Wesele 2.0

Dwa teksty na Facebooku. Elizy Michalik – dziennikarki Superstacji – i Łukasza Molla – lewicowego aktywisty. Skontrastowane. Mocne. O tym, gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie „latte”. A gdy czyta się je obok siebie, to „Wesele” staje przed oczami. I słowa Gospodarza brzmią gdzieś w tle: „Orły, kosy, szable, godła, pany, chłopy, chłopy, pany, cały świat zaczarowany”. Bo to cały czas o tym samym, choć ponad sto lat później, w innej formie i w innym medium. Tylko pewnie tylko konkluzja będzie podobna: „Ostał ci się ino sznur”.

 

Mam dość

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: „Jesteś dziennikarką i mieszkasz w Warszawie, nie znasz prawdziwego życia”. „Stać cię na latte, nie znasz prawdziwego życia”, „Chodzisz do fryzjera, na miłość boską, co ty wiesz o prawdziwym życiu?”, „Co wy w Krakowie, we Wrocławiu wiecie o prawdziwym życiu?”, „Jedźcie na prowincję, to zobaczycie prawdziwe życie”.
Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko na wsi, w biedzie czy braku wykształcenia i perspektyw, w wielodzietności, nałogach i posiadaniu paru stów miesięcznie na życie? (dla niepotrafiących czytać ze zrozumieniem: nie zrównuję tych rzeczy, po prostu wyliczam). Kto i kiedy uznał, że jeśli jesteś zdolną, utalentowaną, zaradną kobietą, fajnym, mądrym, zamożnym mężczyzną to twoje życie nie jest prawdziwe?
A jakie jest? Nieprawdziwe? Gorsze? Bo kto tak uznał? I dlaczego niby jego opinia ma mieć dla mnie wiążącą moc?
Mówi się tyle o jakiejś wydumanej pogardzie elit dla prostych ludzi – pogardzie, której ja nie widzę, bo znam wielu ludzi z „elit” którzy działają społecznie, pomagają biedniejszym od siebie,takim, których spotkało nieszczęście, choroba, czy wreszcie tym, co dostali od losu na starcie mniej szans.
I znam wielu mieszkańców owych wsi i małych miasteczek, którzy mają wszystko w nosie, biorą zasiłki , bo im się nie chce, oddają się piciu na umór lub zaleganiu całymi dniami przed głupimi serialami.
I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!
To nie elita gardzi zwykłym człowiekiem, ale zwykły człowiek gardzi elitą, nie szanuje jej, mówiąc „Ty nie znasz prawdziwego życia”.
Otóż każde życie jest prawdziwe i wartościowe i każde życie ocenia się po tym, co ktoś z nim zrobił.
Ja osobiście nigdy w życiu nie darzyłam nikogo szacunkiem z powodu funkcji, którą pełni: minister, bogaty przedsiębiorca, prezes, nauczyciel, sprzątaczka czy cieć – zawsze było mi wszystko jedno. Szanuję wyłącznie ludzi, a nie ich role społeczne czy sytuacje życiowe.
Zostałam dziennikarką, a moi znajomi są dziennikarzami, pisarzami, biznesmenami, prezesami, sportowcami i prawnikami i nie będę za to przepraszać. Korzyć się przed panią czy panem bezrobotnymi, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, za które oni są odpowiedzialni, to moja wina? Bo ja jestem utkana z innej materii, taka nieprawdziwa,a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?
Oni to dopiero, w przeciwieństwie do nas, ludzi nieprawdziwych, ludzie z krwi i kości?
Bo każdy fajny, mądry, bystry człowiek sukcesu, jakiego znam powinien schować do kieszeni swoją pracę, talent, pracowitość, łut szczęścia, przyzwoitość, przyjaciół, pieniądze i swoje fajne, jak najbardziej prawdziwe życie, żeby oni nie poczuli się gorzej?
(Zresztą: kto powiedział, że mają gorzej?
Znam wielu nieszczęśliwych ludzi „sukcesu” z dużych miast i wielu zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi ze wsi i małych miasteczek).
Niczyje życie nie jest bardziej czy mniej prawdziwe. Każdy człowiek ma swoje. Prawdziwe jedno życie.
I nie życzę sobie tej obrzydliwej pogardy i braku szacunku jakim jest mówienie mi, że moje życie nie jest prawdziwe.
Zajmijcie się swoim.

