wracając do lewicy – Polsce bardzo potrzebna jest lewica socjaldemokratyczna a nawet socjalliberalna, ale nie można sobie pozwolić na kluby dyskusyjne ludzi bawiących się w politykę za publiczne pieniądze, którzy samodzielnie uzyskują po kilka procent i nic z tego nie wychodzi, a ludzki wysiłek się marnuje. Barbara Nowacka wykonała kilka ruchów w stronę Razem, SLD i innych, nic z tego nie wyszło, więc poszła do Koalicji Obywatelskiej decydując się na koalicje drugiego wyboru. Ludzie polskiej lewicy oczekują od pana Biedronia, Czarzastego, Zandberga, że pójdą pod jednym sztandarem. Kiedy na zachodnich kongresach mówię o tym, co się stało z lewicą w wyborach 2015 roku, nie mogą uwierzyć, że lewicowe ugrupowania nie poszły razem. Pytają: dlaczego? Przecież pójście razem było racjonalne; można było ustalić kto startuje i później podzielić mandaty wg `składowych` takiej koalicji, no ale do tego trzeba mentalnie wyjść z politycznej piaskownicy. Jest jednak jeszcze ważniejsze uzasadnienie dla tego, by małe partie, nieco odmienne programowo, poszły razem. Chodzi o to, że jak się dojdzie do władzy, tonie można realizować swojego widzimisię, ale trzeba uwzględniać różne interesy. Trzeba uczyć się tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, jak układać budżet, jak układać priorytety. Mądrość demokracji polega na tym, że rządy demokratyczne zawsze odbywają się za przyzwoleniem przegranych. W całej powojennej historii Europy zaledwie 20-30 procent rządów naprawdę miało większość. Reszta rządów, to są rządy mniejszościowe i zależą od tego czy przegrani uwierzą, że przestrzegane będą pewne reguły i że rządzący o wszystko zadbają. Mówimy o 50 procentowej frekwencji, ale rotacyjnie to nawet 80 procent Polaków bierze udział w wyborach. Polacy wchodzą, wychodzą i wracają na rynek wyborczy. Na przykład ogromna część tych, którzy dali SLD 41-procentowy wynik w 2001 roku, potem głównie zniechęcili się i zostali w domu, co dało efekt w postaci 11-procent dla SLD w 2005 roku. Tylko niewielka ich część rozproszyła się po innych partiach. Pośród tych, którzy odeszli od PiS są m.in. profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy do 2015 roku przez wiele lat ochoczo wspierali PiS i Kaczyńskiego, a potem zmienili zdanie. Chwała im, że dziś zachowują się jak reszta przyzwoitych obywateli i że mieli odwagę zmienić publicznie zdanie. Ale pytanie, czego oboje nie przeczytali, żeby nie przewidzieć tego, co stanie się po objęciu władzy przez PiS, nadal mnie nurtuje. To ważne bo status nauk społecznych jest poddawany w wątpliwość, gdy nie jesteśmy w stanie przewidywać i to był przykład tej niemocy….Wracam do lewicy. Zwyczajne doświadczenie życiowe podpowiada nam, że racjonalne oczekiwanie, żeby poszli do wyborów razem, jest nierealne. Wielką lekcję pokory dostały swego czasu, w roku 1993, środowiska wywodzące się z kościelnego zabobonu, te wszystkie ZChN-y, chadecje i tym podobne, które myślały, że pomoże im dziewica Maryja i że pięcioprocentowy próg im nie przeszkodzi. I wtedy 29 procent takich głosów poszło do kosza. Po czterech latach poszli po rozum do głowy, stworzyli AWS i dostali 33 procent jako wielka koalicja. Jeśli pan Czarzasty, pan Zandberg czy pan Biedroń tego nie rozumieją, to czarno to widzę. Ten, kto dobrze życzy lewicy, powinien tym panom postawić ultimatum. Przecież od 2005 roku lewica jest nieobecna w polskiej polityce jako licząca się siła polityczna. Zastępuje ją po części PiS, ale prawdziwa lewica mogłaby to robić lepiej, bez politycznego klientelizmu i bez oparcia się na kościelnym zabobonie.

