Wiara czyni bankruta

Czy statystycznego Polaka stać na to, żeby być prawdziwym katolikiem?

Przyjmując statystycznie, że własnymi, zarobionymi przez siebie – a nie rodziców – pieniędzmi zaczynamy się posługiwać ok. 25 roku bytowania na tym łez padole i pociągniemy do 80-tki, to na same msze osobnik wyznający rzymskie credo puści mnóstwo złotówek.

Taca

Niedzielnych sum jest w roku 52. Do tego dochodzą święta, które katolik musi celebrować bytnością w kościele. Niektóre pokrywają się z niedzielami, niektóre nie. W sumie do cotygodniowych wizyt w kościele dodać należy uśrednione 8 kolejnych. Gdyby wierny był sam to nie wypada mu rzucić na tacę mniej niż piątaka. Rocznie robi się z tego 300 zł. Przy 55 latach katolikowania daje to kwotę 16 500 złotych.

Obowiązkiem katolika jest jednak płodzenie i wciąganie w katolicyzm nowych pokoleń. Statystyka pokazuje, że gdy katoliczka zacznie rodzić mając 25 lat, to do klimakterium – przestrzegając prawa kościelnego – powinna wypuścić z macicy dziesięcioro nowych wyznawców.
Niektórym jednak niebo odmawia tej łaski, stąd statystycznie należy przyjąć, że wyznawczyni kultu maryjnego zalicza 7 udanych porodów. Coświąteczne bieganie do kościoła nie zwalnia jednak katolika z myślenia. Dlatego wyjście rodzinne nie powoduje, że każdy członek rodziny rzuca na tacę 5 złotych. Standardem przy wyjściu rodzinnym jest 20 zł. Gdyby zatem podzielić je na tatusia z progeniturą i mamusię z progeniturą, to wyjdzie, że dzieci przez 20 lat chodzenia z rodzicem do kościoła spowodują wydatek jedynie 6 000 zł.

W sumie msze, w wersji oszczędnej, wyciągną z pojedynczej katolickiej kieszeni w ciągu całego żywota łącznie 22 500 złotych.

I na dzieci

Drobny fakt statystycznego rozmnażania się w siódmosób, niesie kolejne wydatki. Jeśli wszystkie uczone gremia wyliczyły, że pojedyncze dziecko karmione, ubierane i doposażane do 18-ki, przyprawia rodziców o wydatek rzędu 200 tys, to hurtowo rozmnażający się katolik jest w stanie ten koszt zbić do 120 tys. na jedno dziecko.

Tyle, że dzieciak będzie statystycznie na garnuszku rodziców przez kolejne 7 lat. I nie ma boskiej siły, by nie kosztował starych, kolejnych 50 tysięcy.
Stosowanie się do kościelnej zasady niestosowania antykoncepcji powoduje, że katolik musi wydać po 85 tys zł na dzieciaka. Bo wszak rodziców jest dwoje. Przy siódemce daje to kwotę 595 tys złotych na każdego z małżonków.

Wyliczenia te jednak nie zawierają jednak etosu katolickiego. Ten zaś nakazuje by dzieciaki najpierw doprowadzić do chrzcielnicy. Przy dobrym targowaniu się z parafią chrzest można mieć za 300 zł. Do tego ubranko do chrztu za stówę i drobne przyjęcie dla średnio 15 członków katolickiej rodziny za 80 zł od głowy. 1 600 zł za pokropioną główkę razy siedmioro, daje 5 600 zł na tatusia i tyleż samo na mamusię.

Katolickie dziecię trzeba katechizować. Książki i zeszytu do religii to 30 zł rocznie od dziecka. Dziecko katechizuje się przez 12 lat. Siedmioro wygeneruje koszty katolickiej edukacji do 1 260 zł na rodzica.

Po kilku latach mamy następne katolickie wydarzenie rodzinne czyli komunię. Książeczka, medalik, obrazek, alba albo inne wdzianko, buty, spodnie czy coś pod komunijne wdzianko, kwiaty do kościoła, sprzątanie kościoła – circa 400 zł. No i obowiązkowo knajpa dla przynajmniej 15 osób z full wypasem za stówę od gościa – 1500 zeta. Przy siedmiorgu potomstwa trzeba na to wysupłać przez każde z katolickich rodziców po 6 650 zł.
Najtaniej wychodzi bierzmowanie. Opędza się je jakimiś 150 zł na bierzmowanego. Siódemka dzielona na dwoje rodziców daje ledwie 525 zł.
Prawdziwy katolik powinien postarać się, by dziecko zmieniło stan cywilny. Koszty kwitów kościelnych, zapowiedzi i co łaska za ślub, to średnio 1 800 zł. Weselisko co najmniej 12 tys. zł. Regułą jest, że rodziny dzielą się kosztami po połowie. Tak czy inaczej, każde z katolickich rodziców na wydanie syna czy córki musi skombinować po 3 450 zeta. Siedmioro przychówku spowoduje, że zaślubiny wyssą z taty i mamy po 24 150 zł.
Katolik powinien wychowywać dzieci w duchu katolickim. To znaczy kazać im się mnożyć.

