Skąd my to znamy?

Kryzys kościelny wokół pedofilnych czynów „duchownych” i mechanizmu krycia ich przez przełożonych sprawił, że znów jest okazja do tego, by zastanowić się nad mechanizmami działania instytucji idealizowanej przez miliony ludzi na całym świecie i uważanej za uprawnionego nosiciela Ewangelii, a tak naprawdę rządzącej się quasi-mafijnymi mechanizmami.

W 1960 roku na polskich półkach księgarskich ukazała się w dużym nakładzie, nawet jak na owe czasy wysokich nakładów książkowych, powieść Tadeusza Brezy „Urząd” i spowodowała duży rezonans czytelniczy i wśród krytyki literackiej. Po stronie kościelnej odezwały się zirytowane pomruki, że wydanie tej powieści, to wyraz – a jakże – „walki z Kościołem”. Ostrożniej pisała o tej powieści prasa katolicka. Na więcej pozwalali sobie niektórzy księża, którzy przemawiając z ambon krytycznie, czasem wrogo nawiązywali do wymowy powieści. Akcentów niechętnych powieści Brezy można było dopatrzeć się też w tzw. „listach pasterskich” biskupów polskich. „Urząd” był owocem kilkuletniego pobytu pisarza w Rzymie w roli attache kulturalnego ambasady PRL we Włoszech, podobnie jak jego poprzednia, głośna książka, eseistyczno-reporterska „Spiżowa Brama”. Bohater „Urzędu”, to młody naukowiec, prawnik z Torunia, który przybywa do Rzymu w sprawie swojego ojca. Ten, wskutek niechęci ze strony swojego biskupa ordynariusza utracił możliwość pracy w roli adwokata kurialnego w tym mieście. Główny bohater relacjonuje, w pierwszej osobie, swoje doświadczenia z pobytu w Wiecznym Mieście, a przede wszystkim swoje wizyty składane watykańskim dostojnikom, których próbuje przekonać do racji ojca i spowodować, by ich decyzje przyczyniły się do pozytywnego zakończenia kryzysu. Dzięki wsparciu watykańskiego adwokata, dawnego przyjaciela ojca, mecenasa Campilli, stara się, by przebieg tych wizyt uwzględniał panujące za Spiżową Bramą procedury i obyczaje. Narrator, niczym kafkowski Józef K. z „Procesu” napotyka na niewzruszony mur zimnego urzędu, działającego niczym powolna, ale dobrze naoliwiona machina. Indywidualne intencje czy odczucia watykańskich rozmówców nie mają tu znaczenia, bo wszyscy są trybami idealnie wbudowanymi w zimny, bezduszny, biurokratyczny system. Nie tylko nie „załatwia” sprawy ojca, ale rozwiązanie, do którego dochodzi, jest sprzeczne z założonym celem. Niejako przy okazji narrator staje się obiektem zainteresowania watykańskich służb specjalnych, które próbują go zwerbować do współpracy. Powieść zawiera też elementy krytycznego portretu mieszkającej w Rzymie polskiej emigracji o przedwojennym rodowodzie. Kilka lat po edycji powieści, w 1963 roku Andrzej Szafiański zrealizował w Teatrze Telewizji spektakl oparty na „Urzędzie”, z Edmundem Fettingiem w roli głównej. W 1964 roku Władysław Krzemiński zrealizował w Krakowie (z Januszem Zakrzeńskim) i Warszawie (z Andrzejem Łapickim) przedstawienia teatralne według „Urzędu”. W 1969 roku Janusz Majewski wyprowadził „Urząd” z przestrzeni czterech ścian sceny i przy udziale doborowej obsady aktorskiej (m.in. Ignacy Gogolewski i Aleksander Bardini) zrealizował film telewizyjny według powieści Brezy, kręcąc kilka scen także na ulicach Rzymu.
Urząd Doskonały