 

Jednak zwykłe doświadczenie nie pozwala wierzyć w powstanie jednolitego bloku lewicy. Żadnych marzeń. Co wtedy?

Wtedy wyborcy o lewicowych poglądach powinni pokazać im czerwona kartkę, odesłać na zieloną trawkę i czekać na nowe rozdanie. Skoro te partyjki wbrew zdrowemu rozsądkowi nie chcą się połączyć, to zaciśnijcie raz zęby i nie głosujcie na nich, przecież i tak nie wejdą do parlamentu. Gdy odejdą oczyści się przedpole dla nowej, mądrej lewicy.

 

Nawet kosztem oddania pełni władzy PiS i wystawienia kraju na jego pastwę?

Ależ PiS i tak w takim stanie rzeczy ją zdobędzie, więc nie mamy nic do stracenia. Moja ojczyzna wpadła w ręce politycznych łobuzów, którzy patrząc na swoje wąsko pojęte interesy mają za nic międzynarodowe zobowiązania, przyjaznych europejskich sąsiadów i podatników tych krajów, którzy od wielu lat transferują gigantyczne pieniądze i pomagają nam wyjść z cywilizacyjnej zapaści. Mają za nic coś, co jest świętością demokracji, czyli konstytucję, więc nadrzędnym celem jest odsunięcie ich od władzy. A przecież PiS jeszcze w latach 2001-2005 był w miarę normalną partią konserwatywną o ciągotkach patriotyczno-nacjonalistycznych, ale takich jakie zdarzają się wszędzie. Dla dobra kraju, jego demokratycznej przyszłości i nowych pokoleń najważniejsze jest pozbawienie władzy i rozliczenie PiS, dlatego już dawno wzywałem wszystkie demokratyczne siły, żeby zebrały się pod jednym parasolem i ogłosiły, że choć różnią się we wszystkich sprawach, od obronności do polityki rodzinnej, by poszły razem do wyborów, aby odsunąć od władzy politycznych szkodników, a jednocześnie z góry zapowiedziały, że po roku ogłoszą przedterminowe pluralistyczne wybory i wtedy powróci normalne polityczne współzawodnictwo we wszystkich szczegółowych kwestiach. A jeśli jest to niemożliwe, to należy wykreować przynajmniej dwa obozy – jeden centrowo-liberalno-ludowo-demokratyczny (i to się poniekąd dzieje), a drugi lewicowo-zielony. W Szwecji cztery partie prawicowe o różnych programach, w normalnych warunkach rywalizujące, utworzyły blok, by stawić czoła tzw. Szwedzkim Demokratom, w rzeczywistości nacjonalistom. Bo tam prawdziwi demokraci sięgnęli po to, czym wyróżniać się powinien gatunek homo sapiens, czyli po zdolność używania rozumu.

 

Pojawiła się ostatnio teza, że jeśli lewica się nie zjednoczy, a Robert Biedroń i PSL wystąpią do wyborów samodzielnie, to PiS ponownie nie tylko wygra, ale uzyska samodzielną większość.

