Sondażowa karuzela

Czy można wierzyć sondażowym wynikom wyborów?

„Jasny, czytelny system, w którym przez ostatnie dwa tygodnie mamy sondażową ciszę wyborczą, daje perspektywę, że nic nie będzie wpływało na decyzję społeczeństwa oprócz agitacji kandydatów i ich programów politycznych” – mówił w 2014 roku Krzysztof Gawkowski, ówczesny sekretarz generalny SLD. Zaś posłowie i posłanki Klubu Poselskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej złożyli projekt ustawy zakazującej publikacji sondaży na 14 dni przed wyborami. Projekt oczywiście przepadł, bo rządząca koalicja PO-PSL nie miała w zwyczaju popierania jakichkolwiek zapisów proponowanych przez opozycję. Patrząc na tegoroczną sondażową karuzelę można zadać sobie pytanie: czy dwa przedwyborcze tygodnie bez sondaży to dobry pomysł?

Jajko czy kura

W ostatnich tygodniach nowe sondaże pojawiają się średnio co 3 dni. W omówieniu każdego z nich jest dopisek, że błąd pomiaru wynosi 3 procent. Ale różnice poparcia poszczególnych formacji są dużo, dużo większe. Porównajmy chociażby sondaż CBOS-u, który robiony był w dniach od 12 do 19 września z sondażem IBRiS-u wykonywanym dosłownie parę dni później (20-21 września). W pierwszym z nich poparcie dla Lewicy wyceniono zaledwie na 5 proc. W drugim – na 14,1 proc. Skąd taka różnica?
Przyglądając się wynikom niektórych sondaży, nie sposób nie wrócić do pytania zadawanego już przez starożytnych filozofów. Co było pierwsze? Jajko czy kura? Czy sondaże mają za zadanie odzwierciedlanie preferencji politycznych opinii społecznej? Czy jej kształtowanie?
Na sondażowe dylematy zwraca uwagę Marcin Palade – znawca tego tematu. „Do wyborów pozostał niespełna miesiąc. Do gry wracają więc fejk sondażownie. Mechanizm ten sam co w eurowyborach. Z góry wiemy komu w wydrukowanych słupkach dodadzą, a komu odejmą” – napisał Palade w połowie września. I przypomniał jeden z majowych sondaży, zrobiony tuż przed wyborami do Europarlamentu. Dający Prawu i Sprawiedliwości 35 proc. – o 10 punktów procentowych za mało. I Wiośnie Biedronia 10 proc. – o 4 punkty procentowe za dużo.
Marcin Palade postawił sprawę jasno: oprócz zalewających przestrzeń publiczną klasycznych „fake newsów” (fałszywych wiadomości), możemy mieć również do czynienia z „fake sondażami”. Nie czuję się na siłach typować sondaży mniej lub bardziej prawdziwych. Ale chciałbym podzielić się z Wami wiedzą, która pozwoli patrzeć na sondaże trzeźwiejszym okiem.

Telefon i dzwonek

Ze względu na koszty, większość sondaży robiona jest drogą telefoniczną. Jednym z nielicznych wyjątków jest CBOS. Ankieterzy tej sondażowni z reguły pojawiają się u swoich respondentów osobiście. Czy taki sposób badania opinii społecznej jest bliższy prawdy? Niekoniecznie. Specjaliści od marketingu politycznego zwracają uwagę na charakterystyczne zachowanie badanych. Bezpośrednia rozmowa z ankieterem, na dodatek w mieszkaniu respondenta, ma wpływ na mniejsze poczucie anonimowości przepytywanego. Stąd większa ilość odpowiedzi „poprawnych”. Czyli popierających tych, którzy aktualnie rządzą. Na wszelki wypadek.
Tyle o CBOS-ie. Ta sondażownia – jako jedyna – jest finansowana z budżetu kancelarii premiera. Nie zakładam z góry, że podaje nierzetelne wyniki badań. Ale oczywiście nie można wykluczyć wywierania nacisków polityków z ugrupowań aktualnie rządzących.

Komórka

Sondażownie podają, że przy doborze respondentów kierują się trzema kryteriami: wiekiem, wykształceniem i wielkością miejsca zamieszkania. Z pierwszym warunkiem nie ma problemu. Sam kiedyś odpadłem w przedbiegach. Ankieter zapytawszy o wiek, od razu mi podziękował. Bo on akurat poszukiwał kogoś w przedziale wiekowym od 18 do 24 lat. Z drugim kryterium też nie powinno być większych kłopotów. Bo raczej do wyjątków należy, że ktoś z wyższym wykształceniem pracuje jako robotnik budowlany. A osoba z wykształceniem podstawowym obraca się w środowisku akademickim.
Zdecydowanie najwięcej kłopotów jest z trzecim kryterium – wielkości miejsca zamieszkania. Zupełnie inne preferencje polityczne może mieć mieszkaniec wsi w województwie zachodniopomorskim od tego mieszkającego na podobnej wsi, ale na Podkarpaciu. Podobnie jak inny jest elektorat we Wrocławiu i w Rzeszowie. Kiedyś dotarcie do reprezentatywnego grona badanych było łatwiejsze. Wystarczyło sięgnąć po książkę telefoniczną danego województwa. W dobie telefonii komórkowej przypisanie abonentów do poszczególnych regionów kraju jest niemal niewykonalne.
Jestem zdania, że istotna część „przestrzelonych” sondaży wynika właśnie z braku prawidłowej reprezentacji poszczególnych regionów kraju.

1000 czy 500

Każda z sondażowni chwali się, że przepytano ponad 1000 osób. Ale to wcale nie oznacza, że tyle głosów wzięto pod uwagę przy ustalaniu wyniku sondażu. Pierwsze pytanie dotyczy bowiem zamiaru uczestnictwa w wyborach. Ci, którzy odpowiedzą, że na pewno nie wezmą udziału w wyborach (lub raczej nie wezmą udziału) – odpadają. Jeśli więc deklarowana frekwencja oscyluje między 50 a 60 procent, na wynik sondażu ma wpływ głos 500-600 respondentów.
Tak nieliczna grupa badanych decyduje o sporym przybliżeniu ostatecznego wyniku – zwłaszcza w przypadku mniejszych ugrupowań. Wystarczy bowiem, że w kolejnym sondażu 5 osób mniej zadeklaruje poparcie dla PSL-u i nagle z 5,5 proc. poparcia robi się 4,5 proc. I partia wypada z Sejmu. Dlatego sporym nadużyciem sondażowni jest publikowanie wyników z dokładnością do dziesiątych części procenta. I twierdzenie, że temu wzrosło o 0,2 proc., a tamtemu spadło o 0,5 proc. Takie „dokładne” wyniki oczywiście lepiej wyglądają. Ale nic poza tym.

