Wojna daleko od Polski, rachunek przy naszej stacji. Bliski Wschód znów podbija ceny ropy
Wojna z Iranem toczy się tysiące kilometrów od Polski, ale jej ekonomiczne skutki coraz trudniej uznać za odległe. Ropa ponownie przekroczyła 100 dolarów za baryłkę, diesel w Polsce ociera się o 9 złotych za litr, a ryzyko kolejnych podwyżek wraca razem z każdym komunikatem o Cieśninie Ormuz. Konflikt militarny staje się więc także wojną o ceny energii — a jej rachunek trafia do kierowców, firm transportowych, rolników i ostatecznie zwykłych konsumentów.
W poniedziałek 28 września ropa Brent drożała nawet do 107,16 dolara za baryłkę. Według Reutersa oznacza to wzrost o blisko 20 proc. w ciągu miesiąca i cenę prawie o połowę wyższą niż przed rozpoczęciem wojny pod koniec lutego. Powodem ostatniego skoku było przede wszystkim załamanie oczekiwań na szybkie porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Iranem oraz brak rozwiązania problemu Cieśniny Ormuz.
To właśnie przez tę stosunkowo wąską cieśninę biegnie jeden z najważniejszych szlaków transportu ropy i paliw na świecie. Każda informacja o możliwości ograniczenia żeglugi, atakach na infrastrukturę energetyczną albo eskalacji działań militarnych natychmiast trafia więc na ekrany traderów w Londynie, Nowym Jorku i Singapurze.
A chwilę później — na pylony polskich stacji.
Ropa za 107 dolarów. Diesel stał się szczególnie drogi
Problem nie kończy się na cenie samej ropy.
Reuters zwraca uwagę, że ceny produktów rafineryjnych, szczególnie oleju napędowego, wzrosły jeszcze mocniej. Europejska premia cenowa dla niskosiarkowego oleju napędowego osiągała w ostatnich dniach rekordowe poziomy. Niedobór dostępnych produktów oraz problemy transportowe sprawiają, że rynek diesla reaguje na kryzys wyjątkowo gwałtownie.
W Polsce efekt jest już widoczny.
Według danych e-petrol z 23 września średnia cena benzyny Pb95 wynosiła 7,99 zł za litr, a oleju napędowego 8,99 zł. Serwis prognozuje na okres od 28 września do 4 października ceny Pb95 na poziomie 7,97–8,09 zł oraz diesla w przedziale 8,99–9,29 zł za litr.
To nie jest już tylko problem ludzi, którzy dużo jeżdżą samochodem.
Olej napędowy napędza ciężarówki, autobusy, maszyny rolnicze i znaczną część transportu dostawczego. Kiedy diesel drożeje, koszt rośnie praktycznie na każdym etapie gospodarki: od przewiezienia zboża, przez dostarczenie towaru do supermarketu, aż po dowóz materiałów na budowę.
Droższa ropa może więc wrócić do konsumenta nie tylko na stacji benzynowej, ale również przy kasie w sklepie.
Polska ma ropę. Problemem jest jej cena
Warto przy tym oddzielić dwie kwestie: bezpieczeństwo dostaw i cenę surowca.
Polsce nie grozi obecnie odcięcie od ropy. Ministerstwo Energii informowało, że Naftoport w Gdańsku działa bez zakłóceń, a krajowe zapasy interwencyjne przekraczają wymagany poziom odpowiadający 90 dniom zużycia. Polska sprowadza surowiec m.in. z Norwegii, Arabii Saudyjskiej, USA i Wielkiej Brytanii.
ORLEN dodatkowo podpisał w sierpniu trzyletnią umowę z Equinorem. Dostawy z norweskiego złoża Johan Sverdrup mogą przekraczać 9 mln ton rocznie, co według koncernu odpowiada nawet jednej czwartej rocznego zapotrzebowania całej grupy.
To ważna różnica względem czasów uzależnienia od rosyjskich rurociągów.
Ale dywersyfikacja chroni przede wszystkim przed brakiem surowca, nie przed jego światową ceną.
Baryłka z Norwegii nie staje się automatycznie tania tylko dlatego, że nie pochodzi z Zatoki Perskiej. Jeżeli światowy benchmark Brent rośnie do ponad 100 dolarów, wzrastają również ceny alternatywnych dostaw.
Można więc mieć pełne zbiorniki i jednocześnie bardzo drogie paliwo.
Kto zapłaci za konflikt?
W debacie o gospodarce łatwo zatrzymać się na wykresach cen ropy, indeksach giełdowych i kursach walut. Z punktu widzenia społeczeństwa ważniejsze jest jednak inne pytanie: kto ostatecznie ponosi koszt?
