Achillesowa pięta PiS

Żeby rozpętać największą aferę polityczno-erotyczną na prawicy od czasów agenta Tomka, po prostu trzeba być złotoustym. A Stanisław Pięta z bycia złotoustym mógłby już spokojnie bronić doktorat.

 

„Chciałbym przekazać dziecku te wartości, które rodzice mnie wpoili. Żeby dziecko było wychowane w duchu tradycji i szacunku do kultury. Żeby było przywiązane do świętej wiary rzymskokatolickiej, by starało się pomagać innym ludziom. Chciałbym, żeby moja córka doceniała za jakiś czas znaczenie, jakie niesie ze sobą wspólnota w każdym jej wymiarze. Kulturowa, narodowa, rodzina. To chcę żeby jakoś w niej zostało” – mówił z przekonaniem o swojej 8-letniej córce człowiek, który przed tygodniem został bohaterem romansowego skandalu.
Stanisław Pięta zwierzył się też Telewizji Republika, jak stara się wychować swoją Zosię na małą patriotkę: „Gdy idziemy na Wszystkich Świętych na groby, w Bielsku-Białej jest cmentarz przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie jest Pomnik Legionistów Piłsudskiego, więc poza grobami rodziny idziemy też tam. Wtedy jest czas i miejsce na opowieści. Dziecko samo pyta kto to był, czy ktoś dobry czy nie. Moje dziecko wie już, że komuniści byli niedobrzy”.
Ciekawe, czy Zosia wie już, że panowie, którzy zdradzają swoje żony, są jeszcze gorsi.

 

„Rozumiem Cię, Ty o nic nie martw się”

Romansem posła Pięty, aktywnego członka PiS od 2001 roku, żyją wszystkie media – od brukowych po opiniotwórcze. Meandrów znajomości z Izabelą Pek przytaczać na łamach Strajku.eu nie będziemy, dość powiedzieć, że konserwatywno-katolicka hipokryzja w szeregach partii rządzącej wylała się ze środka partii uszami (czy raczej piętami) i dotarła do samego prezesa, nadal przebywającego w szpitalu na Szaserów. To on podjął decyzję o zawieszeniu Pięty. Cios w samo serce zadała z drugiej strony oszukana kochanka, publikując fragmenty ich korespondencji – ujawniając przy okazji niezmierzone pokłady złotoustego potencjału.
Poseł Pięta miał bowiem nie tylko wyznawać miłość (bynajmniej nie bezwarunkową – agentka PO, FSB lub sekty kanibali-satanistów nie mogłaby zdobyć jego serca), ale też dzielił się ze swoją przyjaciółką „planem usunięcia zagrożenia terrorystycznego w Europie”.
Czy miłość i terroryzm idą razem w parze? Najwyraźniej, bo poseł w tym temacie złapał wiatr w żagle. Nie podejrzewał, że rozżalona Izabela podzieli się ze światem jego szeroko zakrojonymi strategiami. „Czy widzisz jakieś słabości mojego planu?” – prężył dumnie pierś w rozmowie z ukochaną. Tymczasem jego plan ratunkowy dla Europy i świata wyśmiał nawet na swoich łamach „Fakt”. Cóż poradzić, że cała koncepcja brzmi jakby była inspirowana kultową amerykańską kreskówką o Animaniakach, gdzie głównymi bohaterami są laboratoryjne myszki – Pinky i Mózg, które codziennie próbują znaleźć nowe sposoby, by przejąć władzę nad światem.
To wszystko – prawdopodobnie zupełnie na trzeźwo – pisał parlamentarzysta zasiadający w sejmowej komisji ds. służb specjalnych.

 