Niezdecydowani

Dla każdej sondażowni ciemną liczbą są respondenci, którzy z jakiś względów nie podają swoich preferencji partyjnych. To grupa niezdecydowanych. Niekiedy bardzo liczna, bo sięgająca kilkunastu procent. Sondażownie radzą sobie z nimi w dwojaki sposób. Jedne wliczają do sondażu niezdecydowanych wyborców, co skutkuje tym, że suma poparcia dla wszystkich partii jest mniejsza od 100 proc. Inne odrzucają grupę niezdecydowanych wyborców, wyliczając preferencje partyjne wyborców zdecydowanych.
Brak jasnego zaznaczenia, z którą metodą liczenia mamy do czynienia, utrudnia porównywanie poszczególnych sondaży. Weźmy na przykład PiS, który w jakimś sondażu osiągnął poparcie 40 proc. respondentów. Ale równocześnie 15 procent z nich nie wskazało żadnej partii. Jeśli pominiemy ich w obliczeniach, wynik Prawa i Sprawiedliwości natychmiast skoczy do 47 proc. Dlatego jeśli prześledzimy sondaże publikowane przez media prawicowe, niemal wszystkie liczone są tą metodą.
Osobiście bardziej przemawia do mnie sondaż uwzględniający wyborców niezdecydowanych. Bo w prawdziwych wyborach wcale nie musi tak być, że głosy „niedecydowanych” rozłożą się proporcjonalnie na wszystkie partie.

Frekwencja

Sondaże sondażami, ale jednym z kluczowych elementów decydujących o wyniku będzie frekwencja w wyborach. Przed wyborami europejskimi Kantar przeprowadził sondaż w grupie młodych wyborców w wieku od 18 do 30 lat. Wynik okazał się zaskakujący. Wśród młodych kobiet wygrała Wiosna Roberta Biedronia, uzyskując wynik 27 proc. Wśród młodych mężczyzn najlepszy wynik 29 proc. poparcia uzyskała Konfederacja. W wyborach Wiosna miała 6 proc., a Konfederacja nie przekroczyła progu wyborczego.
Specjalistów tak znaczna rozbieżność pomiędzy sondażem a wynikiem wyborów w tej grupie wiekowej nie dziwi. Zaliczają bowiem młodych wyborców do najmniej zdyscyplinowanych. Zapowiadających uczestnictwo w wyborach. Ale ostatecznie nie pojawiających się w lokalach wyborczych.
W niedawnym sondażu Kantar dla Gazety Wyborczej w grupie wiekowej 18-24 lata największe poparcie – wynoszące 25 proc. – miała Lewica. To bardzo dobry prognostyk, jeśli chodzi o perspektywy polskiej lewicy na przyszłość. Ale jednocześnie ważnym jest, aby ci młodzi ludzie lewicy pamiętali o wyborach 13 października. I wzięli w nich udział.
Obiecujący jest wynik sondażu IBRiS z minionego tygodnia. Zapytano o determinację wyborców, jeśli chodzi o udział w wyborach. Okazało się, że wyborcy Lewicy są elektoratem najbardziej zmotywowanym do pójścia na wybory.

Drugi wybór

W bardziej zaawansowanych sondażach ważnym elementem są pytania o partie drugiego wyboru. Czyli takie, na które respondent byłby skłonny oddać głos, gdyby z jakiś względów nie mógł go oddać na swoją partię. To badanie wskazuje na możliwe przepływy między poszczególnymi partiami.
Sondaż IPSOS dla portalu OKO.press z początku września bardzo wyraźnie zarysował „szklany sufit” prawicy Jarosława Kaczyńskiego. Do 41 proc. jakie PiS uzyskał w tym sondażu dochodzi jedynie 4 proc. wyborców z innych partii, którzy ewentualnie skłonni byliby poprzeć PiS. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda na styku Koalicji Obywatelskiej i Lewicy. Dla 51 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej partią drugiego wyboru jest Lewica. I wzajemnie: aż 69 proc. wyborców Lewicy nie wyklucza głosowania na Koalicję Obywatelską.
Zresztą większość sondaży potwierdza wzajemną zależność notowań KO i Lewicy. Z reguły wzrostowi notowań Lewicy towarzyszy spadek poparcia KO. Dzisiaj – na podstawie sondaży – możemy powiedzieć, że Koalicja Obywatelska i Lewica dysponują w sumie poparciem na poziomie 40 procent z plusem. Jak to poparcie przełoży się na wynik każdego z ugrupowań – okaże się 13 października.

Bez sondaży

Nie odpowiedziałem na pytanie postawione na wstępie: czy zakazać publikowania sondaży na krótko przed terminem wyborów? Odpowiedź pozostawiam Czytelniczkom i Czytelnikom. Radząc jednocześnie, by do każdego kolejnego sondażu podchodzić z dużą rezerwą. Bo w ostatecznym rachunku liczy się tylko ten jeden. Prawdziwy. Ten 13 października.

PiS przegra Senat?

Od 23 do 29 sierpnia, Polska Press Grupa we współpracy z Ośrodkiem Badawczym Dobra Opinia badały preferencje wyborcze bardzo dużej grupy 8000 osób, co pozwoliło na dość dokładne określenie tych preferencji dla każdego z województw.
W skali ogólnokrajowej badanie nie odzwierciedla, moim zdaniem, wynikającego z przeanalizowania ostatnich kilkunastu sondaży, rzeczywistego poparcia dla poszczególnych ugrupowań politycznych, bowiem nieco zawyża wynik Prawa i Sprawiedliwości (45%) oraz zaniża wynik Lewicy (11%).

