Obsrany ogródek człowieczeństwa

  • Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu – mówi pisarka Izabela Szolc w wywiadzie z Tomaszem Borowieckim.

Pewna recenzentka napisała o pierwszym tomie „Brudnej trylogii”- „Zemsta to za mało”, że „ta książka to za dużo”. Co ty na to?
Napisała też, że zareagowała na moją powieść jak na powieść Irvina Welsh’a „Trainspotting”. Uwierz, że jak to przeczytałam, to obiegłam swój czternastometrowy pokój, nucąc motyw z „Rydwanów Ognia” Vangelis. Wcześniej porównywano moje pisanie do Chucka Palahniuka, teraz Welsh…
Tak zaś generalnie jeśli recenzenci postanowili mi zafundować przejażdżkę na stercie gówna, jak nie przymierzając reymontowskiej Jagnie, to ja zamierzam umościć się na tym gównie jak Enzo Ferrari w Gestione Sportiva.
Drugi tom „Brudnej trylogii”- „Kara to nie wszystko” ma na okładce ostrzeżenie „Tylko dla dorosłych”…
A trzeci pewnie będzie zafoliowany. Ale tak naprawdę te książki nie negatywnych emocji dlatego, że są w nich sceny erotyczne i bluzgi. Tu już sobie nie żartujmy… Te książki mówią, że fotel, plazma, piwo z marketu i obsrany ogródek nie wystarczają do tego, aby poczuć się człowiekiem. Że za wszystko „daje się i odbiera” na Ziemi. Że życie może mieć rewelacyjne godziny i lepiej żeby tak było, bo na Niebo nikt się nie doczeka, niewiadomo ile czasu spędzałby pod krzyżem… Nie zdawałam sobie sprawy, że pisanie bez grama hipokryzji może ludzi tak zaboleć. Jak i nie zdawałam sobie sprawy, że jeszcze przed reformami edukacyjnymi znajomość literatury u niektórych czytelników trze mordą o beton. Zero pojęcia o tym co to jest stylizacja, antybohater, konstruowanie poprzez łamanie zasad chronologii i ostre cięcia w akcji. Null.
Naprawdę, nie zdawałam sobie sprawy jakie szkody poczyniła komercjalizacja powieści i uproszczenia w samych tekstach. Owszem pamiętam dawne rozmowy w niektórych wydawnictwach, „kuluarowe”: potrzebujemy literackiego hamburgera. Teraz sami pisarze chwalą się, że napisali „hamburgera”. A w kuluarach mówi się już: „jak pisać dla tych jamochłonów, żeby nakłady były wyższe”? Nigdy nie potraktowałabym żadnego czytelnika jak „jamochłona”, bo spaliłabym się ze wstydu, a przecież generalnie do wstydliwych nie należę. Ale papka dla mózgu, to nie jest mój problem. Ja stawiam sprawę jasno: serwuję Państwu anchois z lekkim posmakiem cipki.
Podobno to są książki pisane gniewem?
Bo i są. Ale tak naprawdę, kiedy się rozglądam- często bezradnie, często przerażona, nawet ja- to powoli zadaję sobie pytanie: „czy naprawdę mi warto ginąć za Gdańsk?” Z udzieleniem sobie samej odpowiedzi poczekam gdzieś do menopauzy. Czyli raczej wcześniej niż później.
Wydajesz się być strasznie trudnym człowiekiem…?
Nieprawda! Piszę trudne książki, więc muszę być łatwa. Dla równowagi.
Coś ty! Kłamię ci. Jestem cholernie trudna. Trudna, wkurzona i wkurzająca, to także. Ale jaka mam być jak żyje w świecie, w którym wciąż łapie się mustangi i przerabia na karmę dla psów? A przenosząc to na szersze pole, to prawdziwy problem zaczyna się, kiedy nie wiesz czy jesteś mustangiem czy psem. I która wersja jest bardziej przerażająca.
Zagraniczny czytelnik przyjmuje cię lepiej niż rodzimy?