Miłe złego początki

A wszystko zaczęło się od tego, że poseł Pięta sprzedawał kiedyś „Wyborczą”. Przed 4 czerwca 1989 mocno agitował po stronie „Solidarności” – wystawał na ulicach rodzimego miasta – Bielska-Białej z naręczami „GW”. Ale szybko mu przeszło, zapragnął bowiem krwi komunistów. Zapisał się więc do Konfederacji Polski Niepodległej.
Z wykształcenia jest prawnikiem – studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Dziś odżegnuje się od medium Michnika: – Lewactwo z „Gazetą Wyborczą” na czele jest trwale skompromitowane, bez ducha, bez koncepcji politycznej. Nie musimy z nim walczyć, wystarczy, że śmiejemy się z niego. Cały projekt liberalno-lewicowej Europy drastycznie się kompromituje.
Ale wbrew buńczucznym deklaracjom na tym kryształowym życiorysie zaangażowanego bojownika widoczne są rysy… i to całkiem spore. Kiedy w 2016 podczas finału bielskich Debat Oksfordzkich, na których dyskutują uczniowie szkół średnich oraz studenci z Podbeskidzia, zaczął perorować o patriotyzmie i praworządności, jeden z uczniów LO im. Żeromskiego w Bielsku-Białej zastrzelił go pytaniem: „Czy według pana taki człowiek może być autorytetem moralnym i może mówić o obronie polskiego interesu i Polaków?” – i odczytał policyjną notatkę:
„W/wym. w dniu 6 czerwca 1988 r. z samochodu zaparkowanego m-ki Fiat 126p ukradł portmonetkę z zawartością 5500 złotych gotówki, dwie karty żywnościowe oraz kartę paliwową”.
Zgadnijcie, kogo dotyczyło zgłoszenie. Dodam tylko, że w internetowych komentarzach znaleźć można stwierdzenia, iż bohater notki przejawiał jeszcze wielokrotnie słabość do odbiorników radiowych pozostawianych w autach.
Ale to oczywiście wpisuje się w walkę z systemem. Walkę „prawie zbrojną”.
– Założyliśmy grupę, której nie podobał się ówczesny ustrój. Może to było naiwne i niemądre, ale postanowiliśmy przygotować się do jakiegoś zbrojnego powstania – wytłumaczył wścibskiemu licealiście poseł Pięta. I dodał, że wiele razy włamywali się z kolegami do zaparkowanych aut. Po co?
Ostrzegamy – plan ów zdaje się równie misterny, jak ten, który miał za zadanie wyeliminować terroryzm na świecie. Otóż za ukradzione podczas włamań pieniądze niedoszli powstańcy kupowali piwo. Następnie oddawali je żołnierzom. Ci w podzięce dawali chłopcom amunicję. Tylko cud boski sprawił, że przy takim poziomie mobilizacji Jaruzelski uniknął wprowadzenia stanu wojennego po raz drugi.

 

Pięty teoria wszystkiego

Pięta jest zwolennikiem gnata w każdym domu. W rodzinnym Bielsku-Białej tłumaczył nastolatkom, że mają prawo nosić broń, oraz że każdy Polak powinien nauczyć się strzelać, by umieć obronić swoją rodzinę w razie zalewu „islamską falą”. Podobne spotkanie z podobnym przekazem i udziałem Pięty zorganizowano w Łodygowicach koło Żywca (tydzień wcześniej w pobliskiej szkole muzycznej odmówiono wynajęcia sali na spotkanie z Henryką Krzywonos. Natomiast samorządowcy nie mieli nic przeciwko temu, by poseł PiS firmował sobą naukę strzelania).
Co ciekawe, dziennikarzom „SuperExpressu” utyskiwał w ubiegłym roku, że żona hetera nie pozwala mu kupić broni na własny użytek, ale łaskawy pan uznał, że mimo wszystko „rozwodu z tego nie będzie”.
Najwyraźniej, podobnie jak pan poseł – włodarze regionu też czują już na plecach oddech islamistów. Bo Stanisław Pięta, naczelny strateg IV RP, ma również w zanadrzu kolejny gotowy plan zwalczenia „islamskiej inwazji”:
– Jedyna droga to twarda reakcja karno-prawna, masowe deportacje muzułmanów do Afryki, wyburzenie meczetów i wzmocnienie służb specjalnych państw Europy Zachodniej. Europejczycy na Zachodzie muszą sobie uświadomić, że ideały, na których chcieli budować zjednoczoną Europę okazały się całkowitym niewypałem. Za promowanie tych idei, owych pseudowartości, życiem zapłacili niewinni ludzie w Paryżu, Brukseli, Nicei – także Polacy – przekonywał w rozmowie z Frondą.
– Rząd nie powinien ulegać żadnym szantażom. Nie powinien pod żadnym warunkiem godzić się na przyjęcie cudzoziemców wyznających islam. Natomiast powinien wzmocnić ABW i Straż Graniczną, celem przeciwdziałania penetracji Polski przez islamistów z Niemiec, Austrii oraz rzekomych uchodźców wysyłanych do Polski przez rosyjską FSB – twierdził, domagając się zburzenia wszystkich meczetów na terenie Polski.
Miał też gotową teorię na temat tego, dlaczego większość kościelnych hierarchów opowiada się za udzielaniem pomocy uchodźcom. Otóż dzieje się tak dlatego, że hierarchowie ci są wyborcami PO.
– Choćby nie wiem co powiedział ks. kardynał Nycz, nie wiem jak apelował arcybiskup Skworc czy ks. prymas Polak to wydaje mi się, że ich wpływ na decyzje rządu jest bardziej niż umiarkowany. Tak się akurat składa, że są to hierarchowie znani z ciepłego stosunku do Platformy Obywatelskiej, więc bądźmy szczerzy – czy wezwanie do przyjmowania imigrantów płynie z ust działaczy Nowoczesnej, Partii Razem, Platformy Obywatelskiej czy niektórych księży biskupów – rząd nie będzie brał tego rodzaju głosów pod uwagę – zapewniał, również w rozmowie z „Frondą”. – Musimy odrzucać idee neomarksizmu, chronić tradycję, nasze chrześcijańskie korzenie i troszczyć się o budowę mocnej wspólnoty narodowej i państwowej.
Nie tylko uchodźców i marksistów poseł Pięta nie lubi. Podobną niechęcią darzy również homoseksualistów. Kiedy w Ugandzie za stosunki homoseksualne zaczęło grozić dożywocie, napisał na Twitterze:
„Niby dzicy ludzie, a wiedzą, że nie należy obrażać praw natury. Byle tylko skazanych nie trzymali w celach wieloosobowych;)”
Do kolejnego grona osób zwalczanych przez złotoustego zaliczyć można także wszelkie grupy społeczne, którym przyjdzie na myśl protestować i domagać się czegokolwiek od władz IV RP.
Weźmy takich lekarzy rezydentów („Jeżeli uczciwie głodują, to schudną”).
Po przeanalizowaniu ostatnich wypowiedzi posła Piety, nie dziwi fakt, że prawicowe media doszukują się udziału niemieckich służb specjalnych w zainicjowaniu jego miesięcznicowego romansu z Izabelą Pek. Poseł Pięta przyzwyczaił nas już, że teorie spiskowe z udziałem wrażych państw (lub będącej na ich usługach opozycji) widzi absolutnie wszędzie.