W polskich realiach, zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych (można było to zaobserwować między innymi podczas ostatnich wyborów samorządowych, po zsumowaniu głosów oddanych na listy kandydatów do sejmików), co najprawdopodobniej oznaczałoby w przypadku PiS-u wartość w przedziale 40 – 45 procent.
Sondaże przeprowadzone na początku września, po przeliczeniu danych z ośrodków sondażowych uwzględniających osoby niezdecydowane, wskazują na wynik wyborczy Lewicy w przedziale 13 – 15 procent. Wspomniane niedokładności nie uniemożliwiają jednak wykorzystania badania w celu przeprowadzenia analizy dotyczącej wyborów do Senatu.
W ośmiu województwach (zachodniopomorskie, lubuskie, dolnośląskie, wielkopolskie, opolskie, pomorskie, kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie) suma notowań sondażowych Koalicji Obywatelskiej, Lewicy oraz Koalicji Polskiej zdecydowanie przewyższa notowania sondażowe Prawa i Sprawiedliwości, w pięciu województwach (podlaskie, świętokrzyskie, lubelskie, małopolskie, podkarpackie) jeszcze większą przewagę ma PiS, w województwach mazowieckim, łódzkim, śląskim wartości te są do siebie zbliżone.
Przyjmijmy dla uproszczenia, że w powyższych 8 województwach wszystkie mandaty senatorskie zdobędzie antypisowska opozycja, a w kolejnych 5 województwach wszystkie mandaty senatorskie zdobędzie PiS, choć oczywiście nie do końca tak będzie. Prawo i Sprawiedliwość z różnych powodów (popularny kandydat, niezsumowanie się głosów elektoratu antypisowskiej opozycji, drugi kandydat antypisowskiej opozycji) ma realne szanse zdobycia kilku mandatów senatorskich w północnej i zachodniej Polsce, z drugiej strony, na przykład w obu okręgach krakowskich niemal na pewno zwycięży antypisowska opozycja.
Przyjmijmy również, iż 4 mandaty senatorskie w Warszawie oraz 2 mandaty senatorskie w Łodzi zdobędzie antypisowska opozycja, zaś pozostałe mandaty senatorskie w województwie mazowieckim i łódzkim zdobędzie PiS. Daje to w sumie 48 senatorów antypisowskiej opozycji i 39 senatorów PiS-u.
Jeżeli mandaty senatorskie województwa śląskiego (w niecałkowicie miarodajnym badaniu 3 punkty procentowe przewagi KO+Lewica+KP nad PiS, ale 2 punkty procentowe przewagi PiS+Konfederacja+Skuteczni nad KO+Lewica+KP) podzielą się w miarę równomiernie, uzyskamy ostateczne wartości: 53 – 56 senatorów antypisowskiej opozycji, 44 – 47 senatorów PiS-u.
W wyborach do Sejmu, Koalicja Obywatelska, Lewica i Koalicja Polska najprawdopodobniej uzyskają w sumie wynik o kilka punktów procentowych lepszy od wyniku Prawa i Sprawiedliwości, ale przy istniejącym systemie przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie może to oznaczać większość bezwzględną dla PiS-u (co gorsza, próg wyborczy może przekroczyć Konfederacja).
Zdecydowanie łatwiej będzie antypisowskiej opozycji zdobyć większość bezwzględną w Senacie. Istnieje spory potencjał, postarajmy się go nie zmarnować.

Flaczki tygodnia

„Módlmy się, żeby ten deszcz przestał teraz padać”, zaapelował pan premier Mateusz Morawiecki do ministrów swego rządu, wojewodów z zalanych terenów, przedstawicieli wojska zawodowego oraz Wojsk Obrony Terytorialne a także policji, zawodowej i ochotniczej straży pożarnej. O skuteczności modlitw świadczy sytuacja na terenach zalanych i podtopionych.x/ Trzy lata temu prawicowi marszałkowie Sejmu RP wzywali Wysoką Izbę do intensywnych modłów o deszcze. Trochę się pan bóg ociągał, ale w końcu te wymodlone deszcze nadeszły.

W czasie pomiędzy zbiorowymi modlitwami rządzącej Polską prawicy, tych o deszcze i tych i zaprzestanie deszczu, nie wybudowano na zalewanych obecnie terenach ani jednego większego zbiornika retencyjnego.
Te, istniejące od lat w Polsce zbiorniki, zatrzymują obecnie około 14 procent rocznych opadów deszczu. Tych wymodlonych i niewymodlonych. W również katolickiej Hiszpanii tego typu zbiorniki zatrzymują około 40 procent spadającej tam z nieba wody. Ale tam rządzący nie modlą się o deszcz lub suszę tylko budują zbiorniki.

Czy mamy zatem modlić się aby polskie prawicowe elity rządzące zaczęły modlić się o zbiorniki retencyjne?
Może wtedy spadną nam z nieba.

„Mówimy „nie” euro, mówimy „nie” europejskim cenom. Mówimy europejskie płace, nie europejskie ceny” – ogłosił program Partii i katolickiego narodu pan prezes Jarosław Kaczyński. Człowiek funkcjonujący w naszym kraju na prawach boga.
Jak każdy widzi europejskich cen na pewno jeszcze nie mamy, bo Polska, swymi cenami na poziomie 57 procent średniej unijnej, jest trzecim na liście najtańszych krajów Unii Europejskiej. W niedalekiej Belgii wskaźnik cen osiągnął już 111 procent średniej unijnej.
Jak pan prezes Kaczyński zamierza wprowadzić europejskie płace bez podnoszenia cen, tego ani on, ani ktokolwiek z jego doradców nadal nam nie wyjaśnił. Pozostaje zatem modlić się w tej intencji.

Nie ma powodu już modlić się o wprowadzenie euro w Polsce. Przynajmniej do roku 2022. Wtedy bowiem kończy się kadencja pana Adama Glapińskiego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pan prezes jednoznacznie zadeklarował, że za jego prezesury Polska do strefy euro nie wejdzie. Nawet w strefie ERN II, czyli przedsionku europejskiej wspólnoty walutowej noga jej nie stanie.
W tym samym kampanijnym czasie pan prezes Kaczyński objawił potencjalnym masom wyborczym, że „Euro jest dobre dla tych, którzy są silni”.
Ponieważ pan prezes Glapiński jest wasalem i realizatorem woli pana prezesa Kaczyńskiego, to jasnym jest, że przynajmniej do 2023 roku Polska w siłę nie urośnie.
Zatem przez najbliższe cztery lata wszelkie modlitwy o rychłe nadejście „silnej Polski” można sobie o przysłowiowy kant potłuc. O czym „Flaczki” lojalnie wszystkich rozmodlonych uprzedzają.

Nie wysłuchano modlitw ani aktów strzelistych pana ministra Krzysztofa Szczerskiego, pana ministra Pawła Solocha, pana ministra Mariusza Błaszczaka i przede wszystkim pana prezydenta Andrzeja Dudy.

W zeszłym tygodniu Komisja Sił Zbrojny Senatu US dwudziestoma pięcioma głosami za, przy dwóch głosach przeciw, przyjęła projekt ustawy o finansach sił zbrojnych na rok 2020. Teraz dokument trafi pod obrady Izby Reprezentantów, która zapewne przyjmie go bez większych poprawek. Co oznacza, że USA przeznaczą w 2020 roku na swe bezpieczeństwo 750 mld dolarów, czyli o 34 mld więcej niż w 2019 roku.
W uzasadnieniu ustawy czytamy, że świat staje się coraz bardziej niestabilny i niebezpieczny, a strategiczni konkurenci, czyli Chiny i Rosja, podważają dominację militarną USA. I zagrażają bezpieczeństwu i dobrobytowi Ameryki. Dlatego Waszyngton zamierza zwiększyć swoją obecność wojskową także w Polsce.

Zwiększą, ale inaczej niż to sobie obecne polskie władze wyobrażały. Pan prezydent Duda i liczni ministrowie usilnie zabiegali o stałą (permanent) obecność wojsk amerykańskich wojsk w Polsce. Jej symbolem miał być wymyślony przez pana ministra Szczerskiego „Fort Trump”.
Jednak Amerykanie postawili na obecność trwałą(persistent).Ta różnica słów oznacza, że wielce wymarzony, wymodlony, i już zwiastowany przez wyżej wymienionych prominentów PiS, „Fort Trump” można teraz w bajki włożyć.
Zamiast przyjeżdżać na kilkuletnią służbę do nowej stałej bazy, amerykańscy żołnierze będą wpadać do nas, jak niedawno Ukraińcy do pracy. Na okres od kilku miesięcy do roku.
Zamieszkają w starych polskich, czyli po niemieckich i poradzieckich, koszarach. Tam poćwiczą sobie, wypiją browary z kolegami z innych armii, pierogów podjedzą, bzykną sobie może, i zadowoleni do domów powrócą.
Takie rotacyjne pięć, sześć tysięcy wojska stale przebywającego w Polsce będzie dodatkowym argumentem prezydenta Donalda Trumpa w jego kolejnych negocjacjach biznesowo- politycznych z prezydentem Rosji Władymirem Putinem. W zamian za ewentualne ustępstwa prezydenta Putina prezydent Trump łatwo i tanio zredukuje swój rotacyjny kontyngent.

