Imigracja nie zatopiła Szwecji

Wbrew wcześniejszym obawom niedzielne wybory parlamentarne w Szwecji nie przyniosły zwycięstwa skrajnej prawicy. Trudno jednak mówić o powodach do zadowolenia. Z wynikiem zbliżonym do 18 proc., neofaszystowscy Szwedzcy Demokraci utrzymali mocną trzecią pozycję. Taki, a nie inny wynik powinien zachęcić lewicę do odważniejszego kształtowania polityki imigracyjnej.

 

Szwecja dobrze sobie poradziła z kryzysem ekonomicznym, który w 2008 r. zatrząsł całym światem. Co prawda, nie obyło się bez drobnych perturbacji, nie zdarzyło się jednak nic, co by mogło zagrozić stabilności gospodarczej państwa. Obecnie stopa bezrobocia spadła poniżej 6 proc., osiągając tym samym najniższy poziom od dziesięciu lat. Od dłuższego też czasu Szwecja notuje stały wzrost gospodarczy. Inaczej zatem niż u większości państw o rozbudowanym systemie świadczeń socjalnych, w tym przypadku udało się zapobiec drastycznym cięciom. W różnorodnych rankingach najlepszych miejsc do życia Szwecja nieprzerwanie zajmuje czołowe miejsca. Miarą pozycji tego skandynawskiego państwa jest fakt, że nawet w USA jego rozwiązania w opiece zdrowotnej czy systemie emerytalnym zdobywają coraz więcej zwolenników wśród tamtejszych czołowych polityków.

Co zatem sprawiło, że niedzielna wygrana socjaldemokratów została przyjęta jako cudowna ucieczka spod topora? Przecież mówimy o państwie, gdzie lewica sprawowała rządy niemal nieprzerwanie przez ponad pół wieku, z łatwością przekraczając pułap 30 proc. nawet wówczas, kiedy to prawica przejmowała rządy. Odpowiedź jest prosta: imigracja. Według badań opinii publicznej przeprowadzonych w przededniu kampanii wyborczej, to właśnie sprawa imigracji i imigrantów została uznana przez Szwedów za priorytet dla nowego rządu. Dla porównania, zaledwie 3 proc. za najważniejsze do rozwiązania uważało problemy na rynku pracy.

Szwecja należy do tych państw, które – podobnie jak Niemcy – najszerzej otworzyły swoje granice przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu w 2015 r. Według oficjalnych danych, w kulminacyjnym punkcie tzw. kryzysu uchodźczego w Europie, wnioski o azyl złożyło w Szwecji niemal 163 tys. osób. Szybko prasa zaczęła donosić o niewydolnym systemie, o obcokrajowcach koczujących na ulicach, o drenowaniu publicznej kasy… Po początkowym optymizmie nie było ani śladu. W rozmowie z Katarzyną Tubylewicz, opublikowanej w książce „Moraliści”, ceniony dziennikarz Claes Arvidsson, przyznał, że „konieczne jest zapewnienie wydolności systemu przyjmowania uchodźców. W Szwecji jest bezwarunkowo mnóstwo dobrej woli i dobrych intencji. Jednocześnie po wielkiej fali migracyjnej Szwecja znajduje się w sytuacji, w której trzeba coś zmienić, żeby to działało”.

„Byliśmy naiwni” – to z kolei słowa premiera Stefana Löfvena, który w ten sposób podsumował politykę imigracyjną swojego rządu z 2015 r. Reagując na wzmagające się niezadowolenie społeczne, koalicja socjaldemokratów i Zielonych zaostrzyła prawo imigracyjne. W rezultacie, w 2016 r. szwedzką granicę przekroczyło ok. 30 tys. uchodźców, a rok później jeszcze mniej. Zapowiedzi dalszych restrykcji zapewne odegrały kluczową rolę w wygraniu przez lewicę niedzielnych wyborów.