 

Spiętalaj!

To on w 2015 zaraz po wyborczym zwycięstwie PiS straszył policjantów, strażaków i wojskowych zwolnieniami, jeśli wezmą udział w imprezie Owsiaka:
„Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby” – pisał na TT.
Swoją wypowiedzią zrobił jednak Owsiakowi reklamę tak skuteczną, że fundacja postanowiła przyznać mu nagrodę:
– Spytaliśmy naszych przyjaciół, jaką nagrodę możemy panu dać, bo to pan jeszcze bardziej rozsławił w tym roku Orkiestrę, polaryzując Polaków – ogłosił wdzięczny Owsiak na konferencji prasowej. – Oto pumeks. Bardzo piękny, zrobiony ręką artysty. Przekazuję go panu z uwagą, że także dla pana grała Orkiestra. O każdej porze dnia i nocy może pan liczyć na WOŚP, tylko niech pan nie straszy ludzi.
Ale niektóre akcje wyszły mu nawet nieźle. W zamierzchłych, pokrytych kurzem latach 90. Pięta zdołał wbić się na jedno z zamkniętych spotkań z Aleksandrem Kwaśniewskim, aby rozrzucić po sali ulotki z napisem „magister”.
Za to zupełnie nie po linii swojej partii wypowiadał się o exprezydencie USA. Nieżyjący już Artur Górski na mównicy sejmowej powoływał się na stanowisko kolegi Pięty, który rzekomo miał ogłosić: „Obama to nadchodząca katastrofa. To koniec cywilizacji białego człowieka!”.

 

Wolność kocham i rozumiem

Tak. Poseł Pięta to znany liberał obyczajowy i zwolennik niezaglądania bliźnim pod kołdrę. Nie od dziś. Naprawdę!
Kiedy w 2017 była żona innego rozmodlonego posła PiS Mariusza Kamińskiego (zostawił ją dla Ilony Klejnowskiej – pamiętnego Aniołka Kaczyńskiego…) ogłosiła obywatelski projekt „Ustawy wprowadzającej zaostrzony reżim moralny w parlamencie” – Pięta nie tylko nie był zainteresowany, ale wręcz głośno wyrażał swoją dezaprobatę. – Mam wątpliwości, czy to ma polityczny sens – mówił, dodając, że w parlamencie decydujące są kompetencje polityczne.

***

Całe szczęście, że rządzą nami ludzie tak wyrozumiali i pozbawieni uprzedzeń, a jednocześnie obdarzeni mocnym kręgosłupem moralnym. Nie jacyś prawicowi hipokryci.

Piętą jak ostrogą ugodzeni

Afera Stanisława Pięty spowodowała że obezwładniony stanem swojego zdrowia, uniemożliwiającym przeprowadzenie operacji kolana, rozwścieczony prezes PiS, wyrzuciwszy rzeczonego posła na zbity pysk z komisji śledczej Amber Gold i sejmowej Komisji d.s. Służb Specjalnych oraz zawiesiwszy jego członkostwo w partii zapowiedział powrót do kwestii dekoncentracji mediów czyli do walki z opozycyjnymi mediami, która miała być zarzucona.

 

Czy się ktoś tego spodziewał, czy nie, kwietniowo-majowy protest niepełnosprawnych i ich opiekunów wywołał emocjonalny rezonans, który objawił się wzmożonym napięciem na froncie walki politycznej. Język walki nigdy nie był tak ostry jak w tych dniach, nawet jeśli weźmie się pod uwagę to wszystko, co działo się w Polsce od jesieni 2015 roku. Sprawa pożaru domu posła Brejzy czy erupcja afery Pięty, zaostrzenie języka w zwalczających się stron w mediach, stan niepokoju i niepewności w obozie rządzącym, opór materii na jaki PiS napotyka w sądach (choćby niedawny wyrok podważający dekomunizację nazw ulic dokonaną przez wojewodę mazowieckiego czy pojawienie się właśnie najzupełniej już ostentacyjnej opozycji politycznej po stronie środowiska sędziowskiego w postaci koalicji o nazwie Komitet Obrony Sprawiedliwości), ale także na wielu innych dawno otwartych frontach – wszystko to, podgrzewane temperaturą wyjątkowo upalnej wiosny – doprowadziło nastrój na scenie politycznej do stanu paroksyzmu.