Zagraniczny czytelnik- niemiecki i australijski- przyjmuje mnie doskonale! Miałam jedną zła recenzję z „Ein stiller Morder” i napisała ją… Polka. Inni rozpisywali się o „małym klejnocie z Warszawy”, „szwedzkim kryminalne napisanym po polsku” i przyrównywali moją robotę do pracy Sjowall & Wahloo. W Berlinie na spotkanie ze mną bilety były wyprzedane z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a i tak trzeba było dostawiać krzesła. Sterta książek zaś topniała w oczach… Żyję w dwóch światach i średnio mi się to podoba,
Zamierzasz wyjechać?
Jeśli już, kiedykolwiek, to ze względu na politykę, a nie na krytykę. Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu. Pisarze stracili swoją osobistą wolność, na rzecz popularności wśród czytelników, którzy oczekują, że będą głaskani, ale w gruncie rzeczy są dymani. Obie strony przegrywają. Ale gdyby policzyć: to ilu mamy pisarzy i ilu czytelników? Mało. A tych autorów komercyjnych? Garstkę. I ta garstka pojęła zasady. Chapeau bas!
Ale policjantów, prokuratorów, nauczycieli, lekarzy, wojskowych, dziennikarzy, polityków tych już jest znaczna ilość. Jeśli tylko ich część zacznie pląsać do Horst-Wessel-Lied, to mamy przejebane. I wtedy trzeba ściągać z szafy walizkę.
Ale nie wmówisz mi, że masz tylko złe recenzje w Polsce?
To ty zacząłeś od „złych” recenzji i poznałeś moje stanowisko na ten temat i temat rynku wydawniczego. Oczywiście, że są też dobre recenzje, które pokazują mi, że jeśli trafiłam na otwartego czy jak wolisz dojrzałego czytelnika (i nie chodzi mi tutaj o metrykę), to mogę przyjąć praca mi się udała. Ludzie z szerszymi horyzontami, wrażliwsi, a może po prostu twardsi czy wszystko razem do kupy, rozczytują tomy jako opowieść o głębokich traumach, społecznych uwikłaniach i mają świadomość, że wyciągam brudy, które tradycja nakazuje prać w domu. Dotykam rzeczy o których się nie mówi i nie pisze, dlatego doceniam odwagę takich recenzentek i recenzentów. Mam zwrotki informacyjne, że „Zemsta to za mało” krąży w grupach siostrzeńskich. Czytelniczki przekazują powieść szwagierkom, siostrom, kuzynkom, przyjaciółką, na zasadzie: myślę, że powinnaś to przeczytać.
Inną sprawą jest to, że jest to książka napisana przez kobietę. Już tłumaczę: spotkałam się z porównaniami, że ta książka przełamuje tabu, które dobrych kilka lat temu przełamał w Szwecji Stieg Larsson. Tyle, że i to też mi powiedziano, kiedy mężczyzna opisuje brutalny heteroseksualny gwałt, poniżenie i wykorzystanie seksualne, to czytelnik na dyskomfort, który mu się pojawia, może nakleić plaster z napisem licentia poetica. U mnie takiego plastra nie ma. Bo nie jestem mężczyzną.
Naprawdę jest tak trudno być teraz w Polsce kobietą?
