Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.

Unia po wyborach

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami, teraz w całej Unii trwają analizy, co one nam właściwie powiedziały?
Jaki będzie układ sił w PE? A przede wszystkim, jaki jest wynik bezpośredniego starcia zwolenników Unii i dalszej jej integracji z jej przeciwnikami. Mówiąc językiem gazet: między „euroentuzjastami” a „eurosceptykami”.

Generalny wniosek jest taki, że demokratyczny zamach populistów na Unię nie powiódł się. Mimo zwycięstw w kilku ważnych krajach (Włochy, Francja, a zwłaszcza Wlk. Brytania), eurosceptycy uzyskali mniej głosów niż oczekiwali i nie będą w stanie zasadniczo zmienić układu sił w Parlamencie Europejskim, a więc nie będą mogli wcielić w życie swoich politycznych, niechętnych, czy wręcz wrogich UE, planów. Ostateczny podział mandatów wygląda następująco:
• EPL (Europejska Partia Ludowa, do której należą PO i PSL) – 179
• Socjaliści i Demokraci (S&D – frakcja, do której należy SLD i do której aplikowała i została przyjęta „Wiosna”) – 153
• ALDE&R (Porozumienie Liberałów i Demokratów) – 105
• Zieloni – 69
• EKR (Europejscy Konserwatyści Reformowani, do której należy PiS) – 63
• ENW (Grupa Narodów i Wolności – Liga Salviniego) – 58
• EFDD (Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej – Nigel Farage) – 54
• Zjednoczona Lewica Europejska/Nordycka Zielona Lewica – 38
• NI (niezrzeszeni) – 8
• Inni – 24
Te wyniki potwierdzają to, co pisałem w tym miejscu przed wyborami – że ruchy i tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są dla Unii Europejskiej kłopotem, ale nie problemem. Są hałaśliwe, mają zdolność wzbudzania emocji, często pretensji do Unii, do sposobu jej funkcjonowania – również do różnych jej niesprawiedliwości zwłaszcza w zakresie polityki społecznej – jednak zawsze na końcu zwycięża pragmatyzm i zdrowy rozsądek Europejczyków. Jedyna pozytywna rola, jaką populiści odgrywają w Europie jest taka, że oni skutecznie pobudzają i dopingują do wyciąganie wniosków z błędów, do poprawiania funkcjonowania Unii, do jej przeorientowania na rzecz Europy socjalnej, przyjaznej swym obywatelom, ale jednak nie do destrukcji Unii, jako takiej.
Dobrym przykładem w tym względzie są Włochy – kraj, gdzie bodaj najgłośniej w Europie brzmiały głosy eurosceptyków. Ich lider, Matteo Salvini, już przed wyborami podróżował po Europie, (był m.in. w Polsce, gdzie prowadził rozmowy z liderem PiS), próbując budować przyszły sojusz eurosceptyków. Marzyła mu się taka pozycja, która w Parlamencie Europejskim gwarantowałby mu rolę bardzo ważnego gracza. Tymczasem, mimo oczywistego zwycięstwa w Italii, głosy tamtejszych wyborców rozproszyły się na tyle, że – przy jednocześnie słabszych niż spodziewane wynikach eurosceptyków w mniejszych krajach unijnych – ostatecznie nie dały Salviniemu siły, o jakiej marzył. Oprócz niego bowiem Włosi powierzyli mandaty także Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistom i Demokratom oraz frakcji Konserwatystów Reformowanych. W rezultacie Salviniemu do spełnienia marzeń zabrakło armat.
Zdecydowany sukces odniosła również Marine Le Pen we Francji, ale też jednak nie taki, który dawałby jej moc sprawczą. Mimo wielotygodniowych niepokojów w tym kraju na tle socjalnym, mimo niezadowolenia z rządów prezydenta Macrona, uzyskany przez jej Zjednoczenie Narodowe wynik był gorszy niż w wyborach w roku 2014.
W Niemczech narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) przegrała nawet z Zielonymi, o CDU/CSU i SPD nie mówiąc.