 

Efekt społecznego „zawstydzenia”

Jak na dłoni widać, że prawdziwie heroiczny – biorąc pod uwagę, to, przedstawiciele jakiej grupy społecznej się go podjęli – protest sejmowy wywołał syndrom poczucia winy i efekt zawstydzenia, ale nie po stronie władzy lecz po stronie najszerzej rozumianej opozycji. Można by go ująć tak: nie potrafiliśmy skutecznie wspomóc najsłabszych przeciw władzy, ale za to możemy władzy dokuczyć odwetowo i dać przegranym protestującym jakiś rodzaj satysfakcji, a niechby i takiej. Ów efekt zawstydzenia jest tym silniejszy, z im większą perfidią kierownictwo Sejmu nasilało, metodą salami, dokuczliwe szykany wobec protestujących. Sprawiło to, że psychospołeczne i polityczne reperkusje zawieszonego protestu okazały się być odroczone w czasie w mniejszym stopniu, niż można się było tego spodziewać. Protest niepełnosprawnych nie wywołał jeszcze co prawda owego kulminacyjnego „wstrząsu moralnego”, o którym pisałem na tych łamach jesienią zeszłego roku, ale może być pierwszym z jego składników. Aktualnym natomiast przejawem syndromu zawstydzenia może być podjęta we wtorek akcja strajkowa pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. Skoro bowiem przedstawiciele tak słabej materialnie i na poziomie prestiżu społecznego grupy jak niepełnosprawni wykazali odwagę cywilną i społeczną rzucając wyzwanie władzy, to dalsza bezczynność grup zawodowych i środowiskowych o takim, fragmentami nawet establishmentowym usytuowaniu na drabinie społecznej stratyfikacji, jak pracownicy nauki byłaby trudna do moralnej akceptacji i stawiałaby pod znakiem zapytania ich obywatelską rangę. Rzecz jasna, bezpośredni powód tego protestu, czyli sprzeciw wobec ustawy Gowina o szkolnictwie wyższym nie wystarczy do podtrzymania akcji i znalezienia dla niej społecznej sympatii. Jeśli strajkujący studenci i profesorowie chcą, aby ich protest zyskał choć minimalnie przyjazny rezonans społeczny, musi on mieć przynajmniej po części cechy protestu solidarnościowego. Inaczej zwiędnie, bo naukowcy protestujący w sprawach branżowych nie mają szans na wzbudzenie nawet promila tej społecznej sympatii, którą zebrali niepełnosprawni i ich rodzice. Jednakże, tak czy inaczej, protest środowiska uniwersyteckiego także musi wzbudzić niepokój władzy. Jeśli bowiem uwzględnić fakt, że na horyzoncie rysuje się protest środowisk nauczycielskich, to może być to odebrane, jako wstęp do szerszej akcji protestacyjnej środowisk inteligenckich i wysypania się worka z kolejnymi protestami i strajkami. PiS panicznie lęka się teraz epidemii protestów społecznych, która jest coraz bardziej realna, a właściwie nieuchronna.

 

PiS szykuje się przeciw opozycyjnym mediom

W szeroko komentowanym kilka miesięcy temu wywiadzie, jakiego prezes PiS udzielił „Gazecie Polskiej”, zapowiedział on, dokładnie w połowie kadencji obecnego parlamentu, że skończył się czas otwierania nowych frontów, a zaczął czas utrwalania zdobyczy i łagodzenia wizerunku PiS w obliczu kolejnej kampanii wyborczej. Skracanie frontu miało objąć także projekt tzw. dekoncentracji mediów i rezygnację z forsowania ustawy nakładającej kaganiec na opozycyjne media. Wycofanie się z konfliktu z amerykańską TVN było jednym z przejawów defensywnego kursu władzy w tej dziedzinie. Jednak ujawniona przez springerowski „Fakt” afera z romansem Pięty uświadomiła Kaczyńskiemu, że bez ukrócenia swobody medialnych oponentów, a zwłaszcza najpotężniejszych graczy, pod znakiem zapytania stanąć może nie tylko szansa na ponowne samodzielne rządy PiS, ale być może nawet wygrana wyborcza w ogóle, jeśli sumaryczny wynik przeciwników zrównoważy pierwszy nawet wynik partii rządzącej. Dynamika konfliktu politycznego jest bowiem tak wielka i naznaczona tak silną niestabilnością, że wiosenny spadek notowań PiS może powrócić ze zdwojoną siłą choćby w przyszłym roku wyborczym i utrzymać się do dnia elekcji. Ryzyko jest więc dla PiS ogromne. Na dodatek, w roku 2019, jedyny aktualnie potencjalny i realny, choć nielubiany przez prezesa i jego najwierniejszych akolitów kandydat PiS na prezydenta, czyli Andrzej Duda, może znaleźć się w kleszczach dwóch nieprzyjaznych mu politycznie rywali, jakimi obecnie zdają się rysować na horyzoncie Donald Tusk i Robert Biedroń i polec pokonanym przez antypisowskie pospolite ruszenie od Sasa do Lasa.

