Donald Trump coraz otwarciej rozmawia z Władimirem Putinem, łagodzi presję gospodarczą na Rosję i krytykuje Ukrainę. Tymczasem polska prawica, która przez lata przedstawiała amerykańskiego prezydenta jako najważniejszego sojusznika Polski, wyraźnie unika konfrontacji z jego polityką. Karol Nawrocki zgłasza zastrzeżenia, ale nie decyduje się na otwartą krytykę Trumpa. Pojawia się więc fundamentalne pytanie: czy Polska powinna nadal uzależniać swoje bezpieczeństwo przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych, czy znacznie mocniej postawić na Europę?
Trump zmienia zasady gry. Prawica szuka usprawiedliwień
Jeszcze niedawno Donald Trump był dla znacznej części polskiej prawicy symbolem silnego przywództwa i gwarantem bezpieczeństwa. Politycy PiS podkreślali szczególne relacje z amerykańskimi republikanami, a Karol Nawrocki uczynił bliską współpracę z Waszyngtonem jednym z fundamentów swojej polityki zagranicznej.
Dziś ten polityczny wybór staje przed poważnym sprawdzianem.
Donald Trump coraz częściej kieruje zarzuty pod adresem Wołodymyra Zełenskiego, podczas gdy wobec Władimira Putina stosuje znacznie bardziej pojednawczy język.
W październiku administracja USA złagodziła sankcje dotyczące handlu rosyjskim olejem napędowym. Jednocześnie pojawiła się propozycja spotkania Trumpa, Putina i chińskiego przywódcy Xi Jinpinga, podczas którego mogłaby być omawiana przyszłość Ukrainy.
Trzy mocarstwa przy jednym stole. A państwo, którego przyszłość miałaby być przedmiotem rozmów? Bez własnego miejsca przy tym stole.
Skojarzenia z Jałtą nie są przypadkowe. W 1945 roku wielkie mocarstwa podejmowały decyzje dotyczące powojennego porządku Europy, nie zapewniając Polsce rzeczywistego wpływu na jej własny los.
Dziś nie mamy do czynienia z powtórką tamtych wydarzeń. Samo spotkanie Trumpa, Putina i Xi nie zostało jeszcze ostatecznie uzgodnione. Jednak już możliwość prowadzenia rozmów o bezpieczeństwie Ukrainy bez udziału jej władz budzi uzasadnione obawy.
Czarzasty mówi otwarcie. Nawrocki waży słowa
Podczas posiedzenia Sejmu 21 października marszałek Włodzimierz Czarzasty zwrócił się do polityków prawicy:
„Nie bójcie się, nie musicie klęczeć przed Trumpem. Powiedzcie, co o tym myślicie”.
Lider Nowej Lewicy ocenił, że działania amerykańskiego prezydenta mogą pomagać Putinowi i jego reżimowi.
Reakcje przedstawicieli prawicy były znacznie ostrożniejsze.
Z ustaleń Wirtualnej Polski wynika, że politycy PiS tłumaczą postawę Trumpa specyficzną metodą negocjacji, a także wewnętrzną rozgrywką polityczną przed wyborami do amerykańskiego Kongresu.
Niektórzy przekonują, że kontrowersyjne deklaracje prezydenta USA nie muszą oznaczać rzeczywistej zmiany amerykańskiej polityki.
Karol Nawrocki również nie poparł łagodzenia presji gospodarczej na Moskwę. Podczas spotkania z prezydentem Litwy podkreślał znaczenie sankcji i wskazywał, że współpraca energetyczna z Rosją nie powinna osłabiać bezpieczeństwa regionu.
To istotne zastrzeżenie. Nie zmienia jednak faktu, że prezydent Polski unika bezpośredniego politycznego sporu z Donaldem Trumpem.
Powstaje pytanie, gdzie kończy się dyplomatyczna ostrożność, a zaczyna niechęć do krytykowania politycznego sojusznika.