Gdyby każde z siódemki rozmnożyło się siedmiokrotnie, to katoliccy dziadkowie mieliby 49 katolickich wnucząt. A katolickim dziadkom i babciom nie wypada nie uczestniczyć w chrztach, komuniach i ślubach wnucząt. Nie wypada też, by na każdej z tych uroczystości nie zostawili przynajmniej tysiąca zł. Bycie katolickimi dziadkami kosztowałoby ich 147 000 zł.

Wieczne spoczywanie

Oprócz dzieci, statystyczny katolik ma ojca i matkę, których oprócz czczenia, musi jeszcze pochować. Cztery tysiące z ZUS ledwo starczą na formalności i skrzynkę z dębu. Resztę pieniędzy trzeba zorganizować samemu. Co łaska za pochówek od księdza to 1000 zł. Tatuś i mamusia powodują, że mnożymy to przez 2. Katolicki pochówek zatem zje 2 000 zł.
Nie godzi się jednak, by co roku w rocznicę śmierci, katolickie dziecię nie opłaciło mszy za duszę mamy i taty. Przez 25 lat od ich statystycznego zgonu oblig ten uszczupli katolicki portfel o 5 000 zł.

Jak się położy staruszków w jednej krypcie, to można zaoszczędzić. Opłacenie pojedynczego, katolickiego grobu na 40 lat to 2 400 zł.
Tyle, że katolickie dziecię musi przynajmniej 3 razy do roku biegać na grobowiec rodziców pucować go, umajać kwieciem i zapalać znicze. I niechby jednorazowo kwiaty i świeczki kosztowały tylko 30 zł, to przez 25 lat zrobi się z tego 2 250 zł.

Paciorek i przelew

Samo chodzenie do kościoła prawdziwemu katolikowi nie wystarczy. Wypada mu iść lub choć pojechać na pielgrzymkę. I to parę razy. Osiem pielgrzymek po tysiącu i robi się 8 000 zł.

Nie sposób uchylić się katolikowi od bycia chrzestnym lub chrzestną. A nie daj Bóg, być statystycznym chrzestnym trójki. Na chrzcie chrzestnemu nie wypada dać mniej niż tysiąc. Na komunii trzeba dać dwójkę. Na ślubie nie mniej niż 3 tysiące. W sumie potrójny chrzestny musi wydać 18 000 zł.

Co roku po Bożym Narodzeniu mieszkanie prawdziwego katolika nawiedza kolędujący ksiądz. Jeśli przyjąć, że od 30-go roku życia katolicka rodzina mieszka samodzielnie, to przez 50 statystycznych kolęd a’50 zł, każde z małżonków wyda na to po 1 250 zł.

Angażowanie się w życie parafii tudzież całego kościoła, to też katolicki oblig. Zrzutka na budowę nowej świątyni, jakiś ingres, obłuczyny czy jakoś tak, kwiaty na przystrojenie kościoła i tak dalej i tak dalej. W sumie bycie parafianinem to, po zryczałtowaniu, roczny wydatek około 100 złotych. Przez 55 lat robi się z tego 5 500 zł.

A gdzie prasa i inne katolickie media? Jeden tygodnik to minimum. Rocznie – 260 zł. Przez całe katolickie, dorosłe życie i podzieleniu tego na rodziców i współmałżonka wyjdzie 7 150 zł.

No i jakże tu odmówić datku na Radio Maryja lub TV Trwam? Stówa rocznie na ten szczytny katolicki cel to absolutne minimum. W sumie da to kolejne 5 500 zł.

Myślenie o przyszłości nie kończy się dla katolika wraz z odejściem do Pana. Katolik musi sobie jeszcze za życia postawić punkt przesiadkowy, będący zarazem miejscem, z którego najpierw obróci się w proch, a potem wstanie z martwych. Znaczy grobowiec. Jego budowa to 15 tys. zł. Ale ponieważ budują go mąż z żoną koszty dzielą się po połowie i wynoszą 7 500 zł na osobę.

Żeby zatem być prawdziwym katolikiem, należy się liczyć z wydaniem w ciągu całej swojej aktywności zawodowej i emerytalnej 856 735 zł na rzeczy, na które nie będąc katolikiem wydawać by się nie musiało. Gwoli ścisłości rachunkowej trzeba dodać, że katolik dostanie też swoje conieco na chrzcinach i weselach. Tyle, że kwotę tę zrównoważą wydatki na śluby i chrzciny dzieci, krewnych i wnucząt.