 

Dobra zmiana w „Polsacie”

Zanim jednak prezes da sygnał do boju, a stanie się to – jeśli się stanie – jesienią, w okresie kampanii samorządowej, PiS ma szansę na odwojowanie bardzo ważnego segmentu frontu medialnego. Na przełomie kwietnia i maja kierownictwo pionu informacyjnego i publicystycznego stacji telewizyjnej „Polsat” objęła znana z sympatii do PiS Dorota Gawryluk, nazywana nawet „Pisówą”. Oczekiwane z związku z tą nominacją zmiany powiązane zostały przez część komentatorów z kłopotami finansowymi imperium Zygmunta Solorza. Obserwacja treści publicystycznych „Polsatu” pokazuje, że co prawda Gawryluk jeszcze nie zdołała zauważalnie przestawić wajchy politycznej stacji na nowy propisowski kurs, ale już zdążyła dokonać czystek kadrowych, przynajmniej funkcjonalnych, a poza tym zapowiada, że „prawdziwe zmiany dopiero nastąpią” (czytaj: jesienią, gdy skończą się kontrakty grona istotnych dziennikarzy). Gawryluk szykuje miejsce między innymi dla wyraźnie propisowskiego dziennikarza TVN Bogdana Rymanowskiego, który ma dla „Polsatu” opuścić „Kawę na ławę” i stację w ogóle. Opanowanie „Polsatu” w połączeniu z ustawowym zakneblowaniem wielu ważnych mediów ma PiS-owi pomóc przełamać „imposybilizm” w mediach, zwłaszcza elektronicznych, tym bardziej, że prymitywna propaganda TVP może przestać wystarczać do mobilizacji elektoratu szerszego niż ten „żelazny”, zawsze wierny. Media opozycyjne czeka więc najprawdopodobniej ciężka walka o „być albo nie być”, a rzucona rok temu w eter, przed wakacjami 2017, przez Krystynę Pawłowicz i niezrealizowana dotąd groźba, że „po wakacjach zabierzemy się do was” może nabrać intensywnej aktualności po wakacjach 2018.

 

„Ostatnia walka Apacza”?

Przed udręczonymi szpitalną izolacją, chorobą i zmęczonymi walką oczyma prezesa PiS stanęła upiorna wizja powtórki z afery Anastazji P., która serią afer seksualnych z udziałem katolickich posłów jego partii, nieraz bardziej świątobliwych niż sam „judzący Staszek” Pięta, rozbije w perzynę budowlę wzniesioną jego – prezesa – krwawą pracą. Kaczyński już wie, że gdy kota nie ma, myszy harcują a jego partia, pozbawiona bezpośredniego dotknięcia jego czujnej ręki i monitoringu jego czujnych oczu, zaczyna się jawić jak zgromadzenie dzieci we mgle. Przynajmniej tak prezes zdaje się uważać, a to, co prezes mniema, jest nie mniej ważne, niż to, co dokonuje się w realu. Dlatego zamiast planowanej pół roku temu przedwyborczej „fajki pokoju”, wyda swoim oponentom i wrogom swoją ostatnią być może „walkę Apacza”.

Bohater naszych czasów

Poseł Stanisław Pięta to człowiek niewątpliwie wybitny inaczej, inteligentny inaczej, a ostatnie wypadki pokazują, że jest to nawet katolik inaczej.

Ówcześnie mało znanego posła wspominam jeszcze z tych czasów, gdy domagał się nacjonalizacji majątku Związku Nauczycielstwa Polskiego, a z senatorem Janem Filipem Libickim (który chyba już wtedy odszedł z PiS do Platformy Obywatelskiej) licytował się, który z nich przygotuje bardziej antypracowniczą ustawę o związkach zawodowych.
Potem poseł Pięta nie lubił – podobnie jak nauczycieli – kilku innych grup społecznych, m.in. lekarzy. Ostatnio domagał się siłowego wyrzucenia niepełnosprawnych i ich rodziców z Sejmu. Miał jeszcze kilka innych – łagodnie mówiąc – „wybitnych” wypowiedzi i działań.