Biedroń pewnie (bo na razie o programie nic nie wiemy) wniesie do polityki coś, co nazywa się socjalliberalizmem. To takie rzadkie zwierzę, które jest połączeniem tego, co daje rynek, innowacyjność etc. z wrażliwością społeczną, ale nie tą w wersji uproszczonej – redystrybucyjną, klientelistyczną, natomiast inwestującą w słabszych, dającą im raczej wędkę niż rybę. Tymczasem, po pierwsze, co mnie w jego decyzji zaskoczyło to timing. Gdyby choć ogłosił swoją inicjatywę 5 listopada, po drugiej turze wyborów samorządowych, dziś zachowuje się tak jakby kandydował w wyborach samorządowych, czego przecież nie robi. Po drugie, w jego ostatnich wystąpieniach jest bardzo niewiele krytycyzmu PiS, za to uderzenia w opozycje, z PO na czele. A przecież w kraju, w którym połowa uprawnionych nie głosuje, nie trzeba wydzierać elektoratu istniejącym partiom. Wystarczy sięgnąć po zdemobilizowanych. Jest mnóstwo takich, którzy głosowali na lewicę, na liberałów czy na cywilizowanych konserwatystów, a potem się zniechęcili. Nie mogę się wypowiadać o motywach, ale obiektywnie jego timing jest sabotażowy w stosunku do opozycji, która jakoś próbuje sobie poradzić z problemem rozbicia i przywrócić jakiś ład. Dlaczego przeszkadza innym, skoro nie startuje? I nie wiem, czy on chce, jak niegdyś Palikot, czy później Kukiz, uzyskać 7-8 procent czy chce być polskim Macronem. Ale warunków dla macronizmu w Polsce nie ma, bo konfiguracja polityczna we Francji była kompletnie inna. Poza tym nie wiem, czy Robert Biedroń zdaje sobie sprawę, że brak mu maszynki wyborczej. Ma swoje zalety – wiedzę, pewien polityczny urok, ale potrzeba mu ludzi, sprzętu, dobrego sztabu i armii wolontariuszy, a to stworzyć jest bardzo trudno. Natomiast dobrze kalkuluje by najpierw wystartować w wyborach do Parlamentu UE. Co do PSL, to jest w przywołanej przez pana tezie coś na rzeczy. Może być tak, że to, czy PiS wygra wybory i w jakim rozmiarze, zależy od PSL. Co prawda, kierując się generaliami, wolałbym żeby PSL weszło do Koalicji Obywatelskiej, ale jeśli peeselowska „remiza” miałaby możliwość najwięcej wyrwać PiS-owi, to może lepiej, żeby startowali osobno. PSL, niezależnie od tego, czy wejdzie czy nie wejdzie do parlamentu, kilka procent PiS-owi odbierze. Pytanie czy będzie to9-10 czy 3-4 procent. Można się obawiać czy sam Kosiniak-Kamysz nie jest za bardzo wielkomiejski, a PSL za mało uwagi poświęca sprawom bliskim ziemi. Paradoksalnie to od przedstawicieli wsi może zależeć los tych wyborów.

 

Wnioskuję z tego, że przywołanego przeze mnie „logarytmu” krążącego po mediach nie warto traktować poważnie…

W ogóle nie należy poważnie traktować tego rodzaju „logarytmów”, zwłaszcza że do wyborów parlamentarnych jest jeszcze ponad rok. A czy ktoś trzy lata temu myślał, że ktokolwiek wygra z Bronisławem Komorowskim, który miał ponad 70 procent poparcia? W związku z tym wszystkie partie wystawiły kandydatów fikcyjnych, z góry przewidzianych do odstrzału, w tym PiS Dudę. A wygrał jeden tych do odstrzału. Inna sprawa, że w tym stanie „pewniactwa” Komorowskiego ani on nie miał powodu, by bardzo w tej kampanii pracować, ani też Platforma nie miała powodu by go bardzo wspierać. Jak wiadomo prezydenci drugiej kadencji – jako nie ubiegający się o reelekcję – są bardziej nieprzewidywalni, mniej sterowalni, więc Platforma uznała, że nie będzie nawet tego swojego prezydenta nadmiernie popierać, że może lepiej nich wygra ale niekoniecznie w pierwszej turze. Jednak to wszystko wymknęło im się z rąk.

