Sushi con carne

W Waszyngtonie wszyscy dyskontują szturm na Kapitol. Polityczne bicie piany ma przynieść korzyści tak Republikanom, jak i Demokratom, którzy za parę dni wezmą całość władzy. Trumpowi nic się nie stanie, może poza tym, że po 20 stycznia ktoś w końcu przyjrzy się jak płacił podatki. I prawdopodobnie w ten właśnie sposób zakończy się polityczna kariera „obrońcy uciśnionych Amerykanów”, który przez całe życie nie robił nic innego, jak zdzieranie z najuboższych skóry. Ameryka zrobi zatem z ex prezydentem to co zrobiła dawno temu z Alem Capone.
Jest jednak z całej tej zadymy na Kapitolu parę plusów. Będące – nie wiedzieć czemu dla wielu – wzorcem demokracji Stany Zjednoczone dzięki gromadzie ześwirowanych supremacjonistów, wyszły na to czym są – na państwo, któremu do sprawności wiele brakuje. W innym świetle stawia to reakcje rządu amerykańskiego na tajfuny, trzęsienia ziemi, czy niekończące się pożary. Niesprawność widać jest w system amerykański wpisana.
Na całym świecie protesty, nawet gwałtowne odbywają się niemal codziennie. W Berlinie Kreutzberg płonie co roku 1 maja, w Paryżu żółte kamizelki grasują od wielu miesięcy czyniąc niezłe spustoszenia, u nas stada górników niegdyś próbujących opanować Sejm, zmieniły się w narodowców podpalających stolicę 11 listopada. Tyle tylko, że te zadymy nie kończą się 5 trupami. Wzorzec cnót demokratycznych zwany USA pokazał, gdzie ma obywateli – abstrahując od ich poglądów czy postawy – i uznał, że amerykańskie święte prawo do posiadania i noszenia broni musi skończyć się tym czym dawno temu na Dzikim Zachodzie.

Jajogłowi w Europie i Stanach mają problem z odcięciem Trumpa od Twittera Facebooka i You Tube’a. Mimo, że cieszą się, że Trump został ośmieszony tym posunięciem, opowiadają o ataku na wolność słowa. Słusznie skądinąd, bo wolność wypowiedzi jest rzeczą kto wie, czy nie najistotniejszą. Krytycy zamknięcia internetu prezydentowi zapominają jednak, że wszystkie te platformy komunikowania się miliardów ludzi są własnością, nie państw, nie rządów, ani nawet nie ministerstw. Należą do prywatnego kapitału. Ten zaś ma psie prawo, żeby na swoim podwórku robić co chce. A jak nie chce, to nagle przypomni sobie o mowie nienawiści, o nawoływaniu do łamania prawa i takich tam. Kiedy Trump się świetnie w portalach komunikacyjnych sprzedawał, to tam był. Teraz, gdy Kongres i Senat USA zagroziły, że każą się tym mediom podzielić w ramach demonopolizacji, to Trump stamtąd zniknął. Ciekawe dlaczego?
Niestety nie ma szans, aby z fejsa, insta, czy Twittera, przestały płynąć kłamstwa na tematy wszelakie. Nie ma mowy, żeby zabronić wypisywać tam bzdur o płaskości Ziemi, nieistnieniu drobnoustrojów, czy cudownych właściwościach diety z rzeczy znalezionych na śmietniku, popijanych własnym nieprzegotowanym moczem.
Głupoty i kłamstwa z obiegu publicznego nie da się wyeliminować ustawowo. Ci, którzy uważają inaczej, sądząc, że ktoś powinien weryfikować prawdziwość twierdzeń w internecie – mylą się. Albo są ekspozyturą takich, będących depozytariuszami jedynej słusznej prawdy. Takiej w jaką wierzyli zwiedzający Kapitol, palący w piecach podludzi, czy głosujący na populistów lub fanatyków.
Na głupotę lekarstwem jest tylko oświata i nauka. Ale prawdziwa, a nie taka w której jedni mają swoich mianowanych przez się profesorów, a inni innych. Też przez siebie mianowanych. Świat nauki jest nader niedemokratyczny. I dlatego panuje w nim ład. Wszyscy liczcy się badacze doskonale wiedzą, kto jest wybitnym mózgowcem, a kto hochsztaplerem. Wiedzą dzięki temu, że czytają. Nie bzdury wypisywane w portalach społecznościowych, ale artykuły i prace naukowe.
W świecie nienaukowym czyta się zaś tylko tytuły i czasem tylko to, co pod nimi – jak w internecie. Na resztę nikt nie ma czasu ani ochoty. To zaś efekt tego, że dziś wszyscy młodzi ludzie kończą szkoły według tzw. systemu bolońskiego. Dzięki któremu magistrów i doktorów mamy w bród, zaś zwyczajnie mądrych ludzi cechujących się myśleniem – coraz mniej.