Wczoraj przyjaciel, dzisiaj problem. Przypadek Zełenskiego powinien być ostrzeżeniem
Historia relacji Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim pokazuje, jak szybko mogą zmieniać się stosunki między państwami.
Ukraina przez lata była przedstawiana jako strategiczny partner Stanów Zjednoczonych w walce z rosyjską agresją.
Dziś Trump publicznie obarcza ukraińskiego prezydenta odpowiedzialnością za przedłużanie wojny, domaga się ustępstw i podkreśla koszty amerykańskiej pomocy.
W ostatnich tygodniach pojawiły się również napięcia dotyczące dostępu Ukrainy do amerykańskich informacji wywiadowczych i dostaw uzbrojenia. Po rozmowach w Oslo współpraca wywiadowcza została jednak przywrócona, a Waszyngton nadal uczestniczy w działaniach dyplomatycznych na rzecz zakończenia wojny.
To ważne rozróżnienie: USA nie zerwały sojuszniczych relacji z Ukrainą. Pokazały jednak, że zakres i warunki wsparcia mogą podlegać politycznym negocjacjom.
Skoro Waszyngton potrafi tak zdecydowanie zmienić podejście do Ukrainy, to jakie gwarancje ma Polska, że w przyszłości jej interesy nie zostaną podporządkowane szerszemu porozumieniu wielkich mocarstw?
To pytanie powinno być kierowane zarówno do prezydenta Nawrockiego, jak i do całego polskiego rządu.
Czy USA rzeczywiście są gwarantem światowego pokoju?
Przez dziesięciolecia Stany Zjednoczone odgrywały kluczową rolę w systemie bezpieczeństwa Europy. Amerykańska obecność wojskowa, potencjał nuklearny oraz NATO stanowiły istotny element odstraszania Związku Radzieckiego, a później Rosji.
Jednak światowe przywództwo USA nie oznacza, że każda decyzja amerykańskiej administracji służy pokojowi.
Historia zna przypadki, w których amerykańskie interwencje wojskowe prowadziły do długotrwałej destabilizacji.
Wojna w Iraku w 2003 roku, wieloletnia interwencja w Afganistanie czy działania w Libii pokazują, że nawet największe mocarstwo militarne nie zawsze potrafi zapewnić trwałe bezpieczeństwo.
Teraz dochodzi kolejny problem: polityka zagraniczna coraz silniej podporządkowana bieżącym interesom ekonomicznym i politycznym Waszyngtonu.
Trump otwarcie traktuje relacje międzynarodowe jako przestrzeń negocjacji, w których liczą się konkretne korzyści dla Stanów Zjednoczonych.
Nie musi to oznaczać rezygnacji z sojuszy. Oznacza jednak, że ich uczestnicy muszą liczyć się z możliwością konfliktu interesów.
Polska powinna więc zadać sobie zasadnicze pytanie: czy naszym bezpieczeństwem może zarządzać polityczna kalkulacja jednego amerykańskiego prezydenta?
Europa zamiast bezwarunkowej wiary w Waszyngton?
Polska należy jednocześnie do NATO i Unii Europejskiej. Nie musi wybierać między tymi organizacjami, ale powinna zastanowić się nad proporcjami własnej polityki bezpieczeństwa.
NATO pozostaje podstawą zbiorowej obrony militarnej Polski. Artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego zobowiązuje sojuszników do udzielenia pomocy zaatakowanemu państwu, choć nie oznacza automatycznie wysłania wojsk przez każdego członka Sojuszu.
Unia Europejska posiada natomiast własną klauzulę wzajemnej pomocy, zapisaną w artykule 42 ustęp 7 Traktatu o Unii Europejskiej.
Problem polega na tym, że europejska obronność nadal pozostaje w znacznym stopniu zależna od amerykańskich zdolności wojskowych, technologii i systemów rozpoznania.
Dlatego w debacie o bezpieczeństwie Polski coraz większe znaczenie powinny mieć konkretne działania:
- rozwijanie europejskiego przemysłu zbrojeniowego i wspólnych zakupów uzbrojenia;
- budowanie niezależnych systemów satelitarnych, łączności i rozpoznania;
- wzmacnianie współpracy wojskowej z państwami europejskimi;
- inwestowanie w europejskie systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej;
- ograniczanie jednostronnej zależności technologicznej od Stanów Zjednoczonych.