Naprawdę. I wiem, że niektórzy Twoi czytelnicy się zjeżą czytając moją wypowiedź. Ale powiedz mi jak ja mam się czuć, kiedy docierają do mnie słowa ministra Czarnka o edukacji kobiet? Fakt, że jakiś czas temu Czarnek skomentował wypowiedź swojego doradcy Skrzydlewskiego, pozwól, że sięgnę do oryginału: „Pan profesor Skrzydlewski to wybitny filozof mówiący szczerą prawdę i jeśli ktoś się podśmiewa z tego, że dziewczęta powinny być wrażliwe na cnoty niewieście, to ja się zapytam: na jakie mają być wrażliwe? Na męskie? No, niektórzy mogliby chcieć takich rzeczy, ale my genderowcami nie jesteśmy.” To może należałoby przypomnieć „wybitnemu” ministrowi i równie „wybitnemu” filozofowi, że cnoty płci nie mają. A ja ani pokory, hojności, czystości, miłości, umiarkowania, cierpliwości, gorliwości i pracowitości nie widzę u tych panów. A co do cnót kardynalnych czyli roztropności, cierpliwości, umiarkowania i męstwa, to ja bym ich nie zobaczyła w tych gościach nawet jakbym uzbroiła oko w mikroskop elektronowy. Cnót teologalnych czyli – upraszczając – nadanych z mocy Boga, a nie wypracowanych nie będę się nawet doszukiwać, bo to by była piłka podkręcana, niech chłopcy mają fory… Tym razem.
Czego nowego dowiedziałaś się o mężczyznach, w trakcie pracy nad „Brudną trylogią”?
W trakcie pracy nad trylogią i przez ostatnie dwa lata z kawałkiem, które były dla mnie niezwykle trudne, przekonałam się, że w gruncie rzeczy mężczyźni są wobec siebie szczerzy. Nie ciesz się tak bardzo, powiem ci o jaki rodzaj szczerości mi chodzi… Otóż jak słyszę od mężczyzny, a jeszcze to jest jaskrawsze jak słyszę to od kilku mężczyzn, że pewien facet jest „chujem na kaczych łapach”, to mam pewność, że on tym chujem jest.
W pierwszym tomie piszesz o dzieciobójstwie, gwałtach i bezradności policji. W drugim o przemocy wobec kobiet, morderczej przemocy i korupcji w organach ścigania?
Tak. I bronię dzieciobójczyni. Bo system nie działa. I mówię czym jest gwałt dla kobiety. I piszę o notorycznym oskarżaniu ofiar. I o tym, że przemoc w Polsce na poziomie podstawowej grupy społecznej jaką stanowi tradycyjna rodzina jest tak silna, że wypieramy świadomość o tym zjawisku z gwałtowną brutalnością. Zmasowaną brutalnością skierowaną wobec ludzi, którzy chcą, a nawet jeśli nie chcą to muszą ją ujawnić.
A ty musiałaś ujawnić kiedyś przemoc, która dotknęła Ciebie?
Próbowałam, ale psu na budę mi to dało. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który ci mówi, że ponieważ jesteś biedna i z łódzkich Bałut, to nikt ci nie pomoże. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, którego produkowany w Luksemburgu film o niewolnictwie kobiet, dystrybuował w Polsce Caritas. Wreszcie nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który spaceruje po czerwonym dywanie polskiego festiwalu filmowego, promowanym przez prawicę i będącym pod patronatem Prezydenta Dudy.
Nie zagrywasz z facetem, który urodził się na innym kontynencie i obiecuje, że jak się zrobi gorąco, to po prostu z Polski zniknie. Wtedy co najwyżej pooglądasz go sobie u Jakimowicza i Ogórek… Nie zagrywasz z facetem, który z polskich facetów robi regularnych debili. I ich wykorzystuje bardziej niż kiedykolwiek wykorzystał mnie.
Vargas Llosa powiedział, że „pisarz jest wiecznym kontestatorem, bez względu na to, gdzie się znajdzie”… Zgadzasz się z tym?
Czyli nie gniew, a wieczne niezadowolenie? A jeśli tylko półgłówek może być wiecznie zadowolony? Czy w ogóle taki stan- mam na myśli zadowolenie, a nie debilizm- jest dostępny dla człowieka w dłuższym okresie czasu? Llosa napisał też taki esej „Literatura to ogień”. Póki nie palą ciałami pisarzy, aby ten ogień podtrzymać, a co najwyżej ktoś się podetrze zadrukowaną stronniczką w kiblu, to pewnie nie ma się co tak martwić. No, chyba, że szambo w końcu wybije, ale i wtedy i tak wielu, zbyt wielu odnajdzie w zapachu ekskrementów woń fiołków…
Pamiętasz monolog Rentona z „Trainspotting”?