Z tego, że głupich w każdej społeczności jest przytłaczająca większość zdają sobie sprawę rządy. Wszystkie rządy – żeby było jasne. Dlatego od początku pandemii bardziej udają, że coś robią, niż robią w rzeczywistości. Nagminny bezsens badania temperatury w miejscach publicznych nie przestał obowiązywać w wielu krajach nawet gdy pojawiły się setki badań dowodzących, że nie ma to najmniejszego sensu, a tylko generuje niepotrzebne koszty.
Rządowe prośby o masowe oddawanie osocza przez covidowych ozdrowieńców trwają do dziś, choć wszystkie autorytety medyczne, z WHO na czele, parę miesięcy temu stwierdziły, że takie terapie nie działają. Rządy bowiem wiedzą lepiej.
Dlatego w Europie nie są w stanie powiedzieć, że produkcja szczepionek przez najbliższe miesiące nie pozwoli zabezpieczyć społeczeństw. Wolą opowiadać o procedurach, kolejnościach i – tak jak we Francji – o tym, że żeby zaszczepić kogoś, to trzeba z nim najpierw rozmawiać przez co najmniej jeden dzień.
Zamiast prawdy, państwa wolą serwować społeczeństwom kolejne obostrzenia i lockdowny. Skądinąd słusznie, bo gdyby obecna fala zachorowań wezbrała i zaangażowała wszystkich medyków z pielęgniarkami i ratownikami medycznymi włącznie, to nie miałby kto szczepić. Miast tej oczywistej prawdy rządy wolą jednak utrzymywać w społeczeństwach przekonanie, że panują nad wszystkim i wiedzą znacznie więcej niż wiedzą. Obywatele muszą wszak wiedzieć, że władzę mają mądrą i skuteczną.
Pokłosiem takiego punktu widzenia jest masowe testowanie obywateli. Miało to sens, gdy ognisk było na tyle mało, że dawało się je wyodrębnić i zarazę ograniczyć. Dziś koronawirus rozlazł się w takim stopniu, że test na niego pokazuje jedynie, że dwa-trzy dni wcześniej nie było się chorym na covid. Nie ma zaś żadnej pewności, że osoba z negatywnym wynikiem testu nie zaraża. W tym kontekście dobre słowo należy się polskiemu rządowi. Już parę miesięcy temu olał masowe testowanie i wzywa na nie tylko tych, którzy mają objawy. Czyli najwyżej 20 proc. chorujących. Stanu epidemicznego to nie poprawia, ale przynajmniej mniej kosztuje. Dlaczego jednak pan minister Niedzielski nie powie, że jak podawana przez niego liczba dobowych zakażeń wynosi 10 tysięcy, to znaczy, że wirus dopadł tego dnia 50 tys. osób – bez albo skąpoobjawowo.
Powiedzenie prawdy mogłoby zaszkodzić. Bowiem ciemny lud mógłby być zły, że w zakażeniach nie ustępujemy innym krajom.