Europa ma potencjał gospodarczy i technologiczny, aby zwiększyć własne zdolności obronne. Wymaga to jednak pieniędzy, wspólnych decyzji i politycznej konsekwencji.
Silniejsza Europa nie musi oznaczać słabszego NATO. Może oznaczać NATO, w którym europejscy sojusznicy są mniej zależni od aktualnego lokatora Białego Domu.
Polski interes narodowy czy lojalność wobec Trumpa?
Politycy prawicy argumentują, że Polska powinna utrzymywać jak najlepsze relacje z prezydentem USA, ponieważ amerykańska obecność wojskowa zwiększa nasze bezpieczeństwo.
To argument, którego nie można lekceważyć.
Amerykańskie bazy, współpraca wywiadowcza i wspólne planowanie obronne mają realne znaczenie dla bezpieczeństwa Polski.
Ale dobre relacje z sojusznikiem nie wymagają bezwarunkowej akceptacji jego decyzji.
Jeżeli Waszyngton łagodzi presję na Rosję, polskie władze mają prawo wskazywać związane z tym zagrożenia. Jeżeli pojawiają się rozmowy mocarstw o przyszłości Ukrainy, Polska powinna konsekwentnie domagać się udziału Kijowa i europejskich partnerów.
Warto również zapytać, czy polityczna bliskość polskiej prawicy z Trumpem pomaga skuteczniej reprezentować interesy Polski, czy czasami utrudnia publiczne formułowanie sprzeciwu.
Nie jest to pytanie wyłącznie do PiS i Karola Nawrockiego.
Także rząd Donalda Tuska powinien przedstawić długofalową strategię zmniejszania zależności Polski od politycznych decyzji Waszyngtonu.
Polska nie może ponownie zostać przedmiotem ustaleń mocarstw
Polska historia powinna uczyć szczególnej ostrożności wobec zapewnień wielkich państw, że ich interesy zawsze będą zbieżne z naszymi.
Sojusze są niezbędne. Nie są jednak gwarancją, że między partnerami nigdy nie pojawią się zasadnicze różnice.
Donald Trump prowadzi politykę, w której amerykański interes gospodarczy i krajowa kalkulacja polityczna zajmują centralne miejsce. Polska musi uwzględniać ten fakt niezależnie od tego, kto sprawuje władzę w Warszawie.
Nie chodzi o zerwanie sojuszu z USA. Chodzi o zakończenie myślenia, że amerykański prezydent zawsze będzie podejmował decyzje korzystne dla Polski.
Dzisiaj Ukraina przekonuje się, jak trudne mogą być relacje z potężniejszym partnerem, kiedy jego priorytety ulegają zmianie.
Jutro podobny problem może dotyczyć innego państwa.
Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi, czy Karol Nawrocki potrafi utrzymać dobre relacje z Donaldem Trumpem.
Brzmi ono: czy Polska potrafi zadbać o własne bezpieczeństwo również wtedy, gdy polityka Stanów Zjednoczonych przestaje być zgodna z naszym interesem?
I czy zamiast zastanawiać się, jak nie urazić amerykańskiego prezydenta, nie powinniśmy zacząć znacznie poważniej budować własnej siły — razem z Europą?
Bo bezpieczeństwo państwa nie może opierać się wyłącznie na politycznej sympatii dwóch prezydentów.
A suwerenność oznacza również zdolność powiedzenia „nie” najpotężniejszemu sojusznikowi.
Trybuna.Info | Publicystyka międzynarodowa |
Źródła: Wirtualna Polska, Michał Wróblewski (21.10.2026); Reuters (19 i 21.10.2026); Associated Press (21.10.2026); Traktat Północnoatlantycki, art. 5; Traktat o Unii Europejskiej, art. 42 ust. 7.












