W Polsce trwa spór prezydenta z rządem
Od 1 października Niemcy obniżają opodatkowanie benzyny i oleju napędowego. Kierowcy mają odczuć ulgę rzędu około 17 eurocentów na litrze. Jednocześnie w Berlinie wróciła dyskusja o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów energetycznych. W Polsce podobny podatek utknął latem po decyzji Karola Nawrockiego o skierowaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Rząd przygotował więc przepisy ponownie. Problem w tym, że polityczny spór toczy się w chwili, gdy rachunek za kryzys paliwowy płacą przede wszystkim gospodarstwa domowe.
Niemcy zdecydowali się na rozwiązanie proste i kosztowne. Od 1 października do 31 grudnia 2026 r. podatek energetyczny od benzyny i diesla zostanie obniżony o nieco ponad 14 eurocentów na litrze. Po uwzględnieniu niższego VAT daje to około 17 eurocentów oszczędności na litrze. Bundestag przyjął przepisy 25 września, a zgodę wyraził również Bundesrat. Koszt dla niemieckich finansów publicznych ma wynieść około 2,5 mld euro.
To rozwiązanie nie jest jednak darmowym obiadem. Jeżeli państwo rezygnuje z miliardów euro podatków, pieniądze trzeba znaleźć gdzie indziej albo zwiększyć deficyt. I właśnie dlatego w niemieckiej debacie ponownie pojawił się windfall tax — podatek od nadzwyczajnych zysków przedsiębiorstw energetycznych.
Minister finansów Lars Klingbeil popiera takie rozwiązanie, podczas gdy kanclerz Friedrich Merz i minister gospodarki Katherina Reiche odnoszą się do niego sceptycznie. Niemcy należą jednocześnie do państw naciskających na debatę o podobnym mechanizmie na poziomie całej Unii Europejskiej. Nie można więc napisać, że Berlin już taki podatek wprowadził. Można natomiast powiedzieć, że w największej gospodarce UE poważnie dyskutuje się o zasadzie: jeżeli państwo osłania konsumentów przed kryzysem energetycznym, część kosztów mogą ponieść również firmy, które na tym kryzysie wyjątkowo dużo zarabiają.
W Polsce ten sam spór zamienił się w konflikt z prezydentem
Polski rząd chce pobierać 60 proc. od części zysku uznanej za nadzwyczajną. Punktem odniesienia mają być marże z 2025 r., dodatkowo podwyższone o 20 proc. Dopiero nadwyżka ponad taki próg byłaby objęta daniną. Ministerstwo Finansów szacowało wpływy na około 4 mld zł.
Pierwsza ustawa została uchwalona przez parlament w lipcu. Karol Nawrocki nie podpisał jej i 24 lipca skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. W efekcie przepisy nie mogły wejść w życie. Prezydent wskazywał przede wszystkim na problem działania prawa wstecz — podatek miał obejmować dochody osiągane od marca, choć sama ustawa została uchwalona później.
To zastrzeżenie konstytucyjne należy traktować poważnie. Nowych podatków nie powinno się konstruować byle jak, nawet jeśli ich cel społeczny jest uzasadniony.
Ale decyzja prezydenta ma również konkretny skutek ekonomiczny: pierwszy mechanizm nie zaczął działać, a planowane miliardy nie zostały pobrane od sektora paliwowego. Rząd wrócił więc z kolejną ustawą. 18 września Sejm uchwalił projekt ponownie, a 24 września Senat przyjął ustawę bez poprawek. Kancelaria Prezydenta jeszcze przed głosowaniem Senatu zapowiadała, że nadal dostrzega problem retroaktywności nowych przepisów.
I właśnie tutaj spór prawny zaczyna być jednocześnie sporem o to, kto ma zapłacić za kryzys.
Kierowca, budżet czy koncern?
Obniżenie podatków od paliwa może szybko pomóc kierowcom, firmom transportowym, rolnikom czy osobom dojeżdżającym do pracy. Ale ktoś musi tę ulgę sfinansować.
Można przerzucić koszt na budżet państwa. Można ograniczyć inne wydatki. Można zwiększyć deficyt. Można też część rachunku skierować do przedsiębiorstw, których marże gwałtownie wzrosły nie dlatego, że nagle stały się bardziej innowacyjne czy wydajne, lecz dlatego, że kryzys geopolityczny wywindował ceny.
Windfall tax opiera się właśnie na tej ostatniej logice.
Nie jest to zresztą jakiś radykalny eksperyment polskiego rządu. W 2022 r. Unia Europejska przyjęła przepisy przewidujące tymczasową składkę solidarnościową od nadwyżkowych zysków przedsiębiorstw z sektorów ropy, gazu, węgla i rafinacji. Celem było finansowanie osłon dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw dotkniętych wzrostem cen energii.