„Kuria jest labiryntem, mechanizmem z tysiącem niewiadomych” – mówi w „Urzędzie” ksiądz de Vos, kurialny urzędnik do którego narrator powieści kieruje swoje pierwsze kroki, skierowany do niego przez ojca i jego watykańskiego przyjaciela. To pierwsze z trzech spotkań z watykańskimi prałatami jeszcze nie w pełni uzmysławia bohaterowi z jak skomplikowanym i perfidnym systemem biurokratycznym ma do czynienia. Niektórzy interpretatorzy „Urzędu” Brezy, n.p. Stefan Żółkiewski, doszukiwali się w tej powieści uniwersalizacji fenomenu biurokracji jako takiej. A jednak watykańska, na co zwracał uwagę inny egzegeta „Urzędu” Tadeusz Drewnowski, kościelna biurokracja nie działa tak, jak zwykła, typowa biurokracja świecka, gdzie mimo wszelkich jej wad, utrudnień i stawianych barier, łatwiej można uchwycić przynajmniej nici personalnej odpowiedzialności. Na urzędzie cywilnym można n.p. wymóc decyzję na piśmie. W przypadku biurokracji kościelnej jest inaczej. To poniekąd paradoks, ponieważ Kościół katolicki jest organizacją precyzyjnie zbudowaną i ściśle hierarchiczną. A jednak kolejni rozmówcy bohatera „Urzędu” działają w sposób, który uniemożliwia nie tylko wskazanie, kto i jakie decyzje może podjąć. Nie sposób także ocenić, jaką pozycję oni sami zajmują w watykańskiej strukturze. Dokonuje się klasyczne, przysłowiowe odsyłanie „od Annasza do Kajfasza”. Przy tym watykańscy urzędnicy nie objawiają emocji, podejmowane kwestie „owijają w bawełnę” okrągłych słów, są uprzejmi, pozornie niekolizyjni w stosunku do petenta, deklarują dobrą wolę, ale ich „obłość” uniemożliwia petentowi nie tylko wymuszenie jakiejś decyzji, ale nawet zdefiniowanie ich intencji. Biurokracja kościelna kieruje się zasadą całkowitej niezależności od państwa, pełnej autonomii, toteż nie respektuje reguł rządzących biurokracja świecką. Ta ostatnia przynajmniej musi pozorować zajęcie się zgłoszoną sprawą, biurokracja kościelna bardzo często reaguje całkowitym milczeniem i działa tak, jak uważa, bowiem nadrzędny jest interes Kościoła. Biurokracja watykańska w zwierciadle powieści Brezy działa jako „Urząd Doskonały”.
Tysiące małych Watykanów
Kościół katolicki jest organizacją powszechną, głęboko przemyślaną i nieustannie przemyśliwaną już od dwóch tysiącleci. Jest w tym kościele doktryna i jej strażnicy, ale jest także zakorzenione poczucie realizmu i świadomość konieczności jakiegoś dopasowywania się do ciągle zmieniającego się świata. Tymi, którzy wymuszali posłuch dla doktryny, byli dominikanie ze swoją Świętą Inkwizycją. Tymi, którzy jako pierwsi próbowali odpowiedzieć na wyzwania świata świeckiego byli jezuici, uznani skądinąd za synonim katolickiej obłudy. Powszechność katolicyzmu sprawia, że jego biurokracja pod każdą szerokością geograficzna działa podobnie, podczas gdy biurokracje świeckie naznaczone są w różnych krajach cechami specyficznymi, lokalnymi. Wyłożone wyżej niektóre jej właściwości można jak w soczewce zobaczyć w sprawach związanych z pedofilią kleru. Do takich mechanizmów jak unikanie odpowiedzialności, izolowanie się od zewnętrznych nacisków, milczenie, unikanie formalnych śladów dochodzi także solidarność kastowa, korporacyjna, która w żadnej biurokraci państwowej w tym stopniu nie występuje. „Urząd” Tadeusza Brezy, podobnie jak obecne demaskowanie praktyk pedofilnych kleru, potraktowany został przez niego i bardziej fanatyczną część opinii katolickiej jako „atak na Kościół”. Eksperyment polegający na równoległym przeczytaniu „Urzędu” i przeanalizowaniu mechanizmów, za pomocą których biskupi – w tym polscy – kryli księży pedofilów, pozwala na dostrzeżenie uderzających podobieństw. Przed wielu laty traf losu prawił, że znalazłem się, jako osoba postronna, w konflikcie z administracją Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie była o struktura stricte kościelna, jak kuria czy parafia, lecz placówka naukowo-dydaktyczna, a mimo to, kierowana przez przedstawicieli kleru (rektor, dyrektor administracyjny) rządziła się podobnymi regułami, czego boleśnie doświadczyłem przez kilkanaście lat, jako że konflikt nie był incydentalny, lecz przewlekły. „Urząd” Brezy nigdy nie stracił na aktualności, ale dziś w czasach demaskacji pedofilnych skandali w szeregach kleru, także polskiego, jego aktualność nabrała szczególnej, naocznej intensywności.