Najpierw są to przedsiębiorstwa energochłonne, przewoźnicy i rolnicy. Następnie część kosztów zostaje przerzucona na ceny produktów i usług.
Pracownik może więc zapłacić kilka razy: więcej za dojazd do pracy, więcej za żywność i towary przewożone ciężarówkami, a w dalszej perspektywie także przez wyższą inflację i droższy kredyt.
Europejski Bank Centralny wskazuje, że wzrost cen importowanej energii oznacza dla gospodarek europejskich odpływ realnego dochodu za granicę i osłabienie siły nabywczej gospodarstw domowych. Najnowsze analizy ECB dotyczące wzrostu cen energii po wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie wskazują również, że gospodarstwa o niższych dochodach mają mniej oszczędności pozwalających zamortyzować taki szok.
OECD od lat pokazuje podobny mechanizm. W Polsce gospodarstwa o niskich dochodach przeznaczają szczególnie dużą część budżetów na szeroko rozumianą energię, choć w przypadku samych paliw samochodowych rozkład kosztów jest bardziej złożony ze względu na różnice w posiadaniu samochodów.
Dlatego inflacja energetyczna nie jest abstrakcyjnym wskaźnikiem ekonomicznym. Dla rodziny posiadającej duży bufor finansowy wzrost wydatków o kilkaset złotych może oznaczać mniejsze oszczędności. Dla gospodarstwa żyjącego od wypłaty do wypłaty może oznaczać rezygnację z innych wydatków.
Jedni tracą, inni zarabiają
Każdy gwałtowny wzrost cen surowców tworzy również zwycięzców.
Droższa ropa zwiększa przychody producentów, którzy mogą utrzymać wydobycie i eksport. Korzystają również niektóre przedsiębiorstwa energetyczne i państwa eksportujące surowce.
Po drugiej stronie znajdują się importerzy energii, transport, część przemysłu i konsumenci.
To właśnie dlatego podczas poprzednich kryzysów energetycznych w Europie wracała dyskusja o opodatkowaniu nadzwyczajnych zysków przedsiębiorstw energetycznych i wykorzystaniu tych środków do łagodzenia skutków wzrostu cen.
Nie każde wsparcie działa jednak równie dobrze. OECD wskazuje, że powszechne zamrażanie lub subsydiowanie cen jest kosztowne dla budżetu i często obejmuje również gospodarstwa, które pomocy nie potrzebują. Bardziej precyzyjne świadczenia skierowane do grup najmocniej dotkniętych wzrostem kosztów mogą ograniczać społeczne skutki szoku przy mniejszym obciążeniu finansów publicznych.
To będzie jedno z kluczowych pytań także dla Polski, jeśli ropa pozostanie powyżej 100 dolarów przez wiele miesięcy.
Najgroźniejszy może być efekt domina
Dzisiejsze 107 dolarów za baryłkę nie przesądza jeszcze, że benzyna czy diesel będą stale drożeć. Rynek ropy jest wyjątkowo podatny na informacje polityczne.
Samo wznowienie poważnych negocjacji może szybko obniżyć premię za ryzyko. Zwiększenie eksportu przez państwa Zatoki również działa w przeciwnym kierunku. We wrześniu eksport ropy najważniejszych producentów Bliskiego Wschodu wzrósł do około 12,8 mln baryłek dziennie — najwyższego poziomu od początku wojny.
Ale odwrotny scenariusz jest równie możliwy.
Ataki na terminale, rurociągi, tankowce albo ponowne ograniczenie przepływu przez Ormuz mogą natychmiast podbić ceny.
Dlatego prawdziwym zagrożeniem nie jest tylko to, czy ropa jutro będzie kosztowała 105 czy 110 dolarów.
Groźniejszy jest efekt domina: droga ropa podnosi koszty transportu, transport podnosi ceny produktów, wyższe ceny podbijają inflację, a inflacja zwiększa presję na wysokie stopy procentowe. Reuters zwraca uwagę, że obecny wzrost cen energii już wpływa na oczekiwania dotyczące polityki banków centralnych i kosztu pieniądza.
I właśnie dlatego wojna z Iranem nie jest dla Polski konfliktem gospodarczym rozgrywającym się gdzieś daleko na mapie.
Możemy nie kupować irańskiej ropy. Możemy mieć zapasy i zdywersyfikowane dostawy.
Ale ceny energii są globalne.
Front znajduje się na Bliskim Wschodzie. Rachunek może przyjść przy polskiej kasie, na stacji benzynowej i w domowym budżecie.
Na podstawie informacji i danych: Reuters, Ministerstwo Energii, ORLEN, e-petrol.pl, Europejski Bank Centralny oraz OECD. Dane cenowe aktualne na 29 września 2026 r.