PS. Na marginesie, to takie cholernie polskie. Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy wbrew niesprzyjającym okolicznościom wyszli z biedy, nałogów, upadku, wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko, ograniczonych perspektyw w których się urodzili, kręci się o nich filmy, pisze książki i podziwia. W Polsce hołubi się nędzę materialną, duchową i intelektualną, a zdolnych, mądrych, bogatych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe.

Eliza Michalik

 

Zostałem przegrywem

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: „Jesteś nikim i mieszkasz w Siemianowicach Śląskich, nie znasz prawdziwego życia”. „Nie stać cię na latte, nie znasz prawdziwego życia”, „Nie chodzisz do fryzjera, na miłość boską, co ty wiesz o prawdziwym życiu?”, „Co wy w Siemianowicach, w Zawierciu wiecie o prawdziwym życiu?”, „Jedźcie do stolicy, to zobaczycie prawdziwe życie”.
Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko w wielkim mieście, w bogactwie czy szerokich perspektywach, w byciu singlem bez nałogów i posiadaniu kilkunastu tysięcy miesięcznie na życie? (dla nie potrafiących czytać ze zrozumieniem: nie zrównuję tych rzeczy, po prostu wyliczam). Kto i kiedy uznał, że jeśli nie jesteś zdolną, utalentowaną, zaradną kobietą, fajnym, mądrym, zamożnym mężczyzną to twoje życie nie jest prawdziwe?
A jakie jest? Nieprawdziwe? Gorsze? Bo kto tak uznał? I dlaczego niby jego opinia ma mieć dla mnie wiążącą moc?
Mówi się tyle o jakiejś wydumanej pogardzie prostych ludzi dla elit _ pogardzie, której ja nie widzę, bo znam wielu ludzi z „prostego ludu” którzy czytają strony plotkarskie o gwiazdach, śledzą na Instagramie celebrytów, których spotkało szczęście, sława, czy wreszcie tych, co dostali od losu na starcie więcej szans.
I znam wielu mieszkańców wielkich miast, którzy mają wszystko w nosie, nie troszczą się o innych, bo im się nie chce, oddają się karierze lub trwonieniu całych dni na kosztowne hobby.
I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!
To nie zwykły człowiek gardzi elitą, ale elita gardzi zwykłym człowiekiem, nie szanuje go, mówiąc „Ty nie znasz prawdziwego życia”.
Otóż żadne życie nie jest prawdziwe i wartościowe i każde życie ocenia się po tym, jak zostało zmarnowane.
Ja osobiście nigdy w życiu nie darzyłem nikogo szacunkiem z powodu tego, jaki ma charakter: miły, uczynny, sprawiedliwy, prawy, egoistyczny czy głupi – zawsze było mi wszystko jedno. Nie oceniam ludzi, a wyłącznie przyjmowane role społeczne, które pozwalają im prowadzić walkę klas.
Zostałem przegrywem, a moi znajomi są prekariuszami, korposzczurami, emigrantami, bezrobotnymi, alkoholikami i neurotykami i nie będę za to przepraszać. Korzyć się przed panią czy panem występującymi w mediach, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, które im się udało, to tylko ich zasługa? Bo ja jestem utkany z innej materii, taki nieprawdziwy, a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?
Oni to dopiero, w przeciwieństwie do nas, ludzi nieprawdziwych, ludzie z krwi i kości?
Bo każdy beznadziejny, nieporadny, nierozgarnięty człowiek-porażka, jakiego znam powinien zaakceptować swoją pracę, brak talentu, nawyki, pecha, nieprzyzwoitość, brak przyjaciół, pieniędzy i swoje niefajne, jak najbardziej prawdziwe życie, żeby oni poczuli się lepiej?
(Zresztą: kto powiedział, że oni czują się źle?
Znam wielu przeszczęśliwych ludzi „sukcesu” z dużych miast i niewielu zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi ze wsi i małych miasteczek).
Nie każde życie jest równie prawdziwe. Mało który człowiek ma prawdziwe życie. Prawdziwe jedno życie.
I nie życzę sobie tej obrzydliwej pogardy i braku szacunku jakim jest mówienie mi, że moje życie nie jest prawdziwe.
Zajmijcie się swoim.

PS. Na marginesie, to takie cholernie polskie. Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy przez niesprzyjające okoliczności ugrzęźli w biedzie, nałogach, upadku, nie wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko, ograniczonych perspektyw w których się urodzili, kręci się o nich filmy, pisze książki i współczuje. W Polsce hołubi się bogactwo materialne, duchowe i intelektualne, a niezdolnych, głupich, biednych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe.