W tym czasie zaś, za ponad 850 tys. złotych, niekatoliccy rodzice zafundują statystycznym dwojgu dzieciom po wypasionym mieszkaniu.

Ignoranctwo ignorantów

Można być ignorantem, ale to ukrywać, żeby nie wyjść na tego, kim się jest, przed ludźmi. Można być ignorantem i się z tym obnosić, bo wydawać by się mogło, że lud ceni prostolinijność i szczerość przekazu. Można też być ignorantem, i nie wiedzieć, że się nim jest, bo ktoś z naszego ignoranctwa uczynił normę prawną, tym samym, dając na ignoranctwo przyzwolenie.

W tym ostatnim przypadku ignorancja wyniesiona zostaje, w majestacie prawa, do jego formalnej wykładni. Innymi słowy, niewiedza i jawny brak spójności w myśleniu, zostają przez Państwo uznane za pożądane, a to, co dotychczas było normą, na raz staje się karykaturą samej siebie. Prościej będzie na przykładzie. O ignorancji, która wynika z niewiedzy, ale na szczęście nie zmienia zbyt wiele w naszym postrzeganiu świata, oprócz postrzegania samego ignoranta.

Dochtór profesór Horban mówił niedawno, że nie rozumie tej całej ruchawki z otwieraniem siłowni, bo, jego zdaniem, można przecież z powodzeniem ćwiczyć sobie na powietrzu, a jak komuś mało, to niech sobie kupi hantle za parę groszy i pakuje w domu. I po krzyku. Powiedzieć mógł tak ignorant, który nigdy nie uczęszczał na siłownię, lub/i ma bardzo mało wspólnego z tężyzną fizyczna i o tej tężyzny dbanie. Powiedzieć tak mógł ignorant, który nie wie nic o tym, co ludzi, zwłaszcza w dużych miastach, ale nie tylko, trzyma z dala od nudy, co daje radość ale i pozwala znaleźć sposób na życie. To by się akurat zgadzało, bo profesór Horban nie najmłodszy. Na szczęście jego ignorancja względem siłowni i tego, czym dla ludzi są, nikomu strasznej krzywdy nie wyrządza. Jako rzekłem, świadczy raczej o nim samym, jako o ignorancie w temacie fitnessu, ale w końcu profesura nie daje wcale gwarancji nieomylności i nie czyni z człowieka omnibusa.

Jest u nas jednak dużo poważniejszy przykład ignorancji. Zapewne nie on jeden, ale o tym akurat co nie bądź wiem. Jest to ignorancja bardzo groźna dla szarego człowieka, bo na dzień dobry stawia go na przegranej pozycji w ewentualnej konfrontacji z piekielną maszyną państwa i fiskusa. Sprawa dotyczy artystów i ich sposobu wynagradzania. Rzecz jest o tyle ciekawa, że ciągnie się jak za nami jak smród od, co najmniej, kilku ładnych lat, a w tym roku nabrała przyspieszenia. Idzie o umowy o dzieło, za pomocą których ja i moi koledzy, rozliczani jesteśmy ze swojej pracy. Od 1 stycznia będzie trzeba w ZUS-ie rejestrować umowy o dzieło pod karą grzywny. Dotychczas nikt tego nie robił. Niepokój jednak w branży był, bo jakiś czas temu sąd w jednej ze spraw uznał, że artysta wykonujący partię solową bądź zespołową w zespole małym, średnim lub dużym, od duetu po orkiestrę symfoniczną, nie wykonuje dzieła, tylko zlecenie. Żeby mówić o dziele, trzeba móc udowodnić niepowtarzalny i oryginalny jego charakter. Jeśli ktoś wykonuje, solo lub w większej grupie coś, co już raz zostało wykonane, nie tworzy, a jedynie odtwarza. Jak kopista, malujący kopię obrazu. Mimo że tworzy, to tak naprawdę nie tworzy. A jak nie tworzy, w tym wypadku dzieła, nie płaci składek do ZUS, tak jak za zlecenie. Prawo co prawda nie działa wstecz, ale prawo skarbowe już tak. Można mu z tego tytułu, naliczyć zaległe składki od źle zinterpretowanych umów na pięć lat wstecz, skazując go, de facto, na bankructwo. Po co więc ZUS zaczyna zbiórkę informacji o umowach o dzieło właśnie w tym roku? Oficjalnie do celów statystycznych. Urzędnicy chcą się rzekomo dowiedzieć, ile jest takich umów w kraju, jakich gałęzi gospodarki dotyczą i jakie będą trendy zatrudnieniowe na lata następne. To oficjalnie. Nieoficjalnie wszyscy w środowisku wiedzą, że gamonie szukają kasy gdzie się da i zechcą się teraz dobrać do tyłka wszystkim niebieskim ptakom, którzy do tej pory nie odkładali na emerytury, bo w umowach o dzieło przewidziano tzw. uzysk. Dzięki temu, nic od nas do ZUS-u nie trafiało i mogliśmy zatrzymać w kieszeni więcej. Wszystko wskazuje na to, że przez ostatni już rok. Zaczęły się po kapelach przymiarki, w mojej zresztą też, żeby przechodzić na samozatrudnienie, bo to ułatwi rozliczenia i pozwoli uniknąć ryzyka wzięcia pod lupę przez ZUS. Oczywiście, większości z nas to nie po drodze, bo dodaje to nam niepotrzebnej nikomu roboty, a po wtóre, nie zależy nam szczególnie na obowiązkowym ubezpieczeniu itd. bo każdy ma rodzinę, która go bierze pod skrzydła socjalu albo rozlicza się ze współmałżonkiem, dzięki czemu parę groszy więcej zostaje w kieszeni. Kiedy zaczniemy być jednoosobowymi przedsiębiorstwami, trzeba będzie oddawać Państwu myta więcej i pamiętać o fakturach. Pamiętać też należy cały czas, że mogą nas prześwietlać pięć lat wstecz, żeby zbadać czy tworzyliśmy czy tylko odtwarzaliśmy.