Bigos tygodniowy

Jakkolwiek zakończy się kryzys związany z ewentualnością dymisji ministerki finansów Teresy Czerwińskiej, to jeden oczywisty wniosek z tego wynika: to sygnał do opinii publicznej, że nowe, kolosalne obietnice socjalne PiS stoją na glinianych nogach i wymagają zwiększenia deficytu budżetowego, co Młody Morawiecki już zapowiedział. Czerwińska jest uczoną od finansów i najwyraźniej wzdraga się przed rzuceniem swojego dorobku naukowego i renomy zawodowej na fale greckiej choroby PiS. Po spotkaniu z Prezesem, którego odwiedziła z Młodym Morawieckim, rozchorowała się, poszła na zwolnienie, ale już wróciła. Kobieta pod presją? A nie lepiej uwolnić się od tej presji i uczciwie podać się do dymisji?

Każdej sensownej polityce socjalnej należy przyklasnąć, ale ten jaskrawy kontrast między opętanym rozdawnictwem po uważaniu wyborczym, a niedopłaceniem pracowników sfery budżetowej z nauczycielami na czele, jest doprawdy skandaliczne.

Nielegalny neo-Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej uznał legalność nielegalnego doboru do neo-KRS. Ot, pisowska „filozofia prawa”.

Adrian podjął próbę puczu pałacowego w TVPiS, ale mu nie wyszło. Wepchnął dwoje swoich ludzi, ale Kura jednego, niejakiego Pałkę, utrącił mu już na wejściu. Żeby jednak kto nie myślał, że chodzi mu o zwiększenie obiektywizmu TVPiS i odejście od koszmarnie topornej propagandy. Po prostu Adrianowi nie podoba mu się, że za mało o nim w TVPiS za mało, a poza tym ma pretensje, że w szopce noworocznej pokazano go jako Adriana właśnie.

Rząd przy pomocy aparatu propagandy z TVPiS na czele próbuje wszelkimi sposobami rozbić mobilizacje strajkową nauczycieli. Miejmy nadzieję, że się nie dadzą.

Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet zadała słuszne pytanie, dlaczego protestujący pod warszawskim Ratuszem przeciw Karcie LGBT nie poszli później pod siedzibę – jak się barwnie wyraziła – pedopiskopatu, aby zaprotestować przeciw tej najprawdziwszej seksualizacji dzieci, jaką uprawia kler katolicki pod osłoną swoich biskupów. Natomiast Prezes do swoich słów: „Wara od naszych dzieci” powinien dodać słowa: „drodzy księża i biskupi”.

Jest taki, stary, z 1924 roku, radziecki film Lwa Kuleszowa „Niezwykłe przygody Mister Westa w krainie bolszewików”. „Niezwykłe przygody herr Birgfellnera w krainie pisowców”, to w sam raz tytuł na film, dajmy na to, w reżyserii Juliusza Machulskiego czy Wojciecha Smarzowskiego. Może w koprodukcji z Austriakami, bo pożal się boże minister kultury narodowej Gliński nie dałby na taką produkcję ani grosza.