Łukasz Moll

 

…a poza tym wszystko zawdzięczam sobie sam

W swoim pełnym żalu wpisie na Facebooku dziennikarka i feministka Eliza Michalik powtórzyła i wzmocniła myśl, którą tydzień temu wyraził na łamach strajk.eu Piotr Szumlewicz: oboje ubolewają nad faktem, że dominującą społeczną emocją stała się niechęć do elit.
„Dość już mam gadania, że nie znam prawdziwego życia” – zżyma się redaktorka „Szpil”. I udowadnia, że dziś premiuje się ubóstwo materialne idące w parze z duchowym, niezaradność, bierność, prowincjonalność. Odwraca strony medalu, pokazując ludzi sukcesu, zgnojonych przez nieudacznych, leniwych zawistników.
Rozumiem, co chcieli przekazać Michalik i Szumlewicz: pragnęli wyrazić sprzeciw wobec uznawania kapitału kulturowego i inteligenckich ciągot za wstydliwe i wobec krzywdzącego odrzucania pracy umysłowej jako niewartościowej. Jednak w moim odczuciu zupełnie zabrakło im argumentów, by swoje stanowisko uzasadnić, bądź też okazywały się one chybione i krążące jedynie wokół rzeczywistego problemu.
Pamiętacie serię memów powstałą na kanwie „Mama zapisała mnie na angielski, a znajoma mamy zaprosiła do Australii” (i nieśmiertelny refren: „…a poza tym wszystko zawdzięczam sobie sam”)? Zarówno Jan Śpiewak, jak i Patryk Jaki, konkurenci Rafała Trzaskowskiego w warszawskich wyborach, są „dobrze urodzeni”, mają inteligenckie korzenie. Pewnie też kiedyś widzieli na ulicy kogoś, kto skojarzył im się z postacią z obrazu Rembrandta czy powieści innego Tołstoja. Nikt nie ma, wbrew temu, co twierdzi Piotr Szumlewicz, pretensji do Trzaskowskiego, że zna nazwisko Edgara Morina, bo w dobrym tonie jest dzisiaj znać nie Morina, tylko pana Mietka spod bloku. Tylko że zupełnie nie o to chodzi.
Z wymienionej trójki kandydatów tylko Trzaskowski stwarza nieodparte wrażenie (poparte okropną pretensjonalnością, ale to temat na osobny tekst), jakby sobie ze swojego uprzywilejowania nie zdawał sprawy. Chcę wierzyć, że w głębi duszy kandydat PO wcale „nie czuje się lepszy” od swoich wyborców, ale faktem jest, że nie potrafi dostosować języka ani przekazu do rozmówcy i do spektrum jego problemów (tę umiejętność, czy raczej wyczucie, miał opanowane do perfekcji – i tego nie są w stanie mu odmówić nawet najbardziej zagorzali polityczni przeciwnicy – Donald Tusk). Mieszkańcy Warszawy nie chcą czytać rzewnych wspomnień o geniuszu prof. Geremka, chcą rzutkiego gospodarza, który rozładuje im korki w drodze do pracy i opiekuna, który nie pozwoli wyrzucać na bruk bezradnych lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Nie ma więc racji red. Szumlewicz, że jak czytasz po francusku w oryginale to niechybnie spalą cię na stosie. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Czytaj, ale stąpaj mimo wszystko po chodnikach, a nie po różowym obłoczku. A do metra wsiadaj trochę częściej niż w kampanii wyborczej, aby później reklamować to jako nie wiadomo jak cwany polityczny manewr. Powtórzę już któryś raz niegdysiejszą trafną refleksję Justyny Samolińskiej: „Joanna Erbel w 2014 sławetnym wywiadem w GW (o swojej poliamorii) wkurzyła wyborców nie z powodu ich pruderii, ale z powodu stworzenia wrażenia, że kandydatka na prezydentkę żyje w bajkowym uniwersum, które sama uznaje za codzienny standard”.
A redaktor Eliza Michalik? Z jej wpisu nie dowiadujemy się niczego o jej „punkcie wyjścia”. Nie wiemy, jaką drogę pokonała do miejsca, w którym znajduje się obecnie i w którym, jak można założyć, jest jej dziś dobrze. Jako argumentów używa fryzjera, latte i faktu osiedlenia się w metropolii – które stanowią przecież niezaprzeczalny arsenał wygodnego mieszczucha. Jeżeli miała to być opowieść o gospodarności, ciężkiej pracy, poświęceniu i determinacji w budowaniu sobie i bliskim po kawałku upragnionego małego raju (które są przecież cnotami) – to gdzieś się rozmyła.
Żyjemy w erze prekariatu. Pracownik najemny, zakredytowany na 30 lat, drży o swoje cztery ściany, które mogą odebrać mu z dnia na dzień, jeśli zachoruje lub jeśli zmieni się kurs waluty. Musi harować na swoje-nieswoje M2, podczas gdy deweloper, u którego zamieszkał, wydaje przez jeden dzień egzotycznych wakacji pięciokrotność jego czynszu. Ale prawda jest taka, że sama zdolność kredytowa w naszych realiach jest już przywilejem, podobnie jak możliwość nauki języków. Warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim zniknie się na dobre w swojej banieczce. Kluczem jest wdzięczność i odpracowanie swojego kawałka „Polish dream” na rzecz innych. Nikt nie hejtuje dziś inteligencji za inteligencję, tylko za „inteligenckość” rozumianą jako totalne odklejenie.
Bo tak, możliwość śnienia snu, piękniejszego i spokojniejszego od większości Polaków (choć naturalnie ma i on swoją cenę), JEST przywilejem (znacie ten obrazek Toby’ego Morrisa?). I tak, prawdziwe życie jest właśnie na prowincji. Kiedy pracowałam jako kurator, nauczyłam się od swoich podopiecznych ważnej prawdy: że o tym, do jakiego punktu w życiu dojdziesz, decyduje cała masa przypadków. Twoja własna determinacja to tylko jedna z wielu zmiennych – też często uwarunkowana tym, kogo na swojej drodze spotkasz. Niektórzy do fryzjera i na latte mieli od zawsze wolny wstęp, inni musieli wyrąbywać sobie tam drogę maczetą. Być może red. Michalik była jedną z takich osób. Chętnie więc posłuchałabym krzepiącej historii.
Czy wobec tego należy zamknąć wszystkie siłownie, teatry, biblioteki, zakłady fryzjerskie czy kawiarnie na Placu Zbawiciela? Oczywiście, że nie. Ale, że pojadę, jak prawdziwy inteligent, klasykiem literatury, trzeba nieustannie pamiętać, by „znać proporcjum, mocium panie”.