 

Polityczny meteor

Poseł Pięta to aktywny prawicowy działacz polityczny na terenie Bielska-Białej. Jego kariera polityczna nie jest co prawda tak bogata jak europosła Ryszarda Czarneckiego czy prezesa TVP Jarosława Kurskiego, ale też zaliczył kilka partii – od początku lat 90. XX wieku Konfederację Polski Niepodległej, Ligę Republikańską, Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe i Przymierze Prawicy (a być może to nie wszystkie). Wydawał też pismo „Zakaz skrętu w lewo”. Do Prawa i Sprawiedliwości trafił dopiero w 2001 roku.
Dziwne jest, że PiS skierował tak niestabilnego i kontrowersyjnego człowieka do działalności sejmowej w komisjach raczej wymagających dużej odpowiedzialności, autorytetu i na pewno stabilności życiowej – bo przecież jego związek pozamałżeński stał się dobrą zabawą dla dziennikarzy, ale przecież mógł się stać przyczyną zwykłego szantażu czy to finansowego czy niestety politycznego.

 

Gdzie były służby?

A poseł Pięta z nadania PiS jest w obecnej kadencji Sejmu zastępcą przewodniczących: Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, Komisji Ustawodawczej. Niestety nie wiadomo po co jest również w tzw Komisji ds. Amber Gold oraz – a to już zupełna tragedia – Komisji ds. Służb Specjalnych.
W skład Komisji ds. Służb Specjalnych wszedł 13 kwietnia tego roku, czyli już w czasie kiedy bardzo się przyjaźnił z panią Joanną, o czym dziś donoszą media. A zatem członek najbardziej utajnionej komisji sejmowej, zajmującej się najważniejszymi sprawami bezpieczeństwa państwa, nadzorującej działania wszystkich polskich służb specjalnych, mógł zostać ofiarą zwykłego obyczajowego szantażu!
Z Komisji ds. Służb Specjalnych mogły wypłynąć niezwykle ważne dla bezpieczeństwa państwa polskiego dokumenty tylko dlatego, że jeden z jej członków w swoim pokoju w Nowym Domu Poselskim zamiast zajmować się tymi dokumentami zajmował się czymś (a raczej kimś) zupełnie innym.
Jakim sposobem w środowisku PiS, gdzie podejrzliwość, szpiego – i agentomania są obowiązkiem partyjnym i służbowym doszło do takiego skandalu? Gdzie przed 13 kwietnia były te ukochane i hołubione przez PiS służby specjalne, którym nie udało się zapobiec nominacji na jedno z najbardziej odpowiedzialnych stanowisk w państwie nieodpowiedzialnego kochasia? A przecież do tej pory PiS w takich sprawach wobec swoich członków było raczej bezwzględne, że przypomnę chociażby sprawę ministra sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego – Tomasza Lipca.
Dla porządku trzeba też dodać, że poseł Pięta oprócz tego jest członkiem sejmowej podkomisji do spraw nowelizacji Kodeksu Pracy, co – pamiętając o jego wspomnianej działalności w sprawie Związku Nauczycielstwa Polskiego – musi budzić jeśli nie przerażenie, to przynajmniej poważne wątpliwości.

 

Z kim on musi pracować!

Prezes Jarosław Kaczyński w zasadzie spacyfikował całą polską porozbijaną prawicę. Generalnie w PiS, a resztę prawicowego planktonu w Zjednoczonej Prawicy. Finał jest taki, że w wyniku tego procesu w PiS jest wielu ludzi, którzy powinni raczej być po za polityką. Kaczyński ich włączył do PiS, dał polityczne kariery i zrobił tyle, że tylko od czasu do czasu robią coś głupiego.
Ale czasem jednak robią.
Tu przypomina mi się taki stary szmonces, w którym na końcu rabin mówi: „No i sami widzicie z kim ja muszę pracować!”
To zdanie chyba ostatnio Jarosław Kaczyński często powtarza.
A Pięta? Mam nadzieję, że decyzja w sprawie Pięty zapadnie kiedy prezesa będzie bolało kolano.

Po czynach ich poznacie

Wielu działaczy PiS – u lubi używać powiedzenia: „po czynach nas poznacie” . No i poznajemy, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że największą wrażliwość mają członkowie PiS – u na własne potrzeby…

 