 

Wyjdźmy jeszcze bardziej w przyszłość, w czas wyborów prezydenckich 2020 roku. Na razie mamy potwierdzenie ze strony Kaczyńskiego, że kandydatem Zjednoczonej Prawicy będzie ponownie Andrzej Duda. Jednak na horyzoncie pojawiają się też nazwiska Donalda Tuska i Roberta Biedronia. Jak widzi Pan tę perspektywę?

Do tego czasu zostały jeszcze prawie dwa lata, więc trudno cokolwiek przewidywać. Kluczowe jest to, czy na kandydowanie zdecyduje się Donald Tusk. Natomiast nie mam przekonania, że PiS będzie optować za Andrzejem Dudą. Biorę pod uwagę, że Kaczyński może go zamienić na Mateusza Morawieckiego. Ten, gdy objął urząd premiera, to poza kiksami w rodzaju deklaracji o potrzebie rechrystianizacji Europy, jako umysłowo kształtowanego przez Opus Dei, wydawał się, jako „bankier” człowiekiem jednak dość pragmatycznym. Okazał się jednak człowiekiem bardzo zideologizowanym, dla wielu to wielki zawód. Jednak wygląda na takiego, który ma apetyt na większą karierę, być może prezydencką. Nie wykluczałbym więc jego startu. Tym bardziej, że obecny prezydent proceduralny był potrzebny tylko do wspierania bezprawia politycznego i naiwnego brania za to osobistej odpowiedzialności. To jego zdjęcie u Trumpa rzeczywiście urąga godności mojego kraju. Razić może jego napuszony język, szumne słownictwo. Poza tym Duda nie ma zaplecza. W sprawie przyszłych wyborów prezydenckich kluczowa decyzja jest jednak w ręku Donalda Tuska.

 

W przestrzeni komentarzy politycznych dotyczących sytuacji politycznej w Polsce często pojawia się pogląd, że tylko kłopoty ekonomiczne mogą nadwerężyć poparcie dla PiS. Czy Pan widzi inne, pozaekonomiczne źródła ewentualnego spadku tego poparcia?

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłorocznych wyborach PiS wygra, to znaczy uzyska lepszy wynik niż inni. Pytanie jest takie: czy te 18 procent ze 100 procent głosujących, które głosuje na PiS, a co się przekształca – w zależności od frekwencji i losów innych partii – w 30-40 procentowy wynik wyborczy, przełożą się na taką liczbę mandatów, która ponownie da im samodzielne rządy. Jeśli tego nie uzyskają, a będą chcieli rządzić, to będą musieli wejść z kimś w koalicję …a tu może być problem. A co do pana pytania, to odpowiem tak: komunizm padł, to i kaczyzm padnie, pytanie tylko: kiedy. Jednak dla socjalizacji i demokratyzacji polskiego społeczeństwa byłoby lepiej, gdyby PiS przegrał dopiero po drugiej kadencji. Brzmi to cynicznie, wiem, ale wyjaśnię o co mi chodzi. Jeśliby utracili władzę pod wpływem trudności gospodarczych, pojawiłaby się narracja, że nieźle rządzili, coś tam zrobili, ale pokonał ich kryzys. To byłoby bazą do ich powrotu w przyszłości. Poza tym przegrani o tylko kilka procent będą bardzo dokuczliwą opozycją. Demokratyczny obywatel naszego kraju powinien życzyć sobie innego scenariusza – żeby PiS utracił władzę za łamanie konstytucji i by przegrał wyraźnie. Wielu myśli tak: może niech ten PiS nie pada jeszcze w 2019 roku, bo wolimy by, jeżeli już padnie, by nic po nim nie zostało. Żeby wyczyszczone zostały po nich te wszystkie nonsensy i fanaberie – pomniki, „żołnierze wyklęci”, iluzja smoleńska, kilka tysięcy niewyszkolonych facetów biegających po lasach jako „obrona terytorialne” w czasie, gdy sensowne inwestowanie w obronność to kwestia masowej rekrutacji zdolnych informatyków…etc. etc. . Oprócz tego, gdy PiS padnie, czeka nas gigantyczna praca posprzątania po nich, by przywrócić ład konstytucyjny i porządek demokratyczny, usunięcie ze stanowisk niekompetentnych karierowiczów o zerowym dorobku zawodowym zasiadających na ważnych stanowiskach, itd…