Weronika Książek (strajk.eu)

 

Lufcik na teatr

Może to nie jest okno wystawowe polskiego teatru, ale na pewno lufcik na teatr dla stołecznych teatromanów. Nie wyjeżdżając z Warszawy, można zobaczyć na własne oczy, co nowego w polskich teatrach.

 

Zwłaszcza że kurator tegorocznych 38. Warszawskich Spotkań Teatralnych, Dorota Buchwald zadbała, aby do Warszawy przyjechały spektakle „najgłośniejsze”. Czasami w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo takiego poziomu głośności dźwięku jak w spektaklu „Lokis” chyba nigdy mury Teatru Narodowego nie słyszały. Widowisko Łukasza Twarkowskiego, przywiezione z Wilna (z tamtejszego Teatru Narodowego), narobiło sporo hałasu na Litwie nim zagościło jako swego rodzaju deser na WST. To już dobra tradycja Spotkań, że w miarę możliwości zapraszane są produkcje z polskim stemplem z krajów sąsiadujących, dość przypomnieć pokazywane w ubiegłych latach spektakle: „Plac Bohaterów” Thomasa Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy (także z Wilna) czy „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Witolda Gombrowicza w reżyserii Grzegorza Jarzyny (z Moskwy).

 

Co widać

przez lufcik WST? Przede wszystkim, że polski teatr ma się nie najgorzej – niezależnie od sezonowych utyskiwań i politycznych, czasem bardzo ostrych, sporów. Uderza bujna różnorodność propozycji, ucieczka od standaryzacji, wiele równoległych ścieżek poszukiwań, dzięki czemu teatr wymyka się monotonii czy jakiejś dominującej formie estetycznej. Mamy więc do czynienia z inscenizacjami klasyki („Wesele”), jej przetworzeniami („Hamlet”, „Lokis”), adaptacjami prozy („Murzyni we Florencji”), teatralizacjami scenariuszy filmowych („Sekretne życie Friedmanów”), specjalnie dla teatru tworzonymi scenariuszami („1946”, „K”, „Gdyby Pina nie paliła”). Wielka materii rozmaitość: od Szekspira i Wyspiańskiego po Vedranę Rudan i Pawła Demirskiego. Teatr próbuje stawiać diagnozy współczesnej Polsce, sięgając po klasykę („Wesele”) albo zmagając się z przyszłością („K.”). Nadal fascynuje się mrocznymi zakamarkami psychiki („Hamlet-komentarz”, „Sekretne życie Friedmanów”, „Lokis”), konfrontuje się z traumami, jakie niesie nieodległa historia („1946”, „Murzyni we Florencji”). Poszukuje odrębnej wyrazistej formy – ten przegląd był pokazem indywidualności twórczych, za każdym spektaklem stali artyści o swoim własnym, wyrazistym, budzącym emocje języku (Strzępka i Demirski, Bral, Klata, Tomaszewski, Twarkowski). O sile zaś ich propozycji, jak zwykle, decydowali aktorzy. Tu najwyraźniej królowali goście z Karkowa, we wszystkich trzech spektaklach („Wesele”, „Sekretne życie Friedmanów” i „Murzyni we Florencji”) pokazali klasę.