Kto mógł wpaść na taki pomysł? Tylko ignorant, który nigdy nie był na koncercie i nie wie, o co chodzi w tej materii. Nie wie, że jak jedną orkiestra zadyryguje trzech różnych dyrygentów, to usłyszymy trzy różne koncerty, mimo że muzycy będą grali z takich samych nut. Na taki pomysł mógł wpaść tylko ignorant, dla którego liczy się zaspawanie dziury zusowskiej czym tylko się da. Nawet pieniędzmi wyciągniętymi od artystów, którzy zawsze klepali w Polsce biedę. I nie mam na myśli celebrytów, którzy mają się jak pączki w maśle i ta zmiana niewiele ich obejdzie. Mam na myśli całe rzesze normalsów, którzy żyją z miesiąca na miesiąc za to, co stworzą i odtworzą i nie myślą, że coś na emeryturze ich czeka, bo nie wierzą w żadne emerytury. O wolnych ludziach, którym rząd resztki wolności chce wydrzeć. Mało nas na tej ziemi umęczonej, coraz mniej.

Pracownik nie może być chory

Stres, obniżone pensje, opóźnienia w wypłatach, strach przed utratą zatrudnienia – tak wygląda rzeczywistość polskich pracowników podczas pandemicznego kryzysu. Przed tym szaleństwem coraz częściej uciekamy na zwolnienia lekarskie. Bardzo się to nie podoba przedsiębiorcom.

– Zawsze byłem uczciwym pracownikiem, jak było trzeba to i po godzinach zostawałam bez dodatkowych pieniędzy, ale odkąd mój szef zaczął nas straszyć zwolnieniami, bo firma zarabia mniej przez koronawirusa, nie wytrzymałem i poszedłem do psychiatry. Gdy opowiedziałem, jakiemu stresowi byłem poddawany przez ostatni miesiąc, bez problemu wypisał mi zwolnienie lekarskie. Straszenie przez szefa śni mi się po nocach, mam stany lękowe – to jedna z wielu opinii, wyrażona przez pracownika niewielkiej firmy. Podobnych relacji na grupach przeróżnych branż można znaleźć setki.

Pracodawcy uważają jednak, że to oni są stroną poszkodowaną. Powołują się na dane ZUS, które mówią, że choć największy wzrost liczby zwolnień miał miejsce w dwóch tygodniach marca od 9 do 15 i od 16 do 22 marca, kiedy do placówek w województwach wpływało ponad 30 tysięcy L4, to nadal osób udających się na zwolnienia jest sporo – od 12 tys. do 21 tys. zwolnień tygodniowo.

Właściciele firm wynoszą pojedyncze przypadki nadużyć, próbując im nadać status normy. Uważają, że aż jedna trzecia zwolnień nadaje się do zakwestionowania.

ZUS tonuje te nastroje. W rozmowie z Money.pl prezes ZUS, prof. Gertruda Uścińska, za okres pandemii zakwestionowane zostały na razie pojedyncze przypadki, ale kontrola cały czas trwa. „Przybywa nam jednak w ostatnim okresie zwolnień z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania, to czwarta przyczyna zwolnień. Być może sytuacja społeczna związana z pandemią oznacza, że zaburzenia mogą być. Patrzymy na to i analizujemy” – powiedziała prezes. To, że stan pandemicznej niepewności nie sprzyjają zdrowiu psychicznemu, potwierdziły już badania np. w Hiszpanii.