Syzyfowe podpisy

Już nie wiem po raz który politycy lewicy z centrali wymyślają, poniekąd słuszny, ale z góry skazany na niepowodzenie, obywatelski projekt ustawy pod którym trzeba zebrać podpisy. Podpisy oczywiście muszą zebrać szeregowi członkowie partii lub jej sympatycy. Do tego dochodzi cykliczne zbieranie podpisów pod listami wyborczymi, które są konieczne do ich (list) rejestracji. W sumie głównym zajęciem członków partii na lewicy jest zbieranie podpisów. Przy czym dodam, że przed podjęciem decyzji o takim czy innym zbieraniu podpisów dołów partyjnych góra o zgodę nie pyta.
Ostatnio zbierane są podpisy pod projektem ustawy o świeckim państwie. Jest to pomysł Barbary Nowackiej, oczywiście z punktu widzenia lewicy słuszny i niestety nie mający szans na powodzenie. Wszystkie projekty obywatelskie, kierowane do sejmu głównie przez lewicę, ale nie tylko, rządząca większość szybko lokuje w koszu na śmieci. Tak jest za rządów PiS i tak było za rządów PO-PSL. Przypuszczam, że pomysłodawcy takich ustaw mają świadomość, że ich pomysł w praktyce jest nierealny, ale chcą zaistnieć w polityce. Na to zaistnienie potem pracują tysiące ludzi zbierających podpisy poparcia. Są oni w pełni świadomi, że na nic zda się ich praca. To rodzi frustracje i złość. Bo ile można zbierać podpisy, które potem okazują się makulaturą. Ale zaraz po jednej akcji inny lider czy mała grupka wymyśla kolejną akcję. Innym liderom nie wypada się wykręcać i zaprzęgają swój aktyw do następnej syzyfowej akcji. Tymczasem zbierający podpisy czują się jak wyrobnicy, co to nie potrafią myśleć. Taka mnogość akcji podpisowych zniechęca także podpisujących, którzy coraz mniej chętnie ujawniają swoje dane. Powinny być one, w myśl nowych przepisów, chronione, a w tym przypadku raczej nie są.
Wkrótce czeka nas kolejne zbieranie podpisów przed wyborami jesiennymi. Ale może w Warszawie powstanie jakiś nowy pomysł polityczny wymagający zebrania podpisów i aktyw ponownie zostanie zaprzęgnięty do zbiorki. Aż się w końcu ten aktyw zdenerwuje i pogoni wymyślaczy obywatelskich projektów z góry skazanych na niepowodzenie. Sądzę, że ostatnie wybory były też tego sygnałem.

Wyborcy wołają na puszczy

Jednym z bardziej istotnych problemów Polski czasu ,delikatnie mówiąc, transformacji jest brak społecznej legitymizacji dla zmian realizowanych przez kolejne rządy.

