Brat Jarosława Szymczyka, komendanta głównego policji za rządów Prawa i Sprawiedliwości, jest podejrzany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która według śledczych mogła narazić Skarb Państwa na straty sięgające 250 milionów złotych. Chodzi o rodzinę generała, który zasłynął eksplozją granatnika w swoim gabinecie w Komendzie Głównej Policji, a dziś sam odpowiada przed sądem. W sprawie jego brata pojawia się wątek rzekomego parasola ochronnego w policji oraz kontrowersyjnych decyzji prokuratora związanego z czasami Zbigniewa Ziobry.
Brat komendanta głównego policji za czasów PiS z poważnymi zarzutami
Łukasz S., brat byłego komendanta głównego policji Jarosława Szymczyka, jest jednym z 20 podejrzanych w śledztwie dotyczącym zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się oszustwami podatkowymi.
Prokuratura Regionalna w Lublinie kończy wieloletnie postępowanie dotyczące procederu, który według ustaleń śledczych mógł spowodować straty Skarbu Państwa w wysokości około 250 milionów złotych.
Jak poinformowała 2 listopada 2026 roku Wirtualna Polska, powołując się na ustalenia „Gazety Wyborczej”, śledczy otrzymali opinię biegłych dotyczącą przepływów finansowych pomiędzy rachunkami bankowymi.
Dokument ma umożliwić uporządkowanie materiału dowodowego i przygotowanie aktu oskarżenia.
Według medialnych ustaleń akt oskarżenia ma być gotowy w pierwszej połowie 2027 roku.
Sprawa budzi szczególne zainteresowanie ze względu na rodzinne powiązania jednego z podejrzanych z człowiekiem, który przez niemal osiem lat kierował polską policją pod rządami PiS.
Jarosław Szymczyk został powołany na stanowisko komendanta głównego policji 13 kwietnia 2016 roku, a odwołany 7 grudnia 2023 roku. Przez cały ten okres odpowiadał za kierowanie największą formacją policyjną w kraju.
Jego nazwisko stało się jednak powszechnie rozpoznawalne przede wszystkim za sprawą wydarzenia, które trudno uznać za zwykłą służbową pomyłkę.
To ten komendant, któremu wybuchł granatnik w gabinecie
14 grudnia 2022 roku w siedzibie Komendy Głównej Policji przy ulicy Puławskiej w Warszawie doszło do eksplozji.
Wybuch nastąpił na zapleczu gabinetu ówczesnego komendanta głównego policji Jarosława Szymczyka.
Jak się okazało, przyczyną był granatnik przeciwpancerny RGW-90, który generał przywiózł z Ukrainy po spotkaniu z przedstawicielami tamtejszych służb.
Komendant tłumaczył, że otrzymał broń w prezencie i był przekonany, iż została pozbawiona cech bojowych.
Problem polegał na tym, że granatnik nie był atrapą.
Według późniejszych ustaleń prokuratury oraz opinii specjalistów z Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia broń była sprawna.
Co więcej, śledczy ustalili, że podczas przekazania w Ukrainie znajdowała się w trybie bezpiecznym.
Według prokuratury to sam Jarosław Szymczyk wykonał czynności, które doprowadziły do odbezpieczenia granatnika i umożliwiły oddanie strzału.
Eksplozja uszkodziła pomieszczenia Komendy Głównej Policji. Sam generał doznał obrażeń.
Zdarzenie wywołało poważne pytania dotyczące przestrzegania procedur bezpieczeństwa w najważniejszej jednostce polskiej policji.
Jak bowiem doszło do tego, że szef formacji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo obywateli przywiózł do kraju wojskową broń bez odpowiedniego zgłoszenia, a następnie przechowywał ją w swoim gabinecie?
Dlaczego granatnika nie sprawdzili wcześniej pirotechnicy? Dlaczego po eksplozji nie zarządzono ewakuacji całego budynku?
Kontrola przeprowadzona przez MSWiA wykazała później 27 poważnych uchybień dotyczących tej sprawy.
Generał z czasów PiS sam stanął przed sądem
30 września 2024 roku Jarosław Szymczyk usłyszał dwa zarzuty karne.
Pierwszy dotyczył posiadania bez wymaganej koncesji wojskowej broni przeciwpancernej oraz jej przywiezienia do Polski bez zgłoszenia odpowiednim służbom.
Drugi odnosił się do nieumyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób oraz mienia wielkich rozmiarów.
28 stycznia 2025 roku prokuratura poinformowała o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko byłemu komendantowi.
We wrześniu 2026 roku rozpoczął się jego proces.
Oznacza to, że były komendant główny policji z czasów PiS sam znalazł się na ławie oskarżonych w sprawie eksplozji granatnika.
Za pierwszy z zarzucanych czynów grozi kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności, a za drugi od trzech miesięcy do pięciu lat.
Oskarżony nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów.