W ubiegłym miesiącu zakończyłem swój felieton słowami o protestujących w Sejmie osobach niepełnosprawnych i ich opiekunach pytaniem retorycznym: Czy tak być powinno? Nie przyszło mi jeszcze wtedy do głowy, że protestujący spędzą w Sejmie dramatyczne 40 dni. Wszakże trudno było uwierzyć w to, że rząd PiS-u pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego, chwalący się i chełpiący przy każdej okazji swoimi sukcesami gospodarczymi, ekonomicznymi i zyskami wynikającymi z uszczelnienia VAT-u do dziś nie załatwi dwóch postulatów protestujących rodziców i ich dorosłych dzieci z niepełnosprawnością. Owszem, uchwalono ustawę o zrównaniu renty socjalnej dla osób z niepełnosprawnością do poziomu obowiązującej w kraju minimalnej renty inwalidzkiej 1029, 80 zł brutto, co w efekcie podniosło kwotę renty o 133 zł netto. Rząd jednak nie spełnił pierwszego postulatu protestujących, to znaczy podniesienia kwoty zasiłku rehabilitacyjnego ze 153 zł do 500 zł. Od samego początku protestu ten właśnie postulat był stawiany na pierwszym miejscu. Spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą, jego małżonką, premierem, minister Elżbietą Rafalską nie przyniosły pozytywnego rozstrzygnięcia. W zamian za to rząd PiS -u przyjął rozwiązanie obchodzące przyznanie pieniędzy na rzecz świadczeń rzeczowych w kwocie podobno równowartej 520 zł, choć przecież wiadomo, że od początku osobom niepełnosprawnym zależało na otrzymaniu tej kwoty w gotówce. Nawet wypłaconej stopniowo i rozłożonej w czasie. 80 % ankietowanych Polaków według różnych sondaży jest zdania, że rząd te oczekiwania protestujących powinien spełnić, ponieważ ich postulaty są słuszne i logicznie uzasadnione. Protestujący uzyskali duże wsparcie nie tylko ogółu społeczeństwa, ale również autorytetów w osobach Lecha Wałęsy, Janiny Ochojskiej, kardynała Kazimierza Nycza, biskupa Tadeusza Pieronka, bohaterki Powstania Warszawskiego Wandy Traczyk-Stawskiej oraz wielu ludzi kultury i sztuki. Rząd PiS-u oświadczał jednak kategorycznie, że nie ma pieniędzy. Premier Mateusz Morawiecki zaproponował więc tak zwaną daninę solidarnościową, czyli opodatkowanie osób najbogatszych na rzecz niepełnosprawnych. Postawił tym samym osoby niepełnosprawne i ich opiekunów w bardzo przykrej sytuacji, bo dał im do zrozumienia, że komuś trzeba zabrać, by im dać. Trudno z całą pewnością orzec o intencjach premiera, ale taki pomysł jest wysoce niefortunny, a może tylko zwyczajnie podły. Trzeba być człowiekiem pozbawionym podstawowych zasad przyzwoitości, żeby najsłabszym dać wyraźnie odczuć, że stanowią ciężar dla społeczeństwa i w ten sposób dodatkowo ich upokorzyć. Nie do zaakceptowania powinno być w odbiorze społecznym i zwyczajnie ludzkim, aby w bogatym, dostatnim budżecie państwa nie było środków finansowych na zaspokojenie podstawowych potrzeb bytowych ludzi najbardziej tego potrzebujących. Słyszymy o dalszych deklaracjach rządu PiS-uu dotyczących budowy 22 mostów, o przyjętej ustawie dotyczącej budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, o przyznaniu 300 zł dla każdego dziecka na wyprawkę do szkoły, słyszymy o zapowiedziach finansowania telewizji publicznej z budżetu państwa, w końcu widzimy, że rząd płaci po 500 zł na każde drugie dziecko z pominięciem górnego progu dochodowego, a przecież ludzie bogaci, których w Polsce przybywa, niekoniecznie powinni być adresatami programu 500+.
Jest więc możliwe zabezpieczenie środków finansowych na zasiłek rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych zamiast świadczenia rzeczowego. Trzeba jedynie faktycznie kierować się solidaryzmem społecznym , a nie tylko go deklarować. Należy też przypomnieć obecnej władzy, że w 2014 r. w czasie podobnego protestu w Sejmie ówcześni liderzy opozycyjnego wtedy PiS-u z Jarosławem Kaczyńskim na czele zapewniali o zrozumieniu potrzeb osób z niepełnosprawnością i krytykowali ówczesny rząd PO-PSL za obojętność. Środowisko osób niepełnosprawnych uwierzyło wtedy w obietnice PiS-u, wielu z tego powodu oddało swój głos w wyborach parlamentarnych na PiS. Po wygranych wyborach PiS zwodził osoby niepełnosprawne obietnicami przez kolejne dwa lata swoich rządów. Trudno się dziwić, że środowisko osób niepełnosprawnych miało dość pukania do drzwi i przypominania o złożonych przez PiS obietnicach. Postanowiono bardziej zdecydowanie walczyć o swoje prawo do godnego życia. Ne spodziewano się jednak, że ci, którzy składali im obietnice, dzisiaj będą ich traktować nie tylko jak „gorszy sort” , ale swoimi publicznymi wypowiedziami będą ich krzywdzić i upokarzać. W środowisku działaczy PiS-u pojawiły się szybko wypowiedzi skandaliczne. Jacek