Ustawę stworzył PiS, ale problemu wciąż nie rozwiązano
Minęło niemal dziewięć lat od dnia, w którym państwo zdecydowało, że tysiące ludzkich życiorysów można przeliczyć jednym algorytmem.
16 grudnia 2016 roku Sejm uchwalił ustawę, która przeszła do historii jako „ustawa dezubekizacyjna”. Nie była to ustawa anonimowego ustawodawcy. Był to rządowy projekt przygotowany przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, przedstawiany w Sejmie przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Błaszczaka.
Za ustawą w głosowaniu 16 grudnia 2016 r. oddano 235 głosów. Głosowanie odbyło się w Sali Kolumnowej podczas jednego z najbardziej burzliwych posiedzeń Sejmu VIII kadencji.
To PiS ponosi polityczną odpowiedzialność za stworzenie tego mechanizmu.
Ale w 2026 roku pojawia się drugie, znacznie mniej wygodne pytanie: skoro od prawie trzech lat PiS nie rządzi, dlaczego zasadnicze przepisy tej ustawy nadal obowiązują?
Najpierw polityka. Potem przyszli ludzie
Ustawa z 2016 roku wprowadziła art. 13b oraz art. 15c ustawy zaopatrzeniowej. Mechanizm był bardzo daleko idący: za okres zakwalifikowany jako „służba na rzecz totalitarnego państwa” przyjęto wskaźnik 0 proc. podstawy wymiaru za każdy rok takiej służby, a wysokość całej emerytury została dodatkowo ograniczona pułapem przeciętnej emerytury wypłacanej przez ZUS. Przepisy te wciąż znajdują się w obowiązującym tekście ustawy również w 2026 roku.
Według informacji przekazanej przez MSWiA w 2024 r. ustawą objęto 39 335 świadczeniobiorców, a Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA wydał do 14 kwietnia 2024 r. łącznie 57 952 decyzje o ponownym ustaleniu wysokości świadczeń.
Te liczby brzmią urzędowo.
Ale pod każdą decyzją było nazwisko.
Człowiek.
Rodzina.
Czasami osoba mająca za sobą kilka lat służby przed 1990 rokiem i następnie kilkanaście lub kilkadziesiąt lat pracy dla demokratycznej Polski. Czasami wdowa pobierająca rentę rodzinną. Czasami osoba starsza lub niepełnosprawna.
I właśnie ten rozdźwięk między masowym mechanizmem a indywidualnym życiorysem stał się później jednym z najważniejszych problemów rozpatrywanych przez sądy.
Jedna pieczątka nie opisuje całego życia
Z przesłanych materiałów wyłania się fundamentalny problem prawny.
Informacja IPN kwalifikowała określone okresy jako służbę na rzecz totalitarnego państwa. Tymczasem w konkretnych sprawach sądy zaczęły pytać: gdzie dokładnie dana osoba służyła? Na jakim stanowisku? Jakie wykonywała zadania? Czy konkretna jednostka rzeczywiście mieściła się w katalogu ustawowym?
Sąd Apelacyjny w Szczecinie w wyroku z 11 grudnia 2023 r., sygn. III AUa 787/22, podkreślił konieczność dokładnego ustalenia stanowiska funkcjonariusza, jego miejsca w strukturze oraz przyporządkowania tej struktury do konkretnej normy art. 13b.
W rozpoznawanej sprawie sąd doszedł do wniosku, że nie było podstaw ustawowych do potraktowania wskazanego okresu jako służby na rzecz totalitarnego państwa, a więc również do zastosowania art. 15c i obniżenia emerytury.
To nie jest drobny techniczny spór prawników.
To pytanie o jedną z podstawowych zasad państwa prawa: czy państwo może najpierw wymierzyć człowiekowi dotkliwą konsekwencję finansową, a dopiero później – podczas wieloletniego procesu – dokładnie badać, czy były ku temu wystarczające podstawy?
Autorzy przesłanych analiz stawiają ten problem jeszcze ostrzej. Wskazują na ryzyko odwrócenia ciężaru dowodu: zamiast wymagać od organu wykazania przesłanek uzasadniających ingerencję w świadczenie, emeryt był w praktyce zmuszany do przekonywania sądu, że jego rzeczywista służba nie odpowiadała kwalifikacji przyjętej w decyzji.
To stanowisko autorów analiz, a nie jednolita teza całego orzecznictwa. Nie zmienia to jednak faktu, że sądy wielokrotnie musiały sięgać do pełnych akt osobowych i rekonstruować rzeczywisty przebieg służby.