Co więcej politycy w niewielkim stopniu zabiegali o taką akceptację. Przez cały okres bardzo różnych rządów, tylko dwa z nich, z udziałem SLD zabiegały o społeczne poparcie. Można powiedzieć, że nie bardzo miały inne wyjście ale, tym niemniej zabiegały.
Chodzi oczywiście o dwa referenda. Pierwsze z 1997 roku w sprawie przyjęcia konstytucji, drugie w 2003 w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej. Co ciekawe przystąpienie do Unii Europejskiej cieszyło się o wiele większym poparciem niż nowa Konstytucja a i frekwencja wyborcza była nieco większa. W sprawie akcesu do Unii społeczeństwo było zgodne, wszystkie województwa głosowały za akcesją , tylko na poziomie powiatów zdarzały się przypadki odrzucenia akcesji , głównie w województwach lubelskim i podlaskim.
Konstytucja przyjęta była w bólach i ze znacznie większymi problemami. Przy frekwencji wynoszącej niecała 43 proc. za konstytucja opowiedziało się zaledwie 53 proc. głosujących. Czyli poparło ją aktywnie 22 proc. uprawnionych do głosowania. A przestrzega zapewne jeszcze mniej. W polskim społeczeństwie przestrzeganie prawa nigdy nie było przesadną cnotą nawet w najbardziej represyjnym okresie PRL – u. Społeczne przyzwolenie na omijanie prawa jest jednym ze źródeł sukcesów PiS.
Wyborcy z dzisiejszych województw Pomorskiego, Podlaskiego, Lubelskiego i Małopolskiego odrzucili Konstytucję w głosowaniu. Najsilniejsze poparcie dla konstytucji było w dzisiejszym zachodniopomorskim i lubuskim.
Może to kogoś dziwić ale to właśnie PiS jest partią, która najpełniej realizuje, nie tylko werbalnie, postulaty popularne w swoim elektoracie. Zarówno te światopoglądowe, jak i te dotyczące polityki społecznej i ustroju państwa.
Sporą spójność z poglądami sympatyków wydaje się mieć Wiosna, być może dlatego, że jeszcze długo pozostanie on zbiorem obietnic. Najmniej z opiniami wyborców, szczególnie w kwestiach światopoglądowych, liczy się Platforma Obywatelska. Kwestie te jednak , jak dotąd, nie były najbardziej istotne dla wyborów wobec innych kwestii, szczególnie ekonomicznych. Z tego powodu a także z braku innych alternatyw trwali przy PO.
Nomen omen nadejście Wiosny, tworzy alternatywę, dla najbardziej zniechęconych.
Powstanie Koalicji Europejskiej posłużyć ma przede wszystkim utrzymaniu wyborców, kuszonych premią za „jedność” i nadzieją pokonania PiS. Polskie społeczne centrum, przy pomocy, dosyć sprytnej taktyki, ma pozostać przy PO i dać jej możliwość objęcia władzy.
Ryzyko jest duże dlatego PO chce przetestować Koalicję przy wyborach Europejskich, których to, niestety prawie nikt w Polsce nie traktuje poważnie.
Obserwując sposób tworzenia list przez KO czyli Schetynę, i PiS czyli Kaczyński, można powiedzieć, że obaj demiurdzy stosują metody telewizyjne. W wypadku Schetyny to jest casting do tańca z gwiazdami, tylko bez tańców. Kaczyński preferuje coś na kształt salonu odrzuconych do krakowskiej Paki. A ni jedno ani drugie ugrupowanie nie przedstawiło żadnej koncepcji rozwoju Unii Europejskiej. Nie ma co się więc dziwić, jeśli po tych wyborach, pozycja Polski w Europie jeszcze się pogorszy.
Wyborcy staną przed nie lada dylematem. Albo bezmyślnie zaufają partyjnym szyldom, albo rozpaczliwie będą szukać na stosunkowo najmniej obrzydliwej liście, kogoś , kto choć trochę będzie wart ich głosu.
Niestety, wydaje się, że głosy lewicy we wszystkich wyborach 2019 roku nie będą miały istotnego znaczenia.
Mimo wszystko dalej uważam, że konkordat należy wypowiedzieć.

Szanowni Wyborcy, informuję, że…

Zwolennicy Koalicji Obywatelskiej montowanej przez Grzegorza Schetynę aktualnie lubią szantażować publicznie lewicowych polityków w Polsce. Wykreowaną przez siebie alternatywą.

Brzmi ona tak:

Albo politycy lewicy zapiszą się do Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny, albo startując osobno zostaną „pożytecznymi idiotami” prezesa Kaczyńskiego.
Bo przez taką odrębność doprowadzą PiS do władzy w samorządach.

Szantażując polityków lewicy dziwnym trafem zapominają:

  • Poinformować szanownych Wyborców, że mówią jedynie o koalicji w wyborach do sejmików wojewódzkich.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że w wyborach do wielu innych ciał samorządowych istnieją już koalicje PO i lewicy, także z SLD.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że były parlamentarny i obecny samorządowy koalicjant PO, czyli Polskie Stronnictwo Ludowe, w wyborach do sejmików wojewódzkich też startuje osobno. Pomimo tego zwolennicy koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny, nie szantażują publicznie PSL. Nie plugawią ich mianem „pożytecznych idiotów” pana prezesa Kaczyńskiego jak to czynią w przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że taka alternatywa traktuje szanownych Wyborców jak chłopów pańszczyźnianych przywiązanych do panów polityków.
    Bo przecież nie ma gwarancji, że po wykreowaniu mariażu Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny z Sojuszem Lewicy Demokratycznej na takie polityczne małżeństwo scalone jedynie „antyPiSem” zagłosują wszyscy dotychczasowi zwolennicy SLD i Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny.
    Bo przecież wielu szanownych Wyborców, zwolenników koalicji Grzegorza Schetyny, nie zechce poprzeć kandydatów sojuszu Włodzimierza Czarzastego i wielu szanownych Wyborców zwolenników SLD nie zechce poprzeć kandydatów koalicji Grzegorza Schetyny.
    Bo przecież w wyborach samorządowych poparcia ideowe i partyjne nie sumują się automatycznie.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że istnieją na naszej scenie politycznej jeszcze inne ugrupowania niż KO GS i SLD. Na przykład Kukiz’15, partia Wolność, mniejsi i więksi „narodowcy”, komitety lokalne. Chętni do powyborczych koalicji z PiS.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że wykreowana jedynie na „antyPiSie” Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny może po wyborach rozpaść się. I jej przyszli radni o poglądach konserwatywno-prawicowych, zniesmaczeni centro-liberalno-lewicowych kursem KO GS mogą opuścić KO GS i zasilić bliższy im ideowo PiS. Zwłaszcza, kiedy taki transfer polityczny pozwoli im utrzymać się przy władzy.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że taki szantaż polityczny może mieć ukryty cel. Już dzisiaj wskazać na winnego przyszłej porażki KO GS w wyborach samorządowych, czyli wskazać na Sojusz Lewicy Demokratycznej.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że tradycje obwiniania SLD za wszystko co w Polsce złe są w polskiej prawicy wyjątkowo silne. Zatem może i tym razem też się uda.

Rodzina prawem nie towarem

Słowa wiceministra Sobonia o bykowym doskonale oddają ducha, w jakim prawica fantazjuje o młodych bezdzietnych, ubierając ich w rurki i sadzając w drogich knajpach w centrach miast, gdzie zamiast zakładać podstawowe komórki społeczne i pomnażać kapitał ZUS, piją prosecco po nocy.

 