„Sprzątam po sobie i w drogę. Wybieram życie. Nie mogę się już doczekać. Będę jak inni. Praca, rodzina, zajebista TV, pralka, samochód, kompakt, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i żarcie, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, garnitury, teleturnieje, niejadalne żarcie, dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienia podatkowe, pogodna starość i życie… aż do śmierci.” Ten monolog, to były lata 90 XX wieku. A gdyby tak się zastanowić, to gdzie jest teraz przeciętny, ugrzeczniony „renton”? Nie został tak trochę ograny? Bo ja widzę młodych „staruszków”, którzy do usranej śmierci będą spłacać kredyty. Ich córki, które nie mają dostępu do aborcji, za to zamula się je „cnotami niewieścimi” i infantylizuje ustawianymi burzami z celebrytami na Instagramie. Faworyzowanych, a mega sfrustrowanych synów, którzy za chwilę zażyczą sobie prawdziwych pistolecików zamiast plastikowych. Dorosłe kobiety, które uświadomiły sobie, że ekonomia seksualna ma jeden błąd: mąż bankomat, może mieć słabo z pewną wajchą, bo w końcu to nie jego sprawność podstawowa. A własnego szmalu nie ma, bo się nie odkładało, zresztą jak kiedy trzeba było pokazać „sukces” koleżankom. Bo sukces jest fajny, a siostrzeństwo niekoniecznie… Do tego marsz nowych wirusów i kryzys klimatyczny, który jak nas nie usmaży to nie utopi. A wcześniej wyprowadzi nas z UE, bo np. zabierz facetom ich stare samochody- śmierdziuchy i powiedz, żeby taką teslę lizali na obrazku po kołpakach, jak wcześniej na obrazku lizali Pamelkę Anderson po kopułkach, to oni pierwsi zagłosują za polexitem. I możesz mówić na mnie Kasandra. Tylko nie nadawaj mi pseudonimu Laokoon, bo, aż takich grubych węży to ja nie lubię.
Renton? Naprawdę? A może Róża Luksemburg, która o ile pamiętam mówiła, że wolność wyboru polega na tym, że można wybrać- inaczej. A może Maneskin z ich „Zitti e buoni”. Może nie czeka nas już dolce vita, ale możemy jeszcze zabrać ludzi, gdzieś gdzie nie brakuje powietrza?
I doceń to, że kończę optymistycznym akcentem, nawet jeśli zaczęłam tym, że „mnie głowa boli”.

IZABELA SZOLC – pisarka, tworzy historie od ponad dwudziestu pięciu lat. Zaczynała jako scenarzystka komiksowa, pisała opowiadania, powieści, a domknęła krąg opowieści scenariuszami filmowymi. Tłumaczona w Niemczech i Australii. Jej najbardziej cenioną przez krytyków powieścią jest „Żona rzeźnika” (2013), literacka biografia kanibala Karla Denke. Książka ta została nominowana do The ANGELUS Central European Literature Award. Cykl powieści policyjnych o Annie Hwierut doczekał się rzeszy fanów w Niemczech i rozpoczał serię tłumaczeń polskich pisarzy kryminalnych. O „Ein stiller Morder” wydanym przez Prospero Verlag (2012, wyd. polskie 2008 r.) krytycy pisali, że to „mały klejnot” i porównywali twórczość Szolc do duetu Sjowall & Wahloo. Inne jej ksiązki to m.in. „Naga”, „Ciotka Małych Dziewczynek”, „Siostry”, „Śmierć w hotelu Haffner”. Aktualnie pracuje nad „Brudną trylogią”, której tomy, to „powieści napisane gniewem”. Nakładem wydawnictwa Harde ukazały się dwa pierwsze tomy „Zemsta to za mało” i „Kara to nie wszystko”.

Z nami zgoda?

