Techniczny teatr romantycznych maszyn Recenzja

W jednym ze swoich niezliczonych listów Zygmunt Krasiński opisując wrażenia ze zwiedzania okrętu, którym podróżował, wspomina o wizycie w maszynowni.

 

W kilku sugestywnych zdaniach poeta odmalował apokaliptyczny niemal obraz potwora-maszyny, jej poruszających się jak monstra tłoków. Krasiński pisze o tym z niemal zabobonną zgrozą, ale jest w tym też silny rys fascynacji czymś tak naówczas nowym jak rodząca się nowoczesna technika. Wspomnienie tego fragmentu odnowiło mi się przy lekturze wspaniałej pracy Wojciecha Tomasika „Romantycy i technika” poświęconej osobliwym korelacjom między dwoma, wydawałoby się, antagonistycznymi światami, światem romantycznego „czucia” i „zimnej” techniki. Antagonistycznymi jednak, jak się okazuje, z polskiej jedynie perspektywy. Polski romantyzm ma bowiem dominujący rys rustykalny, związany z naturą, ludowością, wsią, dworem szlacheckim. To w dużej mierze dziedzictwo Mickiewicza, z jego „Ballad i romansów” zrodzonych z dzikiej, naturalnej i „ciemnej” Litwy i Żmudzi, z „Pana Tadeusza” z jego wiejskim Soplicowem i z niezliczonych wierszy wielkich i pomniejszych romantyków opiewających miłość do „kochanki” pośród rozmarzającego krajobrazu.

Co prawda „Kordian” Słowackiego jest przykładem romantyzmu „miejskiego” (Warszawa, Londyn, Rzym jako miejsca akcji), ale i ten zaczyna się w szlacheckim dworku, opowieścią starego sługi na łonie przyrody. Tymczasem Wojciech Tomasik swoją opowieść o przygodzie romantyzmu z techniką zaczyna od opisu ekscytującej, teatralnej wręcz obecności nowinek technicznych w codzienności Warszawy Królestwa Polskiego tuż przed Powstaniem Listopadowym (1828) na podstawie źródła, jakim było dla niego pismo „Motyl” redagowane – nomen omen – przez młodego Włodzimierza Rafała Druckiego-Lubeckiego. Nawiasem mówiąc – nowinek technicznych pełniących w wtedy, w fazie prekursorskiej, prototypowej, rolę widowiskową, nieobecną jeszcze w codziennej praktyce, jak owe trzy pierwsze londyńskie latarnie jako sensacyjne nowinki czy dagerotypy czyli pierwsze fotografie (1839). Nawiasem mówiąc, szkoda że nieznany jest dagerotyp Słowackiego (tak jak zachował się dagerotyp Mickiewicza) i istnieją tylko malarskie wizerunki twórcy „Kordiana”.

I zaraz potem umożliwia nam autor towarzyszenie Juliuszowi Słowackiego podczas jego pobytu w Londynie i kolosalnemu wrażeniu, jakie młodziutki, przyszły Wieszcz doznał na widok tego wielkiego miasta, korony ówczesnej cywilizacji technicznej i cudu ówczesnej techniki inżynieryjnej – świeżo wybudowanego tunelu pod Tamizą. Zabawny ślad tego doświadczenia utrwalił się w jego poemacie dygresyjnym „Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu” („gdzie w oknach przez szyby, Anglikom się w twarze przypatrują ryby”) co by wskazywało, że składnikiem wystroju tunelu mogło być publiczne akwarium czy oceanarium na podobieństwo dziś nam znanych.

To, co wtedy zobaczył w Londynie Słowacki było dla niego spektaklem także dlatego, że było to całkowicie nowym, nie znanym mu wcześniej doznaniem wizualnym. Takiej cywilizacji po prostu poza Londynem w ówczesnym świecie nie było. Nawet Paryż był w porównaniu z tym ciągle jeszcze bardzo tradycyjnym miastem. Także jednak u mało mającego wspólnego z techniką „dzikiego Litwina” Mickiewicza, w „Dziadach cz. III” ona się pojawia się w roli elektrycznego zabójcy-pioruna, który przedarł się przez kordon „konduktorów” (czyli w dawnym nazewnictwie: piorunochronów). Tomasik zwraca uwagę na teatralny, „spektaklowy” charakter ówczesnych aktów technicznych, choćby na przykładzie obserwowanego przez tłumy wpływania do wiślanego portu statku parowego czy rozkoszowanie się pionierskimi wtedy ulicznymi iluminacjami Londynu. Pojawił się wtedy nawet gatunek muzyczny portretujący zjawiska techniki. Wyspecjalizował się w nim m.in. kompozytor Józef Stefani, który w 1840 skomponował muzykę zatytułowaną „Statek parowy”. Jego następcy komponowali utwory nawiązujące do coraz popularniejszych kolei żelaznych. Technika, pozornie tak odległa od kolorytu wyobraźni romantycznej w rzeczywistości dobrze z nią korelowała swoją spektakularną nowością, odmiennością od dotychczasowego świata, dynamiką poruszającą umysł i poszerzającą wyobraźnię.