Ach ci dyplomaci

W sobotę wieczorem brytyjska gazeta Mail on Sunday opublikowała niektóre tajne depesze dyplomatyczne, które w ostatnich latach napływały z brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie. Natychmiast wszczęto śledztwo, które ma wyjaśnić, jak one wypłynęły na plac publiczny. Skandal zrobił się oczywiście międzynarodowy, Amerykanie są bardzo niezadowoleni, sam Trump wręcz wściekły.

Jest to sprawa bardzo kłopotliwa dla rządu brytyjskiego, gdyż obawia się on, że sprawa mocno pogorszy stosunki z jego historycznym sojusznikiem, z którym miał podpisać post-brexitową umowę o wolnym handlu.
65-letni Kim Darroch, ambasador Wielkiej Brytanii w USA, pisał m.in. „Tak naprawdę nie sądzimy, by ta administracja mogła stać się znacząco normalniejsza, mniej dysfunkcyjna, mniej nieprzewidywalna, mniej podzielona, mniej niezręczna i nie nadająca się do dyplomacji.” Częstował też samego prezydenta różnymi epitetami, wśród których „niekompetentny” i „niestabilny” należą do łagodnych.
Na dodatek, według ambasady, korytarzowe walki frakcyjne i chaos w Białym Domu „nie są żadnymi fake newsami”, jak od początku twierdzi Donald Trump. Co do Iranu na przykład, „niespójne” stanowisko Trumpa i jego ekipy może zdaniem Darrocha naprawdę doprowadzić do wojny. Ambasador uważa za „bajkę” uzasadnienie przez prezydenta odwołania nalotów na Iran możliwością zabicia 150 osób. Jest natomiast pewien, że powstrzymują go na razie kalkulacje wyborcze.
Premier Theresa May surowo potępiła „niepatriotyczny” przeciek, o który władze podejrzewają jednego ze swych funkcjonariuszy. Jeremy Hunt, kandydat do zastąpienia May, podkreślał, że „szczere” depesze dyplomatyczne są rządowi niezbędne, ale z tego względu nie mogą być upubliczniane. Nie omieszkał dodać, że chodzi jedynie o „osobiste” opinie ambasadora, których rząd oczywiście nie może z nim dzielić.
Sam Trump dał wyraz swej antypatii do brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie i jej ambasadora, który jego zdaniem „źle służył swemu krajowi”. Czas przeszły wskazuje, że wkrótce zostanie wymieniony przez władze brytyjskie w Londynie. Tak czy inaczej – dalsze urzędowanie ambasadora, którego prezydent państwa przyjmującego zamierza ignorować jest pozbawione sensu.
Prezydent Trump nie ograniczył się jednak do samego zdezawuowania szefa brytyjskiej placówki, ale przeniósł swą złość także na Theresę May, której wypomniał, że nie posłuchała jego rad, jak działać w sprawie Brexitu i wyrażając niekłamaną radość z jej rychłego odejścia. „To dobra wiadomość dla Zjednoczonego Królestwa, że będzie miało niedługo nowego premiera” – napisał na Twitterze. I pewnie ma na swój sposób rację: z następcą May, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa zostanie najbardziej „trumpoidalny” polityk Wielkiej Brytanii Boris Johnson, Biały Dom pewnie będzie rozumiał się lepiej. Bo liczyć na to, że Donald Trump zrozumie, że oto znalazł się w sytuacji takiej, jak Horodniczy z „Rewizora” Gogola, nie ma co.
Osobną sprawą pozostaje natomiast sam fakt pojawienia się przecieków, który w tym momencie wydaje się nieprzypadkowy. Bez wątpienia Jeremy Hunt ma w tej sprawie rację, że korespondencja dyplomatyczna musi być rzetelna, ale też warunkiem tej rzetelności jest jej tajność i fakt, że trafi wyłącznie do osób, dla których jest przeznaczona. Jeżeli na łączach pomiędzy jedną z najważniejszych brytyjskich placówek a Foreign Office korespondencja może wyciekać, jest to sygnał złego funkcjonowania służby zagranicznej Jej Królewskiej Mości, bo takie sytuacje nie mają prawa się zdarzać.
Dodać trzeba także, że to już kolejny przypadek, że tajne informacje wyciekają z brytyjskich urzędów. Dwa miesiące temu ze stanowiskiem musiał się pożegnać brytyjski minister obrony Gavin Williamson, obciążony za wydostanie się treści tajnych rozmów na temat chińskiego koncernu Huawei, zaś kilka dni temu na wysypisku śmieci znalezione zostały całe serie dokumentów z laboratorium Porton Down, znanego choćby z ekspertyz w sprawie zamachu na rosyjskiego podwójnego agenta Siergieja Skripala i jego córkę.