Żalek, kandydat PiS-u na prezydenta Białegostoku określił protest mianem „reality show”, w którym dzieci są zakładnikami , a ich opiekunowie zwyrodnialcami. Po lawinie krytyki poseł Żalek z bukietem kwiatów poszedł przepraszać osoby protestujące, ale trudno orzec, na ile ten gest był szczery, a na ile wynikał z obawy o wycofanie poparcia na prezydenta miasta i zachwianie jego osobistej pozycji w Klubie Parlamentarnym PiS. Z kolei posłanka Bernadetta Krynicka zagroziła protestującym „paragrafem”. Jest to wypowiedź tym bardziej zdumiewająca, że sama jest matką dziecka z niepełnosprawnością. Poseł Stanisław Pięta oświadczył, że „straż marszałkowska powinna protestujące osoby usunąć z Sejmu i przekazać policji”. Zdziwienie budzi również wypowiedź marszałka Sejmu zatroskanego przede wszystkim o koszty wyżywienia protestujących jak również marszałka Senatu, lekarza, widzącego w proteście rzekome zagrożenie epidemiologiczne dla Sejmu. Słów Krystyny Pawłowicz po prostu nie wypada już przytaczać, bo dla przeciętnego ucha są nie do przyjęcia. Tak więc najsłabszej grupie społecznej odmówiono wypłaty gotówki, a zaproponowano świadczenia rzeczowe. Jednak realizacja programów 500+ i 300+ odbywa się właśnie w formie pieniężnej. Dlaczego w takim razie tylko osoby niepełnosprawne rząd „uszczęśliwia” na siłę świadczeniami rzeczowymi ? Trafnie ten absurd ujął protestujący przed Sejmem Pan Andrzej Sucholewski: „Propozycja rządu sprowadza się do tego, że będę handlował wózkami, cewnikami i pampersami”.
Wielu działaczy PiS-u lubi używać powiedzenia: „po czynach nas poznacie” . No i poznajemy, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że największą wrażliwość mają członkowie PiS – u na własne potrzeby. Od szeregu miesięcy posłowie opozycji i niezależne media ujawniają kolejne przykłady uwłaszczania się działaczy PiS-uu różnych szczebli na majątku spółek Skarbu Państwa. Super Express ujawnił, że w latach 2016-2017 czterdziestu działaczy samorządowych PiS – u zarobiło aż 17, 7 mln zł, a Prezes Fundacji Młodych Ludowców Miłosz Motyka mówi, że dysponują już listą 53 takich nazwisk. Kolejna lista ma zawierać już 150 nazwisk. Jak podaje Agencja Informacyjna Polska Press tych 53 lokalnych działaczy PiS – u zarobiło około 24 mln zł. Przeciętnie są to kwoty około 300-500 tys. zł, choć „liderzy” zarobili ponad milion złotych. Kwoty kosmiczne dla przeciętnego Polaka. Kolejne dni przyniosą nowe, pełniejsze informacje, ponieważ więcej oświadczeń majątkowych za 2017 r. dotrze do opinii publicznej i uświadomi Polakom skalę pazerności działaczy PiS-u. Przykładem skali procederu uprawianego przez działaczy PiS-u niech będzie informacja Miłosza Motyki o udokumentowanych nawet 20-krotnych wzrostach uposażeń lokalnych działaczy PiS-u od momentu, gdy wygrali wybory w 2015 roku. Zapowiadane przez PiS skromność, umiar i pokora mają więc dotyczyć wszystkich innych obywateli naszego kraju, ale bynajmniej nie rządzącego PiS-u, który karmi Polaków bajką o równości żywcem przeniesionej z „Folwarku zwierzęcego” G. Orwella, gdzie „Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. Bo działacze PiS-u nie wypłacają sobie uposażeń i nagród w formie rzeczowej tylko w gotówce. Natomiast protestującym ludziom walczącym o podstawowe środki do godnego życia oferują „wózki, cewniki i pampersy”.
Na czas obrad Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, które pod koniec maja odbędzie się w Sejmie, protestujący w parlamencie niepełnosprawni i ich rodzice zostaną odgrodzeni” – poinformował szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk. Zgodnie z zapowiedzią w Sejmie pojawiła się KURTYNA WSTYDU, aby świat nie zobaczył jak PiS traktuje najsłabszych Polaków. Główne wejście do Sali Obrad zostało natomiast zabite dyktą z groteskowo wyglądającym w tej sytuacji napisem „550-lecie Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej”. Drwina z polskiego parlamentu. Protestujące osoby niepełnosprawne, którym już wcześniej odmówiono prawa otwierania okien, zostały dodatkowo odcięte od możliwości otrzymywania korespondencji, od dostępu do windy, możliwości schodzenia po schodach i prysznica. Łaskawie zostawiono im możliwość korzystania z jednej toalety. W tej sytuacji protestujące osoby, które dodatkowo zostały poturbowane przez straż marszałkowską podczas próby wywieszenia baneru, mającego zwrócić uwagę świata na ich dramat, zdecydowały się zawiesić protest. „Manifestacją słabości przeciwko manifestacji siły” nazwał już wcześniej Biskup Tadeusz Pieronek ów 40-dniowy heroiczny protest jakby w przeczuciu biblijnej analogii do Chrystusowego postu na pustyni. A rządzący? Po czynach ich poznawajcie!