Sądy zaczęły robić to, czego nie zrobił automatyzm ustawy: patrzeć na człowieka
W 2020 roku Sąd Najwyższy w uchwale siedmiu sędziów III UZP 1/20 wskazał, że ocena służby powinna uwzględniać wszystkie okoliczności konkretnej sprawy, w tym indywidualne czyny funkcjonariusza i ich związek z naruszaniem podstawowych praw i wolności człowieka.
Od tego momentu indywidualizacja stała się jednym z najważniejszych elementów sporów sądowych.
I tu zaczyna się paradoks.
Państwo najpierw stworzyło masowy mechanizm. Następnie tysiące ludzi poszło do sądów. A później sądy przez lata indywidualnie analizowały ich życiorysy.
To, co administracyjnie zrobiono stosunkowo szybko, wymiar sprawiedliwości zaczął mozolnie rozplątywać sprawa po sprawie.
PiS stworzył problem. Ale zmiana władzy nie zlikwidowała ustawy
W wyborach 2023 roku zmieniła się większość parlamentarna.
Można było oczekiwać, że będzie to również moment ostatecznego rozwiązania problemu ustawowego.
Tak się jednak nie stało.
Według stanu na wrzesień 2026 roku art. 13b i art. 15c nadal obowiązują.
I to jest fakt, którego obecna większość parlamentarna – w tym Lewica – nie może pomijać.
Trzeba jednak zachować uczciwe proporcje.
Lewica NIE była autorem ustawy z 2016 roku. Przeciwnie – jeszcze w grudniu 2019 roku grupa posłów Lewicy złożyła projekt ustawy, druk nr 100, którego celem było usunięcie skutków regulacji wprowadzonych w 2016 roku i powrót do wcześniejszych zasad naliczania świadczeń. Przedstawicielem wnioskodawców był Andrzej Rozenek.
Przed wyborami w 2023 roku przedstawiciele Lewicy ponownie zapowiadali cofnięcie ustawy. Anna Maria Żukowska przypominała wówczas wcześniejsze zobowiązanie lewicy w tej sprawie.
Dlatego Lewica przez wszystkie te lata NIE ignorowała problemu.
Można natomiast powiedzieć coś innego:
od momentu wejścia Lewicy do koalicji rządowej w grudniu 2023 roku nie udało się doprowadzić do ustawowego zniesienia mechanizmu z 2016 roku.
I to – niezależnie od przyczyn koalicyjnych – jest dzisiaj politycznym faktem.
Lewica jest dziś po dwóch stronach tej samej historii
Sytuacja Lewicy jest szczególna.
Z jednej strony jest środowiskiem, które od lat krytykowało ustawę i składało projekty jej zmiany.
Z drugiej – od grudnia 2023 roku współtworzy większość parlamentarną i rząd, a Wiesław Szczepański z Lewicy pełni funkcję sekretarza stanu w MSWiA, czyli resorcie bezpośrednio zajmującym się tymi sprawami.
Nie oznacza to jednak, że nic się nie zmieniło.
5 marca 2024 r. ZER MSWiA wprowadził nową procedurę dotyczącą decyzji o wnoszeniu lub niewnoszeniu apelacji i skarg kasacyjnych. Resort zaczął również szerzej korzystać z możliwości indywidualnego wyłączenia stosowania art. 15c, 22a i 24a w trybie art. 8a.
Od marca 2024 r. do końca września 2025 r. ZER MSWiA wycofał 1508 apelacji od wyroków sądów pierwszej instancji. W tym samym okresie minister wydawał także decyzje administracyjne przywracające świadczenia w indywidualnych przypadkach.
Według odpowiedzi wiceministra Wiesława Szczepańskiego z 11 września 2026 r., od 12 marca 2024 r. do 7 września 2026 r. wydano 3812 decyzji w trybie art. 8a, a ponad 1700 kolejnych wniosków pozostawało w toku.
To są realne działania i byłoby nieuczciwe je przemilczeć.
Ale jednocześnie są to działania indywidualne, prowadzone w ramach prawa stworzonego w 2016 roku.
Nie zastępują zmiany ustawy.
Łagodzenie skutków to nie to samo co rozwiązanie problemu
I tu właśnie powinna pojawić się spokojna, ale potrzebna uwaga pod adresem Lewicy.
Lewica ma argumenty, by mówić: „to nie my uchwaliliśmy tę ustawę”. To prawda.
Może również wskazywać, że w obecnej kadencji podejmowane są działania pozwalające szybciej kończyć część sporów, wycofywać apelacje i stosować art. 8a. To także prawda.
Ale po niemal trzech latach współrządzenia równie prawdziwe pozostaje zdanie:
ustawa PiS nadal obowiązuje.