Pragmatyczni Duńczycy także odmówili większego poparcia swoim populistom. Duńskiej Partii Ludowej z czterech eurodeputowanych został teraz jeden, który zasiądzie obok posłów PiS. Za to, co warto podkreślić, do grupy Socjalistów i Demokratów dołączy trzech Duńczyków. Socjaldemokracja wygrała zresztą niedawne wybory parlamentarne w Danii.
Jak podkreślają analitycy (np. z portalu Polityka.pl) największą stratą dla eurosceptyków jest brak możliwości skonsumowania zwycięstwa Brexit Party, Nigela Farage’a. Jego eurodeputowani będą w PE tylko do 31 października, kiedy to Wlk. Brytania opuści Unię.
Na tym tle – mimo licznych, groźnych przepowiedni – zaskakująco dobrze wypada europejska lewica.
Hiszpanie (gdzie lewica wygrała też wybory parlamentarne) wprowadzili do PE 20 europosłów, Włosi – 19, Niemcy – 16, Portugalczycy i Rumuni – po 9, Polska – 8. W sumie grupa S&D będzie liczyła 153 eurodeputowanych – mniej niż poprzednio, ale wciąż jest liczącą się siłą, zdolną tworzyć większościową koalicję.
Straty zaliczyła także Europejska Partia Ludowa (z PO i PSL) – będzie liczyła obecnie 179 eurodeputowanych.
To oznacza, że obie te partię będą musiały dobrać trzeciego koalicjanta dla uzyskanie bezwzględnej większości. Niczego nie przesądzając i zachowując polityczną skromność można powiedzieć, że nie wydaje się to niemożliwe. Ten domysł graniczący z pewnością potwierdzają ostatnie informacje o rozpoczęciu politycznych rozmów między czterema największymi ugrupowaniami (EPL, S&D, ALDE&R, Zieloni) na temat zbudowania programowego i politycznego porozumienia, które zapewniłoby pewne, stabilne kierowanie unijną nawą przez przyszłą Komisję Europejską.
Powyborcze rachunki pokazują też, jaka jest na europejskiej scenie realna siła Prawa i Sprawiedliwości. Buńczuczne zapowiedzi reformowania Unii, wręcz jej zmieniania, „walki” o „sprawiedliwy budżet”, „walki z Europą dwóch prędkości”, a nawet o dopłaty dla każdej krowy i świniaka, zderzą się teraz z realnymi możliwościami, które są niewielkie. Nadto zdolność koalicyjna PiS, które przez całą poprzednią kadencję było na wszystkich obrażone i ciągle wychodziło z sali na „znak protestu”, mówiąc oględnie nie jest przesadna. Może się to teraz zmieni, czego jako polski eurodeputowany życzyłbym sobie, bo każdy polski głos, mający realny wpływ na podejmowane decyzje, jest dla nas ważny, ale doświadczenie mi podpowiada, żeby za bardzo na to nie liczyć. Jak zwykle więc najlepiej liczyć na siebie – w przypadku polskiej lewicy – na grupę Socjalistów i Demokratów i na grupę EPL, gdzie zakotwiczyły pozostałe siły Koalicji Europejskiej, czyli PO i PSL.
W tej chwili rezultat polskich wyborów do europarlamentu jest taki, że PiS wprowadziło tam 26 posłów, a Koalicja Europejska (licząc SLD i „Wiosnę” łącznie – jako członków S&D) – 25. „Wojna o Polskę” zakończyła się zatem właściwie remisem. To jednak oznacza, że przy niewielkich możliwościach jednopunktowego zwycięzcy, większa odpowiedzialność za polskie sprawy w Unii Europejskiej spada na partie tworzące Koalicję Europejską. To zaś wiąże się z naprawdę bardzo ciężką pracą zarówno w PE, jak i w jego komisjach, gdzie ucierają się konkretne rozwiązania konkretnych spraw. Jeśli więc ktoś myśli, (a nawet zapowiada), że będąc europarlamentarzystą będzie jednocześnie odgrywał polityczne role w kraju, angażował się w kolejne wybory, to z góry mogę powiedzieć, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Taki ktoś po prostu nie zrozumiał, do jakiej roli pretenduje i czego się podejmuje startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Warto sobie to uzmysłowić od razu na początku rozpoczynającej się kadencji.