Najnowsza realizacja Zemsty Aleksandra Fredry w reżyserii Redbada Klynstry-Komarnickiego w Teatrze Telewizji została wyemitowana w kontekście osobliwym, stąd najwyraźniej mieszane uczucia, jakie wywołała wśród odbiorców, a zwłaszcza recenzentów.

Po pierwsze, konkurentem nie do pokonania stała się pandemia. Po wtóre, teatry zostały zamknięte, zostawiając wolne pole telewizji i internetowi. Po trzecie, ręka wyciągnięta do zgody w finale Fredry różnie może być odbierana: jako ironia, kpina albo szczera intencja.
Tak jak reakcje recenzentów. Jeden z nich napisał, że ta Zemsta jest jak telenowela, inny, że to niemal arcydzieło. Obaj przesadzili. Reżyserowi udało się jednak zaznaczyć własne spojrzenie na ten utwór Fredry, tyle razy poddawany próbie sceny, a w Teatrze TVP po raz szósty.
Po raz pierwszy wystawił „Zemstę” na małym ekranie Jerzy Kreczmar w roku 1960, rok później Adam Hanuszkiewicz, potem Jerzy Krasowski (1968) i Jan Świderski (1972). Po raz piąty reżyserowała „Zemstę” w Teatrze TVP Olga Lipińska z czołowymi aktorami krakowskimi: Jerzym Trelą (gwałtownik Rejent), Janem Nowickim (raptus Cześnik), Jerzym Bińczyckim (łagodności Dyndalski), Janem Peszkiem (Papkin – żołnierz samochwał), Anną Dymną (powabna Podstolina), Marią Peszek (Klara w okularach) i Szymonem Kuśmidrem (zdezorientowany Wacław). Po zamku pałętał się drób (kury, gęsi), rozzłoszczony Cześnik deptał jabłka i wypluwał (dosłownie) pierścień Podstoliny na wieść, że go zwiodła, Rejent milczkiem pokrzepiał się nalewką, z peruki Papkina wystawała słoma, Klara trzymała rękę (a ściślej oko i ucho) na pulsie, a piosnka „Ej. Kot, pani matko” stanowiła tło muzyczne całości. Rzecz kończyła się jednak zgodą wbrew tendencji przerabiania Zemsty na tragedię skłóconego narodu. Pięknie mówiony wiersz, żywe postaci dały spektakl, który uchodzi za wzorcową realizację telewizyjną fredrowskiej arcykomedii. Przedstawienie Klynstry nie zdetronizuje spektaklu Lipińskiej, choć warte jest uwagi ze względu na wspomnianą tendencję odnajdywania w Zemście tonów poważnych, nawet tragicznych. Taka była ostatnia „Zemsta” w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego, w której Anna Augustynowicz dostrzegła nuty dramatyczne, czyniąc z Papkina złamanego artystę, rozczarowanego rodakami. Stało się to jednak za cenę – jak zgodnie pisano – wyparowania komizmu.
Taki wizerunek Papkinowi nadał Roman Polański w wajdowskiej ekranizacji komedii. Ciekawe, że Rafał Zawierucha obsadzony w roli Papkina niedawno grał Polańskiego w filmie Tarantino („Pewnego razu w Hollywood”). Może to przypadek, ale jego Papkin dziedziczy pewne cechy portretu Polańskiego. To Papkin przygaszony, jego werwa jest pozorem, podszyta przepastnym wyczerpaniem – „lew Północy” wciąż zasypia, słania się ze zmęczenia, miewa męczące sny, jego zaloty do Klary wypadają dość niemrawo – nie dlatego, że Zawierucha nie potrafi wykrzesać dość energii, ale dlatego, że taki jest ten Papkin. Świat już dawno go rozczarował, żyje z przyzwyczajenia. Nawet swoją tyradę przeciw nikczemności ludzkiej, sławne słowa: „Każdy siebie ma na względzie./ A drugiego za narzędzie” wypowiada jak człowiek wyzbyty wszelkiej nadziei.