Umierać za swój „Fort Trump”, albo polski Gdańsk, amerykańskie wojska nie będą.

Ile polski budżet zapłaci za wzmocnienie amerykańskiej pozycji przetargowej, jeszcze nie wiemy. W niedawnej przeszłości rząd PiS deklarował na te wydatki 2 mld USD. Ale od tamtego czasu wszystko Polsce podrożało, nawet kilogram pietruszki. Chociaż zarobków europejskich nadal nie mamy.

Biolodzy z Nottingham University potwierdzili, że ilość męskiego nasienia maleje i jest ono coraz gorszej jakości. W ciągu ostatnich 50 lat liczba plemników spadła o połowę. Co gorsza są one coraz bardziej „powolne” lub obarczone wadami genetycznymi. Nawet te polskie. Winnymi za ten ubytek są chemiczne składniki plastikowych opakowań, zwłaszcza torebek, którymi praktycznie opakowane jest całe nasze ludzkie życie. Powszechnie występują w naszych środowiskach domowych i po zużyciu nie chcą się rozkładać. Szybciej za to rozkładają się ich ludzcy producenci i użytkownicy.

Kiedy zsyłaliśmy to wydanie „Trybuny” do drukarni trwały w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego. Wyniki wyborów skomentujemy w wydaniu środowo- czwartkowy.

Przez całą minioną sobotę i niedzielę delektowaliśmy się kojącą wszystkie zmysły ciszą wyborczą. A może by wprowadzić raz w miesiącu jeden weekend wolny od tych licznych, gównianych wiadomości, kabotyńskiego ćwierkania twitterowego i ciągłego komentowania cudzych komentarzy? Czyli tej wielkiej polityki uprawianej po polsku?

Wiecie do kogo się o to pomodlić?

Lewarowanie lewicy

Dokonujące się obecnie przegrupowanie politycznej sceny Polski może mieć wieloletnie konsekwencje.

Część Czytelników i Czytelniczek z nieufnością patrzy na udział lewicy w Koalicji Europejskiej. Może nie w perspektywie wyborów europejskich, bo akurat proeuropejskość wszystkich partii wchodzących w skład tej koalicji jest elementem łączącym. Znacznie trudniej wyobrazić sobie wspólny start na jesieni – w wyborach parlamentarnych. Decydować będą o tym gremia partyjne. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej ogólnopartyjne referendum, najprawdopodobniej w czerwcu. Obserwując scenę polityczną, nabieram przekonania, że wspólny start opozycji w wyborach parlamentarnych może być początkiem odrodzenia lewicy. Nie zaś jej końcem, jak wieszczą sceptycy.

POPiS

Dzisiaj określenie „POPiS” – kierowane pod adresem polityków Platformy – traktowane jest przez nich jak obelga. Ale kiedyś tak nie było. W wyborach w 2005 roku Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska startowały wprawdzie oddzielnie. Ale zarówno politycy jak i wyborcy mieli świadomość, że różnice między obu partiami są kosmetyczne. A po wyborach powstanie POPiS. Zresztą na to się zanosiło, gdy przedstawiciele PO i PiS rozpoczynali rozmowy koalicyjne. Dysponując potężną większością – 288 mandatami.
Koniec końców POPiS nie powstał. A politycy obu partii zajęli się budowaniem muru i zasieków odgradzających ich ugrupowania. Jakbym miał podać jakiś wyrazisty przykład, to wskazałbym na dwa państwa niemieckie po II wojnie światowej. W obu mieszkali Niemcy. W obu mówili po niemiecku. A jednak przez lata podzieleni byli na tych „dobrych”. I tych „złych”.
Podobne korzenie. W przeszłości te same partie i koalicje: ZChN, AWS. Podobne poglądy. I programy. Jak bym nie znał wielu polityków i polityczek prawicy – miałbym kłopot w zgadywaniu. Czy już zaliczyć ich do tych „dobrych” – związanych z PO? Czy jeszcze do tych „złych” – związanych z PiS-em? Ujazdowski, Marcinkiewicz, Kamiński, Dorn. I naczelny adwokat prawicy – Roman Giertych.
Konkluzja jest prosta. Tak jak podział Niemiec na dwa państwa był tymczasowy, tak podział polskiej prawicy na dwa walczące ze sobą obozy – kiedyś się skończy. Moim zdaniem, prędzej niż później.

Po wyborach

Jesienne wybory parlamentarne przyniosą rozwiązania zero-jedynkowe. Albo będzie rządził PiS. Ewentualnie z Kukizem. Albo będzie rządziła koalicja partii tworzących obecnie Koalicję Europejską. Trzeciej możliwości nie ma. Wykluczam mezalianse typu PiS-PSL, czy PiS-SLD. Również Robert Biedroń musi odłożyć na później swoje plany zostania premierem.
To zero-jedynkowe rozstrzygnięcie wyborów będzie miało kolosalne znaczenie dla jednej z partii niedoszłego POPiS‑u. Platforma Obywatelska po przegranych wyborach w 2015 roku wpadła w tarapaty. Przez jakiś czas po piętach deptała jej Nowoczesna. I gdyby Ryszard Petru miał więcej doświadczenia i umiejętności politycznych, nie wykluczam, że dzisiaj PO byłaby tam, gdzie jest Nowoczesna. Platforma nie przetrzyma kolejnych przegranych wyborów. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Grzegorz Schetyna. Dlatego – mimo oporów swojego środowiska – usiadł przy jednym stole z Czarzastym.
Podobne konsekwencje będzie miała ewentualna przegrana Prawa i Sprawiedliwości. Wojna domowa w Zjednoczonej Prawicy od dłuższego czasu widoczna jest gołym okiem. Gdyby PiS przegrał – skłóceni ze sobą politycy doprowadzą do rozłamu w partii. Część na jakiś czas zniknie – obawiając się odpowiedzialności. Inni – będą zabiegali o podłączenie się do zwycięzców. A jeszcze inni – jak Zbigniew Ziobro – po raz drugi spróbują swoich sił. Bez starzejącego się Kaczyńskiego.