Należy przy tym podkreślić, że sprawa granatnika i śledztwo dotyczące jego brata są odrębnymi postępowaniami. Samo pokrewieństwo nie stanowi dowodu współudziału Jarosława Szymczyka w podejrzanym procederze podatkowym.
Jednak właśnie w sprawie Łukasza S. pojawiły się zeznania dotyczące możliwych wpływów na najwyższych szczeblach policji.
„Parasol ochronny” na samej górze policji?
Według wcześniejszych ustaleń dziennikarskich osoby przesłuchiwane w śledztwie miały zeznawać, że Łukasz S. powoływał się na szczególną ochronę ze strony wysoko postawionych funkcjonariuszy policji.
W relacjach tych pojawiało się określenie „parasol ochronny na samej górze w policji”.
To jeden z najbardziej niepokojących wątków całej sprawy.
Nie wiadomo jednak, czy podejrzany rzeczywiście mógł liczyć na czyjąkolwiek pomoc, czy jedynie powoływał się na rodzinne powiązania, aby przekonać innych uczestników procederu o swojej pozycji.
Nie ma obecnie podstaw, by uznać za udowodnione, że Jarosław Szymczyk zapewniał bratu ochronę lub wiedział o jego domniemanej działalności przestępczej.
Sam fakt pojawienia się takich zeznań wymaga jednak szczegółowego wyjaśnienia.
Jeżeli podejrzany rzeczywiście powoływał się na wpływy w kierownictwie policji, śledczy powinni ustalić, czy były to jedynie przechwałki, czy istniały konkretne działania mogące wskazywać na bezprawną pomoc.
Karuzela VAT. Państwo mogło stracić ćwierć miliarda złotych
Według ustaleń śledczych grupa miała działać od stycznia 2013 do grudnia 2021 roku.
Jej działalność obejmowała przede wszystkim Warszawę, Górny Śląsk, Zagłębie oraz Lublin.
Mechanizm miał polegać na masowym sprowadzaniu tanich towarów z Chin i wykorzystywaniu sieci powiązanych przedsiębiorstw do unikania zapłaty należnego podatku VAT.
Kiedy organy skarbowe zaczynały interesować się jedną ze spółek, jej działalność była wygaszana, a zadania przejmował kolejny podmiot.
W ten sposób grupa miała utrudniać identyfikację osób odpowiedzialnych za zobowiązania podatkowe.
Według prokuratury przedsiębiorstwa Łukasza S. były częścią sieci wykorzystywanej w tym procederze.
W sprawie przedstawiono zarzuty 20 osobom. Dotyczą one między innymi udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy, fałszowania faktur VAT oraz oszustw dotyczących mienia znacznej wartości.
Śledczy zabezpieczyli majątek o wartości przekraczającej 30 milionów złotych, w tym gotówkę, nieruchomości, działki oraz luksusowe samochody.
Jeżeli szacowane straty na poziomie 250 milionów złotych zostaną potwierdzone, wartość zabezpieczonego majątku będzie odpowiadać zaledwie około 12 procentom tej kwoty.
To pokazuje skalę potencjalnego uszczerbku dla finansów publicznych.
Dlaczego brat komendanta z czasów PiS nie trafił do aresztu?
Kontrowersje dotyczą również decyzji podejmowanych w przeszłości przez kierownictwo lubelskiej prokuratury.
Część podejrzanych w sprawie przebywała w tymczasowym areszcie przez ponad rok.
Łukasz S. pozostawał natomiast na wolności.
Według wcześniejszych ustaleń dziennikarskich prokurator prowadzący sprawę chciał doprowadzić do jego tymczasowego aresztowania.
Kiedy sąd nie uwzględnił wniosku, prokurator złożył zażalenie.
Wtedy miał interweniować ówczesny szef Prokuratury Regionalnej w Lublinie Jerzy Ziarkiewicz.
Według doniesień medialnych Ziarkiewicz polecił wycofanie zażalenia dotyczącego odmowy aresztowania brata komendanta głównego policji.
Co istotne, polecenie miało zostać wydane na piśmie.
Nie oznacza to automatycznie, że doszło do przestępstwa. Przełożeni prokuratorów mają określone prawem kompetencje do wydawania poleceń służbowych, a tymczasowe aresztowanie nie jest obowiązkowe nawet w sprawach dotyczących poważnych zarzutów.
Powstaje jednak pytanie, dlaczego kierownictwo prokuratury zdecydowało się na taką interwencję i jakie argumenty przemawiały za wycofaniem środka odwoławczego.
W sprawie, w której pojawiają się zarzuty dotyczące setek milionów złotych oraz powoływania się na wpływy w policji, wyjaśnienie tych okoliczności leży w interesie publicznym.
Jerzy Ziarkiewicz. Od prokuratury Ziobry do otoczenia prezydenta Nawrockiego
Jerzy Ziarkiewicz objął funkcję szefa Prokuratury Regionalnej w Lublinie w 2018 roku, kiedy ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro.
W publikacjach medialnych był przedstawiany jako jeden z prokuratorów cieszących się zaufaniem ówczesnego kierownictwa resortu.