Nie zawiodła publiczność, która na większości spektakli pojawiła się w nadkompletach. O niektórych z nich, bo o wszystkich się nie da, spróbuję opowiedzieć.

 

Co tam panie w polityce?

Tym pytaniem z Wyspiańskiego, budzącym homerycki śmiech aktorów rozpoczyna się „Wesele” Jana Klaty, bez wątpienia najlepszego spektaklu 38. WST. Ten spektakl to już legenda. Obsypany nagrodami i pochwałami, ale przede wszystkim smutny dowód nas całkowitą nieprzystawalność osiągnięć i przegranej. Kiedy bowiem Jan Klata jako reżyser odchodzi do mistrzostwa, traci dyrekcję Starego Teatru. Jakie to typowo polskie.

Spektakl bardzo konsekwentnie zbudowany, w którym powstają wezwane przez black-metalową kapelę FURIA żywe trupy, drzemiące w zbiorowej podświadomości. Ożywają, ale nie mogą się uporać z wyzwaniami współczesności. Tak jak przed wiekiem z okładem okazywały bezradność wobec nieprzezwyciężalnych sprzeczności dzielących społeczeństwo, tak i dzisiaj okazują się tylko wspomnieniem tęsknot do jedności, wolności, niezależności.

Nic jednak z tych rojeń się nie rodzi, a do wspomnień dawnych podziałów wnikają silne akcenty współczesne. Najbardziej widać to w rozbudowanej partii Księdza (Bartosz Bielenia), granej sugestywnie przez młodego aktora, który próbuje łączyć oazowe tradycje z zachłannością kleru. Ostatnio partie Księdza bywają w inscenizacjach „Wesela” pomijane (jako rzekomo nieaktualne, ale to wykręt) – u Klaty przeciwnie: to on próbuje dyrygować tańcami w rytm piosnki „Chrześcijanin tańczy” i próbuje zaklajstrować to, co żadnym klajstrem pokryć się nie da.
Wiele w tym spektaklu rozwiązań zgoła rewolucyjnych, począwszy od scenografii i muzyki. Nie odnajdziemy tu chaty rozśpiewanej, ale jakiś prowizoryczny hangar obklejony czarną folią. Nie będzie też chochołów za oknem, ale wyschnięty kikut drzewa z pustą kapliczką, jakby bóg i święci opuścili to miejsce albo trwało jakieś boskie bezkrólewie; nie wiadomo jeszcze, kto zajmie miejsce w kapliczce. Nie ma też złotego rogu, Wernyhora przekazuje Gospodarzowi pusty woreczek foliowy i nie jest to wcale sztubacki żart. Będzie za to dwóch Jaśków, młody (Krystian Durman) i stary (Andrzej Kozak) i to do starego Jaśka, zmęczonego, bez sił i woli walki należeć będzie finał. Wcześniej swoje kulminacje będą mieli Gospodarz (Julian Chrząstowski) i Pan Młody (Radosław Krzyżowski).

Zasada „podwójności” pojawi się zresztą tutaj kilka razy. Radczyni i Klimina (świetne role Anny Dymnej i Elżbiety Karkoszki), choć trwające w wiecznym sporze, pojawiają się na scenie jako bez mała jedna postać, jak zrośnięte sprzecznościami bliźniaczki. Odbiciami samych siebie są rwące się do życia dziewczyny Zosia (Anna Radwan) i Haneczka (Ewa Kaim), a Nos i Dziennikarz tak się „zrośli”, że powstała z nich jedna spójna postać (Roman Gancarczyk). Wiele tu innych jeszcze zaskoczeń jak choćby Stańczyk upozowany na starego Fauna (Jan Peszek) czy zaawansowana ciąża Panny Młodej (Monika Frajczyk).