Niedobry piesek

Andrzej „Adrianem” po raz kolejny.

Tak spektakularnej klęski, jaką była ostatnia wizyta w Waszyngtonie, prezydent Duda chyba wcześniej nie poniósł. Nie dość, że Donald Trump nie raczył go nawet przyjąć w Waszyngtonie, to gest ten – a raczej brak gestu – świadczy wręcz o celowym upokorzeniu polskiego prezydenta. Jak słusznie zauważył red. Paweł Wroński z Gazety Wyborczej, fakt wcześniejszego przyjęcia w Białym Domu przywódców Litwy, Łotwy i Estonii z okazji 100-lecia suwerennej państwowości tych krajów, w określonym świetle stawia ostentacyjne zlekceważenie przyjazdu Dudy. Polskie stulecie będzie bez wątpienia okazją do tego, by naiwnym Polakom jednoznacznie przypomnieć, jaki rzeczywiście charakter mają ich relacje z Ameryką. A jest to relacja bezwzględnego posłuszeństwa kapryśnemu panu, który z łaszącym się u jego stóp bieda-imperialistycznym pieskiem może zrobić dosłownie cokolwiek, również skopać go dla przykładu. Tak się zwyczajnie sprawy mają w prestiżowym kojcu, na którym zamiast tabliczki “złe psy” postanowiono wywiesić “wolny świat”. Żadnych pozorów “symetrii”, żadnego “partnerstwa”, żadnego zniesienia wiz, żadnych złudzeń. Waruj, Adrian!
Ostatnia sytuacja jest oczywiście formą kary dla Dudy i całego zapatrzonego w Trumpa obozu rządzącego w Polsce. Powodem jest, rzecz jasna, horrendalna i szkodliwa ustawa o IPN. To żadna nowość, że dla waszyngtońskich lobbystów stanowi ona pretekst do wszczęcia alarmu w sprawie ich roszczeń do mienia słusznie uspołecznionego przez Polskę Ludową. Zżymając się na porażkę Dudy, należy jednocześnie oczekiwać, że politycy Prawa i Sprawiedliwość będą dalej bez żenady brnąć w poddańczą czołobitność wobec USA. Sam prezydent odegrał już swoją rolę w tej komedii, twierdząc, że nie spotkał się z Trumpem, bo nie miał takich planów, a jego wizyta miała charakter “jednostronny”. Widać, że Duda, świadom problemu, dusi w sobie rozpacz dziecka trzymanego w piwnicy i tłuczonego przez pijanego ojczyma, ale na pełną jej artykulację pozwolić sobie nie może. Dlatego używa odpowiednich słów w nieodpowiedni sposób: jednostronność, owszem, jest, ale zachodzi raczej w odwrotnym kierunku niż raczy sugerować lider “Polski wstającej z kolan”. To jeszcze pół biedy. Gorzej, że najprawdopodobniej sami “Polacy wstający z kolan”, którzy swego czasu tłumnie stawili się na nadęte przemówienie Trumpa w Warszawie i pieli potem z zachwytu, również nie dostrzegą problemu. Nie dostrzegą go ani dziś, ani jutro, ani nigdy – chyba że do czasu, gdy Blond Godzilla faktycznie zgotuje ludzkości wojnę światową – być może ostatnią – która pochłonie również frajerów paradujących nadwiślańskimi bulwarami w koszulkach z jankeską flagą.