Wszystkiemu „winien” Stefan Jaracz, który dostrzegł w „Zemście” nie tylko barwy obraz przeszłości, pięknie namalowane postaci, kolorowy język, ale równie mocny komentarz przypisany nie tylko dawnemu światu, ale i współczesności. Tak zresztą rozumiał sens uprawiania w teatrze klasyki. „Na partyturze Fredrowskiej – mówił Jaracz w wywiadzie towarzyszącym premierze „Zemsty” w warszawskim Teatrze Ateneum (1930) – trzeba wygrać własne przeżycia, zaczerpnięte z życia. (…) Jeżeli naprawdę zasadnicze podłoże typowe i charakterystyczne Cześnika, Rejenta i Papkina okazałoby się niespotykane dzisiaj, to nie warto grać „Zemsty” – niechby spoczęła jakby szacowny antyk za szkłem. Ale bądźmy spokojni: spojrzenie na nasze życie polityczne uwidacznia, że są tam zawsze d w a czynne obozy, że zdarzają się spory o to, kto będzie mur naprawiał, no i o to, kto będzie possesionatus”.
W czasie prób „Zemsty” w Ateneum nasilała się konfrontacja Józefa Piłsudskiego z Sejmem, a cztery dni po premierze doszło do rozwiązania parlamentu, na początku września (w nocy z 9 na 10) aresztowano przywódców opozycji. Po słowach padających w finale – „Zgoda! Zgoda!” publiczność owacjami udzielała wsparcia zgodzie narodowej. To właśnie wtedy zauważono, że komedia Fredry, jak po latach napisze Zdzisław Pietrasik, jest utworem o podawaniu (lub niepodawaniu) ręki.
Do takiego czytania „Zemsty” nawiązał Kazimierz Dejmek w swojej inscenizacji w warszawskim Teatrze Polskim w okresie stanu wojennego (1983). W finale Bogdan Baer (Dyndalski) odczytywał ostatnie, słynne zdania komedii:
Tak jest, zgoda,
A Bóg wtedy rękę poda.
Ale nikt nikomu ręki nie podawał. W teatrze panowała cisza i wcale nie było do śmiechu „Wytrawny reżyser – komentował Zdzisław Pietrasik – oddał w tej jednej scenie nastrój panujący w kraju podzielonym po wprowadzeniu stanu wojennego. (…). Jak się okazało, Fredro w teatrze może nie tylko śmieszyć”.
Od tego czasu reżyserzy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, jak zakończyć spektakl – czy słowa Fredry odegrać „po bożemu”, czy szukać innego sposobu komentowania rzeczywistości. Sam Dejmek nie powtórzył już demonstracyjnego dystansu do „zgody” w swojej kolejnej „Zemście” w Polskim (1988), która utrzymywała się przez wiele sezonów, osiągając grubo ponad 200 spektakli. Również Andrzej Łapicki (1998), choć wystrzegał się apologii dawności i szlachty, nie uległ presji finału, ale skoncentrował się na stworzeniu malowniczej galerii postaci, o czym decydowała fenomenalna obsada: Ignacy Gogolewski jako zawzięty Rejent, Daniel Olbrychski w roli Cześnika i porywający Papkin Damiana Damięckiego.
Następna warta pamięci „Zemsta” Kilianów (Jarosław Kilian – reżyseria, Adam Kilian – scenografia) okazała się spektaklem pełnym energii, pisanym pismem wyzwolonego dziecka, z nieco łobuzerskim uśmiechem. Ale miała też wyraźnie współczesne akcenty, tu o inną zgodę chodziło. To nie przypadek, że Orkiestra Hrabiego Fredry, bo taką nazwę nosi kapela grająca kompozycje Grzegorza Turnaua (jej przewodnim motywem są takty arcypolskiego poloneza), to kapela żydowska w jarmułkach, a Papkin, wymieniając swych wierzycieli, wspomina, że są wielu wyznań. To była „Zemsta” po „Strachu” Jana Tomasza Grossa, która chciała ułatwić porozumienie między sąsiadami (pamiętacie film „Sąsiedzi”?).