Płytka woda

Kiedyś, jako marszałek Sejmu i „trzeci bliźniak” Kaczyńskich, był potężnym i wpływowym politykiem. Ludwik Dorn –dzisiaj jest cenionym komentatorem politycznym. „Platforma łowi w płytkiej wodzie: walczy o tego samego wyborcę co Biedroń, Nowoczesna i SLD” – zatytułował swój felieton w Gazecie Wyborczej. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy” – zastanawia się Dorn. Faktycznie. Znam spore grono wyborców PO krzywo patrzących na poczynania Rafała Trzaskowskiego i kartę LGBT+. Nie poprą też Biedronia, zapowiadającego kasy fiskalne w kościołach. A już na pewno nie zagłosują na Kaczyńskiego. Jako wyborcy centroprawicy nie za bardzo mają na kogo głosować.
„Debata publiczna wyraźnie przesunęła się w stronę liberalizmu obyczajowego i radykalnego antyklerykalizmu” – zauważa Ludwik Dorn. A to tereny zupełnie obce dla większości polityków Platformy i ich wyborców – dodam ze swej strony. „Zadziwia samobójcza tendencja w PO – nie tylko wyraźnie porzuca ona swoich prawicowych wyborców, ale usiłuje się wzmocnić w antyklerykalnym i lewicowym segmencie, gdzie ma wiarygodną konkurencję ze strony Wiosny Roberta Biedronia” – konkluduje Dorn. Na lewicy zdecydowanie wiarygodniejszą partią od PO jest też SLD – muszę uzupełnić wypowiedź byłego marszałka.

Sieroty Centrum

Kto zajmie osierocone polityczne centrum? Kaczyński dostrzegł taką szansę już dawno. Gdy pozbywał się Beaty Szydło, zamieniając ją na Mateusza Morawieckiego. Nowy premier miał za zadanie przesunąć PiS w stronę centrum. To się na razie nie udało. Bo nie mniej ważnym zadaniem PiS‑u było pilnowanie prawej flanki. By nie wyrosła tam partia „prawdziwych Polaków”.
Nie wykluczam, że jeśli Platforma przegra jesienne wybory, politycy prawego skrzydła PO mogą podjąć próbę porozumienia się z ludźmi Morawieckiego. Wracając do pomysłu „centrowania” PiS-u. A tak naprawdę, do budowania nowego wcielenia POPiS‑u. Zwłaszcza, że po marionetkowych premierach Marcinkiewiczu i Szydło, Morawiecki wydaje się mieć znacznie więcej do powiedzenia u Kaczyńskiego.
Ludwik Dorn zwraca uwagę na możliwy wzrost roli Polskiego Stronnictwa Ludowego w walce o centroprawicę. Bo tylko ta partia wyraźnie dystansuje się – również w ramach Koalicji Europejskiej – od nieakceptowanych przez prawicowych wyborców postulatów obyczajowych i antyklerykalnych. Zgadzam się. PSL kierowany przez popularnego Kosiniaka-Kamysza może sporo zyskać na przetasowaniach sceny politycznej. Podobnie jak Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Lewarowanie lewicy

Termin „lewarowanie” to inaczej dźwignia finansowa. Zna ją każdy gracz giełdowy. Przykładowo: mamy 1000 złotych. I perspektywę inwestycji, która w krótkim czasie może przynieść 50 proc. zysku. Możemy więc zarobić 500 złotych. Ale jeśli do zainwestowanego tysiąca dołożymy jeszcze pożyczone 99 tysięcy, to oczekiwany zysk sięgnie 50000 zł. Pożyczkę z odsetkami oddamy, a to co zostanie, będzie zwielokrotnieniem naszego kapitału tysiąca złotych. Proste? Tak. Choć niekiedy ryzykowne.
Po podpisaniu przez Sojusz Lewicy Demokratycznej umowy Koalicji Europejskiej, niektórzy nasi koledzy i koleżanki zaczęli przypominać historie z „przystawkami”. Jak skończyła Samoobrona, LPR, a ostatnio Nowoczesna. Gdy siły koalicjantów były nierówne. Oczywiście nie można wykluczyć podobnych kolei losów w przypadku lewicy. Ale moim zdaniem, zdecydowanie bardziej prawdopodobnym jest scenariusz zupełnie odmienny.
Po wejściu do gry Biedronia, notowania SLD nieco spadły. Nie dramatycznie, ale na tyle, że problematycznym może być przekroczenie progu wyborczego w jesiennych wyborach. Jeśli wystartuje koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, powrót posłanek i posłów SLD do Sejmu jest przesądzony. Trudno sobie wyobrazić, aby wśród możliwych do zdobycia przez Koalicję 200-250 mandatach, nie znalazła się spora grupa kandydatów i kandydatek SLD. A powrót do parlamentu byłby dopiero początkiem „lewarowania lewicy”.

Perspektywa

Politycznie na obecności w Koalicji Europejskiej najbardziej może stracić Platforma Obywatelska. I to niezależnie od wyniku wyborczego i ilości mandatów uzyskanych przez tą partię. Bo o opuszczone przez PO miejsce na centroprawicy zawalczy Kosiniak-Kamysz i PSL – tak jak sugerował Ludwik Dorn. A jako partia centrolewicowa Platforma nigdy nie była wiarygodna. I tu robi się miejsce na drugi etap „lewarowania lewicy”.
To, co chcę zasugerować, to plan na lata – nie na miesiące. Spodziewam się, że ostatecznie dojdzie do uporządkowania polskiej sceny politycznej. Na której swoje miejsce znajdzie zarówno nowoczesna prawica. Jak i lewica lub centrolewica. Ta pierwsza zacznie się kształtować wtedy, gdy polityczną karierę zakończy Kaczyński. Ta druga stopniowo będzie rosła w siłę już po najbliższych wyborach. Zbliżając do siebie polityków lewego skrzydła PO i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W ciągu najbliższych 2-3 lat to lewica może być największym beneficjentem tegorocznych wyborów. Mrzonka? Nie.
Jak podawał swego czasu CBOS, w ostatnich wyborach parlamentarnych niemal 40 proc. wyborców o poglądach lewicowych głosowało na PO. Dlaczego? Bo podobał im się program i działania rządu Tuska? Nie! Dlatego że głosowanie na małe ugrupowanie obarczone było ryzykiem straty głosu. Szczególnie wobec zagrożenia rządami Kaczyńskiego.
Następne wybory będą dopiero za cztery lata. Przez ten czas możemy być świadkami odrodzenia lewicy. Nie ucieczki elektoratu lewicowego do PO – jak ostatnio. Ale jego powrotu do partii lewicowej. Ważne, by Sojusz Lewicy Demokratycznej potrafił ich na powrót sobą zainteresować.

