Setki miliardów deficytu i pytanie: na czym państwo będzie oszczędzać?
282,6 mld zł deficytu, niemal bilion złotych wydatków i coraz droższa obsługa długu. Budżet państwa na 2027 rok wchodzi w decydującą fazę. Karol Nawrocki alarmuje, że finanse publiczne są w złym stanie i obarcza odpowiedzialnością rząd. Problem w tym, że sam prezydent proponuje rozwiązania oznaczające kolejne miliardy złotych wydatków lub ubytku dochodów. A część rachunku, który dziś płaci państwo, powstała jeszcze w czasach rządów PiS.
Do 30 września rząd powinien przedłożyć Sejmowi projekt ustawy budżetowej na 2027 rok. Taki termin wynika z art. 222 Konstytucji. Wstępny projekt został przyjęty przez Radę Ministrów 28 sierpnia. Zakłada 695 mld zł dochodów, 977,6 mld zł wydatków i maksymalnie 282,6 mld zł deficytu.
To liczby ogromne. I nie ma sensu ich pudrować.
Ale równie mało sensu ma udawanie, że problemy polskich finansów zaczęły się wraz z obecnym rządem.
282 miliardy dziury. Państwo wydaje znacznie więcej, niż zbiera
Najważniejsza liczba projektu budżetu jest prosta: państwo chce wydać w przyszłym roku o prawie 283 mld zł więcej, niż uzyska dochodów. Deficyt ma być także o około 11 mld zł większy od zaplanowanego na 2026 rok.
Rada Fiskalna nie pozostawia rządowi wielkiego pola do samozadowolenia. W swojej pierwszej opinii dotyczącej budżetu wskazała na „trwałą i głęboką nierównowagę finansów publicznych”. Wskazała także bardzo wysokie ryzyko zbliżenia się państwowego długu publicznego do ustawowego progu ostrożnościowego 55 proc. PKB. Jednocześnie Rada podkreśla, że obecna sytuacja jest skutkiem kumulacji decyzji podejmowanych przez wiele lat. Nie jest efektem tylko wydarzeń ostatnich miesięcy czy prostego załamania dochodów podatkowych.
Ministerstwo Finansów odpowiada, że projekt spełnia unijne wymagania dotyczące ścieżki wydatków netto. Jednocześnie twierdzi, że państwowy dług publiczny nie przekroczy konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB. Resort zakwestionował też część metodologicznych uwag Rady Fiskalnej.
A więc sytuacja nie jest katastrofą, ale nie jest również finansową sielanką.
Nawrocki mówi: finanse są w złym stanie
Karol Nawrocki wykorzystuje skalę deficytu do ostrej krytyki rządu.
3 września mówił, że 282 mld zł deficytu jest „niepokojące” i wskazywał odpowiedzialność ministra finansów Andrzeja Domańskiego. Zwrócił uwagę, że deficyt w projekcie na 2027 rok jest wyższy niż w tegorocznym budżecie.
To jest uprawnione pytanie. Rząd odpowiada za przygotowanie i wykonanie budżetu, więc musi wyjaśnić, w jaki sposób chce ustabilizować finanse.
Tyle że tutaj zaczyna się druga część rachunku.
Prezydent krytykujący wysoki deficyt sam równocześnie proponuje rozwiązania kosztujące budżet miliardy złotych albo zmniejszające jego dochody.
Największym przykładem jest „PIT Zero. Rodzina na plus”. Projekt zakłada daleko idące zwolnienie z PIT dla rodziców wychowujących co najmniej dwoje dzieci oraz podwyższenie drugiego progu podatkowego. Kancelaria Prezydenta szacowała koszt rozwiązania na około 14 mld zł rocznie. Ministerstwo Finansów przedstawiało wyliczenia sięgające nawet około 30 mld zł.
Różnica między szacunkami jest ogromna, ale nawet dolna granica oznacza wielomiliardowy ubytek dochodów.
I tu pojawia się zasadnicze pytanie fiskalne: jeżeli deficyt jest już za wysoki, to skąd mają pochodzić pieniądze na kolejne ulgi?
Kancelaria Prezydenta odpowiada: między innymi z uszczelnienia VAT i CIT oraz skuteczniejszego opodatkowania dużych przedsiębiorstw. Takie rozwiązania faktycznie znalazły się w prezydenckim projekcie.
Problem polega na tym, że potencjalnych dodatkowych wpływów z uszczelnienia systemu nie można automatycznie traktować jak pieniędzy już znajdujących się na rachunku państwa.