Po zmianie władzy wokół jego działalności pojawiły się kolejne kontrowersje.
W styczniu 2024 roku ujawniono sprawę akt postępowań przechowywanych w służbowym garażu.
Wśród dokumentów znajdowały się również materiały dotyczące spraw związanych z politykami Prawa i Sprawiedliwości, w tym rozliczeń przejazdów służbowych europosła Ryszarda Czarneckiego.
Według medialnych doniesień część postępowań miała pozostawać bez odpowiedniego biegu procesowego.
Sprawa zyskała określenie prokuratorskiej „zamrażarki”.
Ziarkiewicz został odwołany z funkcji szefa lubelskiej prokuratury.
Prokuratura Krajowa podjęła następnie działania związane z możliwością przedstawienia mu zarzutów.
Wymaga to jednak przeprowadzenia procedury uchylenia immunitetu.
Jak informowała „Gazeta Wyborcza”, wniosek skierowany do sądu w lutym 2025 roku pozostawał nierozstrzygnięty również na początku listopada 2026 roku.
Tymczasem w marcu 2026 roku Jerzy Ziarkiewicz został powołany do rady zajmującej się bezpieczeństwem i obronnością, będącej ciałem doradczym prezydenta Karola Nawrockiego.
Powstaje więc pytanie o standardy powoływania do prezydenckiego gremium osób, których wcześniejsza działalność zawodowa jest przedmiotem poważnych postępowań wyjaśniających.
Samo powołanie Ziarkiewicza nie dowodzi oczywiście aprobaty prezydenta dla jakichkolwiek nieprawidłowości.
Nie usuwa jednak pytań dotyczących kryteriów doboru doradców głowy państwa.
Dwie sprawy, jedna rodzina i poważne pytania o funkcjonowanie państwa
Historia braci Szymczyków obejmuje dwa odrębne postępowania karne.
Pierwsze dotyczy Jarosława Szymczyka, który kierował polską policją przez niemal cały okres rządów Prawa i Sprawiedliwości.
To za jego kadencji doszło do eksplozji granatnika w Komendzie Głównej Policji. Dziś były komendant odpowiada przed sądem za zarzucane mu czyny związane z tym zdarzeniem.
Drugie postępowanie dotyczy Łukasza S., podejrzanego o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która według śledczych mogła narazić państwo na straty w wysokości około ćwierć miliarda złotych.
W tej drugiej sprawie pojawiają się również pytania o rzekome wpływy w kierownictwie policji oraz decyzje prokuratora pełniącego wysoką funkcję w czasach rządów PiS.
Nie ma dowodów, że obie sprawy są ze sobą powiązane przestępczo. Istnieją jednak uzasadnione powody, aby szczególnie dokładnie przyjrzeć się funkcjonowaniu instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i egzekwowanie prawa w tamtym okresie.
Prawo musi obowiązywać wszystkich. Również ludzi związanych z najwyższymi stanowiskami
Przeciętny obywatel nie może liczyć na szczególne traktowanie tylko dlatego, że zna wpływowego funkcjonariusza.
Przedsiębiorca musi rozliczać podatki, pracownik płaci składki, a osoby naruszające przepisy powinny ponosić konsekwencje wynikające z prawa.
Dlatego każde uzasadnione podejrzenie, że ktoś mógł korzystać z nieformalnej ochrony ze strony przedstawicieli państwa, wymaga wyjaśnienia.
Nie można przy tym zapominać o domniemaniu niewinności.
Jarosław Szymczyk i jego brat odpowiadają w odrębnych sprawach, a o ewentualnej winie każdego z nich mogą rozstrzygnąć wyłącznie sądy.
Sprawa jest jednak ważnym testem dla instytucji państwa. Czy potrafią one skutecznie prowadzić postępowania dotyczące osób powiązanych rodzinnie lub zawodowo z ludźmi zajmującymi najwyższe stanowiska?
W interesie społecznym leży nie tylko rozliczenie ewentualnych przestępstw podatkowych, ale również ustalenie, czy w przeszłości dochodziło do nieuprawnionych interwencji w działania organów ścigania.
Ćwierć miliarda złotych potencjalnych strat to pieniądze, które mogły służyć obywatelom.
A zapewnienie, że wobec prawa wszyscy są równi, nie może pozostawać jedynie deklaracją.
Niezależnie od tego, czy chodzi o zwykłego przedsiębiorcę, brata komendanta głównego policji, byłego prokuratora z czasów Ziobry czy samego szefa policji — każda sprawa powinna zostać wyjaśniona według tych samych zasad.
Źródła: Wirtualna Polska i „Gazeta Wyborcza” — Onet — 7 września 2026 r., rozpoczęcie procesu Jarosława Szymczyka; wcześniejsze publikacje dotyczące Jerzego Ziarkiewicza i decyzji lubelskiej prokuratury.
Redakcja TRYBUNA.INFO