Okrągły stół

W przedwyborczej zawierusze, kłócący się politycy zapominają o mijającej właśnie 30 rocznicy obrad Okrągłego Stołu. Dzisiaj, w piątek, na Zamku Ujazdowskim w Warszawie odbywa się konferencja poświęcona tej rocznicy. Są prezydenci: Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Wtedy po różnych stronach – dzisiaj wspólnie. Zbigniew Bujak i Andrzej Wielowiejski z dawnej Solidarności. Stanisław Ciosek i Janusz Reykowski z dawnego PZPR. Też przy jednym stole.
W sobotę, podczas konwencji Koalicji Europejskiej, stanęli obok siebie politycy o życiorysach diametralnie różnych. Grzegorz Schetyna i Włodzimierz Czarzasty. Jesteśmy na dobrej drodze, by dokończyć to, co zaczęło się 30 lat temu przy Okrągłym Stole. Wtedy porozumieliśmy się. Ale zaraz potem podzieliliśmy. Na tych z Solidarności. I tych z postkomuny.
Przez lata wśród części Polaków (również o poglądach lewicowych) pokutowała teza lansowana przez Gazetę Wyborczą: „SLD wolno mniej”. Na szczęście w roku 2019 to już przeszłość.

Bigos tygodniowy

„Yes, yes, yes!!! – znalazły się pieniądze! Aż 40 miliardów! A jednak dali radę! A byli tacy naiwni, co to mówili, że PiS nie ma już nic do rozdawania. Tymczasem władza złożyła publicznie hojną przedwyborczą propozycję korupcyjną. Wyjątkowo bezczelna kiełbasa wyborcza, bo przecież przez minione trzy lata rządzący nie chcieli wprowadzenia tego świadczenia na pierwsze dziecko. A teraz jest nawet na trzynastkę dla emerytów i PIT plus dla młodych! Pomijając już to, że pachnie to Grecją, całkowicie zrozumiałe jest oburzenie protestujących przed rokiem niepełnosprawnych, a także nauczycieli, pielęgniarek i innych pracowników budżetówki, którym rząd odmawia znacznie mniejszych pieniędzy na świadczenia podwyżki.

Gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego był przez kilka dni wańką-wstańką. Jednej nocy aktywiści ulicznej opozycji: Rafał Suszek, Konrad Korzeniowski i Michał Wojcieszczuk obalili tego solidarnościowego bałwana, innej – „stoczniowcy” Karola Guzikiewicza postawili go z powrotem. Opozycyjnym aktywistom przynajmniej na krotko udało się pomnik pedofila obalić, ale już władze miasta nie zapobiegły jego przywróceniu. A wystarczyło postawić tam oddział strażników miejskich, by zapobiec samowoli budowlanej. Jedno jest pewne – na tym skwerze spokoju nie będzie. Pomnik jest teraz na okrągło pilnowany nie tylko przez policję i „stoczniowców”, ale też ze specjalnie wynajętego, pobliskiego mieszkania. Wolter mówił o TYM: „Zgnieść tę ohydę”.

Swoją drogą patrzcie, jak prawactwo gorliwie i walecznie dba o swoje tradycje! A kiedy ja zwracałem się do prominentnych przedstawicieli lewicy z sugestią, by powrócić do zarzuconej przed laty idei wystawienia pomnika Kazimierza Łyszczyńskiego, którego Kościół kazał spalić na stosie za ateizm (dobry król Jan III Sobieski zamienił to na ścięcie mieczem), to patrzyli na mnie jak na zielonego kota i ledwo hamowali się przed ziewaniem. I potem niektórzy się dziwią, że kler i prawica wygrywają z lewicą i innymi wolności owcami w przestrzeni publicznej, a potem w wyborach…

Prezentacja „jedynek” i „dwójek” na listach PiS do Parlamentu Europejskiego na chwilę zrównała się medialnie z aferą Srebrnej i nowym konfliktem polsko-izraelskim. Opozycja mówi o „ewakuacji” ważnych postaci PiS do Brukseli przed przewidywaną porażką w jesiennych wyborach krajowych. Być może jest coś na rzeczy, ale od siebie dodałbym jeszcze inną prawdopodobną motywację Kaczyńskiego. Chce on mieć w Brukseli ekipę gwarantującą bezwzględne posłuszeństwo rozkazom, wiernopoddańczą. Gdyby chciał ekipy wartościowej merytorycznie i intelektualnie, znalazłby kilku takich ludzi. Natomiast o jakimkolwiek formacie intelektualnym Beaty Mazurek, Beaty Szydło, Beaty Kempy, Elżbiety Kruk, Jadwigi Wiśniewskiej, Joanny Kopcińskiej Joachima Brudzińskiego i kilkorga innych trudno mówić. Poza tym prezes boi się tych wyborów, więc postawił na osoby bardzo dobrze identyfikowalne przez elektorat.

Ruszyły przygotowania do absurdalnego przekopu Mierzei Wiślanej czyli pisowskiego „biełomorkanału”. Kanału raczej nie będzie, ale kolejną połać lasu czyli naturalnych płuc w naszym zatrutym kraju już wycięto. Wszystko tylko po to, żeby okazać niechęć Rosji, bo żadnego – realnego – stojącego za tym argumentu ekonomicznego nie ma. Bywam co roku na Mierzei Wiślanej, w Kątach Rybackich i wiem jak niekomfortowe i także niebezpieczne jest przemieszczanie się wąskim chodnikiem wzdłuż tamtejszego, zatłoczonego, głównego traktu drogowego wzdłuż cyplu, od Gdańska po Krynicę Morską. Już sobie wyobrażam, co mogę tam zastać w najbliższe wakacje, kiedy ruszą ciężarówki.

Nawykowe myślenie z odległej przeszłości, że związek „Solidarność” z towarzyszem Alfredem Bujarą, to jakaś szeroki pas transmisyjny do mas pracowniczych, popchnęło PiS do ustawy o zakazie handlu w niedziele. Wygląda jednak na to, że masom kupującym miast i wsi ten pomysł się nie podoba, bo tylko 19 procent akceptuje całkowity zakaz, a aż 36 procent chce handlu nieskrępowanego. Władza wycofa się więc z tego rakiem, co już zasygnalizował Młody Morawiecki. Na początek najprawdopodobniej wprowadzą model pół na pół, czyli dwie niedziele handlowe i dwie niehandlowe. A wprowadzą to na krótko przed wyborami, żeby wzbudzić świeżą wdzięczność mas kupujących miast i wsi. Wdzięczność dla władzy za to, że wsłuchuje się w głos mas kupujących, które liczbowo przekraczają przecież liczbę mas pracujących miast i wsi.

Prawactwo zawyło, bo przywrócono poprzednich patronów ulic warszawskich, a zluzowano patronów prawackich. Oni mogą oczywiście starać się o nadawanie ulicom i placom imion swoich idoli, ale pod warunkiem, że nie w miejsce dotychczasowych, niemiłych im patronów, n.p. lewicowych. Niech prawactwo znajdzie poletko dla swoich patronów, a nie pcha się miejsca już zajęte. Nie jest ono wyłącznym właścicielem przestrzeni publicznej i symbolicznej w Polsce.

Prawactwo zawyło też z powodu zapowiedzi wprowadzenia do szkół warszawskich programu ochrony uczniów LGBT. Krzyczą że to homopropaganda za pieniądze katolików-podatników. A religia w szkole to nie jest krzewiona za moje i nie tylko moje podatki propaganda religijnej nieprawdy i chwały Kościoła, organizacji pasożytniczej?