Tak w prawicowej wyobraźni funkcjonuje pojęcie „singla”.
Singiel ma przy tym obowiązkowo liberalne obyczajowo poglądy bądź deklaruje orientację seksualną inną niż heteronormatywna, co wprawdzie nie obliguje (jeszcze) władzy do podwyższenia mu podatków, ale już jak najbardziej do odmowy prawa do taniego państwowego lokum na wynajem.
Bo program Mieszkanie Plus ma być „przede wszystkim dla rodzin”, choć nie przypominam sobie takiego zastrzeżenia w troskliwych przemowach Beaty Szydło ani Mateusza Morawieckiego, kiedy pochylali się nad „dramatyczną sytuacją mieszkaniową młodych Polaków”. Jest w tym paradoks nad paradoksy, że rząd deklarujący się jako stricte socjalny, uzurpuje sobie prawo do przeprowadzania wśród potencjalnych najemców kapitalistycznych w swojej praktyce castingów z moralności – a według rządu moralnym jest akurat posiadanie obrączki na palcu i spłodzenie co najmniej dwójki dzieci do trzydziestki.
Droga władzo, bardzo się mylisz i wylewasz z kąpielą sporą część swoich wyborców, myśląc, że oto zrobisz pod górkę zamożnej młodzieży i „społecznym egoistom” z wielkich miast. Osobami samotnymi nie są tylko znienawidzone przez was lemingi. To również ludzie z prowincji lub ze wsi, żyjący za połowę minimalnej lub balansujący na granicy ubóstwa – tacy, z których komercyjne telewizje uczyniły sobie maskotki w programach takich jak „Chłopaki do wzięcia” czy „Rolnik szuka żony”. „Bykowe” uderzy w nich dziesięć razy bardziej niż w waszych hipsterów. Ci zresztą znajdą sobie opcję opt-out, chociażby wyjeżdżając z kraju. Biedniejsi zaś zostaną podwójnie ukarani. No chyba, że przyznacie im żony lub mężów z urzędu.
Hipsterska obsesja przesłania wam świat, na którym żyją również osoby owdowiałe, bezpłodne, albo takie, które nie powinny posiadać dzieci z powodów zdrowotnych. A także te, które pragną założyć rodziny, ale nie spotkały odpowiedniego partnera lub partnerki i jest to dla nich wystarczającym życiowym kłopotem. Ciekawi mnie też, jakie regulacje miałyby zostać wprowadzone w odniesieniu do ojców, którzy poszli w świat, porzucając swoje rodziny. Najpierw ściągniecie z nich alimenty czy bykowe?
Wreszcie, skoro samotność postrzegana jest jako „wybór określonego stylu życia” (o bykowym słyszeliśmy już kilkukrotnie od lat 90. – od konserwatywnego skrzydła AWS i PO aż po PiS) – to rozliczcie najpierw duchownych z ich wygodnickiego celibatu.
Wypowiedzi o bykowym na razie pozostają w sferze bajań, jednak spójność z postulatami Beaty Mazurek („trzeba sobie ustabilizować życie i mieć więcej dzieci, żeby na świadczenie się załapać”) czy Krystyny Pawłowicz (wyższe opłaty za rozwody) daje się zauważyć. Ale o ile 500+ jest marchewką na dzietność, to bykowe jest kijem, którym łatwo znokautować nawet potencjalny elektorat. Bo 4 mln samotnych ludzi żyjących w Polsce to niewiele mniej niż wszystkich, którzy w 2015 oddali głos na PiS.
Szczęśliwe i trwałe rodziny nie biorą się stąd, że ludzie wolą urodzić jedno czy dwoje, bo wyjdzie taniej niż płacić za bezdzietność. Dzieci nie powinny przychodzić na świat z troski o budżet, bo rodzicielstwo to odpowiedzialność, a nie wyjście awaryjne przed orwellowską polityką. Każda sytuacja, w której państwo narzuca jeden model życia wszystkim, prowadzi do dramatów. A jak prezesowi naliczą podatek, to partia pójdzie z torbami.

Jak wygrać wybory? Recenzja

Tym, którzy będą startować w wyborach samorządowych i parlamentarnych, dobrze by zrobiło, gdyby przeczytali wydaną niedawno książkę dr. Karola Zajdowskiego pt. „Marketing Produktu Politycznego. Analiza porównawcza”.

 

Mówiąc najkrócej i najprościej, książka ta jest poświęcona temu, jak skutecznie stworzyć markę, która będzie ceniona na rynku politycznym (a więc i wyborczym). Jest to praca naukowa, ale zarazem bliska życiu. Autor poddaje gruntownej analizie zjawisko marketingu politycznego, porównując je z marketingiem ekonomicznym, służącym promocji rozmaitych dóbr konsumpcyjnych – i wnikliwie odnosi się do tezy, przyjmującej, iż produkt polityczny jest podobny do produktu z rynku dóbr i usług.
W istocie, są znaczące podobieństwa – z jednej strony mamy sprzedawcę-producenta czy podmiot polityczny, z drugiej zaś nabywcę-konsumenta bądź wyborcę. Nie brak jednak i bardzo istotnych różnic, pokazanych przez autora. Przytoczmy choćby taką, że decyzję o zakupie można zmienić i wymienić produkt na lepszy lub kupić inny produkt. Natomiast po wyborach nie można już zmienić decyzji – i należy czekać do następnych wyborów.
Dr. Karol Zajdowski pokazuje, jakie zastosowanie ma marketing w polityce, co mogłoby dać wiele do myślenia organizatorom kampanii w czekającym nas dwuletnim maratonie wyborczym. Prezentuje „nabywców” produktu politycznego i czynniki wpływające na zachowanie wyborców. Omawia nowe wyzwania, przed jakimi stają „sprzedawcy” produktu politycznego. Pokazuje, jak kształtuje się i projektuje nowe produkty polityczne – tak aby były one jak najbardziej „strawne” dla wyborców – oraz co należy robić, aby ich „cykl życia” był możliwie długi. Wszystko to są środki zmierzające do celu, jakim jest stworzenie i utrzymanie silnej, wyróżniającej się marki politycznej.
Autor dowodzi, że nieco zużytą już markę polityczną można poddać skutecznemu rebrandingowi, choć nie jest to łatwe. I konkluduje: „Produkt polityczny jest w dużym stopniu podobny do produktu ekonomicznego, a w szczególności do niektórych typów produktów komercyjnych i pozakomercyjnych”.
Książka dr. Karola Zajdowskiego cieszy się rosnącym zainteresowaniem, na co wpływ ma nie tyle zbliżający się okres wyborczy, co trafność zawartych w niej twierdzeń – i zdobywa pozytywne oceny. Jak słusznie napisał np. prof. Jan Garlicki z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, autor podejmuje bardzo istotne i interesujące poznawczo zagadnienia dotyczące marketingu politycznego – i w udany sposób systematyzuje wiedzę na temat tej rozwijającej się dziedziny.