Błędem byłoby jednak obwiniać wyłącznie uchodźców za rosnącą niechęć Szwedów do obcokrajowców. Jeśli ponad 200 tys. przybyszów z Bliskiego Wschodu wywołało obawy o integralność państwa, to co dopiero powiedzieć o tysiącach imigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej, w tym także z Polski, którzy przyjechali do Szwecji po 2004 r.? Rok przed rozszerzeniem Unii Europejskiej, imigracja do Szwecji zamykała się poniżej 64 tys. Natomiast w 2006 r. zbliżyła się już do 96 tys., zaś trzy lata później przekroczyła poziom stu tysięcy. W 2016 r., a więc w roku, kiedy zezwolono na przyjazd mniej niż 30 tys. uchodźców, Szwecja przyjęła ponad 163 tys. imigrantów ekonomicznych. Ogólną liczbę imigrantów z Europy Południowej i Wschodniej szacuje się obecnie na ok. 400 tys., w tym ponad 90 tys. Polaków.

Od 2004 r. populacja Szwecji z 9 mln wzrosła do 10 mln. Oznacza to przyrost o ponad 10 proc. w ciągu zaledwie 14 lat! W najnowszej historii podobne tempo osiągnęły jedynie Stany Zjednoczone na początku XX w., kiedy każdego roku do portu w Nowym Jorku przybywało niemal milion imigrantów. To, co jeszcze łączy oba te kraje, to nacisk na integrację przybyszów. USA udało się uniknąć większych napięć etnicznych i ekonomicznych głównie dzięki wprzęgnięciu rzesz imigrantów do przemysłu. Chociaż w wielu przypadkach oznaczało to dosłownie niewolniczą pracę, to pozwoliło zespolić nowo przybyłych z amerykańskim systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. W tym samym czasie rozpoczęto szeroko zakrojone akcje „amerykanizacji”, czyli nauki języka, historii i kultury Stanów Zjednoczonych. Znowu, często akcje te sprowadzały się do brutalnego przecinania więzów łączących imigrantów z ich ojczyzną. Zarazem jednak oferowały perspektywy awansu i równoprawnego uczestnictwa w życiu społecznym.

Sądząc po zapowiedziach, w podobnym kierunku zmierza obecnie Szwecja pod rządami socjaldemokratów i Zielonych. Już zapowiedziano zmianę prawa, aby uchodźcy jak najszybciej mogli podjąć pracę – nawet poniżej minimalnej płacy. Ponadto, coraz głośniej mówi się o potrzebie aktywnego uczestnictwa państwowych instytucji w życiu społeczności imigranckich. Innymi słowy, Szwecja nie będzie przymykała oczu na przykład na łamanie praw kobiet i dzieci nawet w imię poszanowania odmiennej kultury. Jeśli szwedzkiej lewicy uda się włączyć nowo przybyłych nie tylko w rynek pracy, ale przede wszystkim w życie społeczne i polityczne państwa, przywróci optymizm społeczeństwu, a skrajną prawicę pozbawi jej głównego oręża. W skali Europy udowodni zaś, że zohydzony multikulturalizm całkiem dobrze się sprawdza.

Co z tej szwedzkiej nauki płynie dla polskiej lewicy? Przede wszystkim to, że zamiast nieśmiało protestować przeciwko nacjonalistycznej i rasistowskiej postawie prawicy, trzeba samemu aktywnie włączyć się w kształtowanie rodzimej polityki imigracyjnej. A ta w zasadzie nie istnieje. Z jednej bowiem strony rząd PiS-u odmawia przyjęcia nawet jednego uchodźcy, łechcąc ksenofobiczne nastroje swojego twardego elektoratu. Z drugiej rozdaje zezwolenia na pracę dla setek tysięcy imigrantów zza wschodniej granicy, z zamiarem pozbycia się ich przy gorszej koniunkturze. Chociaż więc PiS tak chętnie krytykuje politykę imigracyjną Niemiec czy Francji, powiela dokładnie ich błędy sprzed kilkudziesięciu lat.

Imigracja wymaga od państwa aktywnej polityki. Podczas gdy skrajna prawica daje upust swoim rasistowskim fobiom zamykając granice i budując mury, zaś umiarkowana prawica patrzy na obcokrajowców przez pryzmat popytu i podaży, do lewicy należy wypracowanie kompleksowego podejścia, uwzględniającego oczekiwania nie tylko państwa przyjmującego, ale i samych imigrantów. Musi przy tym pamiętać, że nie da się tego osiągnąć bez zagwarantowania równych praw, bez względu na pochodzenie, kolor skóry czy wyznanie. Im szybciej lewica aktywnie zaangażuje się w kształtowanie polityki imigracyjnej, tym lepiej nie tylko dla niej samej, ale przede wszystkim lepiej dla całego państwa.