 

Mam swoją subiektywną tezę, że jeśli PiS ponownie wygra wybory z samodzielną większością, to będzie rządzić tak, że okres obecnej kadencji będziemy rzewnie wspominać jako okres poszanowania demokracji, prawa, niezawisłości sądów, konstytucji, wolności obywatelskich etc. Czy Pan podzieliłby te obawy?

Węgierski politolog Magyar Balint napisał głośną książkę o rządach Orbána, pt. „Węgry. Anatomia państwa mafijnego” (tytuł polskiego wydania). To rzecz nie o tym, że w państwie zbyt dużo do powiedzenia ma mafia, ani o tym, że państwo współdziała z mafią, lecz że samo funkcjonuje jak mafia. Balint twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji, bo tu władza zagarnia państwo i rozdaje synekuralne milionowe pensje „swoim”, ale jeszcze nie zabiera własności prywatnej, co dzieje się na Węgrzech. Niestety, wielkim rozczarowaniem dla wielu jest tu postawa Unii Europejskiej, bo według – mnie także – każdy kraj członkowski, który tak się zachowuje, a konkretnie: nie spełnia kryteriów na podstawie których został do tej demokratycznej wspólnoty przyjęty, powinien zostać z niej usunięty. Dosadniej – „na zbity pysk” wyrzucony i pozbawiony wsparcia finansowego. Mimo tego, w dłuższym okresie czasu, zwłaszcza po odsunięciu Trumpa, co jest coraz bardziej prawdopodobne, sytuacja się zmieni. Wracając do pana pytania – ta przyszła kadencja może pójść w stronę metod Erdogana czy Orbána, ale przy pewnej konfiguracji może być odwrotnie, jeśli Polacy będą nadal tak silnie obstawać przy Unii Europejskiej, a ta będzie bardziej stanowcza niż obecnie. Pojawiają się zarzuty (które jeszcze parę lat temu bym wyśmiał jako niedorzeczne) że PiS jest ekspozyturą Moskwy. I choć nadal wypada mieć wątpliwości czy PiS działa na zamówienie Moskwy, to nie można nie dostrzegać, że niemal wszystko co robi np. w polityce zagranicznej jest po myśli Putina. Najważniejsze: jest koniem trojańskim osłabiającym Unię. Co rusz jakieś posunięcie władzy PiS sprawia, że na Kremlu strzelają korki od szampana. Polska – za przeproszeniem – „dyplomacja” popsuła nawet nasze relacje z Ukrainą ku uciesze Putina i ochoczo kupuje węgiel z okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy, bezpośrednio wspierając istniejące tam marionetkowe, kontrolowane przez Kreml władze. A co do Macierewicza – po ukazaniu się książki Tomasza Piątka, w każdym cywilizowanym kraju minister obrony narodowej, zmuszony do tego przez własną partię, natychmiast wytoczyłby mu proces. A tu cisza, jeśli nie liczyć zakulisowego zastraszania Autora. Jako analityk polityki nie mam najmniejszej wątpliwości, że polityka PiS jest na rękę Rosji, a czy to wynik celowych działań czy efekt uboczny to już ma mniejsze znaczenie, bo w polityce liczy się funkcjonalizm działań a nie motywacja. Celowe działanie czy głupota polityczna? Ciągle mam nadzieję, że to drugie, ale skutek może być równie opłakany.