 

„Marketing Produktu Politycznego. Analiza porównawcza”. Dom Wydawniczy Elipsa, 353 strony).

Głos prawicy

Zła krew zalewa ludziom oczy

 

Wpolityce.pl zrobiło z Kornelem Morawieckim długi wywiad o tak zwanym życiu:

 

wPolityce.pl: Pan marszałek nie mógł wczoraj spokojnie opuścić Sejmu. Krzyczeli na pana protestujący m.in. Obywatele RP, a Marta Lempart ze Strajku Kobiet zastąpiła Panu drogę. Jak Pan odnosi się do tej sytuacji?

Kornel Morawiecki: Przykro mi jest i nawet trochę żal mi tych ludzi, że takie głupstwa robią. Takie zachowanie jest zupełnie niewłaściwe. Jak można blokować ulicę, żeby nie można było przejść? Tak nie wolno. Z drugiej strony też martwię się takim pobudzeniem emocji. To znaczy, że te nasze podziały przekraczają granicę zdrowego rozsądku.

 

Część tych osób krzyczała w Pana stronę: „będziesz siedział”.

Krzyczeć mogą, co chcą. Ale nie mogli mi przeszkadzać chodzić po Warszawie.

 

A jak Pan sądzi, za co zdaniem tych osób miałby Pan trafić do więzienia?

Nie wiem. Za to, że popieram reformę sądownictwa? Za to musiałbym siedzieć razem z ponad połową moich kolegów z sali sejmowej. Nie wiem, co ja takiego złego zrobiłem. Może chodzi o to, że mój syn jest premierem?

 

Niektórym wczoraj protestującym osobom udało się ostatecznie dostać na teren Sejmu. Wśród nich znalazł się m.in. lider Obywateli RP, którego posłanka Joanna Schmidt przewiozła w bagażniku swojego samochodu. Czy takie zachowanie Pana zdaniem przystoi posłance na Sejm RP?

Niemożliwe. W bagażniku? To głupota, tak nie można robić. Zła krew zalewa ludziom oczy i tym się bardzo martwię.

 

Dziś Sejm zajmuje się nowelizacją ustawy o prokuraturze, która ma m.in. pozwolić na wybór I prezesa SN mniejszą liczbą sędziów Sądu Najwyższego. To Pana zdaniem dobry pomysł?

Nie jestem prawnikiem, nie chcę się zatem wypowiadać nad szczegółami ustawy. Natomiast jeśli jest taka sytuacja, że pani I prezes SN ma pozycję dwuznaczną, bo z jednej strony konstytucja gwarantuje jej 6-letnią kadencję, a z drugiej strony pisze w tej samej konstytucji, że ustawą zmienia się wiek emerytalny sędziów i jak ona przeszła w stan spoczynku to przecież nie jest sensowne, żeby ona była dalej I prezesem SN. Jeżeli się przedłuża ten stan takiego paraliżu wysokiego organu, jakim jest Sąd Najwyższy, to próby żeby to skrócić są oczywiście właściwe. Znowu się martwię tym, żeby to nie wywołało furii tych rodaków, którzy mnie wczoraj zatrzymywali.