I wreszcie „Zemsty” z ostatnich lat: Andrzej Rozhin, wystawiając komedię Fredry w Gorzowie Wielkopolskim (2008) przeniósł jej akcję do blokowiska. Rzecz ciekawa – tą „Zemstą” Andrzej Rozhin podjął rękawicę rzuconą przez Jana Klatę budzącym tak wiele kontrowersji „Fanta$ym” w Teatrze Wybrzeże (2005). Nastąpiło korespondencyjne spotkanie twórcy wyrosłego z niegdysiejszej awangardy i teatru studenckiego z twórcą należącym do nowego nurtu poszukiwań współczesnych środków wyrazu – Rozhin bez trudu wpisał się w nowe tendencje, aż trudno uwierzyć, że autorów tych dwu spektakli dzielą niemal dwa pokolenia. Obu zresztą dostało się od recenzentów za kalanie świętości i dorabianie klasykom nowych rysów. „Efekt okazał się wprawdzie całkiem niezły – marudził recenzent „Gazety Wyborczej” – ale… czy ten cały zabieg był w ogóle potrzebny?”.
Warszawskie spektakle wystawione kilka lat później, niemal równolegle w Teatrze Polskim w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego i Och-Teatrze w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza poszły inny torem, choć pewne parantele z Rozhinem dałoby się wyłowić. „Oba przedstawienia – pisał Jacek Wakar – łączy chyba tylko jedno. O finałowej zgodzie, która buduje, nie ma mowy”. W „Zemście” Śmigasiewicza celowo pojawiło się sporo anachronizmów i dysonansów – oto Dyndalski (Wojciech Pokora) paradował po scenie z radiem tranzystorowym, wysłuchując fragmentów „Pana Tadeusza” w wykonaniu Gustawa Holoubka. W Polskim też swawole: zaczyna się jak musical, cały zespół śpiewa piosenkę Piotra Rubika, znaną z filmu Andrzeja Wajdy, streszczając w parę minut fabułę „Zemsty”. Tańczy dyrektor Seweryn (Rejent), z beczki wystaje Olbrychski (Cześnik) z obnażonym torsem z tatuażem ryb niczym Tuhaj-bej… To jednak tylko żart na otwarcie. Potem Olbrychski niemal śpiewa tekst w rytmie mazura. Jasiński kończy spektakl ręką Cześnika wyciągniętą do zgody, której jednak zawiśnie w powietrzu. Rejent z raną w sercu wychodzi, a para młodych chyłkiem wymyka się z kuferkiem. Pewnie emigrują. Do zgody nie dochodzi też w Och-teatrze. Cóż, najwyraźniej czasy jej nie sprzyjają.
A co na to Redbad Klynstra? W jego spektaklu z pomocą przychodzą młodzi (Alicja Karluk i Marcin Stępniak). To pod ich presją dochodzi do uścisku dłoni na zgodę. Klynstra z młodymi wiąże nadzieję, którzy w jego spektaklu wypadli wiarygodnie, znacznie bardziej bystrzy niż widywało się to w wielu „Zemstach” i wcale nie tacy niewinni (zwłaszcza Wacław). Swoje zagrali też Cześnik (Michał Czernecki), Rejent (Grzegorz Mielczarek) i Podstolina (Ewa Bułhak). Dyskusyjny był Dyndalski – to nie wina wybornego aktora, jakim jest Mariusz Jakus, ale pomysłu reżysera, że nie jest on totumfackim Cześnika, ale nieledwie jego kompanem – w pierwszej scenie sprawia wrażenie pana domu. Nie pozwoliłbym też Podstolinie siadać na stole – to jakaś mania wielu reżyserów, szczególnie dziwna w spektaklach, które jako tako trzymają się realiów historycznych. Można by jeszcze to i owo wytknąć, ale spektakl całkiem nieźle się oglądało, a koncepcja przygaszonego Papkina wniosła nowe spojrzenie na tyle razy już interpretowaną „Zemstę”.