PiS też sięgał po nadzwyczajne przychody energetyki
Tu pojawia się szczególnie niewygodny element obecnej debaty.
Dzisiejsza prawica może krytykować windfall tax, ale rząd PiS sam stosował mechanizm odbierania części nadzwyczajnych przychodów przedsiębiorstw energetycznych.
Ustawa z 27 października 2022 r. zobowiązała wytwórców energii i przedsiębiorstwa obrotu do dokonywania specjalnych odpisów na Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny. Z funduszu finansowano mechanizmy ograniczające koszty energii dla odbiorców.
Według danych Zarządcy Rozliczeń miesięczne wpływy z tego odpisu w samym 2023 r. wyniosły łącznie około 14,4 mld zł. Łączna wykazana później suma wpływów z tego mechanizmu przekroczyła 16,5 mld zł.
To nie był dokładnie ten sam podatek, który proponuje dziś rząd — obejmował przede wszystkim rynek energii elektrycznej i miał inną konstrukcję. Ale zasada polityczna była bardzo podobna: w sytuacji nadzwyczajnego kryzysu państwo przejmowało część ponadnormatywnych przychodów sektora energetycznego, aby finansować ochronę odbiorców.
Trudno więc przedstawiać samo sięganie po nadzwyczajne zyski jako rozwiązanie bezprecedensowe czy obce polskiemu systemowi. Państwo robiło to także pod rządami PiS.
A państwowy koncern zarabiał miliardy
Warto przypomnieć jeszcze jeden fakt. Grupa ORLEN wykazała za 2022 r. 33,6 mld zł zysku netto, choć część tego wyniku była związana z księgowymi efektami połączenia z Lotosem i PGNiG. Sama spółka PKN ORLEN przeznaczyła później 6,385 mld zł na dywidendę za 2022 r.
Skarb Państwa posiadał wtedy 49,9 proc. akcji ORLENU, więc państwo było jednym z największych beneficjentów wypłat dla akcjonariuszy.
To pokazuje, że pobieranie przez państwo pieniędzy z sektora energetycznego nie zaczęło się wraz z obecnym rządem. Przez lata budżet korzystał zarówno z podatków i specjalnych mechanizmów osłonowych, jak i z dywidend państwowych spółek.
Spór Nawrockiego z rządem ma swoją cenę
Karol Nawrocki ma prawo kwestionować konstytucyjność ustawy. Problem zaczyna się wtedy, gdy konflikt między Pałacem Prezydenckim a rządem przesłania podstawowe pytanie: jak rozłożyć koszty kryzysu energetycznego?
Można obniżyć podatki, tak jak robią Niemcy. Można ograniczać marże. Można wprowadzać dopłaty. Można pobierać część nadzwyczajnych zysków przedsiębiorstw.
Najmniej sprawiedliwy społecznie wariant jest jednak oczywisty: pozwolić, aby cały rachunek został po stronie gospodarstw domowych, pracowników i małych przedsiębiorstw.
Tym bardziej że paliwo nie jest zwykłym towarem. Jego cena wchodzi w koszty transportu, żywności, usług i produkcji. Droższy litr na stacji prędzej czy później pojawia się na paragonie w sklepie. Najbardziej odczuwają to ludzie, którzy znaczną część dochodu przeznaczają na podstawowe potrzeby.
Dlatego dyskusja o windfall tax nie powinna sprowadzać się do wojny „Tusk kontra Nawrocki”. To znacznie poważniejszy spór o zasadę: czy w czasie kryzysu większą część kosztów ma ponosić zwykły konsument, czy również firmy osiągające dzięki nadzwyczajnej sytuacji ponadstandardowe zyski.
Niemcy właśnie wydają około 2,5 mld euro na ulgę dla kierowców i równocześnie dyskutują, czy część kosztów odzyskać od beneficjentów kryzysu. Co więcej, Czechy zatwierdziły już plan podatku od nadzwyczajnych marż rafineryjnych, który może objąć także należące do ORLENU czeskie rafinerie.
W Polsce natomiast kolejna ustawa trafia w sam środek instytucjonalnego konfliktu między rządem a Pałacem Prezydenckim.
I właśnie dlatego warto patrzeć nie na partyjne hasła, lecz na przepływ pieniędzy. Kto dostaje ulgę? Kto zachowuje nadzwyczajny zysk? Kto oddaje miliardy do budżetu? I kto ostatecznie płaci przy kasie oraz przy dystrybutorze?