W1837 roku „Gazeta Poranna” pisała tak: „Wynalazki naszego wieku tak jak cuda zdumiewają umysł. Machiny parowe, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, tunele, gazami oświetlone miasta, balony udoskonalone, cukier z kartofli zmieniają stosunki towarzyskie”. Natomiast w wydanym w 2012 roku studium „Romantyczna maszyna” (2012) Amerykanin John Tresch zauważył: „Chociaż romantyczni poeci i artyści zwykle przedstawiali sceny wiejskie i pastoralne, odludne klify, wzniosłe góry i wijące się rzeki, byli zanurzeni we współczesny rozwój polityki i nauki; większość swoich spraw załatwiali w mieście, zaś natura, którą opiewali, była od dawna zaludniona i ukształtowana przez ludzi”.

 

Wojciech Tomasik – „Romantycy i technika”, Wydawnictwo Instytutu badań Literackich, Warszawa 2017, Nowa Biblioteka Romantyczna pod red. Marii Zielińskiej, tom I (str. 344), tom II (str. 263), ISBN (całość) 978-83-65832-12-2.

Medialna strona romantyzmu Recenzja

Sam Joachim Lelewel, choć jest jedną z figur politycznego romantyzmu (w mickiewiczowskich „Dziadach” Doktor mówi do Nowosilcowa: „Jest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem”, a neoromantyk Wyspiański poświęcił mu dramat „Lelewel” oraz umieścił jego postać w „Nocy listopadowej”), to jako figura romantyczny nie był. Zatabaczony, przygarbiony profesor z kieszeniami pełnymi książek, broszur i gazet nie kojarzył się z romantycznymi herosami. Do tego, poza tym że był wielkim uczonym, polihistorem, był także bardzo aktywnym dziennikarzem i publicystą. Dziennikarstwo zaś, gazeciarstwo, jak czasem mawiano także zdawało się być na antypodach romantyzmu. Bo romantyzm to uniesienie, transgresja, szaleństwo, a dziennikarstwo, w swej roli fundamentalnej to przede wszystkim dziobanie w tworzywie przyziemności. A jednak w dobie romantyzmu dziennikarstwo spełniło także rolę membrany politycznych idei tego nurtu. Nawiązując do mickiewiczowskiego przeciwstawienia „skorupy” i „lawy” („Dziadów część III”) autorka antologii tekstów dziennikarskich Lelewela Danuta Zawadzka zwraca uwagę, że Lelewel-dziennikarz był nie tylko sejsmografem szlachetnej „lawy”, ale także jej wytwórcą. Lelewel był też animatorem „międzyzaborowych spotkań dziennikarskich” i to m.in. dzięki niemu dochodziło do wymiany myśli między dziennikarzami Galicji, zaboru rosyjskiego i pruskiego. W swej pasji dziennikarskiej Lelewel był też prekursorem w swoim zachęcaniu czytelników by sami chwytali za pióro, być może nawet prekursorem dzisiejszych mediów społecznościowych i dziennikarstwa interaktywnego, społecznego, pleniącego się dziś na potęgę. Był też prekursorem w swojej dbałości o „czytelnika pospolitego” czyli niewykształconego, bo później na szerszą skalę upomnieli się o niego dopiero pozytywiści. Zawsze jednak pozostawał Lelewel uczonym polihistorem z pasją upowszechniającym wiedzę o narodowej przeszłości wśród czytelników. Stąd w antologii prasowych artykułów Lelewela, od „Tygodnika Wileńskiego” począwszy (a pisał na łamach licznych tytułów) dominuje historia, od Chrobrego, Łokietka i Kopernika, poprzez Naruszewicza i do problematyki „Śpiewów historycznych” Niemcewicza. Są też teksty dziś historyczne, ale wtedy współcześnie publicystyczne o Powstaniu Listopadowym i różnych jego aspektach, także społecznych. Fascynująca lektura i przypomnienie, że będąc nie tylko uczonym czy artystą można być dumnym ze swoich antenatów. Można odczuć podobną satysfakcję, mając wśród historycznych kolegów-antenatów także Joachima Lelewela. Wyborna lektura.

 

Dorota Zawadzka – „Lelewel prasowy”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2018, str. 384, ISBN 978-83-65832-35-1.