 

Nie mogę nie zapytać o taki czynnik polityczny jak Kościół katolicki…

To wielkie wyzwanie socjalizacyjne na następne dziesięciolecia, musimy Polaków przekonać, by traktowała tą instytucję tak jak na to zasługuje – jako prywatną instytucję o zasięgu międzynarodowym, na rzecz której zrzekliśmy się części suwerenności, a w odróżnieniu od EU, nic nie dostajemy w zamian. Co więcej, instytucja ta działa jak organizacja półświatka przestępczego – podatków nie płaci, zabrała nam mnóstwo dobra publicznego w postaci ziemi czy budynków, jako obywatele nic nie wiemy o jej finansach, zasobach, poza tym, ze ostatnie trzydziestolecie to wielki sukces nieskrępowanej zachłanności kościoła. Ta instytucja silnie wpływa na sytuację polityczną kraju, pośrednio kształtując mentalność poddanego – wierzącego w cuda i determinizm losu ludzkiego – a nie obywatela, szerząca pogardę dla nauki, medycyny i ludzkiego rozumu. O morale jej emisariuszy nie wspomnę, o wizji roli kobiety w 21 wieku propagowana przez ta instytucję też wstyd pisać. Jej hierarchia nie podjęła żadnej próby wyczyszczenia swoich brudów i nawiązania dialogu z nowoczesnością. To grajdoł ciemnogrodu, broniący nie dającego się obronić prestiżu tej instytucji. Ten fatalny stan zawdzięczamy także `mądrości’ lewicy, konkretnie SLD, który dla wyzbycia się „grzechu pierworodnego” dał Kościołowi katolickiemu rozległe koncesje. Na szczęście światełkiem w tunelu są twarde dane wskazujące na postępującą laicyzację społeczeństwa i to laicyzację na różnych poziomach.

 

Opublikowane kilka miesięcy temu wyniki międzynarodowych badań pokazują, że w sferze laicyzacji młodego pokolenia Polska jest światowym liderem…

W Polsce występuje powolny, ale stały trend sekularyzacyjny. Rządy PiS są prawdopodobnie jedną z ostatnich w Europie rewolt przeciwko nowoczesności i modernizmowi, które zwyciężają, stąd bezpośrednie zaangażowanie kościoła w popieranie tej partii. Z moich badań jasno wynika, że Polacy bardziej cenią wolność niż równość, bardziej postęp i nowoczesność niż tradycję, bardziej rywalizację na rynku niż solidaryzm. Moim zdaniem to, że Kościół katolicki tak jednoznacznie opowiedział się za PiS, nieuchronnie obróci się przeciwko niemu.

 

Zakładamy, że PiS kiedyś utraci władzę. Co ta nowa władza miałaby zrobić z pisowską spuścizną, z pisowskimi sędziami-dublerami, z pisowską KRS, z pisowskim Trybunałem Konstytucyjnym, z niektórymi ustawami? Pojawiają się groźby postawienia polityków PiS z prezydentem na czele przed Trybunałem Stanu, pojawia się okrzyk: „Będziecie siedzieć” pojawiają się pomysły uchwalenia aktu odnowy demokracji, ustawy-czapki niwelującej pisowskie zmiany. Co Pana zdaniem przyszła niepisowska władza powinna zrobić? Co po PiS?