Są też emerytury i paliwo
To nie jest jedyny kosztowny projekt Pałacu Prezydenckiego.
Projekt „Godna emerytura” przewiduje gwarantowaną minimalną podwyżkę świadczeń. Według wyliczeń Kancelarii Prezydenta jego koszt w pierwszym roku obowiązywania miał wynieść około 3 mld zł. Sam cel — ochrona seniorów z najniższymi świadczeniami — jest społecznie istotny. Ale pieniądze nadal trzeba znaleźć w budżecie.
Najnowsza inicjatywa „Paliwo Kosztuje Normalnie” przewiduje z kolei między innymi czasowe zwolnienie detalicznej sprzedaży paliw z podatku od sprzedaży detalicznej oraz możliwość obniżania akcyzy. To także oznacza potencjalne ograniczenie części dochodów państwa.
Można więc popierać poszczególne rozwiązania społeczne albo podatkowe. Nie można jednak analizować ich tak, jakby były fiskalnie darmowe.
Jeżeli ktoś ostrzega przed deficytem, powinien jednocześnie pokazywać pełny rachunek swoich własnych propozycji.
Dług nie narodził się wraz z rządem Tuska
Jest jeszcze jedna część sporu, którą łatwo zgubić w bieżącej politycznej wymianie ognia.
Obecny rząd nie otrzymał państwa z zerowym licznikiem długu.
Na koniec 2023 roku, kiedy kończyła się ośmioletnia epoka rządów PiS, dług sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii unijnej wynosił około 1,69 biliona złotych. Sam państwowy dług publiczny według krajowej metodologii wynosił 1,328 bln zł.
Szczególnie istotne jest to, co przez lata działo się poza tradycyjnym budżetem.
Najwyższa Izba Kontroli wskazała, że na koniec 2023 roku zadłużenie funduszy działających przy Banku Gospodarstwa Krajowego wynosiło 277 mld zł. Łączne zobowiązania wynikające między innymi z obligacji BGK i Polskiego Funduszu Rozwoju przeznaczonych na realizację zadań państwa sięgały 348 mld zł. NIK krytykowała rozwijane od 2020 roku finansowanie zadań państwa poza ustawą budżetową jako ograniczające przejrzystość i parlamentarną kontrolę nad finansami.
Co więcej, NIK wyliczyła, że taki sposób finansowania był droższy niż klasyczne obligacje Skarbu Państwa.
Nie oznacza to jednak, że obecny rząd może wszystkie problemy zrzucić na poprzedników. W 2024 roku mechanizm funduszy BGK nadal funkcjonował, a ich zadłużenie wzrosło do blisko 350 mld zł. NIK ponownie krytykowała prowadzenie znacznej części gospodarki finansowej poza budżetem.
Dzisiejsza kondycja finansów publicznych jest więc sumą starych zobowiązań i nowych decyzji.
Obrona pochłania niemal 200 miliardów
Największym strukturalnym obciążeniem stają się również wydatki na bezpieczeństwo.
W projekcie na 2027 rok na obronę narodową zapisano 198,1 mld zł, czyli 4,51 proc. PKB. Na Policję, Straż Graniczną, straż pożarną, SOP i służby specjalne ma trafić dalsze 36,5 mld zł.
Rada Fiskalna zwraca jednak uwagę, że zbrojenia wyjaśniają tylko część wzrostu wydatków. Według jej analizy wydatki obronne odpowiadają za około jedną czwartą wzrostu wydatków publicznych w relacji do PKB od 2021 roku.
To ważne, ponieważ debata nie może sprowadzać się do prostego wyboru: albo bezpieczeństwo, albo stabilne finanse.
Jeżeli Polska chce jednocześnie finansować wojsko, ochronę zdrowia, szkoły, emerytury, transport i mieszkania, musi również poważnie rozmawiać o stronie dochodowej państwa — w tym o podatkach od najwyższych dochodów i największych przedsiębiorstw.
Gdzie może pojawić się prawdziwe oszczędzanie? Spójrzmy na mieszkania i płace
Najbardziej niepokojące z perspektywy społecznej jest to, że „konsolidacja finansów” bardzo łatwo może w praktyce oznaczać ograniczanie usług publicznych.
W projekcie na ochronę zdrowia przeznaczono 274,1 mld zł, o 26,3 mld zł więcej niż w 2026 roku. To znaczący wzrost, choć związki zawodowe i część ekspertów nadal wskazują na strukturalną lukę w finansowaniu NFZ.