Prawactwo zawyło też z powodu nieudostępnienia przez władze Wrocławia zwyczajowego miejsca na obchody wyjątkowo odstręczającego i haniebnego kultu tzw. „żołnierzy wyklętych”, których wolę nazywać bandytami przeklętymi.

Pojawił się pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie ma prowadzenia. Według badania IBRIS Koalicja Europejska ma poparcie 38 procent do 34 procent dla PiS. Warto pamiętać, że IBRIS stoi na czele pracowni prezentującej wyniki badań o najwyższej trafności przewidywania. N.p. przewidzieli zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenta Warszawy, podczas, gdy inne pracownie wskazywały, że Jaki Taki wejdzie do drugiej tury. Brawo SLD! To była dobra decyzja.

Opanowane przez pisiorów Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego wysunęło Cezarego Łazarewicza na kandydata do tytułu „Dziennikarskiej Hieny Roku”. Dziennikarz podał przeciw SDP sprawę do sądu o zniesławienie. Informuję, że ja zgłosiłem kandydaturę Adriana Klarenbacha z TVPiS, choć stałą konkurencją jest dla niego zespół „Wiadomości” TVPiS. Moja kandydatura nie miała jednak najmniejszych szans, bo pisiorstwo i prawactwo jest w SDP rozwielmożnione bez żadnych hamulców.

Europejczycy nie wierzą w złowrogą Rosję

Amerykanie również. Wyniki badania przeprowadzonego przez Francuski Instytut Opinii Publicznej (IFOP) na ponad tysiącosobowych próbach we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech i USA. pokazują, że antyrosyjski ton w mediach nie wywołuje zaufania u odbiorców.

 

Pytanych poproszono o ocenę obiektywizmu publikacji dotyczących Rosji w ich krajach. 43 proc. Amerykanów odpowiedziało, że nie wierzą w tej sprawie własnym mediom, w Wielkiej Brytanii wartość ta sięgnęła 47 proc., we Francji 53 proc., a w Niemczech co drugi ich mieszkaniec nie wierzy w wiarygodność swoich mediów opisujących Rosję. W podziałach na grupy według wykształcenia wygląda to jeszcze ciekawiej. 59 proc. Francuzów z wyższym wykształceniem nie wierzy swoim mediom, opisującym Rosję, podobnie jak 72 proc. wyborców partii prawicowych.

Większa rezerwa panuje wśród Francuzów młodszych niż 35 lat – liczba sceptyków osiąga 58 proc. (51 proc. wśród starszych) W Niemczech 64 proc. sympatyków prawicy nie wierzy własnym mediom w tej sprawie i 54 proc. wyborców lewicowych.

W USA biali Amerykanie (45 proc.) nie dowierzają własnym mediom relacjonujących tematykę rosyjską bardziej niż Afroamerykanie (35 proc.). Nie wierzą w obiektywizm mediów częściej wyborcy republikańscy niż demokratyczni i protestanci częściej niż katolicy.

Jeśli zważyć, że silna antyrosyjska propaganda była zawsze obecna w przestrzeni medialnej zachodu, a od 2014 roku jej siła zwiększyła się wielokrotnie, to tak wysoki poziom sceptycyzmu wobec wiarygodności zachodnich mediów jest zastanawiający. Czy wynika to z pewnego zmęczenia opinii publicznej rusofobią, czy też należy złożyć to na karb silnego przeciwstawiania się i równie mocnego wpływu propagandy rosyjskiej skierowanej do odbiorcy zachodniego? Ostatnio rosyjska stacja RT wyszła na prowadzenie na świecie wśród najczęściej oglądanych mediów w Internecie (7 miliardów odsłon), co może być pewnym wytłumaczeniem wyników badania IFOP.

„Skarb” państwa PiS

„Twoja pojebana religia to najgorsza choroba Polski. Jesteście ideologicznymi spadkobiercami najgorszych morderców w historii, w imię swojego wymyślonego bożka pomordowaliście setki tysięcy niewinnych ludzi. I wy śmiecie mówić o moralności? Wszystkich was należy pozabijać i spalić wasze świątynie. Przeklęci faszyści co nawet swojej „świętej książeczki” nie czytali. Księża na Księżyc. Obyś zdechł”.

 

Takiego adresowanego do siebie wpisu internetowego doczekał się ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Tak się składa, że akurat ten ksiądz, czego by o nim nie sądzić, należy do grona rozsądniejszych i mniej antypatycznych przedstawicieli swojego stanu.
Na mój gust byłoby bardziej zrozumiałe, gdyby adresatami tych słów stali się raczej osobnicy typu Rydzyka czy księży Oko czy Henryka Zielińskiego z „Salonu dziennikarskiego” Karnowskich w TVP Info. I właśnie dlatego „joby”, jakie zebrał nawet „bogu ducha winny” ksiądz Isakowicz-Zaleski świadczą o tym, że kumulowana i tłumiona przez dziesięciolecia energia resentymentu i nienawiści do kleru wybuchła w końcu ze zwielokrotnioną siłą. Lata demonstrowanej pychy, chciwości, przecherstwa, rozpychania się w życiu publicznym, tolerowania wołających o pomstę do nieba praktyk instytucji, którą Joanna Senyszyn określiła jako „trzy razy be”: „Bogaty, bezideowy i bezczelny” zrobiły swoje.
Ten wybuch niechęci do Kościoła kat., a ściślej biorąc do jego sług, która przez dziesięciolecia przefiltrowywała się przez lekturę tygodników „Nie” czy „Fakty i Mity”, która zaznaczała się w formach relatywnie umiarkowanych i miarkowanych, teraz, pod wpływem jawnie proklerykalnych rządów PiS, wychodzenia na jaw afer pedofilskich i prawdy o moralności kleru, czerpania przezeń całymi garściami z kasy państwowej i wielu innych „grzechów Kościoła”, jak bywa to eufemistycznie określane, objawiła się z całą mocą. I już raczej nie ucichnie.
Na dobre rozpoczął ją „Czarny Protest” sprzed dwóch lat. Później nastąpił potężny marsz z marca 2018 roku przeciw ponownej próbie zaostrzenia zakazu aborcji oraz emocje objawione tak silnie, że siedziby Prymasa Polski przez kilka dni bronił kordon policji. Teraz kolejną falę niechęci do Kościoła kat. wywołał „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Film, który jest jednocześnie rezultatem i membraną tych nastrojów. Film, który przy całym swoim satyrycznym przerysowaniu, oddaje ducha czasu.