Nie można więc uznać sprawy za zakończoną dlatego, że administracja łagodniej wykorzystuje niektóre jej przepisy.
Lewica nie posiada samodzielnej większości parlamentarnej i nie może sama zmienić ustawy. Odpowiedzialność za brak rozwiązania ustawowego spoczywa więc na całej obecnej większości parlamentarnej, a nie na jednym koalicjancie.
Ale właśnie dlatego od ugrupowania, które jeszcze przed objęciem władzy jednoznacznie deklarowało potrzebę zmiany tych regulacji, można oczekiwać konsekwentnego przypominania partnerom koalicyjnym o tej sprawie.
Tym bardziej że również Koalicja Obywatelska w swoim programie „100 konkretów” zapowiadała przywrócenie emerytom mundurowym praw odebranych – według jej własnego sformułowania – „z naruszeniem powszechnych norm prawa”. Do połowy 2026 roku nie doszło jednak do uchylenia art. 13b i art. 15c.
Czasu ludziom nikt nie odda
Najbardziej dramatycznego elementu tej historii nie znajdziemy jednak w żadnym artykule ustawy.
To czas.
Ktoś, kto przez kilka lat otrzymywał obniżoną emeryturę, nie odzyska tych lat.
Może otrzymać wyrównanie. Może wygrać proces. Może dostać korzystną decyzję administracyjną.
Ale nie można zwrócić kilku lat życia spędzonych w niepewności.
Nie można cofnąć sytuacji, w której starszy człowiek zastanawiał się, z czego zapłaci rachunki.
Nie można zwrócić zdrowia utraconego w stresie związanym z wieloletnim procesem.
Nie można również zapominać, że ustawa dotknęła nie tylko samych funkcjonariuszy, ale także członków ich rodzin oraz osoby pobierające renty rodzinne.
Przesłane analizy zwracają dodatkowo uwagę na problemy powstające przy wypłacie wieloletnich wyrównań oraz na przeciążenie sądów tysiącami spraw związanych z decyzjami wydanymi po 2017 roku.
Rozliczać przeszłość – ale indywidualnie
Spór o ustawę dezubekizacyjną nie musi być sporem o wybielanie PRL.
Nie ma żadnego powodu, aby negować odpowiedzialność osób, które rzeczywiście uczestniczyły w represjach, zwalczaniu demokratycznej opozycji czy naruszaniu praw człowieka.
Ale czym innym jest odpowiedzialność konkretnego człowieka za konkretne działania, a czym innym automatyczne przypisanie konsekwencji finansowych ogromnej grupie ludzi na podstawie przebiegu służby.
W demokratycznym państwie rozliczenie przeszłości powinno być precyzyjne, indywidualne i oparte na faktach.
To właśnie pokazują lata procesów sądowych.
PiS odpowiada za początek. Obecna większość odpowiada za to, co będzie dalej
Nie trzeba rozmywać odpowiedzialności historycznej.
Ustawę z 16 grudnia 2016 roku przygotował rząd PiS i uchwaliła ją większość parlamentarna PiS.
To fakt.
Ale dziewięć lat później nie wystarczy już mówić wyłącznie o tym, kto stworzył problem.
Od grudnia 2023 roku istnieje inna większość parlamentarna.
Podjęto działania łagodzące praktyczne skutki ustawy. Wycofywane są apelacje. Wydawane są tysiące decyzji w trybie art. 8a. Ludzie odzyskują świadczenia.
Ale sam mechanizm prawny nadal istnieje.
Dlatego odpowiedzialność polityczna ma dziś dwa różne poziomy.
PiS odpowiada za stworzenie ustawy i modelu odpowiedzialności przyjętego w 2016 roku.
Dzisiejsza większość odpowiada natomiast za decyzję, czy ten model pozostanie częścią polskiego prawa.
Lewica nie powinna być w tym zestawieniu stawiana na równi z autorami ustawy. Próbowała ją wcześniej zmienić i obecnie jej przedstawiciele uczestniczą w działaniach, które pozwalają części osób odzyskać świadczenia.
Ale nie można też powiedzieć, że sprawa została załatwiona.
Dopóki art. 13b i art. 15c pozostają w ustawie, dopóty tysiące wyroków, decyzji administracyjnych i ludzkich dramatów są jedynie próbą naprawiania skutków systemu, który nadal formalnie obowiązuje.
Po dziewięciu latach warto więc zadać jedno proste pytanie:
ile jeszcze indywidualnych procesów potrzeba, żeby problem, który powstał ustawą, został w końcu rozwiązany ustawą?