Przesłanie tego spektaklu rysuje się czytelnie, widowisko działa na zmysły, głośna i unerwiona muzyka aż zatyka – trudno słyszalne teksty Furii można raczej zobaczyć na elektronicznych wyświetlaczach niż usłyszeć. Oto dzisiejsza wersja historii wesołej, a ogromnie przez to smutnej, która po pokazie na WST większość widzów porwała do owacji na stojąco.

 

Nie porwała diagnoza

przyszłości słynącego z nieprzejednania duetu Strzępka&Demirski w spektaklu „K.” z Teatru Polskiego w Poznaniu. Miała to być prawdopodobnie ostra satyra na miałkość naszego życia politycznego z jego liderami i „odwiecznymi” rywalami, Tuskiem i Kaczyńskim jako frontmenami (jałowego) sporu. Twórcy przedstawienia nie wyszli jednak poza dość schematyczne konstatacje i poziom drugorzędnego kabaretu.

Jednym słowem prześlizgnęli się po wierzchu, tym razem tylko pozorując drapieżność (trochę nieczytelnych ryków po scenie, czerwonej farby i domniemany kanister z benzyną). Zarówno stereotypowe diagnozy i prognozy, jak i przeciętne wykonanie nie budzi entuzjazmu. Najwyraźniej autorów zadanie przerosło. Być może tak żywy komentarz do galopującej politycznej rzeczywistości z założenia skazany jest na porażkę. Cóż nam po „oczywistej oczywistości”? Tak czy owak, spektaklu nie ratują nawet najlepsze w tym przedstawieniu role Jacka Poniedziałka (Tusk) i Marcina Czernika (Kaczyński). Publiczność WST wyczuła to nieomylnie, kwitując spektakl wychłodzonymi oklaskami.

 

Poruszyły opowieści o przeszłości,

zarówno o kieleckim pogromie („1946”), jak i chorwackiej traumie po wojnie jugosłowiańskiej („Murzyni we Florencji”). Każda z nich w zupełnie innej tonacji.
„1946” z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak, reżyseria, światło: Remigiusz Brzyk) to ważne przedstawienie. Szlachetne w intencjach, przemyślane, silnie związane z teatrem kieleckim i Kielcami. Choć nie jest to teatr faktu, to jednak fragmenty spektaklu noszą taki charakter – zwłaszcza relacja ze szpitala, w którym ratowano ofiary, a częściej identyfikowano ciała pomordowanych Żydów.

Mocno się ten spektakl zaczyna, choć na pozór bardzo zwyczajne – od topografii miejsca, domu przy ul. Planty 7/9, gdzie dokonywano szaleńczych zbrodni. Domu, w którym ocaleni z wojny i okupacji Żydzi szykowali się od wyjazdu do Palestyny. Domu, w którym udzielano pomocy bezdomnym. Domu, w którym szukano porwanego rzekomo dziecka w nieistniejącej piwnicy. Bo ten dom nie miał podpiwniczenia. Rzeczowe informacje przewodnika, sytuacja typowa dla wycieczki, która odwiedza miejsce historyczne. Bez patosu, a jednak z coraz silniej ściśniętym gardłem.
W zupełnie innej tonacji zmierzyli się z przeszłością twórcy przedstawienia „Murzyni we Florencji”, Teatr Nowy Proxima w Krakowie (reż. Iwona Kempa), biorąc na warsztat błyskotliwą powieść Vedrany Rudan. To był spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snutą z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski), „obserwujących” świat z łona matki, zmienić w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami osobliwą parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.

Tak naprawdę „Murzyni we Florencji” to próba wyjaśnienia tego, co nadal wydaje się samym Chorwatom, a tym bardziej obserwatorom z zewnątrz, nie do wyjaśnienia: Jak mogło dojść do bratobójczej wojny jugosłowiańskiej, jak się z tego straszliwego doświadczenia wyzwolić? Jednak nie w taki sposób, żeby wyprzeć z pamięci niewygodną, uwierającą prawdę, ale próbować zrozumieć i wyciągnąć wnioski. Jak dalej żyć z tym garbem i jak ułożyć na nowo relacje między sobą i sąsiadami. Zaczynając od rodziny, tak gorzko doświadczonej, że trudno sobie wyobrazić jej zwycięstwo. Może i trudno, dopowiada autorka, ale przecież trzeba się starać. Innego wyjścia nie ma i dlatego teatr (z dobrym skutkiem) się stara.