 

Front obrony deprawacji

Tymczasem w mediach prawicowo-klerykalnych istny front obrony kleru.
W tygodniku Karnowskich „Sieci” taka oto tajemnicza uwaga w anonimowym tygodniowym przeglądzie wydarzeń politycznych: „W mediach antykościelnie. Ludzie, którzy bardzo często nie umieją pokierować swoim życiem, którzy kończą, kupując samotnie wieczorem w sklepie „flaszkę i parówki”, niszczą jedną z niewielu instytucji, które prowadzą ludzi do dobra. Teraz klaszczą uszytemu na urbanoidalną miarę filmowi „Kler” Wojciecha Smarzowskiego”. Dalibóg, kogo miał na myśli autor tej uwagi? Bo chyba nie chodziło o samego reżysera, który ma dzieci i stwierdził, że to one m.in. zainspirowały go do nakręcenia tego filmu?
Smarzol, wieczorem, po flaszę i parówki? Na swoim portalu „w polityce” Karnowski w patetycznej inwokacji wzywa do obrony „naszych kochanych księży, którzy wyświadczyli nam i naszym dzieciom tyle dobra, przed atakami lewactwa”. „Nie możemy zostawić ich samych” – woła. Także w tygodniku „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza dumna odpowiedź na „Kler”, a raczej na plakat do niego. Na okładce najnowszego „Gapola” deklaracja z napisem „Kler. Nasz skarb w walce z nazizmem, komunizmem, LGBT i islamistami”, na tle wizerunków Wyszyńskiego, Wojtyły, Popiełuszki i Kolbego wykadrowanych i ustawionych w konfiguracji nawiązującej do sposobu zaprezentowania postaci na afiszu filmowym. Także prezes TVPiS Kurski, który jeszcze rok temu chciał nagradzać Smarzowskiego za „Wołyń”, teraz określił jego kolejny film jako „prymitywny kicz propagandowy”.

 

Młodzieżowe „Non possumus”

Wydaje się jednak, że ta obrona jest na dłuższą metę daremna, bo jeszcze trochę i nie będzie miał kto przejąć owego „skarbu”. Najnowsze badania Kantar Millward Brown pokazały, że w najmłodszej grupie respondentów (15-19 lat) aż 61 procent uczniów jest przeciw lekcjom religii w szkole (23 procent jest „za”), podczas gdy w grupie wiekowej obejmującej badanych do 75 roku życia te proporcje procentowe układają się w wynik 46 procent (za utrzymaniem religii w szkołach) do 39 procent (przeciw). Ten wynik potwierdza ogłoszone kilka miesięcy temu wyniki badań Pew Research Center wskazały na radykalnie i rekordowo w skali światowej malejącą religijność młodzieży w Polsce. Koreluje to z wynikiem przeprowadzonych przez ośrodek IPSOS badań dotyczących stosunku Polaków do prawa do aborcji.
Wskazują one, że 46 procent respondentów jest za prawem do legalnej aborcji na żądanie, a przeciw niemu 43 procent. Jeszcze dwa lata temu, przed „Czarnym Protestem” , za prawem do legalnej aborcji na żądanie było zaledwie 18 procent pytanych. Co prawda na początku lat dziewięćdziesiątych było ich przeszło 50 procent, ale zmasowana propaganda religijna Kościoła kat. i organizacji „prolajf” zazwyczaj wspierana przez państwo, doprowadziła do zmiany społecznego nastawienia.
Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat i wejście na agorę debaty publicznej młodego pokolenia odwróciło ten trend. Pod wpływem perspektywy radykalnego zakazu aborcji w Polsce młodzi ludzie powiedzieli „non possumus”.

 

Będzie „Skarb2”?

A co do wspomnianego frontu obrony kościelnych deprawatorów ze strony klerykalno-pisowskich mediów. Tuż po wojnie (1948) powstała popularna komedia „Skarb” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. Jeśli potentaci medialni Karnowscy (spółka „Fratria”), a nawet lekko ostatnio podupadły Sakiewicz połączą swoje siły finansowe i moralne z poddanym „dobrej zmianie” Polskim Instytutem Sztuki Filmowej oraz ministrem-wicepremierem Glińskim, to są w stanie doprowadzić do realizacji filmu, który będzie odpowiedzią na „Kler” Smarzowskiego. Tytuł mogliby zapożyczyć od Leonarda Buczkowskiego. Udało się ze „Smoleńskiem”, uda się i tym razem. Będzie beczka śmiechu. Jak przystało na „Skarb”.

Głos lewicy

650 tysięcy plus

W 2016 r. z budżetu państwa na pomoc dla kapitalistów przeznaczono 24,5 mld zł (Raport o pomocy publicznej w Polsce udzielonej przedsiębiorcom w 2016 roku), to więcej niż koszt programu 500+, na który w tym samym roku przeznaczono 22 mld zł. Liczba beneficjentów, którzy otrzymali pomoc wyniosła 37,7 tys., średnio jeden kapitalistyczny beneficjent otrzymał pomoc w wysokości 652 tys. zł.
W 2016 r. wpływy do budżetu państwa z podatku CIT wyniosły prawie 34 mld zł, zważywszy na to, że nie każdy kto płaci CIT jest kapitalistą (np. większość jednoosobowych działalności gospodarczych), można powiedzieć, że większość podatku CIT odprowadzanego przez kapitalistów do budżetu państwa (co najmniej 73 proc.), wraca do nich z powrotem pod postacią publicznej pomocy w różnych formach.
Kapitaliści nie dokładają się do niczego i są jednym z największych obciążeń dla budżetu państwa. Do tego jeszcze można dodać, że PiS hojniej dotuje prywatny biznes niż poprzedni liberalny rząd. PO w 2012 r. obdarowało kapitalistów kwotą 21,8 mld zł, w 2013 r. – 22,1 mld zł, w 2014 r. 26 mld zł, w 2015 r. 20,9 mld zł. W latach 2012-2016 prywatny biznes łącznie otrzymał w prezencie od państwa 115,3 mld zł. Można przypuszczać, że od początku transformacji gospodarczej kapitaliści otrzymali od państwa grubo ponad 1 bln złotych.
To wyliczenia Dawida Kańskiego dla portalu Socjalizm Teraz.

 

Koalicjanci koalicji

Publicysta Łukasz Moll analizuje na Fb najnowsze sondaże:
Na ten moment we wszystkich analizach sondażowych partia Biedronia, SLD i Razem, także PSL, traktowane są jako przystawki Koalicji Obywatelskiej (PO, Nowoczesna, Nowacka). I to jest rola zupełnie beznadziejna. Ale sondaże pokazują też to, o czym już pisałem: pojawienie się partii Biedronia nie tylko wzmacnia siłę opozycji, ale też zmienia w niej rozkład sił (wzmacnia lewicę). Trudno powiedzieć, który scenariusz dla lewicy (przystawka liberałów czy nowy hegemon na opozycji) weźmie górę. Za to łatwo popełnić albo błąd naiwności, przystępując zbyt pochopnie do sympatyków Biedronia (jeśli miałoby się okazać, że wygra opcja „przystawkowa”), albo błąd zaniechania, lądując po stronie jego krytyków, widzących w nim tylko kogoś, kto pomaga neoliberałom przegrupować siły. To jest chyba ten moment w polityce, kiedy racjonalne kalkulacje wyczerpują się, a uzupełnia je moment wiary. Ja go w sobie nie mam, ale wierzę, że to właśnie taki moment.