Opozycja i “obrońcy demokracji” będą oczywiście punktować PiS za “kompromitację Polski w świecie” i “nadwyrężanie relacji sojuszniczych”. W tym też duchu wypowiada się Gazeta Wyborcza właśnie w osobie red. Wrońskiego. Strzela sobie jednak w stopę. Z jednej bowiem strony Wroński boleje nad tym, że powodem załamania relacji z USA jest wyrok, jaki PiS wydał na polską demokrację. Z drugiej zaś podkreśla, że klęska Dudy jest tym bardziej zawstydzająca, że przy okazji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ Trump podjął z honorami Nazarbajewa, prezydenta Kazachstanu. Wroński woli nie wspominać, że Nazarbajew to satrapa, przy którym Andrzej Duda to chodzące wcielenie demokracji, wolności obywatelskich i cnót wszelakich. Mijają lata, amerykański imperializm likwiduje na Bliskim Wschodzie kolejne kraje, natomiast do świadomości polskich liberałów nie przebijają się podstawowe fakty. W odczuciu czytelników Wyborczej Kazachstan to kraj kompletnie dziki, z którym nikt liczyć się nie powinien. Tymczasem Polscy oficjele zawsze będą stać na końcu kolejki do uściśnięcia dłoni lokatorowi Białego Domu, bo ten “dziki kraj” ma ropę i gaz. Dlatego zwłaszcza teraz, z racji kluczowej pozycji Kazachstanu w rejonie Morza Kaspijskiego Nazarbajew będzie dla USA nieoceniony w dalszej próbie sił z Iranem.
“Nasi” liberałowie nigdy nie przyznają, że przez ostatnie 30 lat to oni pletli powróz, na którym Trump wlecze dziś nasz kraj – na którym Clinton, Bush i Obama trzymali również ich samych. Nigdy nie mają skrupułów, by na sygnał dany przez Waszyngton powtarzać unisono wszystkie milion razy już wyśmiane brednie o demokracji, w imię której trzeba najeżdżać i bombardować. Bajka, jaką nam do znudzenia opowiadają po to, żeby między Odrą a Bugiem nieustannie podsycać płomień bezgranicznej wiary w zbawienny – nawet jeśli śmieszny i żałosny – sojusz z USA, opiera się wyłącznie na ich czczych fantazjach i myśleniu życzeniowym. Ciągle tylko “zachodnie wartości” i “wolny świat”, bezdyskusyjnie również “tradycja sojusznicza”… Wroński nie traci okazji, by podkreślić, że już od stu lat USA nie przestaje nas łaskawie dopieszczać, bo niepodległy byt Polska zawdzięcza deklaracji Wilsona z 1918 r.
Czy służalczość “obrońców demokracji” jest w jakikolwiek sposób inna, lepsza, bardziej oświecona niż czołobitność kaczystów? Sami dowodzą, że stanowią tylko lustrzane odbicie rodzimych konserwatystów, którymi tak gardzą. To zwykła kłótnia w rodzinie. Oba obozy wspólnie stanowią polską klasę rządzącą i wiedzą jedno: tak, uzbrojona po zęby Ameryka jest gwarantem istnienia Polski takiej, jaką mamy obecnie. Polski opartej na poddaństwie ekonomicznym mas, na cynizmie i zakłamaniu elit, plującym sloganem “wolności” w twarz ludziom, którzy na nich harują. Tak, USA zawsze będą gwarantem kapitalizmu.