W 1989 roku niektórzy mówili, żeby PRL wymazać gumką, ale nie sposób wymazać gumką tego, co trwało prawie pół wieku. Na pytanie, czy da się wymazać gumką cztery czy osiem lat musieliby odpowiedzieć prawnicy. Ja Trybunał Konstytucyjnym nazywam tzw. Trybunałem lub budynkiem TK. Prezydenta nazywam prezydentem proceduralnym, ale nie merytorycznym. Bo prezydentem jest ktoś, kto broni konstytucji, a on nigdy nie podjął się tego zadania, choć ciągle chciałbym mu dać szanse i zacząć nazywać go prezydentem, ale to on musi chcieć, jako obywatel jestem gotów mu odpuścić… Tak samo mówię nie o KRS, a o tzw. KRS. Prawnicy będą musieli określić, co uda się odkręcić niejako „od ręki”. Gorzej będzie z naprawieniem takich strat, jak choćby zniszczenie dorobku stadniny koni w Janowie Podlaskim, a przykładów takich jest tysiące…Po odsunięciu PiS od władzy, należy krok po kroku odkręcać to co można. szybko usunąć dublerów z TK i wiele podobnych rzeczy. W dalszej kolejności trzeba się zastanowić nad rozwiązaniem obrony władzy sadowniczej. Nie namawiam do naśladowania modelu tureckiego czyli do czasów kiedy wojsko broniło demokracji, ale po tym co się stało, może trzeba będzie pomyśleć o powołaniu jakiejś formacji obrony władz konstytucyjnych przed uzurpatorami, czegoś w rodzaju Gwardii Szwajcarskiej albo jednostek specjalnych. Gdy uzurpatorzy zechcą wejść do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, to będą musieli się zastanowić czy chcą ryzykować stracie z uzbrojonymi formacjami, które zgodnie z konstytucja maja za zadanie bronienie np. konstytucyjnego zapisu o kadencyjności jakiegoś urzędu. Bo dziś takie instytucje jak TK czy SN są z fizycznego punktu widzenia bezbronne. Wystarczy, że uzurpator wyśle policję z jakimś świstkiem papieru i już siła jest po jego stronie. Odsunąć od władzy to jedno, a zabezpieczyć kraj na przyszłość przed uzurpatorami, przed recydywą, to drugie. A co do hasła: „Będą siedzieć” – niektórzy zapewne trafią tam, gdzie ich miejsce. Nawiasem mówiąc, PiS wypłynęło na pomawianiu innych o złodziejstwo, a jakoś po niemal pełnej kadencji u władzy nie udało się nikogo posadzić, mimo, że mają po temu wszystkie instrumenty. Z całego domniemanego „złodziejstwa” i korupcji PO został do znudzenia wypominany zegarek Nowaka i ośmiorniczki. Ale mogą wpaść we własne sidła i prawo które tworzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Państwo demokratyczne musi mieć wolę i siłę osądzić tych, którzy je demontowali, ale cywilizowany sposób rozliczenia okresu po 2015 roku musi spełniać wszystkie wymogi uczciwego procesu i procedur państwa prawa. Wielu obawia się jednak, że gdy opozycja wróci do władzy, to znów okaże pobłażliwość; paradoksalnie pobłażliwość sprzeczną z prawem… To dla wielu byłby niewybaczalny błąd, a z moich obserwacji wynika, że jest tez powodem niechęci głosowania na opozycję, która część Polaków podejrzewa o niezdolność do podjęcia się rzetelnej naprawy Rzeczypospolitej. Ale ważniejsze niż same kary dla tych którzy sprzeniewierzyli się Konstytucji jest sam proces wyjaśnienia obywatelom co i w jaki sposób zostało naruszone i nie było respektowane. To musi być wielka inwestycja socjalizacji politycznej na przyszłość.

 

Jeszcze trzy lata temu nie zadałbym tego pytania, ale w międzyczasie moja wyobraźnia się poszerzyła. Czy PiS, jeśli przegra, odda władzę pokojowo?

To dobre pytanie. Już próbują manipulować ordynacją, a opanowanie Sądu Najwyższego może im ułatwić unieważnienie niekorzystnego dla nich wyniku wyborów.

 

A myśli Pan że zdobyliby się na zbrojną obronę przed oddaniem władzy?

Znając ich mentalność nie można tego wykluczyć. Już stosują zresztą przemoc fizyczną, pozwalając faszystowskim bojówkom bezkarnie bić kobiety. Ale – choć znów cynicznie to zabrzmi – taka decyzja choć być może kosztowna oznaczałaby ich całkowity koniec, więc chyba nic takiego nie nastąpi…

 

Dziękuję za rozmowę.