Znacznie gorzej wygląda mieszkalnictwo.
W budżecie na 2026 rok na ten obszar zapisano 8,7 mld zł. W projekcie na 2027 rok jest już tylko 5,8 mld zł. To spadek o około jedną trzecią.
Tymczasem właśnie dostępność mieszkań należy do największych problemów młodych pracowników i rodzin. Cięcie nakładów mieszkaniowych przy setkach miliardów przeznaczanych na inne cele powinno więc stać się jednym z głównych tematów parlamentarnej debaty nad budżetem.
Nie imponuje też propozycja dla sfery budżetowej.
Wynagrodzenia nauczycieli i pracowników państwowej sfery budżetowej mają wzrosnąć o 3 proc., przy prognozowanej inflacji wynoszącej 2,8 proc. Oznacza to w praktyce niemal zerowy wzrost realnych wynagrodzeń. Związki zawodowe ostrzegają, że tak niski wskaźnik może pogłębiać odpływ pracowników z sektora publicznego.
I właśnie tu zaczyna się prawdziwa polityka budżetowa.
Nie w wielkich konferencjach o „rekordowym deficycie”, ale w odpowiedzi na pytanie, czy rachunek za stabilizowanie finansów poniosą pracownicy budżetówki, pacjenci, lokatorzy i korzystający z usług publicznych, czy również osoby i przedsiębiorstwa posiadające największe dochody.
Rząd proponuje większą progresję podatkową
Projekt na 2027 rok zawiera również rozwiązania po stronie dochodowej.
Rząd chce podnieść CIT z 19 do 22 proc. dla największych przedsiębiorstw osiągających ponad 50 mln euro rocznych przychodów oraz dla podatkowych grup kapitałowych. Danina solidarnościowa od dochodów ponad 1 mln zł miałaby wzrosnąć z 4 do 5 proc. Jednocześnie planowane są zmiany w PIT korzystne dla części osób z dochodami przekraczającymi dotychczasowy pierwszy próg podatkowy.
To kierunek inny niż klasyczne zaciskanie pasa poprzez redukcję wydatków społecznych. Nie rozwiązuje jednak automatycznie problemu ogromnego deficytu.
Rząd nadal musi pokazać wiarygodną ścieżkę stabilizacji długu.
Jeden rachunek dla wszystkich
Debata o budżecie 2027 potrzebuje mniej politycznej księgowości, w której każdy liczy tylko cudze wydatki.
Rząd Donalda Tuska odpowiada za projekt z deficytem 282,6 mld zł i musi wyjaśnić, jak chce ograniczać nierównowagę finansów bez przerzucania kosztów na pracowników i usługi publiczne.
Karol Nawrocki ma prawo pytać o skalę zadłużenia. Ale jego własne projekty podatkowe i społeczne również mają konkretne, wielomiliardowe konsekwencje finansowe. Krytyka deficytu nie usuwa tych kosztów z rachunku.
A poprzednie rządy PiS pozostawiły po sobie nie tylko programy społeczne i inwestycje. Pozostawiły także ponad 1,69 bln zł długu sektora publicznego według metodologii unijnej. Zostawiły jeszcze setki miliardów zobowiązań związanych z funduszami i instytucjami działającymi poza klasycznym budżetem.
Dlatego najważniejsze pytanie przed finałem prac nad budżetem 2027 brzmi nie tylko: jak wielki będzie deficyt?
Brzmi ono również:
kto zapłaci za jego ograniczenie?
Jeżeli odpowiedzią mają być słabsze płace w sektorze publicznym, mniej mieszkań, niedofinansowane samorządy i oszczędności na usługach publicznych, rachunek znów zostanie wystawiony przede wszystkim ludziom utrzymującym się z pracy.
Jeżeli państwo chce zachować silną ochronę zdrowia, edukację, politykę mieszkaniową, bezpieczeństwo i świadczenia społeczne, potrzebuje nie tylko kontroli wydatków, ale też trwałych i sprawiedliwie rozłożonych dochodów.
Na podstawie danych i informacji: Ministerstwa Finansów, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Najwyższej Izby Kontroli, GUS, Rady Fiskalnej, Rady Dialogu Społecznego, Kancelarii Prezydenta RP oraz dokumentów Sejmu RP. Stan informacji: 28 września 2026 r.