Pisowska TVP Kultura pokazała dwa razy, dzień po dniu, „Urząd” Janusza Majewskiego z 1969 roku, film według głośnej kiedyś powieści Tadeusza Brezy. Cóż za uderzająca aktualność! Cóż za aktualność tego obrazu mechanizmów działania kościelnych instytucji, ich przebiegłości, sprytu w odsuwaniu od siebie odpowiedzialności, biegłości w manipulowaniu ludźmi ze świętoszkowatymi minami. Jednak pokazanie „Urzędu” w niszowej stacji dla koneserów kultury nic nie znaczy. O, gdyby „Urząd” pokazano o 20.20 w Jedynce po „Wiadomościach albo nawet Dwójce. To by było coś.

Włodzimierz Majakowski, gdyby jeszcze żył i zajrzał do Polski, mógłby napisać taką oto parafrazę swej starej frazy poetyckiej z poematu „Lenin”: „Srebrna i Partia, bliźnięta bracia, kogo z nich bardziej matka historia ceni? Mówimy – Srebrna a w domyśle – Partia, mówimy – Partia a domyśle – Srebrna”. Na koniec zabrakło rymu, ale sens pozostał.

Nadal w rejestrach kulturalnych. Grzegorz Braun, dokumentalista i prawicowiec skrajny aż do skrajności, domaga się karania homoseksualistów i „homoseksualizmu jako takiego”. A pomyśleć, że jego ojciec, wybitny reżyser teatralny Kazimierz Braun, to naprawdę światły, rozsądny i porządny człowiek. Syn Grzegorz odziedziczył po nim tylko teatralną dykcję. Bywa, że daleko pada jabłko od jabłoni.

Marek Falenta, organizator podsłuchów z „Sowy i przyjaciół” nadal jest nieuchwytny dla polskiej policji. Uchwytny jest dla niej natomiast mieszkaniec Szczecina, który swego czasu przywdział pomnik Lecha Kaczyńskiego w koszulkę z napisem „konstytucja”. Mimo rezygnacji z zarzutu o „znieważenie” przez prokuraturę, teraz policja nęka szczecinianina z paragrafu dotyczącego nielegalnych reklam, banerów, etc. Z kolei w Warszawie policja wylegitymowała dwóch nastolatków, którzy jeździli na hulajnogach w niebezpiecznej odległości od pomnika smoleńskiego przy placu Zwycięstwa, a nawet wchodzili z nim w styk. Brawo polska policja! Niech żyje!

Jest coś z prawdy w powiedzeniu Jarosława Marka Rymkiewicza, że Jarosław Kaczyński „ugryzł polskiego żubra w dupę”. W sensie – leniwego żubra zmusił do ruchu. Przez całe lata rozmaite aspiracje wolnościowe w społeczeństwie polskim skrywały się pod korce: prawa kobiet, prawa mniejszości seksualnych, potrzeby płacowe nauczycieli, prawa osób molestowanych przez kler, aspiracje zwolenników świeckiego państwa, legalizacji związków partnerskich i wiele innych. Za nijakich, leniwych rządów „ciepłej wody w kranie” Platformy Obywatelskiej („przez osiem ostatnich lat…”) nic nie mogło się przebić do szerszego nurtu i wegetowało w niszach. Wystarczyło, by nastały rządy Kaczyńskiego i wszystko to przebudziło się i wyszło na główny szlak.

Polski baron Münchhausen czyli Młody Morawiecki zaczyna chyba wątpić w swoje nieograniczone zdolności wyciągania się za własne włosy. Zaapelował do ludu pisowskiego o pomoc w walce z wrogiem, w warunkach rzekomego braku należytych mediów własnych i rzekomej medialnej przewagi przeciwnika . To „Pomożecie” jest policzkiem wymierzonym Jackowi Kurskiemu, bo ten w tej swojej TVPiS zwija się jak w ukropie, żeby wyszło na pisowskie i rządowe.